sobota, 23 kwietnia 2016

Pięćdziesiąt cztery.




Obudziłam się nad ranem. Słońce już zdążyło wstać i zaczęło jasno świecić. 
Pokój nie dość, że był jasny to idealnie nasłoneczniony. Nie da się wstać naburmuszonym o poranku przy takiej pogodzie. Rozejrzałam się dookoła. No tak. Siedziałam na łóżku we wczorajszych ubraniach. Pewnie nie miałam żadnych swoich rzeczy… Może pożyczyłabym coś od Agaty. Wstałam z łóżka i je od razu pościeliłam. Wyszłam boso na korytarz. Kiedy zamykałam drzwi zobaczyłam akurat Agatę, która wychodziła z sąsiedniego pokoju.

-Hej.-szepnęłam od razu zwracając na siebie uwagę blondynki. Uśmiechnęła się, podbiegła do mnie i mocno przytuliła.
-Jak się cieszę, że u nas jesteś!-oderwała się ode mnie ukazując zęby w naprawdę szerokim uśmiechu. Żadnego współczucia, pytanie o Marco jedynie uśmiech. To lubię.
-Nie będzie ci przeszkadzać, że chwilę posiedzę?
-Skąd! Oliwka też jest cała w skowronkach. Właśnie się przebiera.
-A propo… Masz może pożyczyć jakieś ciuchy na przebranie?
-Kuba zapomniał wnieść twojej walizki. Chłopaki jako tako cię podobno spakowali, jak coś oczywiście moja szafa stoi otworem, ja i tak muszę nosić trochę większe rozmiary.
-Nie będzie trzeba, ale dziękuję. Wiesz gdzie jest ta moja walizka?
-Wiesz co, w salonie. Jak zejdziesz w dół… to sobie poradzisz.
-Jasne, dzięki.
-Tylko jej nie wnoś sama. Weź tylko rzeczy, Kuba ci ją przyniesie.
-Dam sobie…
-Nie denerwuj kobiety w ciąży. Kuba ci ją przyniesie.
-Dobrze Agatko. Kuba mi przyniesie.-odpowiedziałam przesłodzonym głosem śmiejąc się. 
Zeszłam po schodach wprost do salonu, gdzie czekała już na mnie moja walizka. Otworzyłam ją i wybrałam jakieś rzeczy na dzisiaj. Przemknęłam do łazienki, zmyłam wczorajszy makijaż, wzięłam szybki prysznic i przebrałam się w świeże ubrania. Związałam włosy w kitkę i wyszłam z łazienki. Poczułam zapach jajecznicy prosto z kuchni. Mój żołądek fiknął koziołka czując taki zapach. Przez tydzień prawie nic nie jadłam. Zbiegłam po schodach i poszłam do kuchni uśmiechając się do Agaty, która stała przy patelni przygotowując posiłek.

Wchodząc do kuchni zwróciłam uwagę małej Błaszczykowskiej, która zauważając mnie wstała z krzesła i podbiegła krzycząc radośnie moje imię.

-Cześć skarbie. –przywitałam się z małą całując ją w głowę –Ależ ty urosłaś. Dawno cię nie widziałam.
-A teraz mamy duuużo czasu! Pobawimy się po śniadaniu. Tata kupił mi domek dla lalek!-żywo gestykulowała mając przy tym błyszczące radosne oczka. Uwielbiałam to dziecko.
-Najpierw ma być pięknie zjedzone śniadanie. I tyczy to się wszystkich pań!-oznajmił wchodząc z uśmiechem do kuchni Kuba. Mrugnęłam do niego z uśmiechem. Odpowiedział mi tym samym po czym wziął na ręce małą i podszedł ucałować Agatę przy okazji gładząc dłonią jej zaokrąglony brzuszek.
Uśmiechnęłam się na widok takiego szczęśliwego obrazka. Zabolało mnie jednak to, że ja nie będę mogła nigdy przeżyć czegoś takiego.
-W porządku?-zapytał Kuba materializując się nie wiadomo skąd koło mnie.
-Tak. Kuba?
-Hmm?
-Będziesz miał czas pogadać chwilę wieczorem?
-No oczywiście. Najpierw mamy jeszcze do zaliczenia rozmowę o głupotach.
-Możemy zaplanować na popołudnie.
-Zapiszę sobie w terminarzu.-odpowiedział z udawaną powagą, a po chwili całą kuchnię wypełniły nasze śmiechy.




Po śniadaniu Oliwia zarządziła, że wszyscy zagramy w chińczyka. Kuba stwierdził pewnie, że wygrana należy do niego jednak nie udało mu się pokonać własnego dziecka. Kostka do gry czasem była złośliwa.
Żeby jakoś się odwdzięczyć postanowiłam zrobić na obiad pierogi ruskie, co spotkało się z wielką radochą domowników.
Chyba ta rozmowa z Kubą naprawdę dużo mi dała. Czy kiedykolwiek rozmowa z Kubą nie wyszła mi na dobre? Chyba jest takim moim aniołem, który stanął na mojej drodze i mnie strzeże, pociesza. Wiem, że zawsze i o każdej porze mogę na niego liczyć.  Chyba zaczęłam wychodzić na prostą a zmiana otoczenia na jakiś czas wyjdzie mi na dobre.
-Kuba, wzięliście może mój telefon? Chciałabym zadzwonić do taty. Powinnam go przeprosić i uspokoić…
-Spokojnie, dzwoniłem jeszcze do niego w nocy po naszej rozmowie. Nie pytaj, obiecałem. Nie wzięliśmy twojej komórki, zdecydowaliśmy, że powinnaś się odciąć, uspokoić .
-A Mario…
-Wszystko jest w porządku. Nie musisz się o nic martwić. Jak chcesz zadzwonić do taty to dam ci mój telefon, poczekaj chwilę. –wstał z kanapy i pobiegł na górę. Po chwili przyniósł swój telefon, odblokował go i mi podał.
-Zaraz do was wrócę.-wstałam z kanapy i uśmiechnęłam się do Oliwki i Agaty trzymającej ją na kolanach.
Weszłam schodami do góry i jakimś cudem trafiłam do chwilowo mojego pokoju. Usiadłam na łóżko, wybrałam kontakt pod nazwą „trener” i kliknęłam połączenie. Kilka sygnałów później usłyszałam głos taty.


-Halo, Kuba, coś się dzieje?
-Hej…tato. To ja, Inga.-powiedziałam ciężko. Było mi tak strasznie wstyd. Cholera.
-Dobrze cię słyszeć. Jak się czujesz?
-Przepraszam tato, tak strasznie mi wstyd. Sprawiam ci same problemy. Twoje życie się przeze mnie zmieniło. I chyba na gorsze. Niepotrzebnie wlazłam ci z butami w życie, niepotrzebnie.
-Ingo Elizabeth Klopp. Proszę mi nie pierniczyć takich głupot, dobrze? – powiedział wolno i wyraźnie ze swoim znanym stoickim spokojem.
-Jakie głupoty…
-Takie jak przed chwilą mówiłaś. Kocham cię dziecko, całym sercem. Jesteś najlepszym czym mi się w życiu spotkało razem z twoim bratem. Jesteście dla mnie najważniejsi, oboje. Każdy ma gorszy okres w życiu, każdy ma swoje problemy ale po to jest rodzina, powinniśmy się wspierać, zawsze. W gorszych i lepszych momentach. Chciałem, żebyś została w domu ale Kuba i Mario mieli rację. Powinnaś choć na jakiś czas zmienić otoczenie i oderwać się od świata, żeby znowu pewnie do niego wkroczyć i być znowu tą pełną energii z szerokim uśmiechem, beztroską Ingą, która wskoczyła na Lewego na Idunie nie przejmując się nikim innym.
-Dziękuję. –szepnęłam ocierając łzę –Dziękuję tato.
-Nie płacz dziecko. Wierzę w ciebie. Wierzę w tą Ingę, która biega w szpilkach i ma ochotę sprać nosa Götzemu a zwłaszcza temu swojemu byłemu profesorowi. Która zaraża śmiechem. Pamiętasz ją jeszcze?
-Tak.
-Ja mam cały czas ją przed oczami i wiem, że niedługo cię taką zobaczę. Zabiorę cię na trening i będziesz go razem ze mną prowadzić i wydzierać się na wszystkich. Co ty na to?
-Jestem na tak. –zaśmiałam się i położyłam na łóżku.
-Chyba słyszałem śmiech, hmm?
-Możliwe.
-Uda ci się, słońce.
-Możliwe! Nawet się cieszę, że tu jestem. Fajna taka zmiana. Na chwilę oczywiście. Nie, żeby coś nie pasowało mi u ciebie..
-U nas.-poprawił
-U nas. Opiekuj się Kloppsikiem.
-Zapomnij. Dam mu co najwyżej jeść. Wrócisz to się poprzytulacie.
-Może też powinieneś zostać z nim sam na sam i poprawić swoje relacje, hmm?
-Jak już mówiłem, zapomnij.
-Oczywiście.
-Odpoczywaj i baw się dobrze.
-Nie jesteś na mnie zły?
-Nie, słońce. Wierzę, że to się nie powtórzy już nigdy. Nie chcę przez to drugi raz przechodzić.
-Obiecuję. Kocham cię bardzo.
-Ja ciebie też. Jesteś moją wspaniałą, zdolną, dzielną i mądrą dziewczynką.
-Cieszę się, że we mnie wierzysz.
-Zawsze będę. Emma szczeka. Albo cię pozdrawia albo chce iść na spacer.
-Zajmij się nią i też odpoczywaj. Masz wakacje od córki.
-I muszę sobie sam gotować, też mi wakacje.
-Ogarnę się szybko i wrócę.
-Nie spiesz się. Możesz tam spędzić tyle czasu ile tylko potrzebujesz.
-Dobrze. Do zobaczenia wtedy.
-Do zobaczenia. Pa.

