sobota, 10 października 2015

Dwadzieścia osiem.


"Sometimes I thing, that's better
to never ask "why?".






-Przyśniła mi się. Rozmawiałyśmy.-odezwałam się w końcu. Spojrzał na mnie ciepło lekko się uśmiechając. –Powiedziała, że mam już w końcu przestać płakać.
-Jesteście bardzo do siebie podobne.
-Charakterem?
-Yhym. Gdybym mógł ją bardziej poznać z pewnością bym zauważył jeszcze więcej wspólnych cech…i gdybym mógł lepiej poznać ciebie.
-I wice wersa…-zaśmiałam się pod nosem. –Wiesz…Chyba jest szczęśliwa. Była taka uśmiechnięta. Wyglądała tak młodo, radośnie.
-Pewnie jest już aniołem.
-Zawsze nim była. Pamiętam, jak byłam malutka, kiedy…tamten facet wyrzucił mojego misia przez okno. Pobiegłam od razu do niej ze łzami w oczach. Poszła na ulicę, zabrała go i razem mu zaszyłyśmy dziurę na łapce. Może to się wydaje banalne…Ale to miało dla mnie ogromne znaczenie..Ja..zawsze czułam od niej miłość. Wielką. I tylko od niej. Chyba bez tej miłości nie było by mnie już na tym świecie, po tym wszystkim, co się działo u mnie w domu. Bałam się wychodzić z mojego pokoju. Nocami przesuwałam komodę na drzwi, żeby nie udało mu się wejść.
-Nie mogłaś zamieszkać u niej?
-Nie. Groził, że ją pobije, że zabije razem ze mną. Formalnie byłam jego córką, nie byłam pełnoletnia. Nie mogłam u niej zamieszkać, bo nawet miałby prawo pozwać ją do sądu.
-A ona nie mogła go pozwać do sądu? Przecież wiedziała, co się dzieje.
-Mogła. Tylko ja nie chciałam. Byłam zastraszona. To był koszmar. We śnie powiedziała mi, że powinnam się od tego odciąć, tylko ja nie wiem, co zrobić, żeby raz na zawsze zamknąć ten rozdział.
-Moja dzielna córeczka.-powiedział z dumą i mocno mnie do siebie przytulił.
-Tak żałuję, że nie znałam cię tak długo. Oczywiście poza trenerem Borussii. Jesteś świetny w tym, co robisz. A twój syn ma szczęście, że ma od urodzenia tak wspaniałego ojca.
-Znowu chcesz starego Kloppa do łez doprowadzić?-zaśmiał się cicho i pocałował w czoło. –Nie chcesz już spać?- pokręciłam głową. I o dziwo już nie płakałam. Może dzięki tej rozmowie we śnie? Nagle zaczął dzwonić mój telefon. Tata wstał i podał mi moją torebkę. Kolejny numer nieznany.



-Dzień dobry, rozmawiam z panią Ingą Mazur?-odezwał się męski głos po drugiej stronie.
-Tak, przy telefonie.
-Kazimierz Janosz, notariusz. Dzwonię do pani w sprawie spadku pozostawionym przez panią Sylwię Kaczmarską. Jest pani jedyną wymienioną osobą. Czy możliwe byłoby spotkanie?
-Tak, oczywiście.
-Wspaniale. W takim razie moglibyśmy się umówić w kancelarii przy Jasnej o piętnastej?
-Dobrze. W takim razie do zobaczenia.
-Do widzenia.


-Notariusz. Chce się spotkać.-wyjaśniłam wstając z łóżka
-O której?
-O piętnastej, a która jest godzina?
-Trzynasta trzydzieści. Chodź, zjemy jeszcze obiad. Tylko nie mów, że nie jesteś głodna.
-Dobrze, tylko ogarnę włosy…-westchnęłam








***






Siedziałam w dość dużym gabinecie notariusza. W rękach trzymałam śnieżnobiałą kopertę z pięknie wypisanym moim imieniem. Dobrze wiedziałam, czyje to pismo. Notariusz wyszedł zostawiając mnie samą. Niepewnie ją otworzyłam i wyjęłam z niej list. Długi. Spojrzałam na starannie wypisane litery, wyrazy, słowa, zdania… Chyba nie byłam w stanie się teraz za to zabierać. Schowałam z powrotem list do koperty. W tym samym czasie przez drzwi zajrzał notariusz

-Przepraszam, kawy, herbaty?
-Nie, dziękuję. Mogę zabrać ten list?
-Oczywiście, jest pani, nie chce go pani teraz czytać?
-Nie. Możemy podpisać co trzeba?
-Naturalnie.



I tak wyszłam bogatsza o dom i pieniądze ze sprzedaży restauracji. No i co ja z tym wszystkim zrobię?
Usiadłam na drewnianej ławce w parku, na której zawsze siadałam i odpoczywałam po ciężkim dniu szkoły. Pamiętam jak kładłam plecak obok i zamykałam oczy…Cały świat wtedy znikał. Nie było codziennych problemów, trosk, nawet jeśli tylko przez te dwie minuty.
Wzięłam do rąk kopertę i wyjęłam list. Uśmiechnęłam się delikatnie i zaczęłam czytać.


Najdroższa Ingo.
Kiedy czytasz ten list pewnie nie ma mnie już na tym świecie, ale wiedz, że cały czas jestem przy Tobie.
Wyrosłaś mi na wspaniałą, mądrą i silną kobietę. Zawsze ci to powtarzałam, teraz jak widzisz też. Chciałabym Ci podarować mój dom. Sprzedaj go. Może uda ci się za to wynająć jakieś własne mieszkanie w Niemczech? Chyba powinno wystarczyć. Rozpocznij nowe życie, ptaszynko. Odetchnij pełną piersią. Bądź szczęśliwa. Nie ma czasu w życiu na smutki, po co marnować czas, w którym możesz być szczęśliwa?
Wiem, że Twoje życie nie było proste. Wychowałaś się bez rodziców…


Czytałam pochłonięta list, nawet nie wiedziałam co mnie otacza, co się dzieje. Napisała wszystko co mi powiedziała przed śmiercią, o moich rodzicach… Jednak potem…


Chciałam być ci jak matka. Matczyna miłość, to coś, czego człowiek nie może opisać słowami. Miłość, to coś, czego nie można opisać słowami. Chyba tego cię nie nauczyłam. Miłości. Do drugiego człowieka. Miłość zawsze zwycięża. Przezwycięża strach, cierpienie, smutek i ból. Tylko miłość i wiara góry przenosi...
Chciałabym, żebyś nie bała się kochać. Masz tak ogromne serce. Tak, które zostało nie raz mocno zranione, ale wiem, że potrafi zaufać. Nie bój się tego. Zaufania. Jest trudno, wiem. Spróbuj. I wtedy zobaczysz, że twoje serce będzie biło szybciej i z miłością jakiej ja nigdy nie poznałam, ale wiem, że to właśnie Ty zasłużyłaś na najpiękniejszą miłość, a mężczyzna u twojego boku będzie wiedział, że dostał od życia największy skarb.


Ostatnie słowo było zamazane… A tak, to moja łza. Nawet już nie wiedziałam, kiedy płaczę. Może aż tak weszło mi to w nawyk?


I na koniec dobra rada-uśmiechnij się wreszcie ptaszynko, masz przed sobą wspaniałe, długie życie i nie marnuj go na żal i smutek, tylko wypełniaj je szczęściem i miłością.
Bardzo Cię kocham, moja ptaszynko.
Babcia.



Przetarłam palcem po ostatnim słowie listu. Babcia. Też cię bardzo kocham.

-Chusteczkę?-usłyszałam aksamitny, męski głos.
-Nie trzeba.-przetarłam niezdarnie ręką policzek. I popatrzyłam z czułością na list. Tak, z pewnością jest aniołem. Moim aniołem stróżem.

-Obiecuję.-szepnęłam i spojrzałam w niebo. Jakby w odpowiedzi rozeszły się chmury a zza nich wyszło piękne słońce. Złożyłam list i włożyłam do koperty. Ostrożnie włożyłam do torebki w miejsce, gdzie się nie zagnie. Zaczęłam szukać chusteczek. Chyba z tego pośpiechu zapomniałam ich zabrać.

-Może jednak.-usłyszałam znowu ten sam głos.  Przede mną pojawiła się znowu ręka z paczką chusteczek w dłoni. Wyjęłam jedną z paczki i wytarłam łzy z oczu.
-Dziękuję.- Zaraz, zaraz. Dlaczego odpowiadam po niemiecku? Bo pytanie było zadane po niemiecku!-karciła mnie moja podświadomość. Przewróciłam oczami i wydmuchałam nos. Wyrzuciłam chustkę do śmietnika.
-Nie ma za co.-odpowiedział. Zadarłam głowę, żeby na niego spojrzeć. Odebrało mi mowę. Przez głowę przechodziło mi milion pytań na sekundę. Jak? Skąd? Kiedy? Z resztą! Czy to ważne?
-Marco!-pisnęłam i rzuciłam mu się na szyję wybuchając płaczem. Z całej siły przytuliłam go do
siebie. A jego silne ramiona oplotły moją talię. To był mój lek na popękane serce. Właśnie on.
-Nie płacz już, aniele. –szepnął. Aniele-pierwszy raz mnie tak nazwał, kiedy płakałam w jego ramię na schodach domu Kloppów. Ostatnio cały czas płaczę. Babcia miała rację. Powinnam być szczęśliwa. Nie mogę tracić życia na wieczne smutki… Oh, ona zawsze ma rację. Puściłam go i spojrzałam w jego piękne oczy. Były smutne.

-Nie bądź smutny.-powiedziałam mimowolnie.
-To ty nie bądź smutna, wtedy i ja nie będę.-powiedział z ogromną czułością w głosie. Przez moment przeszła mnie myśl, że może on jednak…może coś do mnie czuje, może to właśnie Jego miała na myśli babcia mówiąc o miłości. Eh, głupie, prawda?
-Co tu robisz?
-Trener zadzwonił z rana do Roberta, że ma przyjechać. Akurat szedłem porozmawiać z tobą i spotkaliśmy się przy furtce. Lewy mi powiedział, pojechaliśmy po moje rzeczy i jesteśmy.-wyjaśnił
-Robert jest?
-Tak, chyba już w hotelu. Twój tata się niepokoił o ciebie i poszliśmy cię szukać.
-Trzeba im powiedzieć…
-Spokojnie, wysłałem sms’a.-położył dłoń na moim policzku i kciukiem delikatnie starł ostatnią łzę. Ja tylko zamknęłam oczy i rozkoszowałam się dotykiem jego dłoni. W mojej głupiej głowie piszczał tylko głosik „Pocałuj go! Pocałuj!”. Nie. Nie chcę niszczyć naszej przyjaźni. Jeśli to zrobię zaprzeczę wszystkiemu o czym rozmawialiśmy na obozie, a Marco już nie będzie chciał się ze mną przyjaźnić. Ale skoro mam takiego przyjaciela, to chyba jak mówiła babcia powinnam być szczęśliwa i się cieszyć. No w sumie jestem szczęśliwa. Prawie-szczęśliwa.
Zabrał dłoń przesuwając lekko palcem po mojej dolnej wardze. Specjalnie czy nie…Ten gest był dla mnie czymś niezwykłym, czymś obcym, czymś niezwykle przyjemnym… Odwróciłam głowę w drugą stronę i szybko przesunęłam językiem po dolnej wardze mając nadzieję, że poczuję jeszcze choćby jakiś smak… Czułam tylko jedno. Miłość. Kocham go. Kocham tego faceta. Czy rudy, czy blondyn, czy nawet jeśli robi z siebie wariata… ja go po prostu…

-Kocham…-nieumyślnie wypowiedziałam to słowo na głos. Wzięłam głęboki oddech.
-A zaszczyciłabyś po niemiecku, bo chyba się tak nie dogadamy.-zaśmiał się Marco. Po raz kolejny język polski ratuje mi tyłek.
-Wracajmy.-oznajmiłam wypuszczając głośno powietrze.






***





-Inga, kochana, tak bardzo mi przykro. Chciałabym być teraz przy tobie. Za chwilę idę do trenera, mam nadzieję, że choć na dwa dni uda mi się zwolnić. –mówiła załamanym głosem Ania. Najwidoczniej Robert jej już wszystko przekazał. Włącznie z informacją o Kloppie. Chyba dla obojga z nich było to ogromne zaskoczenie. Myślałam, że tata woli utrzymać tę informację w tajemnicy, jednak jak się okazało sam o tym rozmawiał ze swoim najbliższym przyjacielem-Joachimem Watzke, dyrektorem Borussii. Mnie samą wzruszyły jednak jego słowa „Dlaczego mam nie mówić, że mam córkę? Przecież się tego nie wstydzę, wręcz rozpiera mnie duma.”

-Inga? Jesteś?
-Tak, przepraszam, zamyśliłam się. Aniu, naprawdę nie musisz. Nie rób sobie kłopotu
-Żaden kłopot! Znając ciebie, przejechałabyś pół świata gdybym była w takiej sytuacji.
-Jesteś pewna?-zaśmiałam się pod nosem
-Jestem. Znam cię już trochę, więc jestem.
-Wiesz, chyba po twoim powrocie będziemy miały dużo do przegadania.
-Coś się stało?
-Yhym.
-Może chcesz teraz? Mam czas.
-Nie przez telefon i kiedy drzwi mogą mieć uszy. Potrzebuję kanapy, koca, telewizora, „Śniadania u Tiffany’ego”, przyjaciółki i litr lodów miętowo-czekoladowych dla mnie.
-Oho, rozumiem. Możemy też jutro. Lody i koc się załatwi.
-To chyba nienajlepszy czas.
-Jeny, tak, przepraszam, jak ja coś chlapnę, to naprawdę.
-Będziesz jutro?
-Będę. Nawet jeśli nie dostanę zgody.
-To dobrze.-uśmiechnęłam się. Usłyszałam pukanie do drzwi. Zza nich wychyliły się głowy Marco i Lewego. Zaprosiłam ich do pokoju gestem ręki. –Kochana kończę, chłopacy przyszli.
-Dobrze, że nie jesteś sama. Trzymaj się kochana, jesteś silna.
-Postaram się. Do zobaczenia.
-Papa!


-Możemy wejść?-zapytał Lewy
-Już weszliście.-zaśmiałam się pod nosem. Zrobiłam miejsce koło siebie na dużym łóżku. Koło mnie usiadł Marco, naprzeciw Robert. Musiałam z całej siły powstrzymać ochotę wtulenia się w blondyna.