Po tej rozmowie zdecydowanie mi ulżyło. Z uśmiechem podniosłam się z łózka i zbiegłam po schodach do salonu, gdzie Kuba właśnie włączał jakąś płytę w DVD.
-Ciocia! Obejrzysz z nami Małą Syrenkę?
-Pewnie, że tak!-odpowiedziałam i usiadłam na kanapie koło Oliwki.
-Rozmowa w porządku?
-Tak. Dziękuję. –odpowiedziałam oddając blondynowi telefon
-Przyniosę jeszcze żelki i do was dołączam.
-A mamy o smaku coli?-zawołała za mężem Agata
-Zachcianki?
-Oj tak… Wczoraj mnie tak na pizzę naszło. Ja nie wiem jak po tej ciąży schudnę.
-Będziemy może razem ćwiczyć. I ja będę miała większą motywację do ruszenia tyłka z kanapy.
-Problem z głowy. Kochanie! Mamy lody?
-Już niosę.
-W pucharku z galaretką i posypką. Dla Ingi też zrób. I z bitą śmietaną.
-Nie trzeba, Agatka.
-Będziemy się razem tuczyć, żeby potem razem spalać.
-No dobra. Kuba, pomóc ci?
-Co ty. Muszę się przyzwyczajać. Będzie coraz gorzej.
-Jak wolisz.
-Cicho już. Zaczyna się. –upomniała nas mała Błaszczykowska. Kilka chwil później dołączył do nas Kuba podając mi i Agacie desery po czym usiadł koło kobiety przytulając ją do siebie.




***



-Rozwiodą się.-stwierdził z przekąsem Kuba kiedy zaczęły lecieć napisy końcowe.
-Proszę cię. To prawdziwa miłość.-oburzyłam się zakładając ręce.
-Nie łatwo się tak przerzucić z glonów na żarcie w zamku. Jej ojciec był słaby.
-Nie był słaby! Martwił się o nią.
-Pfff… Martwił. Poza tym. Co za prawdziwy mężczyzna zakochałby się w byle syrence? Jaki facet zakochałby się w rybie.
-Jesteś czasem głupi.
-Tata nie jest głupi, tata czasami nie myśli. –wytłumaczyła Oliwia.
-Idealnie powiedziane.
-Ona bardziej kochała tego całego Sebastiana i tego tam Nemo.
-Florka.
-Wkurzasz, Błaszczykowski. –wstałam z kanapy i poszłam nalać sobie do kuchni wody.
Kiedy wypiłam całą szklankę do dna, do kuchni wszedł Kuba i wyciągnął do mnie rękę. Nic zbytnio nie rozumiejąc ujęłam ją.
-Gratuluję. Bezsensowna rozmowa zaliczona.
-Ona nie była bezsensowna! Nie rozumiesz tego filmu.
-Obejrzę jeszcze raz.
-No ja myślę.
-No. To teraz lecę na trening a potem jak wrócę to sobie zarezerwuj…nockę.
-Ohoho, no już.
-Ja ci dam nockę, ty blondasie mój. –bezceremonialnie klepnęła go w tyłek Agata a po chwili czule pocałowała.
-Fuuu…-zaśmiałam się odkładając szklankę.
-Zbrzydło jej już, widzisz?-zaśmiała się blondynka opierając głowę o klatkę piersiową swojego męża.
-Pójdę do siebie.-oznajmiłam powstrzymując łzy i z lekko wymuszonym uśmiechem poszłam do pokoju. Za sobą jeszcze usłyszałam cichy szept Agaty, Kuba jednak jej odpowiedział, żeby została. Pewnie chciała za mną iść. Ale chyba potrzebowałam zostać sama.






/Marco/


-Słuchaj, Marco. Nie chcę naciskać, ale co się z tobą i Ingą? Ostatnio widziałem was na okładce jak się całujecie w parku ale na treningach jest z tobą coraz gorzej o ile na nich jesteś. Nie chcę być wścibski…

Moritz stanął przede mną opierając się o stół kiedy wiązałem sznurówki moich korków. Kiedy tylko podniosłem głowę zauważyłem, że ciekawskie spojrzenia wszystkich z drużyny skierowane są właśnie na mnie. Omiotłem ich wszystkich spojrzeniem. Wyglądało na to, że i cała reszta przyłączyła się do pytania.

-Nie jesteśmy już razem. Proszę, nie pytajcie. Kiedy indziej. –odpowiedziałem wkładając moje rzeczy do szafki. Strasznie ciężko było mi wymówić te słowa. Nie jesteśmy razem.
Zamknąłem szafkę i wyszedłem z szatni kierując się prosto na boisko. Widząc tam trenera z Watzke postanowiłem usiąść z boku na krzesłach rezerwowych.

Kiedy zeszli się wszyscy Klopp zaczął trening. Dzisiaj chyba zamierzał zostać.
Ze wszystkich treningów w życiu, ten niewątpliwie był najgorszy. Trudnością było nawet same odebranie piłki. Nie, nie dlatego, że dobrze odzyskiwali piłkę. Dlatego, że przelatywała mi między nogami. Kiedy nie stałem w miejscu i nie obserwowałem biegu gry czasami udało mi się podbiec do piłki. Mario, który z resztą nie odezwał się dzisiaj do mnie ani słowem, zawsze mi tę piłkę odbierał. No dzięki.

Najczęstszym co powtarzało się kilkanaście razy z ust Kloppa było właśnie „Reus”. Czasami też występowało z dodatkowymi wyrazami typu „cholera jasna” czy „kurde, rusz tą dupę”.
Po prawie trzygodzinnym treningu wszyscy zebraliśmy się koło ławki rezerwowej. Trener miał podać skład na najbliższy, pierwszy mecz Bundesligi.

-No dobrze. Krótko, zwięźle i na temat. Przepraszam, jak pojadę po nazwiskach ale jestem strasznie zmęczony. Gonzalo, Auba, Miki, Mario, Sahin, Burki, Kuba, Piszczu, Hummels, Gündogan. Ławka Neven, Durm, Leitner, Ramos, Roman. Dziękuję, to na tyle. Odpocznijcie przed jutrem. –powiedział kończąc. Kiedy już podnosiłem się z fotela usłyszałem swoje imię. Odwróciłem się do trenera i odeszliśmy dwa kroki dalej.

-Mam nadzieję, że wiesz, czemu nie zostałeś powołany. Nie komentuję tego co było dzisiaj, bo nie mam jakimi słowami. Obiecałeś, że się postarasz.
-Na boisku byłoby inaczej.
-Pewnie. Jakbyś nie zszedł po trzeciej minucie z kontuzją to bym się zdziwił. Nie będę ryzykował. Musisz wrócić do formy i dawać z siebie wszystko na treningach. Jak tylko zobaczę, że jest lepiej będziesz w składzie. Wiem, że masz dużo problemów, nie daj się zwariować i skup się też na sobie.
-W porządku. Dzięki.-westchnąłem i skierowałem się ku szatniom, jednak jeszcze zanim się tam znalazłem natrafiłem na idącego na końcu grupy Mario.