-Załatwiliśmy z trenerem pogrzeb. Na jutro.
-Żartujesz! Jak udało ci się tak szybko! Zwykle czeka się co najmniej z tydzień.
-Twój ojciec po prostu ma dar do negocjacji. I to jest już od dawna wiadome. Tak zagadał Marco, że nawet nie zauważył, a już podpisał kontrakt.
-A to, to prawda. Już po pierwszym spotkaniu podpisałem kontrakt.
-Zdesperowany byłeś!-dogryzł mu Lewy.
-Oj, chłopaki, jak dobrze, że jesteście.-westchnęłam zakładając kosmyk włosów za ucho. To się nazywają prawdziwi przyjaciele. Są, kiedy ich potrzebuję. Próbują pocieszyć na wszystkie sposoby, nawet te wyjątkowo głupie.
-Tak w ogóle jak się trzymasz?-zapytał Robert
-Chyba dobrze. Babcia..przyszła do mnie we śnie, a u notariusza zostawiła piękny list. Mówiła, że zawsze będzie nade mną czuwać.-uśmiechnęłam się. –No i już nie płaczę. To chyba mój mały sukces.
-To teraz zamieszkasz w Dortmundzie?-zapytał zaciekawiony Marco
-Nie. Chyba nie.
-Jak to?-zmarszczył brwi Lewy
-No nie patrzcie się tak na mnie. Muszę skończyć tu studia. Obiecałam sobie, że będę tym cholernym magistrem, już jestem blisko, nie poddam się. Praca magisterska leży na dnie szafy, gotowa…
-Przecież w Dortmundzie masz rodzinę, przyjaciół…
-Wiem, Marco. To tylko dwa lata. Będę przyjeżdżać na wakacje, będziemy pisać, dzwonić. Damy radę.
-Nie możesz studiować w Niemczech?
-Psychologia wykładana po niemiecku? Aż tak języka nie potrafię. Damy radę.-uśmiechnęłam się pokrzepiająco do blondyna. Już nie mogłam się powtrzymać.  Objęłam go na wysokości brzucha i położyłam głowę na jego barku. Może to wychodziło poza ramy „przyjaciele”…ale co mnie tam. Poczułam jego silne oplatające mnie ręce.
-To ja zadzwonię do Ani i zapytam, czy przyjedzie!-poderwał się z łóżka Lewy. Nawet nie musiałam otwierać oczu, żeby wiedzieć, że uśmiech miał wymalowany na pół twarzy. I tak właśnie zostałam sama w ramionach Marco. Czułam tak ogromny spokój…
-Tylko dwa lata-westchnął, a ja po chwili odpłynęłam w sen.






~~~

Kochane moje...Ja nie chciałam, żebyście płakały przez mój rozdział... Nie zrobiłam tego celowo!:) Chciałabym ogromnie, ogromnie podziękować każdemu za komentarze pod poprzednią częścią!!! Wszystkie i każdy z osobna był wyjątkowy... Aż serce rośnie jak się je czyta i od razu mechaniczny ruch-otwieranie dokumentu Worda i pisanie nexta:)
Tak, ten jest krótki, zwięzły i o niczym, jestem tego świadoma. Może jednak znajdzie się jakiś temat na komentarz? :)) W 29 zadzieje się COŚ. Coś na co (no może nie do końca na to) czekacie..., będzie ciekawie. W przeciwieństwie do tego tu wyżej.
Chciałabym Wam ogromnie podziękować za 30000 wyświetleń. Nim się obejrzałam..a tu taka liczba... Dziękuję, naprawdę, to wiele dla mnie znaczy <3 cieszy mnie każde jedno wyświetlenie i na bieżąco śledzę mój ulubiony niebieski wykresik ze statystykami:))

Aby przedłużyć tą część i żeby nie była za krótka postanowiłam odpowiedzieć na wszystkie pytania zadane pod 28-bo troszkę ich było, a ja, przepraszam, ale miałam tak intensywny tydzień, że po prostu nie dałam rady. A więc.

1) Zuza Lewandowska- Na "magiczną kartkę" czekałam chyba krótko jak na takową karteczkę, bo 1,5 tygodnia. Widziałam, że na innych blogach ludzie piszą, że czekają po 3 miesiące nawet, więc nastawiałam się na grudzień..a tu taka niespodzianka... 100x większy szok i emocje, wszystko... A że Marco jej dotykał do ja wiem! Zaraz jako drugie w kolejności było powąchanie jej, czy jego rękę jeszcze wyczuję hahaha :') A za komentarz nie ma co dziękować-to prawda najprawdziwsza! <3

2)Kasia Góral - "pierwsza piosenka" to pojęcie względne-za każdym włączeniem bloga włącza się inna, więc trudno mi powiedzieć, na którą trafiłaś. :) Wszystkie 3 są Christiny Perri, którą ostatnio "odkryłam" i wybrałam piosenki, które pasują do tego opowiadania :). Pamiętam 2 tytuły, może jeden z tych-"Thousand years", "Arms". Może tu któraś z nich? :)

3) Ewi Borussen- Ja wysłałam do menagmentu Marco. Adres na jego stronie internetowej:) 

...A jednak mało tych pytań. No cóż. Myślałam, że będzie więcej haha :))

Mecz z Bayernem... Pozwólcie, że nie skomentuję. Zawsze będę wierzyć w Borussię, niezależnie od wzlotów czy upadków. Liczyłam na coś więcej...ale... pożuję sobie gumę jak Marco i poczekam do meczu z Mainz. :)












Buziaki!:**



sobota, 3 października 2015

Dwadzieścia siedem.


"Potrzeba mi umrzeć, aby móc wreszcie wyzdrowieć...
...i zacząć żyć w pełni szczęścia."




Kiedy tylko usiadłam na siedzeniu pasażera jeszcze mocniej zaczęłam płakać. Klopp, kiedy tylko usiadł za kierownicą ścisnął mocno moją dłoń.

-Inga, proszę, powiedz…
-Babcia…-wychlipałam przez łzy. Nie widziałam już nic. Oczy miałam zaszklone łzami –Muszę jak najszybciej być w Polsce.
-Podrzucę cię do Roberta, weźmiesz rzeczy, w tym czasie ja też szybko po coś pojadę do siebie i pojedziemy. Tak będzie najszybciej.-oznajmił włączając się do ruchu
-Ja mogę przecież polecieć samolotem…
-O tej godzinie nic nie złapiesz. Będziemy szybciej.
-Nie musisz…
-Chcę. Proszę, nie płacz, wszystko będzie dobrze.
-Nie będzie… Ona umiera…-szepnęłam prawie niesłyszalnie.





***





Pędziliśmy od dwudziestu minut niemiecką autostradą w kierunku Polski. Zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy do torby, napisałam Robertowi kartkę, bo ten już zdążył gdzieś wyjść. Kiedy wyszłam na zewnątrz akurat podjechał samochód. Szybko się wyrobił. Z resztą jak obiecał. Chyba wypłakałam wszystkie moje łzy. Siedziałam teraz z podkulonymi nogami oparta o okno i zagryzałam wargę. Nie umiałam o niczym innym myśleć. Umiera? Jak to możliwe? Nie wiedziałam o tym… Zawaliłam. Na całej linii…




***




Zamrugałam oczami. To był sen? Nie. Nadal znajduję się w samochodzie. Jest ciemna noc. Drogę oświetlają jedynie od czasu do czasu wysokie lampy. Klopp… Mój tata… Spojrzał na mnie ze słabym uśmiechem.

-Chcesz coś zjeść? Napić się?
-Nie…-odpowiedziałam chicho, a on tylko pokiwał głową ze zrozumieniem.
-Za pół godziny będziemy na miejscu.
-Która godzina?
-Prawie czwarta.
-Nie spał pan?
-Nie. Bez pan, Inga, proszę.
-Przepraszam…
-Nie szkodzi. Jak się czujesz?
-Jak mogę się czuć? Wiedząc, że moja babcia, która mnie wychowała, która jest najważniejszą osobą w moim życiu umiera na pieprzonego raka?!-prawie krzyczałam –Przepraszam…-szepnęłam i znowu rozpoczął się mój płacz




***




Ostatnie chwile podróży minęły nam w absolutnym milczeniu. Ciszę zakłócał tylko mój płacz. Po siedmiu i pół godzinie drogi stanęliśmy pod hospicjum im. św. Jana Pawła II we Wrocławiu. Serce mi pękło wiedząc, że tam właśnie leży najbliższa mojemu sercu osoba. Za pół godziny piąta.

-Czy…-zaczęłam nerwowo strzepując niewidzialny kurz z moich getrów.
-Tak?
-Możesz pójść ze mną?-zapytałam niepewnie spoglądając na niego
-Ja?-najwyraźniej się zdziwił. –Pójdę, jeśli chcesz.
-Dziękuję.-powiedziałam cicho i wysiadłam z samochodu.


Przekroczyłam próg budynku z duszą na ramieniu. Tak bardzo się bałam, że już za późno…
Naprzeciw wejścia stała niewielka recepcja. Dyżurująca pielęgniarka siedziała i coś klikała w komputerze. Na chwiejnych nogach podeszłam łapiąc się brzegu lady.

-W czym mogę pomóc?-spojrzała na mnie niewysoka brunetka spod przymrużonych powiek.
-Ja… Przyszłam zobaczyć się z babcią…
-Proszę pani, godziny odwiedzin rozpoczynają się o dziewiątej.
-Wiem, ale to naprawdę ważna sprawa. Dostałam telefon…
-Ach, to pani. To ja do pani dzwoniłam. Proszę za mną.-wstała i ruszyła korytarzem oświetlonym delikatnie przez ciemne światła lamp. Poszłam za nią. Koło mnie zaraz pojawił się tata. W duchu dziękowałam, że tu jest. Nie dałabym sobie sama rady.
-Proszę poczekać.-zostawiła nas przed drzwiami, a sama weszła do pokoju numer jeden.
-Hej, spokojnie.-objął mnie jedną ręką. Nawet nie zauważyłam, że cała drżę.  Serce głośno mi dudniło. Byłam pewna, że zaraz mi wyskoczy. Wzięłam głęboki oddech. Pielęgniarka wyszła i uśmiechnęła się blado.

-Proszę wejść, pani Sylwia akurat nie śpi.-oznajmiła i ruszyła z powrotem w kierunku jej miejsca.
Drżącą ręką położyłam na klamce i zebrałam całą moją siłę, żeby ją nacisnąć. Drzwi się otworzyły. Zrobiłam niepewny krok do przodu. Potem drugi. I trzeci. Stanęłam w beżowym pokoju, w którym znajdowało się tylko jedno łóżko. Siedziała na wpół leżąco i czytała gazetę. Podniosła wzrok. Uśmiechnęła się nieznacznie. Była taka blada. Mizerna… Taka słaba… Nigdy jej nie widziałam w takim stanie… Schudła. Dużo. Zmieniła się bardzo. Wyglądała jak pół człowieka. Wystarczyło kilka wielkich susów i leżałam wtulona w jej ciało i głośno płakałam. Głaskała mnie delikatnie po włosach. Zawsze tak robiła, kiedy płakałam. Była moją ostoją, pocieszeniem…moim wszystkim…wszystkim co mam. Tylko dla niej żyłam. Tylko dla niej obiecałam być silna. Dla niej obiecałam się nie poddawać. Dla niej robiłam wszystko, żeby być w tym miejscu, gdzie jestem. Dla niej zdałam maturę, dla niej dostałam się na studia…Bo gdyby jej nie było… Dawno nie byłoby mnie na tym świecie…

-Babciu…-krztusiłam się od łez.
-Cii, ptaszynko, nie płacz.
-Przepraszam… Tak bardzo cię przepraszam.-jeszcze mocniej ją przytuliłam
-Kochanie, nie masz za co.
-Jestem beznadziejną wnuczką. Zobacz, zadzwoniłam do ciebie tylko trzy razy. Nawet nie wiedziałam, że jesteś chora…-moje łzy nie miały końca. Gdyby je uzbierać w butelki…zabrakło by butelek.
-Jesteś najlepszą i najukochańszą wnuczką jaką mogłam sobie wymarzyć, ptaszynko. Trzy razy w zupełności wystarczą. Wiedziałam, że jesteś szczęśliwa. A kiedy nie dzwoniłaś, miałam pewność, że spędzasz świetnie czas. Nawet nie wiesz, jak się z tego cieszyłam.
-Dlaczego nie zadzwoniłaś, dlaczego nie powiedziałaś?
-Ptaszku, nieszczęścia chodzą po ludziach. Trzeba się z tym pogodzić. Nie chciałam cię martwić… Czekaj…
-Co się stało?-przerażona poderwałam głowę i spojrzałam na jej twarz. Jak zwykle uśmiechniętą. Nigdy nie widziałam jej smutnej. Przez całe dwadzieścia jeden lat mojego życia, nigdy ale to nigdy nie widziałam smutku na jej twarzy.
-Czy mnie wzrok nie myli, czy już jestem w niebie?-zapytała się patrząc w kierunku drzwi… Uśmiechnęłam się delikatnie. Gestem ręki przywołałam tatę do łóżka. Podszedł i pogładził mnie po ramieniu
-Dzień dobry.-uśmiechnął się życzliwie w kierunku mojej babci. Tak, była jego fanką od początku kariery
-Babciu… To jest… mój tata.-powiedziałam po niemiecku, żeby nie tworzyć niezręcznych sytuacji. Spojrzałam na niego. Miał zdziwione oczy. A za razem szczęśliwe. Nigdy chyba tak do niego nie powiedziałam.
-Tato… To moja babcia.-złapałam mocniej jej rękę
-Mogłaś faktycznie zadzwonić. Umalowałabym się chociaż.-jak zwykle humor jej nie opuszczał. Mój tata podał jej rękę.
-Bardzo miło mi panią poznać. Inga dużo o pani mówiła.
-Inga zwykle dużo mówi. Proszę się przyzwyczaić. Mi również bardzo miło. Już chociaż wiem, dla kogo Ulka straciła głowę.
-…Wiedziałaś?-krew odpłynęła mi z twarzy. Cały czas wiedziała?!
-Ingusiu… Przyjaźniłyśmy się z twoją mamą. Przez wiele lat. Przyjechała do mnie w trzecim miesiącu ciąży. Mieszkała u mnie cały okres jej trwania. Nie wiedziała, kto jest twoim ojcem. Była tak zakochana, że postanowiła nic nie mówić panu Juergenowi… Nawet mnie nie powiedziała, gdzie mieszka w Niemczech. Kiedy się urodziłaś… Po miesiącu wyjechała. Opiekowałam się tobą razem z Andrzejem. Na początku był dobrym ojcem… Jak miałaś roczek zrobił testy DNA. Nie widział żadnego podobieństwa do siebie. Zajmowałam się cały czas tobą. Przez pierwszy rok twojego życia pisałyśmy do siebie listy z twoją matką… Aż napisała, że wychodzi za mąż. Rozpoczyna nowe życie, przeprowadza się, zmienia nazwisko. Tylko tyle. Nie wiedziałam nic. Nie wiedziałam za kogo. Nie chciałam ci robić złudnych nadziei ptaszynko… Szansa, że się znajdziecie…była wręcz nikła. Żadna. A jednak… -skrzywiła się delikatnie
-Babciu, coś cię boli? Coś podać, chcesz się napić?-ogarnęła mnie nagła panika. Po moich policzkach co rusz spływały nowe łzy.
-Nie, kochanie, dziękuję. I przepraszam, że ci nie powiedziałam…
-Nie szkodzi. Nie mam ci tego za złe. Postąpiłaś słusznie… Babciu… Jak mam ci pomóc? Proszę, powiedz. Poproszę tatę, Marco, Mario, Roberta, żeby pożyczyli mi trochę pieniędzy, zrobimy operację, wszystko będzie dobrze, będziesz żyć, musisz żyć…
-A co tam u Marco?-uśmiechnęła się blado głaszcząc mnie po włosach.
-Dobrze… Babciu, nie zmieniaj tematu, proszę, oddam wszystkie pieniądze. Twoje zdrowie jest dla mnie najważniejsze.
-Myszko, mi nic już nie pomoże. Nawet cud. Na każdego przychodzi pora. Ja już widocznie spełniłam swoją misję na tym świecie. Zobacz, masz rodzinę, masz przyjaciół… Nie jesteś już sama. Wyrosłaś na przepiękną, mądrą, błyskotliwą, twardą, radosną młodą kobietę. Jestem z ciebie dumna. Bardzo. Zawsze byłam. I będę zawsze. Kocham cię, ptaszku… A pan… Niech się nią pan opiekuje. To bardzo wrażliwa dziewczyna. Ma ogromne serce…a i ją ogromnie łatwo kochać. Ogromnie.-mówiła to jakby się żegnała… Nie, proszę, nie…
-Babciu. Kocham cię. Tak bardzo cię kocham. Dzięki tobie jestem…dzięki tobie żyję…dałaś mi siłę…Dałaś mi wszystko czego potrzebowałam. Miłość. Proszę, nie umieraj. Nie dam sobie rady bez ciebie, tak bardzo cię kocham. Zostań ze mną.-szlochałam przytulona do jej piersi.
-Będę zawsze przy tobie. Przy twojej rodzinie, przy twoim mężu, waszych dzieciach, wnukach… Jestem szczęśliwa, że tu jesteś. Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Kocham cię, ptaszynko. Bardzo cię kocham.-mówiła coraz ciszej. Na sam koniec złożyła delikatny jak płatek śniegu pocałunek na mojej głowie. I już nic nie powiedziała. Nic. Przytuliłam ją z całych sił i płakałam. Płakałam jak nigdy. Nie umiałam pohamować łez. To nawet nie był szloch.
-Babciu… Nie, proszę…-krzyczałam dławiąc się.

Nie wiem jak długo płakałam. Trwało to wieczność. Nie mogłam się uspokoić. I jeszcze ten ciągły, piszczący dźwięk. Poczułam rękę taty na ramieniu. Jeszcze mocniej wtuliłam się w jej ciepłe jeszcze ciało.
-Inga…-usłyszałam szept taty
-Nie…-pisnęłam
-Chodź, wstań, słońce…-odwróciłam głowę w jego stronę cały czas ściskając babcię. Przez zaszklone oczy zauważyłam, że za nim stoi pielęgniarka. Nawet nie wiem, kiedy tu weszła.
-Bardzo współczuję, proszę pani, ale muszę odpiąć urządzenie monitorujące…-powiedziała współczującym głosem. Położyłam ucho na jej sercu. Nie biło. Ostatni raz mocno ją przytuliłam. Delikatnie podniosłam się i pocałowałam ją w czoło.

-Kocham cię.-szepnęłam z nadzieją, że jeszcze usłyszy. Była uśmiechnięta.  Jak zawsze. Ledwo usiadłam. Silne ramiona Kloppa podniosły mnie i z całej siły mnie przytulił.

-Tatusiu… Proszę, bądź przy mnie. Zawsze. Chcę być twoją córką, chcę być częścią twojej rodziny…Po prostu bądź przy mnie. Potrzebuję cię. Nie mam już nikogo oprócz ciebie-płakałam w jego błękitną koszulę.
-Oh, córeczko…-westchnął łamiącym się głosem i położył swoją głowę na mojej. –Nie zostawię cię. Obiecuję.
-Dziękuję.-szepnęłam. Mój oddech się powoli normował. Powoli skierował nas do wyjścia.
-Przepraszam, chce pani zabrać teraz rzeczy osobiste?-zawołała za nami pielęgniarka.
-Rzeczy osobiste?-odwróciłam się w jej stronę.
-Tak. Wie pani, dokumenty, ubrania…
-Dokumenty. Ubrania proszę dać komuś, kto będzie ich potrzebował…-szepnęłam
-Oczywiście. Proszę poczekać przy recepcji.-uśmiechnęła się zachowawczo, a my opuściliśmy pokój numer jeden… Po drodze przetłumaczyłam jeszcze na niemiecki słowa pielęgniarki. Gdyby nie silny uścisk taty…nie poradziłabym sobie z tym ciężarem…Moje serce było połamane na miliardy kawałeczków…A tata…On był takim klejem, który możliwe, że da radę większość posklejać…bo wyszczerbienie i tak przecież już zostanie…

Kilka minut później pielęgniarka dyżurna podawała mi dowód osobisty, jakąś papierologię związaną z ubezpieczeniem, notariuszem i… gazetę na okładce ze mną, tatą i chłopakami z Borussii.

-Teraz już wiem dlaczego czytała cały czas te trzy strony no i oglądała z zachwytem okładkę.-uśmiechnęła się, a chwilę później znów na jej twarzy przebiegł cień obojętności. Chwyciłam wszystko włącznie z gazetą i wyszliśmy na świeże powietrze. Słońce w oddali zaczęło się budzić. Był nowy dzień. Ptaki w parku radośnie ćwierkały…Tylko ja dźwigałam tonowy smutek w swojej głowie i w swoim sercu…

-Tam będzie jej dobrze. Jest już pewnie aniołem. Czuwa nad tobą.-usłyszałam głos taty
-Zawsze była i będzie moim aniołem… Będzie mi jej brakować… Już mi jej brakuje. Nawet nie wiesz co czuję.-łzy, które myślałam, że wypłakałam wszystkie znowu zaczęły lecieć ciurkiem. Poczułam silne objęcia trenera Borussii.
-Nie wiem, maleństwo, ale domyślam się. Sam straciłem kilka lat temu tatę. Nie mogłem się pozbierać. Uciekałem cały czas w trenerkę… I dzięki temu dałem radę. Dałem radę pomóc mamie, która była załamana…a sam byłem nie bardziej... Nie ważne… Chodź, trzeba się przespać kilka godzin, odpocząć. Jesteś pewnie bardzo zmęczona. Sen jest dobry na wszystko.
-Dobrze…-wytarłam łzy z policzków, choć na nic mi to było, bo wciąż spływały nowe.





***




Pojechaliśmy do najdroższego hotelu we Wrocławiu. No tak, czemu tu się dziwić? Akurat były dwa wolne pokoje. Sama nie wiem, czy na szczęście, czy nie… Wolałabym hotel, za który jestem w stanie za siebie zapłacić..w sumie nie miałam teraz do tego głowy żeby cokolwiek narzekać.  Pojechaliśmy windą na trzecie piętro i skierowaliśmy się do swoich pokoi.

-Inga, dasz sobie radę?
-..Tak, jasne.-zaczęłam przekładać klucz między palcami
-Mówię poważnie, służę ramieniem i rękawem. Nie wiem, czy mogę zostawić cię samą…
-Dam sobie radę. Postaram się. Chciałabym się położyć i zasnąć. I się obudzić z myślą, że to tylko głupi, pieprzony sen.
-Inga..-westchnął i przytulił mnie mocno.
-Nie wiem jak ja sobie z tym poradzę. Przecież trzeba zorganizować pogrzeb, załatwić sprawy z domem…A ja nie mam bladego pojęcia jak się za to zabrać.
-Hej, nie jesteś sama. Już nie. Jestem tu z tobą i nie zamierzam cię opuścić. Domyślam się jak teraz się czujesz. Chciałbym ci pomóc. Jak każdy ojciec swojej córce.
-Dziękuję.-szepnęłam cicho
-Jak się obudzisz to od razu dzwoń. Będziemy wszystko załatwiać. Ja też się chwilę zdrzemnę.
-Dobrze…dziękuję…
-Nie dziękuj tyle, nie ma za co, idź lepiej wyśpij się. Sen pomaga na wszystko.




Usiadłam na łóżku i oparłam się o jego drewnianą ramę. Babciu, dlaczego akurat teraz? Dlaczego mnie zostawiłaś? Tak bardzo cię kochałam… I dalej kocham… Tylko ja nie mogę zrozumieć, dlaczego to właśnie ty musiałaś odejść? Zawsze byłaś moją podporą, pocieszałaś mnie, pomagałaś…po prostu byłaś. Zawsze kiedy cię potrzebowałam, zawsze, kiedy po prostu chciałam cię przytulić… Nie poradzę sobie bez ciebie…-mówiłam do niej w myślach, a po policzkach spływały mi strumyki łez.



***



Stała tuż przede mną. Z wymalowanym uśmiechem na twarzy. Czy to sen? Czy rzeczywistość? Może ona jednak żyje! Może wcale nie umarła? Chwyciła mnie za obie ręce i spojrzała prosto w moje oczy.

-Ptaszynko, nie płacz już.
-Babciu…
-Ciii, myszeńko-przytuliła mnie najwspanialej jak potrafiła. Tak bardzo to kocham –Nie płacz już więcej.
-Co tu robisz? Gdzie jesteśmy?
-Przyszłam ci przemówić do twojego rozumku. Zacznij w końcu czerpać z życia ile wejdzie. Jesteś taką wspaniałą dziewczyną. Powinnaś się częściej uśmiechać. –sama uśmiechnęła się szeroko i naciągnęła moje usta próbując ułożyć z nich uśmiech.
-Jak mam się uśmiechać, kiedy pękło mi serce?
-Niedługo serce znajdzie swoją drugą część i będzie biło z nową siłą.
-Niby gdzie?
-Wbrew pozorom bardzo blisko. Zobacz, twoje życie nabiera sensu, którego zawsze szukałaś. Masz wspaniałego tatę, Ulla też jest dobrą kobietą, tylko gdzieś tam zbłądziła, zagubiła się…
-Ale jak mam żyć bez ciebie? Nie umiem tak…
-Kochanie, ja zawsze będę koło ciebie.  Zawsze. Przy każdym kroku. Nie czuj się sama, nie widzisz jak wiele ludzi cię kocha?
-Kto?
-Między innymi twój tata.
-Nie wiem, nie wydaje mi się.
-A mi tak.
-Nie mów zagadkami, proszę. Zrób choć coś magicznego, żebyś znowu była koło mnie. Tu, w rzeczywistości. –ścisnęłam ją mocniej za rękę i próbowałam powstrzymać łzy
-Moja misja na tym świecie się skończyła. Niczego nie żałuje w moim życiu. Było najpiękniejsze jakie mogłam sobie wyobrazić. Wiesz dlaczego? Ze względu na ciebie. Było to najpiękniejsze dwadzieścia jeden lat jakie mogłam sobie wymarzyć. Oj, i przestań w końcu płakać. Nawet nie wiesz jakie wspaniałe życie przed tobą!
-Potrzebuję cię.
-Nie. Jesteś dorosłą kobietą. Podejmujesz własne decyzje. Odetnij się od przeszłości. Na zawsze. Zrób krok do przodu. Obiecaj mi to.
-Obiecuję.-uśmiechnęłam się delikatnie.
Puściła moją dłoń i otarła moje łzy.
-Jestem z ciebie dumna, ptaszynko.
-Kocham cię babciu.
-A ja ciebie.-odpowiedziała i zaczęła się oddalać.
-Nie, proszę, zaczekaj, jeszcze nie.-biegłam za nią ile sił w nogach. Cały czas byłam zbyt daleko. Próbowałam jeszcze szybciej biec. Zaczęłam potykać się o własne nogi. Nie mogłam zaczerpnąć oddechu. Miałam uczucie, jakbym miała zaraz wypluć płuca. A ona cały czas była dalej. Spojrzała w jakiś punkt i uśmiechnęła się szeroko. Zniknęła.



Otworzyłam oczy i zachłysnęłam się powietrzem.  Wzięłam głęboki oddech. Potem drugi i kolejny… Przychodziło coraz łatwiej. Gdzie ja jestem? Ah, to znowu hotelowy pokój.

-Inga? Wszystko dobrze? Pukałem, nie odpowiadałaś, myślałem, że coś ci się stało, że coś sobie zrobiłaś, nie wiedziałem już co myśleć…-zaczął usprawiedliwiać się Klopp, który kucał przy moim łóżku. Przytuliłam go mocno. Mojego tatę. Mojego prawdziwego tatę.
-Dobrze, że jesteś.














~~~


...Miałam pisać, że mnie smuci ilość komentarzy, nie mam weny, miałam pisać o tym, że to nie koniec "atrakcji", miałam pisać, że jestem ciekawa Waszych opinii...
 Napisałam, po czym usunęłam, bo dziś...dziś w moim krótkim życiu stało się coś...Hmm, no właśnie, coś:)
Biała koperta i przeryczana prawie godzina, oszalałe serce, którego nie sposób uspokoić, pisk na całą okolicę aż do zdarcia gardła..to nic, że jutro mam śpiewać, to nic... 
To nic z oszalałym bijącym czarno-żółtym sercem kibica...
Mam go na przeciw siebie i nie wierzę. Patrzę się co najmniej jakby tekturowej kartce 10.5 x 15,5 wyrosły zielone czułki... :)
Nie mam słów, nie wiem,nie umiem zebrać myśli...Po prostu nie napiszę nic więcej. Z wyjątkiem:






Echte Liebe <3


Całuję! <3
A! I komentujcie bardzo Was proszę :*** 

środa, 23 września 2015

Dwadzieścia sześć.



-Nagrywasz?
-No.-potwierdził Mario skradając się na palcach za mną. Ubrani jeszcze w piżamy, ja w błękitną w pingwinki…jak się kompromitować u Goetzego na Insta to na całego. Podeszłam na palcach do łóżka Marco, który smacznie spał niczego nieświadomy. Mario ustawił na wprost twarzy Marco taboret, a ja wyjęłam jedną z papierowych kulek zawiniętych w bluzce mojej piżamy.
-Kto pierwszy?-zapytałam spoglądając na przyjaciela
-Dawaj ty.-kucnęłam za taboretem, położyłam na nim kulkę i zaczęłam przymierzać się do strzału
-W co celujesz?
-Nos.-szepnęłam. Skupiłam się wycelowałam i pstryknęłam palcami w kulkę, która idealnie strzeliła i odbiła się od nosa Reusa. Mario za moimi plecami zaczął się chichrać.
-Ciiichoo, bo go obudzisz.-skarciłam przyjaciela. Marco podrapał się przez sen ręką w nos i przewrócił na drugi bok.
-Kurde no…-mruknął niezadowolony Mario i podał mi swój telefon. Zrobił kilka kroków w prawo tak, że znalazł się w połowie łóżka… Mario…
-Jesteś głupi, wiesz?
-Rodzice mi to od dziecka powtarzali.-stwierdził smutno Mario łapiąc się za głowę, a po chwili oboje się roześmialiśmy.
-Dobra, strzelaj.
-Okej.-wyjął z kieszeni gumkę recepturkę, naciągnął ją na palce, umieścił papierową kulkę i strzelił…prosto w tyłek Reusa. Marco najwyraźniej to poczuł, bo z powrotem przekręcił się na poprzednią stronę i zaczął ziewać. Nie mogłam tego nie wykorzystać. Taboret, kulka strzał!

-Tffuuuu!-wypluł z ust papierową kulkę Marco i popatrzył na mnie i Mario pokładających się ze śmiechu na podłodze.
-Inga mistrz!-wycierał łzy z kącików oczu mój kompan „zbrodni”.  Wyłączyłam nagrywanie w iPhonie Mario i podałam mu telefon.
-Dzień dobry Marco!-powiedziałam udawanym przesłodkim głosikiem.
-Nie myśl sobie, że jak założysz uroczą piżamkę w pingwinki to cię przed czymś ochroni.-wycelował w moją stronę wskazujący palec.
-Niby przed czym?
-…Jeszcze coś wykombinuje…ale już możesz się zacząć bać.
-O jejku. O jejku. Ale się boję. Pomocy. Ratunku.
-Prawie, prawie i możesz zdawać na akademię teatralną.
-Dzięki Mario, ale najpierw to ja muszę przeczytać moją pracę magisterską i wnieść jakieś poprawki…Na samą myśl, że mam to do roboty…odechciewa mi się wszystkiego.
-Dasz radę!
-Dam…Pewnie będę musiała wrócić wcześniej do Polski niż to planowałam…
-Nawet o tym nie myśl! To już ja mogę za ciebie napisać tą pracę ale zooostań.-uśmiechnął się szeroko Goetze na co go mocno uściskałam
-Lepiej się za to nie bierz. Zależy mi na tym magistrze.
-No dobra. Jak chcesz.-wzruszył ramionami
-O której dzisiaj będziemy w Dortmundzie?
-Około dwudziestej.-odpowiedział Marco wstając z łóżka ubrany w same bokserki… Odwróciłam głowę w drugą stronę będąc w ciężkim stanie przedzawałowym. Krzyczałam na siebie w myślach, czemu nie związałam włosów! Przynajmniej, kiedy spuściłabym głowę włosy zakryłyby moje rumieńce. Z opresji uratował mnie dźwięk telefonu schowanego w górnej kieszonce bluzki piżamy. Lewandowska! Wreszcie w odpowiednim momencie.

-Przepraszam.-rzuciłam i w zawrotnym tempie wybiegłam z pokoju. Oparłam się o ścianę korytarza i przeciągnęłam zieloną słuchawkę na wyświetlaczu.