-Cześć.
-Hej. W porządku u ciebie?
-Bardzo. Nie jestem nawet na pieprzonej ławce.
-Tak bywa.-stwierdził wzruszając ramionami
-Łatwo ci mówić.
-Kurde, Marco! W dupie mam twoje użalanie się nad sobą. Mażesz się jak dziecko. Takie bywa życie, inni mają większe problemy! –krzyknął a po chwili wszedł do szatni zamykając tuż przede mną drzwi z ogromnym hukiem. Temu co się stało?

Wziąłem swoje rzeczy na przebranie i ręcznik po czym skierowałem się pod prysznic.
Kiedy spakowałem już torbę z rzeczami wyszedłem z szatni rzucając krótkim „cześć”. Pod szatnią zastałem rozmawiających Kubę i Mario. Gdyby nie wychodzący Auba, który objął mnie mówiąc „cześć Marco” nawet by się nie zorientowali.

-Mario, możemy pogadać?
-Tak. Kuba, dzięki jeszcze raz. To co robisz…
-Wiesz dobrze, że nie mógłbym inaczej. Zbieram się. Do zobaczenia. Jak coś to napiszę.
-Jasne, dzięki, cześć.-westchnął smutno i przytulił Polaka żegnając się.


Zeszliśmy na ubocze, gdzie żaden z wychodzących zawodników nas nie zaczepi.
-Co się dzieje Mario?
-Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłem. Po prostu nie udało mi się porozmawiać przed treningiem z Kubą i byłem zły.
-A co się stało? Coś z Kubą?
-Z Ingą.-powiedział ciężko wzdychając. Inga?
-Co z nią? Jest chora?
-Nie… Nie wiem czy ci mówić, zwłaszcza..Masz swoje problemy na głowie.
-Przestań owijać w bawełnę. Kocham Ingę, to nigdy się nie zmieni i była i jest dla mnie najważniejsza.
-Tylko się nie bój ani nie denerwuj.
-Postaram się, więc?
-Inga… Chciała popełnić samobójstwo… Ale tego nie zrobiła.-dodał szybko widząc moją minę
-Kuba do niej jeździ?
-Ona mieszka u Kuby…


Ruszyłem biegiem przez korytarz na parking, gdzie widząc jadący samochód Błaszczykowskiego prawie się pod niego rzuciłem. Zahamował z piskiem opon, wyłączył silnik i wysiadł lekko zdenerwowany.
-Kurde, Marco, co ty odchrzaniasz! Mogłeś się zabić!
-Mario mi powiedział o Indze. Co z nią, jak ona się czuje?
-To powód, żeby wbiegać pod koła?
-Kuba, wiem, że mnie pewnie nienawidzisz. Sam siebie nienawidzę za to, co teraz Ona musi przeze mnie przechodzić.
-Marco… Chodź, wsiądziemy do samochodu. Pojedziemy gdzieś, pogadamy. Potem cię tu odwiozę, żebyś miał swoje auto.
-Dzięki.





/Inga/

Kiedy wyszłam od siebie zauważyłam Agatę śpiącą u siebie w sypialni. Było już dość późno, więc poszłam do kuchni zrobić kolację. Wyjęłam wszystkie potrzebne składniki z lodówki i zaczęłam przygotowywać leczo z ryżem. Wstawiłam mięso, przygotowałam sos i wrzuciłam warzywa do garnka na parze. Nie wiem czemu, ale nagle na myśl mi przyszło znów dziecko Marco i Caroline. W jednej sekundzie zrobiło mi się słabo i zagotowała się we mnie złość. Wszystko na raz.

-Ciociu! Słyszysz mnie?-wyrwał mnie z myśli głos małej blondyneczki. Czy gdyby Marco miał córkę też by miała właśnie blond włosy?
-Co?
-Pobawisz się ze mną?-zapytała kierując na mnie swoje ciekawe niebieskie oczka, po tacie z resztą.
-Nie mam teraz czasu.
-Ale obiecałaś się ze mną pobawić.
-Oliwia, idź proszę do swojego pokoju i nie przeszkadzaj mi. Robię kolację.-powiedziałam chyba zbyt ostro niż chciałam. Widząc jak dziewczynka wycofuje się ze smutno spuszczoną głową zebrały mi się łzy pod powiekami.
-Oliwka…
-Tak, ciociu, pójdę do siebie.-powiedziała cichutko. Jestem okropna. Podbiegłam szybko do niej i uklęknęłam na kolanach. Czułam ciepłe łzy spływające po moich policzkach.
-Przepraszam kochanie. Nie chciałam na ciebie podnieść głosu. Tak bardzo cię przepraszam.-przytuliłam ją mocno do siebie opierając głowę na jej małym ramionku. Poczułam jak jej małe rączki oplatają moją szyję. Chyba poczułam rozchodzące się ciepło w moim cholernym, zatwardziałym i przeklęcie zranionym sercu.
-Nie gniewam się, ciociu. Tatuś mi mówił, że jesteś teraz bardzo smutna. Ja nie chcę, żebyś była smutna. Kocham cię.-wyznała i pocałowała mnie w policzek. Ja głupia musiałam rozryczeć się na dobre.
-Też cię kocham, kochanie. Nie chciałam. Przepraszam. Pobawimy się kiedy indziej?
-Dobrze. Jutro po śniadaniu?
-Jutro po śniadaniu.-odpowiedziałam wycierając niezdarnie łzy.
-A kiedy będzie kolacja?
-Za piętnaście minut. Zostawimy też trochę mamie, jak się obudzi to zje.
-To fajnie. Pójdę złożyć domek dla lalek. Jutro się nim pobawimy. Ten, co tata kupił. Jest taki duuuży. I piękny!-mówiła z błyskiem w oku blondyneczka. Uśmiechnęłam się szeroko i pocałowałam w główkę. Takie dziecko to skarb. 
Dziecko. Reus. Caro. Kiedyś się tego pozbędę? 
Oliwka pobiegła radośnie po schodach na górę do swojego pokoju zostawiając mnie jeszcze na wpół wzruszoną. Wstałam z podłogi i oparłam się o poręcz. Wzięłam głęboki oddech i w momencie kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam opierającego się o futrynę Kubę.

-..Ym.. Hej.
-Cześć, cześć. To jak z tą kolacją? Padam z głodu.
-Przepraszam Kuba za tą sytuację. Ja nie chciałam.
-Wiem. Oliwka też wie, to najważniejsze. Nic się nie stało. Wiem, że tobie też nie jest łatwo. Ale no nie płacz już!-zaśmiał się i podszedł mnie przytulić. –A teraz już do kuchni, bo się mi kolacja spali.
-Tobie? A to ty nie jesz na mieście po treningach?
-No bardzo śmieszne. Idź już. Masz tak w ogóle uściski i całusy od twojego taty.
-Martwi się?
-Oczywiście, że tak. Pogadamy wieczorem. Jak z resztą ustalaliśmy.
-Okej. Kurczę, zaraz się mi mięso przypali!


Po kolacji zjedzonej ze smakiem Agata poszła usypiać Oliwkę. Ja sama poszłam wziąć kąpiel i umyć włosy. Przebrałam się w dwuczęściową piżamę i poszłam do swojego pokoju. Zaczęłam szukać swojego telefonu ale doszło do mnie, że go nie mam ze sobą. Powinnam sobie pożyczyć od Agaty jakąś ciekawą książkę. Albo zacząć przygotowywać się do studiów. Kiedy usiadłam na łóżku w pokoju rozległo się pukanie do drzwi. Pewnie Kuba.
Tak jak myślałam. Blondyn zawitał z lekko wilgotnych włosach, spodniach dresowych od piżamy i luźnym t-shircie.
-Rozmowy w toku?-zaśmiałam się i przesunęłam się kawałek robiąc dla niego miejsce.


Rozmowa zajęła nam prawie trzy godziny. Nie było jakoś niezręcznie. Wręcz przeciwnie. Kleiła się i gładko przechodziliśmy z tematu na temat. Kiedy mieliśmy już kończyć pomyślałam, że powinnam się przełamać i zadać nurtujące mnie ostatnio pytanie.

-Kuba…
-Tak?-zapytał ziewając i rozciągając się.
-Chciałabym cię zapytać…
-Taaak?-zaśmiał się lekko zaciekawiony.
-Wiesz może co u Marco?-zapytałam na jednym wydechu. Kuba spojrzał się na mnie zaskoczony. Spuściłam głowę zainteresowana nagle własnymi paznokciami.

-Hej, to nic złego, że pytasz. –objął mnie z troską ramieniem
-Martwię się o niego. Kocham i jednocześnie nienawidzę. Z jednej strony jestem wściekła za zakład, za zdradę… Mario mi mówił, że się załamał po tym jak dowiedział się o dziecku… A ja wtedy byłam gotowa pójść do niego, pocieszyć i tak po prostu przytulić. Tak bardzo mi na nim zależy.
-Rozmawialiśmy dzisiaj godzinę po treningu…
-Powinieneś brać kasę za godzinę terapii. Jedyna skuteczna.
-Nie jestem psychologiem, ty może będziesz jak się weźmiesz za swoją magisterkę. Podobno miałaś ją przeczytać i poprawić coś ewentualnie. Nie myśl, że nie wiem. Czeka na ciebie w szufladzie komody. Gabinet jako taki masz do dyspozycji.-uśmiechnął się szeroko mrugając na koniec do mnie okiem. –Wracając, bo nie chcę, żeby ci ciśnienie skoczyło. Mario mu powiedział wiesz o czym. Wybiegł za mną i rzucił się pod koła samochodu, żeby się dowiedzieć jak się czujesz. –Martwi się. Cholera. Czy on coś do mnie jeszcze czuje? –Powiedziałem mu, że jest coraz lepiej. Zgodnie z prawdą. Oczywiście nic o czym rozmawiałem z tobą nie wypłynęło, zostaje między nami.
-Niech zgadnę, nie możesz powiedzieć tego o czym rozmawiałeś z Marco, prawda?
-Mogę ci powiedzieć, że jest cały czas załamany sytuacją z Caroline. Według mnie cały czas go to przerasta. Ma swoją rodzinę… Chyba powoli też na nowo znajduje nić porozumienia z Mario.
-Naprawdę?-ucieszyłam się. Wiedziałam, że ta dwójka musi przetrwać wszystko.
-Potrzebują trochę czasu oboje i będą na siebie skakać jak dzieciaki tak, jak było kiedyś. Caroline jeszcze mieszka u niego więc to nie ułatwia…
-Czemu u niego mieszka?
-Znasz w sporej części Marco…
-Chcesz powiedzieć, że nie tak jak ty. Wiesz przecież więcej ode mnie.
-Daj mu czas. Wam czas. On też musi sobie poradzić z tą kobietą. Czy to będzie jego dziecko czy nie, Caro jest w ciąży. Właściciel mieszkania, które wynajmowała ją wyrzucił…
-Kłamie!
-Nie udowodnisz, Inga. Marco ma po prostu dobre serce, że się nad nią lituje. Sam mówi, że po urodzeniu dziecka od razu zrobi testy.
-Mówił coś o nas? W sensie… Czy…Ten zakład. Czy cały czas byłam mu obojętna? Czy cokolwiek coś do mnie czuł?
-Inga…
-Nie możesz.
-Tak. Marco chce, żeby ta rozmowa należała do was. Ze mną też nie zagłębiał się w szczegóły, bo to jest spawa należąca tak tylko do waszej prywatności.
-Ja ci powiedziałam… To źle?
-Nie. Nie rozmawialiśmy o takich rzeczach, jakich on także nie poruszał. I tak zostanie.
-Chce pilnie porozmawiać?
-Chce przede wszystkim, żebyś doszła do siebie. On też musi sobie wszystko ułożyć.
-Będziesz miał drugie dziecko, masz żonę, najwspanialszą córkę pod słońcem… I pomagasz nam. Nie rozumiem tego, Kuba.
-Wiesz, że nie jestem wylewny z uczuciami… Jesteś dla mnie ważna. Jesteś wspaniałą, młodą kobietą, która wiele przeszła. Rozumiem cię jak nikt inny… To, że ze sobą zawsze tak otwarcie rozmawiamy… Chyba stworzyło między nami jakąś specjalną relację, więź. Wiesz co mam na myśli.
-Wiem. Ufam ci. Wiem, że mogę zwrócić się do ciebie zawsze o pomoc… Ciebie też zapewniałam, że możesz liczyć na moją pomoc, rozmowę ale…wolisz radzić sobie z problemami sam. Jak ja mam ci się odwdzięczyć?
-Od kiedy człowiek ma się odwdzięczać za miłość? Ona po prostu jest. Dobranoc.-pocałował mnie w czoło i zszedł z łóżka pozostawiając mnie w lekkim szoku. Kiedy był już przy drzwiach otrząsnęłam się i zapytałam.