-Halo?
-Hej Inia! Nie śpisz? Co tam u was?
-Moje życie już nie będzie takie samo.
-Co się stało?-zapytała wyraźnie zaciekawiona
-Zobaczyłam klatę Reusa…No wiesz, w sumie drugi raz, ale teraz w świetle dziennym…
-Hahahaha. Kiedy?
-Jak wstawał z łóżka.
-A ty byłaś oczywiście rozumiem zawinięta pod kołderką z rozczochranymi na wszystkie strony włosami i maślanymi oczkami?
-LEWANDOWSKA!!!-krzyknęłam i nie mogłam pohamować śmiechu
-No co?-próbowała utrzymać powagę, choć wiem, że sama się śmiała
-Jak ty czasami coś powiesz…
-…Ej, ej, ej! Wróć!
-Gdzie? Do pokoju Marco?
-Chciałabyś!
-Yhymmm
-Jezu, Inga, ty jesteś nieźle zakochana!-pisnęła radośnie moja przyjaciółka
-Może tak, może nie…
-Oczywiście, że tak! Ale czekaj, czegoś tu nie rozumiem. Jak drugi raz? Kiedy był pierwszy?-i tu jestem do niej podobna…Czasami coś palnę i muszę się tłumaczyć. Wyszłam korytarzykiem na dwór i usiadłam po turecku na ławce przed naszym pensjonatem.
-Długa historia…
-Mam czas.
-Na pewno?
-Na sto procent.
-Ehh… To było tej nocy, kiedy byłam u Marco…
-Spaliście razem?-przerwała mi radośnie świergocząc Anka
-Nie! Dasz skończyć? Marco mnie… pocieszał. Był mi bardzo potrzebny. Gdyby nie on… Chyba nie dałabym rady…
-Co się stało? Inga…wiem, że coś nie gra. Nie chcę cię naciskać, ale jestem twoją przyjaciółką, możesz mi zaufać…
-Mario, Marco, Kuba i wiedzą…Robert połowicznie. I tobie też nie chcę mówić na razie wszystkiego, nie zrozum mnie źle, ale to też nie ode mnie zależy…a to, że chłopaki wiedzą to…po prostu Marco i Mario byli o czasie i porze, że to wszystko niestety przy nich się wydarzyło…
-Powiedz mi ile uważasz za stosowne. Naprawdę się nie obrażę. Staram się ciebie zrozumieć kochana, ale nie mam żadnego punktu zaczepienia. Nie wiem o czym rozmawiamy…
-Ehh…To nie jest rozmowa na telefon…Ale… Odnalazłam biologicznych rodziców.
-Tego bym nie przypuszczała…Ale tutaj, w Dortmundzie? Jakim cudem?
-Tak, w Dortmundzie. Cuda się zdarzają… Sama tego nie rozumiem, nie wiem jakim cudem, nie wiem jak… Mam tyle myśli w głowie na sekundę. Ten obóz jest taką odskocznią, pozwala mi choć przez chwilę o tym nie myśleć. I chcę na razie odizolować się od tego tematu.
-Domyślam się… Bym cię teraz mocno, mocno, mocno uściskała, wiesz? Jesteś silna, dasz radę. Tyle przeszłaś w życiu. Widzisz? Wszystko ci się układa. Nikt nie mówił, że życie będzie usłane różami…a nawet jeśli, to róże mają też kolce…
-Lewa-filozof.-mruknęłam pod nosem i obie się roześmiałyśmy.
-Chciałabym być z tobą…Byśmy sobie wypiły zieloną herbatkę…
-Za półtora tygodnia się spotkamy i pogadamy przy herbatce.
-A dowiem się chociaż co z tą klatą Reusa za pierwszym razem?
-Tak cię fascynuje klata Reusa?
-Nie, ale moją przyjaciółkę tak. Musimy mieć przecież jakieś tematy do rozmowy. Ja mogę nawijać o karate, a ty o klacie Reusa… Chyba, że możesz się też wypowiedzieć o innych częściach ciała. Jak tam ma się jego hmm…tyłek?
-Nie mam na ciebie dzisiaj siły. Jesteś gorsza niż Mario ostatnimi czasy.
-Dzięki, też cię uwielbiam. No to mów. Lekcja, temat:klata Reusa-historia początków.
-Długa historia. Po prostu chciał mi poprawić humor. No i zdjął koszulkę.
-Twoją?
-Nie! Swoją!
-Chciał ci poprawić humor i zdjął koszulkę? No swoją drogą byś się ucieszyła…
-Zaraz się rozłączam!
-Nie, no mów. Zdjął swoją koszulkę, a potem zdjął two…
-Anka!
-Próbuję sobie przypomnieć co było po zdjął swoją koszulkę.
-Na tym się skończyło.
-Aaaa! No a potem jaki rozwój akcji?
-Polał mnie zimną wodą spod prysznica.
-Eee. Myślałam, że tu jakieś sceny osiemnaście plus będą a tu dupa blada.
-Dobra, koniec. Przekierowuję twój numer do Yvonne, Yvonne do ciebie i będziecie się dzielić swoimi fantazjami osiemnaście czy sześćdziesiąt plus na nasz temat. Ale ja tego nie chcę słyszeć.
-Ale Ingaaa…-jęknęła smutno.
-Za dwie godziny was odblokuję.-przewróciłam oczami i roześmiałam się. Jak tu jej nie lubić?
-Okej.
-Albo jeszcze dołączę do waszej konwersacji Mario.
-Też was swata?
-Nie, ale jest upierdliwy jak ty.


-A ostatnio to ja byłem upierdliwy.-zmaterializował się koło mnie przysłowiowy „wilk”.


-Ym…Aniu muszę kończyć.
-Czyżby uroczy blondyn właśnie usiadł koło ciebie?
-Tak, i módl się, żeby nie usłyszał naszej wcześniejszej rozmowy.
-Tej, kiedy mówiłam, że się w nim za..-czerwona słuchawka może wszystko


-Dużo słyszałeś?-zapytałam lekko zmieszana
-Nic.
-A tak szczerze?
-Musimy popracować nad zaufaniem.-uśmiechnął się szeroko i pociągnął mnie z ławki
-Czyli…
-Oj Inga… Z ręką na sercu nic a nic.
-No to w porządku. Gdzie idziemy?
-Na śniadanie.
-Aż tak mnie nie lubisz?
-Aż tak cię lubię, że nie chcę, żebyś głodowała.-uśmiechnął się do mnie zniewalająco… Oj tak…taki przyjaciel to skarb… A gdyby tak zlevelować z przyjaciela na chłopaka? Życie to nie bajka skarbie…Nie ta liga…
-Wspaniałe nagranie w wykonaniu twoim i Mario poszło w świat.
-Wstawił?
-Yhym… Nieźle to sobie wymyśliliście. Kto wpadł na pomysł?
-Mario narzekał, że nie było żadnego przypału…
-A ty podsunęłaś mu pomysł, żeby mnie podręczyć.-dokończył za mnie blondyn, na co mu pokiwałam twierdząco pokiwałam głową. Roześmialiśmy się oboje… Jak ja uwielbiałam jego towarzystwo. Wiem, że mogłabym z nim rozmawiać godzinami, wiem, że mogłabym lata świetlne spędzać w jego ramionach, wiem też, że całą wieczność mogłabym kochać go jak nikogo innego…
-Grosik za twoje myśli?-szepnął mi na ucho, a kiedy nagle odwróciłam głowę w jego stronę dojrzałam jego piękne, błyszczące, zielonoszare oczy. Co się ze mną dzieje…
-Rozmawiałam z Kloppem.-uśmiechnęłam się delikatnie na wspomnienie naszego spotkania.-Twój kuzyn zwrócił się do niego „amigo”.-dodałam, na co Marco głośno się roześmiał
-Spotkacie się jeszcze po powrocie?
-Tak. To wspaniały człowiek. Kiedy go poznałam wiedziałam, że mogę mu zaufać. Nie tylko dlatego, że Lewy mi dużo o nim opowiadał…ale po prostu poczułam takie…coś. No wiesz, kiedy kogoś spotykasz po prostu to czujesz albo nie. Pewnie nie rozumiesz o co mi chodzi.
-Kobiecy instynkt?-zaśmiał się
-O to to to!
-Ale tu masz rację. Klopp jest dla nas wszystkich, nie bądź zazdrosna, jak ojciec. Zawsze każdy do niego może przyjść, pogadać na wszystkie tematy. Zawsze stara się zrozumieć, poradzić, pocieszyć…
-Przytulił mnie.-uśmiechnęłam się, a Marco odpowiedział mi tym samym. –Ten... Facet, z którym mieszkałam…nigdy tego nie zrobił. Nawet jak byłam malutka. Myślisz, że już tedy wiedział, że nie jestem jego córką? Stąd ten wstręt, nienawiść, odraza…to wszystko..?
-Nie wiem Inga. Nie umiem ci na to odpowiedzieć, chociaż sam się nad tym zastanawiałem. To był po prostu zwyrodnialec. Niejeden na tym świecie, a ty miałaś po prostu ogromne nieszczęście, że na takiego w życiu trafiłaś.
-Chcę, żeby już to wszystko się skończyło…
-Za chwilę się skończy, zobaczysz. Porozmawiasz z Kloppem…
-Nie, to nie tylko o to chodzi.-przerwałam mu. –Chodzi o sny. W których mi się śni to wszystko, wiesz... Budzę się cała spocona, przerażona…
 -Tak jak u mnie?-zapytał z wyraźnym smutkiem i objął mnie opiekuńczo ramieniem.
-Nie aż tak bardzo jak wtedy… Po prostu budzę się i nie mogę zasnąć. Albo muszę zejść po szklankę wody, napić się, może potem sen przyjdzie… Nie wiem, co musi się stać, żeby to się skończyło.-nie mogłam oprzeć się pokusie wtulenia się w jego silne ramiona. Miałam przecież pretekst i doskonałą okazję.
-Już niedługo.-cmoknął mnie we włosy i delikatnie odsunął od siebie. –Idziemy na śniadanie? Nic nam nie zostanie do zjedzenia.
-Tęsknie za tymi przedziwnymi śniadankami Lewandowskiej. Może miałam trochę dość…ale teraz…
-Jeszcze będziesz musiała tydzień bez niej przeżyć po powrocie.
-Swoimi posiłkami też się zadowolę…tylko muszę się tylko dostać do kuchni.
-Tutaj nie wpuści cię wiedźma.-zaśmiał się Marco przepuszczając mnie w drzwiach







***





Po obiedzie zorganizowaliśmy ostatni mecz na pobliskim boisku. Razem z dziewczynami usiadłyśmy na ławeczce i przyglądałyśmy się rozgrzewce prowadzonej przez Lewego. Chłopaki ubrali się jak przystało na piłkarzy BVB w żółto-czarne trykoty. Nie mogłam się nadziwić ile zapału mają dzieciaki. No tak, kto by nie chciał zagrać meczu z Borussią Dortmund?! Podeszła do mnie jedna z sióstr-Amelie w towarzystwie dwunastoletniego Thomasa.

-Pani Ingo?-zaczęła słodko
-Słucham cię robaczku.-uśmiechnęłam się szeroko
-Brakuje w naszym składzie jednej osoby.-wyjaśnił rzeczowo chłopak
-Coś zaraz zaradzimy.-uśmiechnęłam się i pobiegłam do naszego ośrodka.

Weszłam szybko do pokoju, wzięłam z torby żółtą bokserkę, czarne krótkie, sportowe spodenki i moje buty nike’a. Przebrałam się szybko i włosy związałam w wysoką kitkę… I rzuciłam się w drogę powrotną.
Wróciłam akurat, kiedy wszyscy zaczęli ustawiać się na boisku.

-Jestem!-oświadczyłam stając po stronie boiska dzieci. Tak, cudownie grać przeciw BVB.
-Ale super!-ucieszyli się i przybiliśmy sobie piątki
-Będziesz grać?-zdziwił się Reus
-Tak.-oświadczyłam dumnie
-Przecież ty nie umiesz grać…
-To jest nas dwoje. Zaczynamy?-zatarłam dłonie i spojrzałam na roześmianych graczy drużyny przeciwnej.

Gra toczyła się zacięcie. Na razie szło nam bezbramkowo. Chłopaki z Borussii grali nad wyraz „lajtowo”. No bo przecież nie będą faulować dzieci, ale nie tyczyło się to odbierania piłki. W sumie tak, walka toczyła się o to, kto ma piłkę przy nodze. W końcu chyba nadarzyła się akcja...

Dostałam piłkę. Pół boiska. Cel:bramka. Ruszyłam ostrożnie. Koło mnie biegł Thomas, a z drugiej strony Goetze chcący mi zabrać piłkę-sorry, nie teraz. Pędziłam coraz bliżej bramki…naprzeciw mnie stali Reus, Neven, Marcel i Lewy. Nie wiem jak to zrobiłam, ale jakimś cudem wyminęłam wszystkich. Marco próbował jeszcze odebrać piłkę, kopnęłam mocniej i przeskoczyłam nad jego nogą, ten podbiegł i zagrodził mi drogę. Pozostał tylko wślizg. I tak zrobiłam. Piłka leci i…gol! Tak! Tak! Udało się! Marco śmiał się i pomógł mi wstać.

-Niezły drybling.-stwierdził z uznaniem
-Co tam drybling! Tak wykiwać Reusa! Brawo młoda!-przybił mi piątkę Goetze.
W końcu wpadłam w objęcia mojej drużyny. Wszyscy skakali, piszczeli…radości nie było końca.
Nasz ostatni mecz dobiegł końca. Wygraliśmy! 2:1! Po moim golu padł gol w wykonaniu Mario na 1:1, a pod koniec padł decydujący gol autorstwa Toma. Byliśmy wszyscy ogromnie szczęśliwi. Za długo nie było nam dane obchodzić zwycięstwa, ponieważ trzeba było się pakować. Wzięłam szybki prysznic i wzięłam się za pakowanie.


O osiemnastej wyruszyliśmy niestety w drogę powrotną. Pięć dni minęło nim się spojrzeliśmy. Jak wcześniej obiecałam, zajęłam miejsce koło Goetzego. Gadaliśmy o bzdurach, a potem, nawet nie wiem kiedy, zasnęłam na jego ramieniu.