-Kuba, mam nadzieję, że nie wyznałeś mi właśnie miłości jak Götze…
-Götze wyznał ci miłość?
-Jest już okej, nie muszę rozmawiać na ten temat jako terapii u doktora habilitowanego Błaszczykowskiego.
-Nie, nie wyznałem.-prychnął ze śmiechem pod nosem –Jesteś jakimś członkiem mojej rodziny, dla którego nie wymyślono nazwy. Moja córka cię kocha, Agata…Chyba mogę tak nazwać, że jesteś w naszej rodzinie, o ile Klopp się zgodzi. Götze wyznał ci miłośc? A to dobre…
-Idź już, idź. Dobranoc.
-Wiesz, chyba to ja pierwszy raz będę chciał z tobą porozmawiać.
-Cwany lis.
-Przed meczem koniecznie. Jak nie przed meczem to się będę z Götzego śmiał. Pączuś wyznał…
-Braterską! Idź już. Też cię kocham, buziaczki, dobranoc.
-Branoc!







~~~
Zdążyłam! Bałam się, że nie zdążę na czas ALBOWIEM byłam na PRZECUDOWNYM treningu ANI LEWANDOWSKIEJ. Ogromna energia, motywacja ta cała atmosfera...czułam się jak w raju. Uśmiech mi nie schodził z twarzy, nawet kilka razy udało mi się złapać "kontakt wzrokowy" z Anią. <3 Aby nie było wątpliwości-uśmiech był cały czas-świadczyło o tym między innymi to, że jak tylko podeszłam do zdjęcia i jak zobaczyła mnie Ania to powiedziała od razu "Ooo, jest nasza śmiechotka" :))Nie rozumiem ludzi, którzy mówią, że jest sztuczna, nienaturalna. Jest tak otwartą, energiczną i optymistyczną osobą, jakiej świat nie widział, Jeśli będziecie miały okazję wpaść na jej event to nawet się nie zastanawiajcie. Jest wycisk-niewątpliwie-ale na treningu była pani co miała 65 lat..można? Można! Załapałam się na wykład...Chcę jeszcze! Wykładu, treningu..wszystkiego..kolejny taki event pewnie dopiero za rok.ale warto czekać<3 Zumba z Katriną (potem mnie przytuliła^^) czad..Nie do odpisania. Naprawdę. 

A teraz krótko o rozdziale-flaki z olejem-ale się ruszy!
Mogą być błędy, nie do końca sprawdziłam całość-jeśli są-przepraszam.
3 minuty po 16 więc już więcej nie piszę tylko wrzucam(i idę jeść bo jestem głodna jak wilk!)
Do następnego kochane!
Ściskam moocno!<3

sobota, 16 kwietnia 2016

Pięćdziesiąt trzy.

Chłód i cień
Już czas na sen
Zachód słońca żegna dzień…
I ścichł twój szept
Twój wzrok też zgasł
Wokół tylko cisza…
Znów jest zmierzch
Bez gwiazd, wśród łez
Każda myśl to cierń.




Po przesiedzianych i przepłakanych dniach w pokoju musiałam w końcu wyjść. Chciałam zrobić to dla Yvonne. Wiedziałam jak bardzo jest to dla niej ważne, tym bardziej, że jej obiecałam.
Co było jednak najgorsze musiałam walczyć z samą sobą. Przecież miał tam być także Marco. Musiałam jakoś dać sobie radę. Przez te dni już miałam ułożony plan, żeby znaleźć na parkingu samochód Reusa i ustawić się po przeciwnej stronie od niego. To był najbardziej misterny ale i perfekcyjny plan.

Założyłam jeansy, czarne conversy, zwykłą bluzkę z długim rękawem i jeansową katanę. Pomalowałam delikatnie rzęsy i zeszłam na dół.

-Na pewno cię nie podwozić?
-Dzięki tato, taksówka zaraz będzie.
-Dobrze, że wyjdziesz w końcu do ludzi. Yvonne obiecała, że cię odwiezie i będzie pilnować.
-Sama też bym sobie dała radę.
-Nie wątpię. O, chyba taksówka.
-To ja lecę. Będę koło osiemnastej.
-Spokojnie. Baw się dobrze.
-Postaram się.-wymusiłam uśmiech i poszłam w kierunku czekającego pojazdu.


Dortmundzkie ulice jak zawsze zaskakują. Kiedy przeznaczyłam na dojazd maksymalnie piętnaście minut stałam w korku pół godziny dłużej. Tata pewnie by znał skrót, żeby ominąć tę ulicę… Co mnie podkusiło, żeby wziąć taksówkę. Nie chciałam się spóźnić, pewnie Yvonne by pomyślała, że ją olałam. Czego nie chciałam.

Na miejscu byłam spóźniona prawie dwadzieścia minut. Pobiegłam do wejścia, żeby sprawdzić czy jeszcze jest.

Przeszłam przez długi korytarz i skręciłam w prawo, gdzie odbywały się egzaminy. O mało się nie potknęłam, kiedy zobaczyłam jak szczęśliwa Yvonne wybiega z sali i rzuca się w ramiona wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyzny. Mimo, że stał do mnie tyłem wiedziałam, że to Marco. Podkoszulka, koszulka i bluza. Przetarte, czarne jeansy i czarny full-cap odwrócony daszkiem do tyłu z małpką zakrywającą oczy. Oparłam się o próg i od razu pomyślałam, że jak najszybciej muszę się stąd wycofać, póki…

-Inga! Jesteś! –krzyknęła brunetka i wyrwała się z uścisku swojego brata pozostawiając go zdezorientowanego i osłupiałego a sama podbiegła do mnie i mocno przytuliła.
-Tak się cieszę, że jesteś! Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz. Dziękuję, dziękuję, tak bardzo ci dziękuję.
-Rozumiem, że się dostałaś. Przecież i tak nie było innej opcji.
-Bardzo im się podobało. Rysowałam pięć godzin. Obraz jest już Marco, ale może jeszcze uda ci się zobaczyć. –oznajmiła a ja w tym momencie otworzyłam oczy i spojrzałam przed siebie. Jedno spojrzenie. Jedno zbyt wiele.  
Jego oczy były zmęczone, smutne i płytkie. Nie świeciły z blaskiem, w który uwielbiałam wpatrywać się godzinami, nie błyszczały jaśniej niż gwiazdy na niebie, jego ogniki w oczach, które świeciły swoim naturalnym światłem, przy którym znikały gwiazdy … Teraz nie było nic. Próżnia, pustka, zranienie i ból. Nie mogłam już dłużej tu być, widzieć go. Czułam łzy zbierające się pod moimi powiekami.

-Yv, przepraszam. To silniejsze ode mnie. Poczekam przed wejściem.-powiedziałam łamiącym się głosem.
-Poczekaj na mnie. Zaraz przyjdę.-powiedziała ściskając mnie za dłoń. Kiwnęłam głową i pobiegłam szybko do wyjścia.

Tuż przed nim zobaczyłam samochód Marco. Że też wcześniej go nie zauważyłam. Poszłam szybkim krokiem na drugi koniec parkingu i usiadłam na drewnianej ławce. Podkuliłam nogi pod brodę i pozwoliłam swobodnie spływać moim łzom.
Usłyszałam cichy warkot silnika. Podniosłam lekko głowę i ujrzałam dobrze znaną mi rejestrację samochodu. Zatrzymywał się. Nie. Proszę, nie.

-Jestem!-usłyszałam głos Yvonne koło mnie. –Kochanie, nie płacz. Gdybym tylko wiedziała to byśmy umówiły się tylko na kawę.
-Też nie przypuszczałam, że tak zareaguję. Chodź, mamy taksówkę.-wytarła mi łzy z policzków i pociągnęła do samochodu.


Całą drogę do galerii milczałyśmy. Yvonne pewnie się domyśliła, że potrzebuję chwilę czasu na ochłonięcie.
Byłam tak słaba. Zawsze sobie wmawiałam, że jestem silna. A może to osoby mi bliskie zawsze mi to mówiły. Kuba, tata, Mario…Marco. Co oni mogli wiedzieć. Byłam nikim. Byłam słaba i bezsilna. Byłam wrakiem człowieka, bez marzeń, przyszłości, celów, szczęścia. I chęci do życia. W zasadzie. Po co miałabym żyć?

-Inga, jesteśmy na miejscu.
-Przepraszam, zamyśliłam się. Już wysiadam.
-To chodź. Idziemy na tę kawę.

Wybrałyśmy najmniej zatłoczoną kawiarnię. Yvonne zamówiła latte, ja sama zdecydowałam się na jakąś mocną kawę. Nie była dobrym wyborem pod tym względem, że nic dzisiaj nie jadłam, pomijając, że wczoraj również. Po drugie kawa była najbardziej ohydnym napojem jaki mógł człowiek wynalazł. Co cię nie zabije to cię wzmocni.  Tyle rzeczy mnie zabiło, moje wzmocnienie okazało się moim gwoździem do trumny. Gdzie jednak trumna? Może się właśnie dorabiam.




Bo los z nas drwi.
Drwi z nas co dzień.
Gdzieś we mgle gubię drogi swe
Nie odnajdę się
A w tych snach Twoja śmierć, mój strach
Nie chcę dłużej tak, nie…




-To co u ciebie? Dajesz radę? Mówiłam już, że to, że nie jesteście już z moim bratem nie zmienia nic pomiędzy nami, bo cię uwielbiam. Mela i Nico też. –stwierdziła, kiedy dostałyśmy swoje zamówienia.
-Yvonne. Dziękuję, że tak o mnie myślisz, jednak jakbym cię mogła prosić, zmieńmy temat. Nie chcę być niekulturalna, czy cię urazić ale nie jestem gotowa na takie rozmowy.
-Przepraszam, rozumiem cię. Rozstałam się z moim pseudo narzeczonym.-powiedziała udając wielce smutną a za chwilę się perliście zaśmiała.
-Jak przykro.-dołączyłam do niej i teatralnie starłam łzę z mojego policzka, której wcale tam nie było.
-Co ja, ach, co ja biedna pocznę. Chyba pojadę do Paryża! Wyślą mi jeszcze dzisiaj na maila dotyczące kosztów, terminów i zakwaterowania. Kłóciłam już się z Marco o kwotę, że zapłacę jakąś część ale się uparł osioł.
-Stać go. Na pewno się cieszy i jest dumny, że tam jedziesz.
-Jest… Powiedział mi to dzisiaj. Jest mi trochę głupio, że chce za to zapłacić, bo jestem dorosła, mam swoje oszczędności. Bym pracowała ale…ojciec. No wiesz przecież. Sam ma dobre parędziesiąt milionów na koncie, a ten wyjazd dla niego jak pasta do zębów ale no… Krępuje mnie to trochę.
-Niech płaci. Palant. Um… Przepraszam. –rzuciłam i upiłam łyk ohydnej prawdę mówiąc kawy unikając jej wzroku.
-Pewnie nie chcesz słuchać, jak jest mi przykro.
-Nie. Muszę poradzić sobie sama, a słuchać jak inni mi współczują… Nie potrzebuję współczucia.
-Jesteś silna. Podziwiałam cię i podziwiać będę.
-Jasne…-mruknęłam po nosem bez jakiegokolwiek przekonania.



Brunetka wyciągnęła mnie na krótki shopping, bo szukała odpowiedniego plecaka na wyjazd, w którym by mogła schować wszystkie swoje przybory i farby. Było kilka, których zrobiła zdjęcia i stwierdziła, że się zastanowi, ewentualnie poszuka czegoś jeszcze.
Ja bez emocji obserwowałam sklepowe półki. Nie rozumiałam kobiet, które zachwycały się butami, które mają cudownie sprawić, że chłopak na nie spojrzy. Jakie to głupie. To facet powinien się cieszyć, że spojrzy na niego kobieta. Pieprzone zakochanie, pieprzona miłość. Dopiero po czasie ludzie się przekonują, że to niszczy. Od wewnątrz do zewnątrz. Przeszywa od czubka głowy aż do pięt. Zamienia się w bezkresne cierpienie i ból. To tylko czułam.


Usiadłyśmy na ławeczkach koło fontanny, gdy zadzwonił telefon Yv. Wyjęła swojego iPhone’a i zmarszczyła brwi widząc nieznany numer.

-Odbierz, najwyżej ktoś się pomylił.-stwierdziłam prostując nogi. Odchyliłam głowę do tyłu i przymknęłam oczy. Yvonne wstała i odeszła kawałek.


Zaczęłam myśleć nad swoją słabością. Nie byłam wcale silna. Byłam nikim. Może każdy to widział tylko bał się powiedzieć mi tego prosto w oczy. Może było im mnie żal. Przecież byłam ostatnią ofiarą życia. Życie, mnie pokonało. A ja nie miałam nawet odwagi, żeby mu odrobinę pomóc. Przecież co mi zostało? Ojciec, który będzie się martwił moim stanem, Mario, który może mimo tego, że mnie na swój sposób kochał… Zamiast szukać sobie wspaniałej dziewczyny, na którą zasługuje przesiaduje u mnie niczym niańka marnując godziny swojego życia. Życia, które miało sens. Bo on był silny. Mimo zerwania z Ann stawił wszystkiemu czoło i odżył. A ja idę w zupełnie przeciwnym kierunku. I to jeszcze raniąc najbliższe mi osoby.


Kilka minut później, Yvonne wróciła wyraźnie zdenerwowana.

-Co się stało?
-Inga, ja cię przepraszam. Obiecałam twojemu tacie, że odwiozę cię do domu, ale zadzwoniła do mnie pani z przedszkola Nico. Wymiotuje i ma wysoką gorączkę. Mówi, że lepiej pojechać z nim do szpitala. Podadzą mu zastrzyk czy coś. Nie może tego zrobić Mela, bo dosłownie za pięć minut wchodzi na wizytę kontrolną z Gregorem do ginekologa. Dowiadują się dzisiaj płci dziecka…
-Rozumiem. Leć do niego. Ucałuj go ode mnie i nie martw się niczym. Ja sobie spokojnie dojadę do domu. Mam dziesięć minut taksówką.
-Dziękuję. I przepraszam. Taksówka już na mnie czeka.
-Ależ nie ma problemu. Idź i się nie martw. Dzięki za wypad. –podniosłam się z ławki, przytuliłam dziewczynę i pocałowałam w policzek.  Pomachałam jej jeszcze kiedy biegła korytarzem.
Poczułam ukłucie w sercu, kiedy pomyślałam, że może właśnie widziałam tą śliczną, drobną dziewczynę ostatni raz w moim życiu. Moim nic nie wartym życiu. Musiałam zebrać sobie resztki tej odwagi, którą podobno miałam i pozwolić sobie wreszcie na spokój i pozbycie się problemów. Wszystkich.
Ruszyłam na małe zakupy.





***




-Tato, jestem!-zawołałam i szybko przemknęłam do mojego pokoju.
-Było dobrze? Jestem w gabinecie, pracuję. Wpadnę potem.
-Spokojnie, nie musisz się spieszysz. Było w porządku. –krzyknęłam i zamknęłam drzwi na klucz za sobą. Położyłam siatkę foliową na stoliku i wyjęłam co kupiłam na metalową tackę, na której ostatnio przyniósł mi obiad Mario.

Wiedziałam, że to jest moje jedyne wyjście. Koniec mojej męczarni, koniec bólu, koniec złamanego serca, tęsknoty, żalu, nienawiści do wszystkich a najbardziej do samej siebie. Po co mam się katować i zadręczać własnym życiem?
Zaczęłam płakać, kiedy otwierałam pudełeczko tabletek nasennych.

Spotkam się z babcią. Przytuli mnie i powie, że mnie kocha. Pocałuje mnie w czoło i otoczy swoimi ciepłymi ramionami.

Wyrzuciłam kilkanaście białych tabletek na dłoń, drugą ręką próbowałam odkręcić mocny alkohol, który polecił mi sprzedawca. Musiałam na niego sporo wydać. Nie myślałam nad listem pożegnalnym. Bez sensu robić z tego tragedię. Przecież i tak bym w nim nie przeprosiła.
Kiedy byłam już o krok od połknięcia tabletek usłyszałam pukanie do drzwi.

-Inga! Przyszedł twój ulubiony braat!-zawył wesoło Mario. Westchnęłam z rezygnacją i odłożyłam tabletki na tackę, koło nich butelkę z alkoholem i wsunęłam ją pod łóżko. Koło nich upchnęłam jeszcze białą reklamówkę z resztą zakupu.

-Nie udawaj, że cię nie ma. Mnie w to nie nabierzesz. Mam wyważyć drzwi czy ruszysz tyłek i otworzysz?
-Nie trudź się.-powiedziałam niezadowolona, że muszę odłożyć mój plan na później i też na później zebranie w sobie ponownie odwagi. –Proszę. –otworzyłam przed nim na oścież drzwi, on sam widząc, że nie mam nastroju wszedł i rzucił się na moje łóżko. Zamknęłam za nim drzwi i usiadłam koło niego.
-Nie cieszysz się?
-Mario… Przychodzisz tu codziennie. Zawracasz sobie bez sensu mną głowę. Masz swoje życie, nie możesz cały czas się nade mną litować i próbować pocieszyć. Dziękuję za to co robisz, ale nie musisz. Nie musisz czuć obowiązku, bo mnie pocałowałeś. To nie przez ciebie się rozstaliśmy.
-Jesteś moją siostrzyczką i chcę tu przychodzić. Wiem, że gdybym ja też był w potrzebie byłabyś właśnie przy mnie. Nawet już nie raz to pokazałaś. Chcesz zostać teraz sama?
-Tak. Przepraszam.
-To przepraszam, ale musisz mnie zwalić siłą.
-W porządku. –zdobyłam się na delikatny uśmiech i położyłam stopy na jego udzie i odepchnęłam go tak, że padł jak długi na podłogę. W jednym momencie wyraz jego twarzy zmienił się nie do poznania.

Cholera jasna. Wszystko się posypało. Wszystko trafił szlag.
Chyba pierwszy raz w życiu widziałam taką złość w jego oczach. To co się działo, kiedy uderzył Marco było niczym. On był wściekły. Wręcz kipiał.
Spojrzał na mnie a tym samym, kiedy spuściłam wzrok na pościel.

-Chodź.
-Nie.
-Pójdziesz ze mną, Inga. –powiedział ostro i ścisnął mnie za ramię. Pociągnął tak, że wstałam z łóżka. Wyszliśmy z pokoju i szliśmy przez korytarz. Pod moimi powiekami zaczęły zbierać się łzy. Pieprzone życie. Chce mnie wykończyć. Chce mnie skazać na męczarnię i cierpienie.
Bez pukania otworzył drzwi zaskakując tatę nad papierami.

-Chodź natychmiast do salonu. –warknął przez zęby a po chwili ciągnął mnie już po schodach. Nie stawiałam już oporu. Przecież i tak byłam na straconej pozycji.

Przysiadłam na skraju kanapy, a Mario wyciągnął telefon i wybrał połączenie nie spuszczając mnie z oka. Po chwili dołączył już do nas tata, który był wyraźnie zmieszany i zaskoczony sytuacją.
Mario odciągnął ich do przedpokoju i kazał tacie „mieć mnie na oku”. Po chwili zaczął z kimś rozmawiać. Tej rozmowie także przysłuchiwał się tata, który aż cały zbladł i spojrzał na mnie przestraszony. Rozmawiali chwilę z Mario po czym sam wyszedł przed dom. Götze podszedł do mnie i nachylił się nade mną.

-Mów prawdę, nie ściemniaj mi tylko, bo za cholerę nie mam humoru do żartów. Ile tego brałaś?
-Nic. –szepnęłam wbijając wzrok w podłogę. Chwilę później poczułam jego dłoń na mojej brodzie którą nakierował mnie prosto na siebie.
-Ile?
-Nie zdążyłam nic wziąć. Nic.
-Nie próbuj niczego głupiego.-powiedział surowo i wyszedł z domu, zapewne dołączając do taty. Wkurwiony Götze. Tego jeszcze nie grali.


Ta przeklęta cisza zaczęła mnie denerwować. Patrzyłam się na tykającą wskazówkę w zegarze, która okazała się jedyną atrakcją w tej chwili. Patrzyłam na durną wskazówkę i płakałam. Scena prosto jak z psychiatryka.