-Inga…-usłyszałam cichy głos przyjaciela
-Hmmm?
-Za pięć minut będziemy na miejscu.
-To było mnie obudzić za pięć minut-usiadłam i przeciągnęłam się na ile to było możliwe.
-Aż tak cię nudzę?
-Skąd. Kiepsko spałam po prostu.
-To śpij sobie.
-Dzięki, o wspaniały, ale chyba nie skorzystam.
-Twoja strata.
-Jestem tego w pełni świadoma.
-Fajnie było, nie?
-Pewnie. Miło, że bierzecie udział w takich akcjach.
-Jeśli jest się sławny trzeba to wykorzystywać, a najlepiej w taki sposób.
-Mądrze gadający Goetze. Niebywałe.
-A nie mówiłem, że jak się wysili to potrafi?-zaśmiał się Marco siedzący za nami
-Potrafię!-przytaknął dumnie Goetze wypinając klatę niczym Supermen.
-Ej, chłopaki, tak w ogóle, pytanie za sto punktów, który mamy dzisiaj?-zapytałam. Mario wyciągnął telefon i oznajmił
-Szesnasty czerwca, godzina osiemnasta trzydzieści dwa.
-Który?!
-Szesnasty, a co?
-Przecież dzisiaj są urodziny Klopp’a. Jak mogłam zapomnieć?-złapałam się za głowę.
-Oj Inga, nie rób tragedii…-usłyszałam głos Roberta siedzącego koło Reusa
-Jaka ze mnie córka, która zapomina o urodzinach własnego ojca! Mario, podasz mi do niego numer telefonu?-mówiłam szybko jak katarynka. Wyciągnęłam swój telefon i czekałam, aż Mario znajdzie w kontaktach numer do trenera pszczółek.
-Inga…Jak to…-jąkał się Robert. Nie musiałam tłumaczyć, bo Mario zaczął dyktować numer. Zapisałam i od razu się połączyłam. Czekałam dwa sygnały i usłyszałam znany mi ciepły głos Kloppa.


-Halo?
-Dobry wieczór…Z tej strony Inga…
-Inga! Jak miło, że dzwonisz! Co u ciebie?
-Właśnie wysiadam z autokaru. Mam pytanie, moglibyśmy się jeszcze dzisiaj spotkać? To naprawdę pilne.
-Nie chcesz odpocząć trochę? Nie jesteś zmęczona?
-Zdrzemnęłam się w autokarze na mięciutkim ramieniu Goetzego, więc nie jest źle.
-No dobrze… To kiedy chcesz się spotkać? Ja się dostosuję, aktualnie siedzę przed telewizorem.
-Mamy prawie dziewiętnastą…To o dwudziestej? Zna pan jakieś dobre miejsce?-przycisnęłam telefon do ramienia i odebrałam swoją walizkę od Marco.
-Jest miła kawiarenka blisko Iduny…
-Ta taka czerwona?
-No chyba tak. Wiesz gdzie to jest?
-Tak, byłam tam raz. To wtedy do zobaczenia o dwudziestej?
-Do zobaczenia.-odpowiedział, a ja rozłączyłam się.

Oficjalnie zakończyliśmy nasz obóz. Dzieciaki jeszcze przed wyjazdem dostały autografy no i zdjęcia na pamiątkę. A dzięki im adresom dostaną we wrześniu na mecz.  Kiedy zostałam już wyściskana przez kochane bliźniaczki ruszyłam w kierunku samochodu Nevena, którym przyjechała jego dziewczyna.  Wrzuciliśmy wszyscy nasze walizki do bagażnika. Ja z Robertem zajęliśmy tyły, a Neven usiadł z przodu na siedzeniu pasażera.
-Jurgen…-zaczął Lewy, który jak zauważyłam ni otrząsnął się z tej informacji
-Tak. –przerwałam mu, póki nie wypowiedział całego zdania przy reszcie.
-Nie wierzę…-pokręcił głową.
-Ja jeszcze też.-westchnęłam i oparłam się o szybę.





***




Kiedy tylko przekroczyłam próg mieszkania wpadłam w istny szał. Myślałam nad prezentem, po który bym musiała jeszcze pobiec i ładnie zapakować…problem w tym, że nic nie przyszło mi do głowy. Spojrzałam na zegarek. Zostało mi jeszcze czterdzieści minut z hakiem do spotkania. No nic, idziemy na łatwiznę.
Biegiem ruszyłam do kuchni i wyciągałam z szafek z tempie ekspresowym wszystkie składniki. Postanowiłam upiec babeczki. Ostatnim razem wyszły dobre, oby i tym razem mnie nie zawiodły. Kiedy tylko wstawiłam blachę do piekarnika pędem ruszyłam do pokoju i wybrałam zestaw na dzisiejszy wieczór. Pożyczyłam piękną, błękitną sukienkę od Ani, delikatnie rozkloszowaną na dole. Do tego założyłam moją jedną z lepszych par szpilek, makijaż, szary sweterek na chłodny wieczór i byłam gotowa…tylko jakbym o czymś zapomniała…Babeczki!
Zbiegłam stukocząc obcasami po schodach i dobiegłam do piekarnika i go wyłączyłam. Czas? Dziewiętnasta czterdzieści pięć. Kwadrans. Zamówiłam taksówkę i wyjęłam blachę z piekarnika. Wyrosły idealnie. Nawet lepiej. Największą szynko udekorowałam lukrem, a resztę schowałam do ozdobnej torby, wcześniej kładąc na spód papier do pieczenia. Na sam wierzch ułożyłam udekorowaną babeczkę. Dziesięć minut. Pobiegłam jeszcze na górę oznajmić Robertowi, że wychodzę. Zastałam uroczy widok śpiącego Lewego w łóżku. Złapałam pierwszą lepszą kartkę i zostawiłam mu informację. Zeszłam z powrotem na dół, zarzuciłam szary sweter złapałam torebkę i ruszyłam pędem do taksówki.

Za trzy dwudziesta przekroczyłam próg kawiarni. Podeszłam szybko do baru

-Dobry wieczór, mają może państwo zapałkę?
-Zapałkę?-spojrzała na mnie zaskoczona blondynka z włosami ściętymi na pazia
-Dokładnie
-Ależ proszę.-podała mi całe pudełeczko. Otworzyłam je, wzięłam jedną zapałkę, podpaliłam i wcisnęłam delikatnie w babeczkę.
-Dziękuję bardzo.-uśmiechnęłam się do niej i ruszyłam w poszukiwaniu stolika.

Siedział w najbardziej ustronnym miejscu kawiarni. Klimatu nadawał śliczny parawan z czerwonej koronki. Przemogłam moje zdenerwowanie i ruszyłam pewnie w jego kierunku. Stanęłam jak najciszej za nim i ukradkiem postawiłam babeczkę z palącą się zapałką na stoliku. Trener pszczółek od razu oprzytomniał. Spojrzał się ze zdziwieniem na „tort”, a potem odwrócił się w moją stronę.


-Wszystkiego najlepszego…-uśmiechnęłam się niepewnie
-Ja…Jeny! Zaskoczyłaś mnie.-uśmiechnął się szeroko. Wstał z miejsca i objął mnie…tak, po ojcowsku…
-Jestem najgorszym człowiekiem od składania życzeń. Kompletnie tego nie potrafię…ale dużo zdrowia, radości, cierpliwości, sukcesów zawodowych i w życiu prywatnym…po prostu spełnienia marzeń.
-Dziękuję ci bardzo.-jeszcze raz mnie uściskał i pocałował w policzek -…Czujesz? Coś tu śmierdzi…-rozejrzał się zdziwiony…
-Babeczka!-zaśmiałam się cicho, widząc przypalające się ciasto
-No to dmucham!-zaśmiał się i jednym dmuchnięciem ugasił mały „pożar”-Trochę się spaliła na wierzchu, ale to nic.
-Tu, proszę, ma pan dziewiętnaście nieprzypalonych.-wręczyłam mu prezentową torbę
-Sama piekłaś? Kiedy?
-Pół godziny temu. Nie mogłam wymyślić żadnego prezentu…więc wymyśliłam to.
-Jestem zaskoczony, że pamiętałaś. Chodź, siadaj.-podszedł do fotela obok i odsunął go. Usiałam i nieznacznie się przysunęłam. Klopp zajął miejsce naprzeciw mnie.
-Ja też słabo składam życzenia, ale tobie wyszło to całkiem dobrze.
-Kamień z serca.-zaśmiałam się pod nosem
-…Rozmawiałem z Ullą.-no i do śmiechu już mi nie było. Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki jakiś papier i położył go na stole. –Dała to dla ciebie.-niepewnie chwyciłam papier i zaczęłam czytać „Rzeczpospolita Polska, województwo dolnośląskie, Wrocław. Opis skrócony aktu urodzenia. Nazwisko: Mazur ,Imię (imiona) Inga Elizabeth
-Elizabeth? To jakiś żart? Kto daje dziecku na imię Elizabeth?!-zapytałam z nerwowym śmiechem wyrywając się z lektury
-Moja babcia takie właśnie imię nadała mojej matce.-wyjaśnił ze spokojem
-Em…Przepraszam…Zapomniałam…-zaczęłam się jąkać. Jego mina nic nie wyrażała. Uraziłam go? Nie, parsknął śmiechem
-Też myślałem, że to żart. Ciesz się, że tylko pierwsze jest używane. Ale faktycznie, kiedyś chciałem, żeby moja córka miała tak na drugie, ja mam Norbert po ojcu.
-Na dowodzie nie mam drugiego… W ogóle nigdy w życiu nie miałam aktu urodzenia w rękach…-wróciłam do czytania „miejsce urodzenia: Wrocław, imię i nazwisko ojca --- , imię i nazwisko matki: Urszula Sandrocka”
-To chyba jakaś pomyłka. Nie mogę być pańską córką, niech pan tylko zobaczy.-wskazałam na imię i nazwisko matki
-Ulla jest w połowie polką. Urodziła się gdzieś tam w okolicach Wrocławia. Tak właśnie się nazywała, ale jej rodzice się rozwiedli, wróciła z matką do Niemiec, do jej babci. Niemki. Przyjęła obywatelstwo niemieckie. Dlatego jest teraz Ulla Sandrock. A właściwie Klopp.-wyjaśnił ze stoickim spokojem.
-To wszystko takie nierzeczywiste. Nierealne. Widzi to pan?
-Widzę. Też nie mogę tego zrozumieć… i proszę, nie panuj mi tutaj.
-Przepraszam.-uśmiechnęłam się delikatnie
-Nie szkodzi… Inga…
-Tak?
-Słyszałem, że martwisz się, że przez tą sytuację rozstanę się z Ullą…
-Nie chcę, żebym była powodem rozpadu czyjegoś małżeństwa. –stwierdziłam twardo
-Nawet, jeśli kiedykolwiek do tego dojdzie, nie wiń za to siebie. Nigdy. Ulla się teraz wyprowadziła, mieszkam sam. Nie dlatego, że się pojawiłaś, nie. Dlatego, że mnie okłamała. Okłamywała tyle lat, zdradziła mnie, nie wiedziała przecież czyje to dziecko… Więc proszę, nie myśl, że to przez ciebie. Jesteś w tej sytuacji moim jednym pozytywnym światełkiem dające mi szczęście. Jestem szczęśliwy, że jesteś…choć dopiero teraz. –powstrzymywałam łzy napływające mi do oczu.
-Co teraz?-zadałam najbardziej nurtujące mnie pytanie
-I bądź człowieku mądry. Myślałem nad tym cały ostatni tydzień… Nie wiem, Inga. Zależy mi na tobie. Chcę cię poznać, dowiedzieć się czegoś o tobie…tak jak powinni wiedzieć o sobie ojciec z córką. Jeśli chcesz dalej utrzymywać kontakt…
-Chcę! Oczywiście…-przerwał mi dzwonek mojego telefonu. Wyjęłam go z torebki i spojrzałam na wyświetlacz
-Odbierz.
-Nie, jakiś nieznany numer, pewnie pomyłka.-wyciszyłam telefon i położyłam go na stole. Przestał dzwonić, jednak po chwili dźwięk rozbrzmiał na nowo.
-Przepraszam.-westchnęłam i przesunęłam zieloną słuchawkę


-Halo?
Wszystko zaczęło się dziać w zwolnionym tempie. Dobrze, że siedziałam, bo byłoby naprawdę krucho. To nie może być prawda. To głupi żart, pomyłka, to się nie dzieje. Zaraz się obudzę w autokarze na ramieniu Mario.
-Jest tam pani? Halo!-ocknął mnie głos rozmówczyni
-To musi być pomyłka…-wyszeptałam prawie niesłyszalnie.
-Przykro mi. Pani Ingo, proszę przyjechać.
-To pomyłka.
-Bardzo pani współczuję, ale…-rozłączyłam połączenie i wybuchłam głośnym szlochem.

Klopp podbiegł do mnie szybko, a chwilę później tulił mnie mocno w ramionach
-Ciiii… Nie płacz… Inga, proszę… Powiedz mi co się dzieje?-pytał, a ja tylko wypłakiwałam łzy w jego marynarkę… Nie mam czasu tak stać. Muszę jechać. Nie mam czasu. Błagam, żeby to okazał się sen.
-Muszę jechać. Teraz. Natychmiast. Przepraszam… Taksówka..-drżącą ręką sięgnęłam po telefon, który upuściłam na stół.
-Pojedziemy, tylko powiedz gdzie…-żadne słowo nie mogło mi już przejść przez gardło. Ruszyłam w stronę drzwi. Gdyby nie jego opiekuńcza ręka na moich plecach delikatnie mnie obejmująca pewnie padłabym na podłogę…







~~~

No to macie tą sobotę-zostaje jak było :) Dziękuję za pięęękne komentarze!:* Czytałam je z milion razy i zawsze miałam wielki uśmiech!<3
Ten rozdzialik chyba nawet długi wyszedł ^^ (w rekompensacie za 31, który jest dnem..,przepraszam). Wydaje mi się, że w połowie mi wyszedł. A wam? :)
 W 27..mam nadzieję, że oddam choć trochę emocji, może w końcu Was zaskoczę(bo z tym coś ostatnio trudno ;) )
No to ja zmykam.. U was też taki zawrót głowy w szkole? Ja zamieniam się już w zombie...;o
W sobotę za tydzień kolejny! (będzie impreza!-jak to mawia mój pan od EDB;D )
Buziaki!:**

PS.Falstart w środę!:D Tak się zakręciłam z meczem, że zapomniałam wpisać daty publikacji i...poszło! :D Nim to ogarnęłam-patrzę 2 komentarze... No i co teraz...A kit z tym, wstawiam. Jak już się wstawiło to znaczy, że tak miało być. Prawda? No cały czas się z siebie śmieję ;') Kiedyś musi być ten pierwszy raz ;')
Papa! :D

sobota, 19 września 2015

Dwadzieścia pięć.




-Żółty.
-Hurrraaa!!!-ucieszyła się grupa dzieciaków i przybiliśmy sobie piątki. Trafiłam do drużyny uciekającej. W sumie i dobrze, bo nie będę musiała rozwiązywać głupich zadań, a jeszcze lepiej, bo w drużynie jestem z Jenny, Nevenem i Cathy. Tak, bez Reusa.  Ubrałam się w ciuchy w kolorach moro. W sumie jak na wojnę. Wojnę, którą będę toczyła z robalami, których nie znoszę. Na kilometr śmierdziało ode mnie środkiem na komary, którego wylałam z dwa litry… Jeśli ktoś oglądał „Blondynka w koszarach” to jesteśmy w domu.

-To co, idziemy?-zapytał Neven, który już od samego rana chodził podekscytowany dzisiejszymi podchodami. Tak, faceci to tylko duże dzieci.
-Idziemy, Neven, idziemy.
-Super! Za dziesięć minut możecie ruszać! I tak wygramy!-oznajmił i truchtem pobiegliśmy w stronę lasu. Mimo tego paskudnego jedzenia okolica…nie mówię o dzieciakach. One to mają frykasy. Opiekunowie zawsze mieli gorzej, mają i mieć będą…pasztet-kocia karma… No tak, okolica. Jest przepiękna. Idealna na takie wyjazdy. Niewielkie jezioro, las no i boisko piłkarskie. Czego takim dzieciom (wliczając w to piłkarzy BVB) więcej do szczęścia potrzeba? A, zapomniałabym. Pizzeri na obrzeżach miasteczka. Też jest. Nasza tajna stołówka.




W lesie byliśmy już z pół godziny. Szukaliśmy miejsc na schowanie kopert z zadaniami. Sportowymi! Ku mojemu zdziwieniu pisali je Marco z Lewym! Cóż za poświęcenie. Neven w jakimś czasie wpadł na wspaniały, naprawdę, wspaniały pomysł zrobienia sobie jakiś znaków plemiennych czy co… W rzeczywistości były to dwa, poziome, błotne paski na policzkach. Fantastycznie. Nie, ja wcale nie marudzę. To tylko mój wielki optymizm.

-Jeszcze piętnaście minut spacerkiem i będziemy szukać kryjówki.-powiedział Neven spoglądając na zegarek. Dziesięcioletni Thomas kroczył dumnie koło niego dzierżąc w ręku Nevenowy telefon ustawiony na kompas. A ja szłam na tyłach razem z bliźniaczkami. Jakoś odkąd siedziałam koło nich na tyłach autokaru złapałyśmy wspólny język. Są tak niesamowitymi dziewczynkami… z domu dziecka. Nie mają rodziców, nie mają rodzinnego ciepła…  Rodzinne ciepło? Tak, a co ja wiem w tym temacie? Nic. Tyle co one. Mają za to o tyle dobrze, że nikt nie robi im tam krzywdy.


-Pani Ingo! Zgubiłam moją latarkę!-zawołała nagle Izzy
-Musiała ci gdzieś wypaść, kochanie, spokojnie, zaraz ją znajdziemy. Pamiętasz, gdzie była ostatni raz?
-Chyba przy ostatniej bazie.
-Dobra, wy powolutku idźcie, a ja pójdę jej poszukać i was dogonię, w porządku?
-No dobrze.
-To super.



Tak więc pobiegłam na poszukiwanie różowej latareczki z Barbie. Kilkanaście metrów dalej znalazłam ją na środku drogi. Podniosłam ją i biegiem wracałam do grupy uświadamiając sobie, jak długo szłam w tą stronę, i że dosyć daleko już są.
Biegłam, biegłam, biegłam…a kiedy już znaleźli się w zasięgu wzroku…Bam. Błoto. Miałam buty i nogawki umorusane w błotnej kałuży. Podparłam się na szczęście rękoma i to mnie uchroniło od spektakularnego upadku w błoto i ściągania maseczki z leśnego "ekotorfu". Jak piorunem zjawił się obok mnie Neven.

-Wszystko w porządku? Daj rękę.-jak polecił tak zrobiłam, jednak skrzywiłam się, kiedy poczułam ból w okolicy kostki.
-Co cię boli?
-Kostka.-wysyczałam przez zaciśnięte zęby. Neven podniósł mnie i zaniósł na olbrzymi głaz pod wysoką jodłą.
-Ma ktoś zasięg w telefonie?
-Eeee, ale po co dzwonisz? Ja nie chcę tylko do żadnego szpitala! Nic mi nie jest.
-Inga…
-Nie Inguj mi tutaj! Naciągnęłam sobie i tyle. Za chwilę przejdzie. Lekarze mają ciekawsze rzeczy do robienia.
-Ty to jesteś jednak uparta.
-Jestem!
-Dasz chociaż sobie ją zawiązać bandażem?
-No dobra.
-To zadzwonę do Ma…
-Roberta!-przerwałam mu nie mając ochoty, żeby przychodził tu rudy blondyn i miał ze mnie beczkę. Co to, to nie!
-Okeeej. Chociaż chciałem powiedzieć Mario.
-…A może ja właśnie nie chciałam tu Mario?-zapytałam, a Neven popatrzył się na mnie pobłażającym spojrzeniem.
-Dobra, mam zasięg. Dzwonię.-oznajmił i odszedł kilka metrów.  Cholera jasna ale ta kostka beznadziejnie boli!


-Dobra, za chwilę ktoś przyjdzie z apteczką z drugiej grupy.
-Dzięki. Idźcie sami, ja sobie tu chwilę posiedzę i poczekam.
-Na pewno?
-Natychmiast!
-Tak jest! Dasz sobie radę?
-Oj, Neven, bym ci dała kopa w cztery litery, ale ciesz się, że mnie kostka boli.
-Może przemyśl ten szpital.
-Oj idźcie już, idźcie.
-Tak jest!-uśmiechnął się i skierował się do nich, a nim zauważyłam przybiegły do mnie Izabel i Amelie i mocno uściskały.  Jakie słodkie dziewczynki…


Siedziałam kilka dobrych minut na olbrzymim kamieniu i wpatrywałam się w niebo nieco przysłaniane gałęziami jodły. Usłyszałam w końcu kroki ze strony ścieżki. Odwróciłam głowę. O nie. O nie nie nie nie nie nie! NIE! Sprzeciw! Dlaczego ja? Dlaczego ON?


-Jak z nogą?-zapytał kiedy podbiegł do mnie.
-Fantastycznie. Nie musiałeś przychodzić. Dam sobie radę.-powiedziałam nawet nie patrząc w jego stronę! Zsunęłam się z głazu i spróbowałam zrobić krok przed siebie. Ałaa! Może jak postawię na palcu? Cholera? A na jednej nodze? O!

-No właśnie widzę.
-To dobrze.
-To tak będziemy iść?
-Ja będę. Ty możesz wrócić.-mówiłam nawet nie patrząc na niego skacząc przed siebie. 
Wtem poczułam jak jestem podnoszona do góry. Poprawił mnie sobie w ramionach…i tak sobie szedł…a ja rozkoszowałam się jego zniewalającym zapachem, jego bliskością uciszając stado motyli w brzuchu… Nie czułam już nic. Ani złości, gniewu…tylko to przeklęte zakochanie. Ale chyba jak chcieć to potrafić. Prawda? Mogę się tego jakoś pozbyć. Jeszcze nie wiem jak, ale nastąpi to już wkrótce. Tak właśnie. Oczywiście.  
To co dobre jednak szybko się kończy.

-Dasz radę usiąść?-zapytał, kiedy dotarliśmy na wielką polanę niedaleko naszego ośrodka. Zrobiliśmy w sumie takie koło i nigdzie dalej nie poszliśmy. Tu akurat były ławki i niewielka altanka. I to tam właśnie się udaliśmy. To miejsce miało być miejscem finałowym naszych podchodów.
-Pewnie.-odpowiedziałam, a on usadził mnie na altanowej ławeczce, a na stole położył apteczkę. Przykucnął przede mną i chwycił nogę w łydce
-Poczekaj, ja go zdejmę, ubrudzisz się błotem.
-A to Marco Reus nie może upaćkać się w błocie?
-No w sumie…
-No właśnie.-odparł pewnie i skupił się na jak najdelikatniejszym rozwiązywaniu sznurówek i zdejmowaniu buta. Nawet tego nie poczułam. Zdjął skarpetkę i położył sobie moją stopę na swoim kolanie. Dotknął w jedno miejsce.
-Tu boli?-spojrzał na mnie bez emocji
-Nie.-odpowiedziałam. Jeszcze nigdy nie byłam tak zdezorientowana! Najpierw miły, potem się focha, kiedy indziej robi jakieś głupie insynuacje, podteksty, a kiedy indziej takie o właśnie nic. No i weź to ogarnij.
Złapał delikatnie pod palcami i naciągnął w moją stronę.
-Ałaa!-pisnęłam, a kiedy uzmysłowiłam sobie jak głośno zaraz się zamknęłam i udawałam, że wszystko jest w porządku.
-Yhym.-mruknął pod nosem blondyn i sięgnął do apteczki
-I…?
-Całe szczęście, że nie jest zwichnięta.
-To czemu boli?
-Naciągnęłaś ją. Musiałaś jakoś wykręcić stopę.-stwierdził doktor habilitowany nauk medycznych inspektor magister inżynier technik profesor Marco Reus. Sięgnął po apteczkę i wyjął z niej maść i bandaż. Nasmarował delikatnie miejsce koło kostki i skrupulatnie zawinął w cienki, elastyczny bandaż.
-Dzięki.
-Nie ma za co.-odburknął zamykając apteczkę. Noż niech go szlak jasny trafi!
-Możesz przestać?-zapytałam ostro. Chyba za ostro. No i co z tego?
-Słucham?-zapytał trochę zdziwiony, jakby to określił Subotić- wyrwany z doliny tęczy.
-To co słyszałeś. Możesz przestać w końcu strzelać jakieś fochy, mieć humory jak baba w ciąży! Raz jesteś miły, pomagasz mi, potem jest foch, unikanie i nagle jest znowu wszystko okej! Nie wiem czy mam podejść czy nie, bo może masz właśnie dzień „Mam-focha-bez-kija-nie-podchodź”. Nawet nie wiesz jakie jest to dezorientujące! Jesteś..jesteś...irytujący!
-Irytujący?-prychnął ze śmiechem- Ja irytujący? Nie pomyślałaś nigdy tego o sobie? Bo tak to właśnie widzę. Ja mam humory? To ty wiecznie nie wiesz czego chcesz! Mówisz, że chcesz, żebyśmy byli przyjaciółmi. To czemu traktujesz mnie jak powietrze!? Nie, nie znamy się długo, jak znasz się z Robertem, ale znasz też Mario, od tego samego czasu co mnie! Dlaczego jego przytulisz, dlaczego razem się wygłupiacie, rozmawiacie o wszystkim, a mnie? Nawet nie zauważysz! Miło, że doczekam się chociaż zwykłego „cześć”. Myślisz tylko o sobie. Zobacz w jakiej sytuacji postawiłaś mnie! Dlaczego? Dlaczego to robisz?-wybuchnął..a ja stałam wmurowana. Nie krzyczał, nawet nie wiem, czy był zły…ale…ale miał rację. Stuprocentową. Nie powinnam go była tak traktować. Powinnam go traktować jak Roberta, jak Goetzego…a nawet lepiej, bo to właśnie do niego czuję o wiele, wiele więcej…a wychodzi, że zupełnie odwrotnie. Nie, nie Marco. Nie czuj się tak. Nie chciałam! Proszę…
-Inga… Powiedz. I proszę, bądź ze mną szczera.-powiedział z całą siłą swojego spokoju robiąc krok w moją stronę, lecz i tak dzieliła nas spora przestrzeń.
-…-nic nie umiałam powiedzieć. Popatrzyłam w jego oczy. Był…zraniony. Nie! Proszę, nie… Nawet nie byłam świadoma, że może mi to sprawić taki ból. Zacisnęłam mocno oczy.
-Przez to, że się pocałowaliśmy, prawda?-kontynuował a ja nie umiałam mu spojrzeć w oczy. Nie chciałam znowu tego widzieć… -Powiedziałaś, że nie miało to żadnego znaczenia, pamiętasz? Tak ustaliliśmy. Dlatego? Dlatego, tak mnie traktujesz? Bo cię pocałowałem? Nie chcę zwalać winy, ale ty też to zrobiłaś. Powiedziałaś, że to był błąd, chwila słabości i nie ma to wpływu na nas, nie ma znaczenia… Powiedziałaś, że chcesz, żebyśmy byli przyjaciółmi.
-Kłamałam. I nie powinno mieć takiego znaczenia, jakie ma dla mnie teraz.-powiedziałam cicho i dziękowałam Bogu, że powiedziałam to po Polsku, a Marco za grosz nie zna tego języka.
-Słucham?
-Nie, nic, przepraszam.
-Inga.-podszedł do mnie, ale teraz już naprawdę blisko. –Jesteś dla mnie bardzo ważna. Wiem, co przeszłaś, wiem, że nie masz zaufania do facetów…ale zaufaj mi…i pozwól mi być twoim przyjacielem. Pozwól mi siebie przytulić, pozwól mi ze sobą rozmawiać, nawet o trzeciej w nocy…Proszę cię o tylko i aż tyle. Chcę być twoim przyjacielem. Zapomnij o tym co się wydarzyło. Chcę mieć taką przyjaciółkę jak ty. Bo taka przyjaciółka to skarb. I zazdroszczę Mario, zazdroszczę Robertowi i Ani, że przyjaźnią się z tak wspaniałą osobą. Inga…-chwycił mój podbródek i skierował go do siebie. Miałam zeszklone oczy. To co powiedział…
-Oh, Marco…-westchnęłam się i z całej siły wtuliłam w jego umięśnioną klatkę. Czułam jego bicie serca, jego spokojny oddech… Objął mnie szczelnie ramionami i położył głowę na mojej
-Przepraszam, przepraszam, że tak się czułeś. Nie chciałam…-jeszcze mocniej go ścisnęłam. Było mi tak dobrze. Najcudowniejsze miejsce na świecie. W ramionach Reusa.
-Już dobrze, aniele. –szepnął cicho.



-Najpierw drą koty, że ich słychać na pół lasu, a teraz się obściskują. Ci młodzi…-skrzeczącym głosem starej babci przerwał nam JAK ZWYKLE Goetze.
-Eee, żadne mi pół lasu. A właściwie co tu robisz?-zapytałam odsuwając się od Marco, a ten z uśmiechem przyciągnął mnie do siebie kładąc rękę na plecach. Spojrzałam na niego spod byka
-Żeby ci nogę odciążyć.-wytłumaczył powstrzymując śmiech.
-Oczywiście-pokiwałam poważnie głową, na co oboje się roześmialiśmy.
-Skończyliśmy już podchody i wszyscy tu właśnie idą jeśli chcecie jeszcze wiedzieć.
-Oczywiście, że chcemy.
-Zdejmę drugiego buta i możemy iść.
-Będziesz wracać w skarpetce?
-Boso.
-Przez las?
-Nie nabierzesz mnie Mario, wracamy polaną.
-Eee. Już myślałem. Wkręcać to ja, a nie mnie.
-Zauważyłem.


-Pani Ingo, wszystko dobrze?-podbiegły do mnie moje ulubienice.
-Pewnie, że tak! Nie ma się czym przejmować, zwykłe naciągnięcie.
-To wszystko przez moją latarkę. Niepotrzebnie…
-Ależ co ty Izzy! To tylko i wyłącznie moja wina i moich poplątanych nóg. I tego parszywego błota.
-I już pani nie boli?-zapytała ciekawsko Amelie
-Marco posmarował mi maścią i już nie boli.
-To dobrze! Wracamy?
-Wracamy.-odpowiedziałam zdejmując drugiego buta. Grupka dzieci ruszyła przodem i zadawała tuziny pytań Robertowi, Nevenowi, Moritzowi i Marcelowi. Lisa z Jenny szły jeszcze za nami. Tylko my z Marco i Mario zostaliśmy sami.
-No dobra. Boso przez świat by Inga.-mruknęłam i zrobiłam krok. No, prawie nie boli.
-Nie rozśmieszaj mnie.-wyszczerzył się Marco i kucnął do mnie plecami.
-Chyba śnisz.
-Całe życie o tym śniłem. No już, wskakuj.
-Złamiesz się. Już Mario jest bardziej stabilny.-nie wiem jak…no nie mam zielonego pojęcia jak Marco posadził mnie sobie na plecach i wstał. Nie złapałam w ogóle tej chwili.  Mocno oplotłam go nogami w pasie, a ręce zacisnęłam mu na barkach.
-Żyjesz?
-Yhym. Fajnie tu. O! Czekaj! Mam pomysł! Mario?
-Nom?
-Sięgniesz mi do tej bocznej kieszonki po mój telefon?
-Jasne.-wyciągnął z kieszeni mojego szajsunga i mi go podał.
-Zrobimy sobie zdjęcie i wyślemy do Ani i Yvonne.-powiedziałam ustawiając telefon na przedni aparat i schyliłam głowę do głowy Marco.
-Yvonne?
-Licencjonowane swatki mające nas na celowniku.-zaśmiałam się i zrobiłam nam zdjęcie. Aww… Jakie piękne. Zanim wysłałam ustawiłam sobie je na tapetę. Na ekran blokady pozostał nasz przytulas z ogrodu. No i wysłałam do dwóch pań z wiadomością „Dalej masz zamiar mnie swatać?:)”
Kilka minut później dostałam odpowiedź od Yvonne.

„O jeny! Kochani! Ale się cieszę!”

Nie minęła minuta a dotarł drugi sms od Lewandowskiej

„Nie wierzę! Gratulacje kochani! Szczęściara!:*”

Przeczytałam ze śmiechem oba sms’y Marco i odpisałam obu:

„Też się cieszę. Takich PRZYJACIÓŁ szukać ze świeczką:) Pozdrawiamy”


-Nie myślałam, że nawet moja siostra…
-Jeszcze wielu rzeczy o niej nie wiesz.
-A ty wiesz?-śmiał się blondyn
-Nie wiem, ale za to wiem jedną rzecz więcej niż ty.
-Ta satysfakcja…
-Jak cholera.-zaśmiałam się wesoło.







***






Wieczorem zrobiliśmy z chłopakami oraz Jenny i Lisą zbiorowe wagary na kolacji. Kupiliśmy gotowy sos pomidorowy z pieczarkami do spaghetti, makaron i pierś z kurczaka. Kiedy kucharka opuściła posterunek wszyscy zasiedli w pustej stołówce, a ja znalazłam się na kuchennym placu boju. Dzieci już jakiś czas temu poszły spać, więc zostaliśmy sami. Makaron już się gotował, kawałki mięsa również…tylko trzeba było wymieszać je z zawartością słoika…z którym mocowałam się już jakiś czas.

-Argh! Potrzebuję faceta!-krzyknęłam wkurzona, a dwie sekundy później stali chłopacy z BVB w wejściu do kuchni i patrzyli się na mnie jakbym z nieba spadła.
-Co ty powiedziałaś?-zapytał niedowierzając Robert…i nagle tssssklik!
-O, patrz, już jednak sama dałam radę odkręcić ten słoik.
-Eeeee…-usłyszałam zrezygnowanie pszczółek i tak jak szybko się tu zjawili, tak szybko zniknęli.



W końcu konsumowaliśmy posiłek. Normalny, zjadliwy, ciepły posiłek.  Coś czego brakowało nam od dłuższego czasu
-Najadłem się.-westchnął Goetze.
-Uczcijmy tę wiekopomną chwilę.-zaśmiałam się odkładając swoje sztućce.
-Ma ktoś coś mocniejszego?
-Mario! Tu są dzieci. Obóz. Tu się nie pije, alkoholiku jeden.
-Ee tam.
-O ludzie, ale jestem zmęczona.-jęknęłam zamykając na chwilę oczy.
-To idź zajmij pierwsza łazienkę i idź spać. Zasłużyłaś.-zaśmiała się pani Schmelzer.
-Pozmywać jeszcze…
-My już kochana dopilnujemy, żeby nasi drodzy panowie wszystko dokładnie pozmywali.
-Że my?

-Pięknie wykombinowane. Dobranoc wszystkim!-z uśmiechem opuściłam stołówkę słysząc po chwili marudzący głos Goetzego:
„Cillit bang czy płyn do mycia naczyń, co to za różnica?!”
 Dobrze, że nie stał w pobliżu Vanish...