Prawie dziesięć minut później usłyszałam kroki. Podniosłam głowę znad kolan i zobaczyłam wchodzących do domu Mario, tatę i… Kubę.
O nie.
Ci pierwsi dwaj nawet na mnie nie spojrzeli i poszli od razu na górę, zapewne do mojego pokoju. Kuba zaś wszedł do salonu i oparł się o ścianę naprzeciw mnie. Żadne z nas nic nie powiedziało. Jedynym co zakłócało ciszę był mój płacz.
Nie byłam pewna ile czasu nam to zajęło, może dziesięć minut, dwadzieścia? Do czasu, kiedy Mario zawołał Kubę do mojego pokoju. Dobrze wiedziałam, że stał na schodach i cały czas mnie obserwował.

Nie byłam taka głupia, żeby teraz pójść do kuchni i podciąć sobie byle nożem żyły. To by się mijało z celem i by było mało skuteczne, przecież i tak za chwilę by mnie znaleźli i zadzwonili po pogotowie.

Ponownie położyłam głowę na kolanach i przymknęłam oczy. Wsłuchiwałam się w tykanie zegara, póki nie usłyszałam kroków na schodach. Nie zmieniłam swojej pozycji, nie obchodziło mnie, kto teraz będzie się bawił w pilnowanie mnie.
Kroki zbliżały się coraz bliżej aż w końcu ucichły. Tym razem miałam świadomość, że stał tuż przede mną. Kiedy otworzyłam oczy zauważyłam swoją pomyłkę. Siedział. Na stoliku, tuż koło mnie. Kuba. Po jego wyrazie twarzy nie mogłam nic wywnioskować, choć wiedziałam, że był na mnie zły. Choćby przez to, że nie obierałam jego mnóstwa połączeń. Było mi w tym momencie wstyd. Cholernie wstyd.
Podniosłam wzrok na niego.

-Dałaś ciała Inga. Zawiodłaś mnie, Mario a chyba już najbardziej swojego tatę. Zawiodłaś chociaż siebie?
-Zawiodłam się, że się nie udało.-szepnęłam spoglądając w okno.
-Twoja babcia pewnie też jest zawiedziona jak teraz na to patrzy.
-Nie mów tak. Nie możesz…
-Mogę.
-Nie. Ona nie żyje. Wiesz, że była dla mnie najważniejszą osobą na świecie…
-Gdyby dalej tak było, to byś walczyła, chociaż dla niej.
-Nienawidzę cię!-krzyknęłam i zaczęłam głośno płakać. Skuliłam się na kanapie i zaczęłam wylewać hektolitry łez w poduszkę.




***




Obudziłam się w zupełnie obcym dla mnie pomieszczeniu. Gdzie ja do cholery byłam. Podniosłam się na łóżku do siadu. Na lewej ścianie stała ogromna, biała szafa. Na wprost były drzwi, po ich lewej stronie stał duży fotel… Na którym siedział Kuba. Przeglądał coś na swoim laptopie.  Kiedy podparłam się ręką za plecami akurat na mnie spojrzał.

-Obudziłaś się.-stwierdził zamykając laptop i odłożył go koło siebie na podłogę.
-Gdzie ja…
-U mnie w domu. –przerwał i stanął nad łóżkiem.
-Kuba…-popatrzyłam w jego smutne oczy…smutne i zawiedzione. Chyba dopiero teraz do mnie doszło co naprawdę chciałam zrobić. –Chciałam cię przeprosić. Za to, że nie odbierałam telefonów. Wiem teraz, że pewnie się o mnie martwiłeś, myślałam, że będziesz rozmawiał o Marco, a ja bym tego nie zniosła. I przepraszam za to, że powiedziałam, że cię nienawidzę. Bo wcale tak nie jest. Jesteś dla mnie bardzo ważny, naprawdę ogromnie ważny. I kocham cię jakby to Mario określił siostrzano-braterską miłością… I cię potrzebuję. –skończyłam na równi z pierwszą łzą spadającą na mój policzek. Blondyn usiadł tuż koło mnie.
-Nie gniewam się za telefony, a to co powiedziałaś, wiedziałem w jakim stanie jesteś i nie myślałaś nad tym co mówisz. Ja też przepraszam, zabrnąłem za daleko i nie powinienem był wtrącać do tej rozmowy twojej babci. Jestem tylko zły na to, co chciałaś zrobić. Gdyby nie Mario, zrobiłabyś to?-zapytał przenikając mnie swoim spojrzeniem, które aż mroziło. Ja nie wiedziałam jednak co mam powiedzieć. Zrobiłabym?
-Potrzebuję pomocy, Kuba. Nie radzę sobie z tym. To mnie przerosło. Bardziej niż myślałam. Wszyscy dookoła chcę mi mówić jak mi współczują i jaka jestem silna, a ja wcale nie chcę współczucia i nie jestem silna. Wszyscy to tak sobie wyobrażają. Nie jestem nawet w jednej trzeciej silna jak ty. Nie dorastam ci do pięt, Kuba. Straciłam go. I nic tak cholernie nie bolało jak to. Nawet wizja…przeszłości. Może to dlatego, że była ze mną babcia. –wytarłam dłońmi cały potok łez i kontynuowałam mój wywód dalej. –Kocham tatę, wiem, że się o mnie martwi. Ja cały czas sprawiam mu problemy. Myślałam, że gdybym to zrobiła byłoby wszystkim lżej. A najbardziej lżej mi… Może ten ból by zniknął. Pomóż mi, błagam. Chcę żyć, ale nie cały czas w stanie takim, jakim jestem. Bo to mnie samo zabija i wyniszcza. Chcę spróbować żyć i funkcjonować. Prać, gotować, sprzątać nie wylewając łez… Jak teraz. –skończyłam i spojrzałam na Błaszczykowskiego. 
Westchnął cicho i… uśmiechnął się. Nie rozumiałam tego do końca, ale w porządku, niech mu będzie. Po chwili poczułam jak mocno mnie przytula. Objęłam go mocno i zaczęłam głośniej płakać w jego ramię.

Trwaliśmy tak jakiś czas. Kuba zaczął mnie głaskać po włosach co mnie zaczęło uspokajać. Tak bardzo tego potrzebowałam.

-Posłuchaj…-westchnął i zsadził mnie z kolan i posadził tuż koło siebie cały czas obejmując mnie ręką. –Nie pozwolę ci zrobić czegoś takiego po raz drugi. Wiem, że ciężko to przeżywasz. Nie możesz się zapierać rękami i nogami, żeby nie rozmawiać o Marco. Żyjesz w takim środowisku, że nie unikniesz ani jego ani tych tematów. Musisz się nauczyć. Będzie trudno, ale masz tyle ludzi wokół siebie, którym na tobie ogromnie zależy. Ja, Agata, twój tata, Mario, Łukasz, Auba, Mats i założę się, że każdy inny zawodnik, do którego domu byś nie poszła przyjąłby cię z otwartymi ramionami.
-Co teraz?
-Doszliśmy do wniosku z twoim tatą, że zamieszkasz tu na jakiś czas. Chciał, żebyś poszła do psychologa ale stwierdziłem, że to ostatnie czego potrzebujesz. Mam nadzieję, że się nie myliłem.
-Nie. Dziękuję, że wziąłeś mnie do siebie, choć… Mogłam zostać w domu.
-Myślę, że potrzebujesz zmiany środowiska. Pomożesz też, więc nie musisz myśleć, że pasożytujesz, bo pewnie też byś tak zaraz powiedziała. Agata musi odpoczywać, żeby ciąża dobrze przebiegała. Jakbyś mogła czasem zrobić śniadanie jak będę na treningu, albo pobawić się z Oliwką…
-Brzmi w porządku. –uśmiechnęłam się lekko –Postaram się nie zawieść.
-Wiem, że nie zawiedziesz. Jesteś silna.
-Nieprawda.
-Wiesz… Czasem przypominasz mnie jako nastolatka, kiedy byłem strasznie zagubiony po śmierci mamy, ale wiesz? Jesteś dużo silniejsza.
-Od ciebie jako nastolatka. Teraz mam dwadzieścia dwa lata. Nie jestem nastolatką.
-A ja mam trzydziestkę na karku i uwierz, gdybym nie przeszedł tego wszystkiego, nie zrozumiał pewnych rzeczy byłbym taki sam. A nie taki, jaka jesteś ty.
-Kilka godzin temu chciałam się zabić, a ty mi mówisz, że jestem dzielna.
-Żałujesz, że chciałaś to zrobić?
-Pytałeś mnie o to…
-Wiem, chcę znać twoją odpowiedź teraz. Powiedz prawdę, przecież to nic złego jeśli powiesz drugi raz to samo…
-Ja… Nie wiem już sama. Chyba żałuję. To było strasznie głupie.
-Tak samo jak żyletki. Całe szczęście, że nie znaleźliśmy już niczego więcej.
-To się nie powtórzy.
-Cieszę się.- uśmiechnął się do mnie delikatnie i pocałował w czoło. –Nie jesteś zła za grzebanie w szafkach?
-Martwiliście się o mnie. Nie, nie jestem zła… W bieliźnie też grzebaliście?-zaśmiałam się cierpko zaciskając powieki.
-Mario się rzucił.
-Czemu się nie domyśliłam.
-Twój tata gdyby mógł by go zabił. Nie zapomnę tego widoku do końca życia.-roześmiał się
-Dziękuję, że to wszystko dla mnie robisz. Że we mnie wierzysz.
-Nie ma za co dziękować.
-Oj, jest. –powiedziałam a po chwili ziewnęłam głośno
-Spać.
-Która godzina właściwie?
-Coś po drugiej.
-Nie potrzebnie tu siedziałeś. Musisz się wyspać. Pewnie jutro trening.
-Na popołudnie. Spokojnie, dam sobie radę. Pośpię pewnie dłużej. Dobrze, że tu siedziałem, porozmawialiśmy przynajmniej.
-Nasze rozmowy zawsze muszą być takie długie, rozbrajająco szczere i pomocne?
-Możemy jutro, właściwie dzisiaj, pogadać o jakiś pierdołach, okej? A potem znowu zaczniemy długą, rozbrajająco szczerą i mam nadzieję pomocną rozmowę. Zgoda?

-Zgoda. –uśmiechnęłam się szczerze chyba pierwszy raz od zerwania z Marco. Chyba właśnie odnalazła się moja odrobina szczęścia. 
Nie wszystko stracone.