~~~



Dzisiaj taki baardzo króciutki rozdział...Ale! Tydzień przechorowałam iii napisałam: dokończenie 28, cały, długaśny na dziesięć stron 29 i 30. Jestem z siebie meega dumna...dostałam od Was tyle ciepłych słów, tyle weny...tak to właśnie działa!:) Teraz zbieram pomysły na 32, która się pojawi dzień przed moimi urodzinkami, więc musi być jakieś "wow" z przytupem...Pewnie coś wymyślę jak skończę 31...Tak, to dobry plan:) Więc biorę się za 31, na który moja wena się wyczerpała (liczę na was!:D ) Pocieszając-26 rozdział...jest dłuugi. 12 stron. Jeden moment mi się nie podoba-mam tydzień, żeby kombinować!
I taka jeszcze jedna sprawa...zastanawiam się, czy posty co tydzień mają się pojawiać, czy zrobić większą przerwę? Zawsze przez tydzień wchodziło mniej więcej tyle samo osób, teraz, co mnie bardzo zasmuciło, jest o 100 mniej... I zastanawiam się, czy to jest kwestia braku czasu przez szkołę i faktycznie za szybko wstawiam, czy to ja już tak beznadziejnie i nudno piszę, że blog spada na dno...

...A Marco po kontuzji wczoraj zaczął trenować z drużyną i już obmawia z Piszczem sprawy wyższej wagi państwowej:)




Za tydzień 26! (i coś się wreszcie zacznie dziać, żeby już Was nie zanudzać!)
Buziaki!:**