~~~

Małymi kroczkami trochę dłuższy...:)
Nie wiem co mam napisać..trochę mi serducho pęka po ostatnim meczu z LFC. Z jednej strony szczęśliwy Klopp, którego uwielbiam, z drugiej BVB, z którym zawsze jestem całym sercem...Nie mam jak tego opisać. 
Za tydzień następny. Już nie będę Was aż tak wkurzać zachowaniem naszych bohaterów...nie będę wkurzać..aż tak. :D
Za tydzień kolejny<3
Dziękuję za wszystkie komentarze :* Jesteście cudowne<3
Do kolejnego!:)

sobota, 9 kwietnia 2016

Pięćdziesiąt dwa.



-Hej, Yvonne.-odebrałam lekko zaspana. Przez ten tydzień w sumie nie zajmowałam się niczym innym.
Moim głównym „posiłkiem” była woda. Tacie udało się wczoraj we mnie wmusić trochę spaghetti. Łzy od czasu do czasu płynęły, czasem wszystko wydawało mi się już bez sensu. Zarówno robienie czegokolwiek jak i moje życie. Może i zbyt mocno to przeżywałam, ale doszłam do wniosku, że moje życie bez niego kompletnie nie ma sensu.

-Spałaś? Przepraszam, nie pomyślałam…
-Jest trzynasta. Ludzie zwykle o tej porze nie śpią. Nic się nie stało.
-Wiesz, Inga… To co się stało między Marco a Tobą mam nadzieję, że nie skreśla nic między nami.
-Nie… Skąd… To dla mnie ciężkie, ale ty to nie Marco. No prawie…geny… Przepraszam. Jestem trochę niewyspana i w beznadziejnym stanie. Gadam od rzeczy.
-Dzwonię, żeby powiedzieć ci, że za cztery dni mam egzamin. Na wyjazd. Myślałam… Może byś chciała przyjść potrzymać kciuki? Pojechałybyśmy potem razem na kawę…
­-Jasne, myślę, że przyjdę. Może tata mnie podwiezie.
-Możemy cię zabrać jak będziemy z Mar… Nie, przepraszam. Tego nie było.
-On tam będzie?
-Tak. Chciał mi towarzyszyć. Nie wie, że do ciebie dzwonię.
-Nie wiem czy chcę go widzieć…
-Możesz nawet poczekać na zewnątrz, Inga. Pocieszysz mnie jak się nie dostanę.
-Dostaniesz się. Nie ma innego wyjścia. Dobrze, będę.
-Nawet nie wiesz jak się cieszę! To do zobaczenia. Trzymaj się kochana!
-Pa…


Odłożyłam telefon na szafkę i położyłam się na łóżku bokiem, tak, że mogłam obserwować życie toczące się za oknem.
-Inga, mogę?-zza drzwi wychylił się tata
-Jasne…
-Chciałem ci przynieść to kocisko, ale syczał…-zatrzymał się w połowie zdania widząc jak kot przechodzi z zadartym ogonem koło drzwi i z gracją wskakuje na moje łóżko. Usiadł sobie koło mnie i położył swój kochany łepek na wyciągniętych łapkach. –Co za złośliwe zwierzę. Rozmawiałaś z kimś?
-Tak, z Yvonne. Chciała, żebym przyszła na jej egzamin. Zgodziłam się. Zapomniałam zapytać o której godzinie, ale to się jeszcze ustali.
-Mogę pojechać z tobą.
-Wrócę z Yvonne, chcemy potem pójść razem do kawiarni czy coś…
-Nie wiem czy to dobry pomysł.
-Dlaczego? To tylko kawa. Nic mi się nie stanie.
-Uważaj na siebie i nie rób głupstw, dobrze? –przysiadł na moim łóżku, czym spowodował syczenie Kloppsika. Zignorował to jednak i objął mnie ramieniem.
-Kochasz go nadal?-spytał z ni z tego ni z owego.
-Z każdym dniem coraz bardziej, choć nie wiem jak to możliwe.
-Zapomnisz?
-Miłość swojego życia? Nigdy.
-Ehh… Damy radę. Nie jesteś sama. Masz mnie, Mario, dziewczyny…
-Ale nie mam Jego…
-Jesteś silna.-pocałował mnie w głowę i wyszedł z pokoju.



Nakryłam się z powrotem kołdrą i zaczęłam głaskać kota.
Kilka minut później rozdzwonił się mój telefon. Kuba. Nie odbierałam jego telefonów od… odkąd rozstałam się z Marco. Dzwonił prawie codziennie, a ja codziennie nie odbierałam, czasem nawet pofatygowałam się na odrzucenie połączenia. Nie byłam gotowa na pocieszenie, na mówienie, że sobie poradzę i okazywanie litości. Nie byłam na to gotowa. Tak było i tym razem. Wiem, że to nie było fair w stosunku do blondyna po tym wszystkim co dla mnie zrobił jednak cały czas miałam nadzieję, że mnie zrozumie.

-Inga?
-Hmm?-oderwałam wzrok znad telefonu i spojrzałam na tatę, który nawet nie zauważyłam kiedy zmaterializował się w moim pokoju.
-Nie wiem czy to odpowiednia chwila… Czy za późno czy za wcześnie. Umówmy się, że po środku. Miałem to już jakiś czas temu…Ale nie wydawało mi się, że to najlepszy moment.-zaczął się lekko plątać. Włożył coś do szuflady szafki nocnej i zamknął ją nie pozwalając mi zobaczyć tego co tam schował

-Zjesz coś? Tak długo nie jesz. Będziesz miała problemy.
-Zjadłam wczoraj.
-Dwa kęsy? To jest „zjadłam”. Już ten kot lepiej się odżywia od ciebie. Nie wspominając o Emmie.
-To do niczego nie prowadzi.
-Tak samo jak twoja głodówka. Może coś zamówić z jakiejś restauracji?
-Nie.
-Wiedz, że nie powiedziałem ostatniego słowa.
-Mam tę świadomość. –odpowiedziałam beznamiętnie oglądając swoje paznokcie obskubane z lakieru. 
Kiedy usłyszałam, że drzwi się zamknęły postanowiłam otworzyć szufladę. Pożałowałam jednak tej decyzji szybciej niż myślałam. Na wierzchu leżało czerwone pudełeczko. Chwyciłam trzęsącymi się dłońmi i delikatnie je otworzyłam. Cały czas był tam naszyjnik z wygrawerowanym imieniem. Musiał tu być. Przyjechać. Może faktycznie mu zależało? A może po prostu sam kupił ten naszyjnik i sprzedał mi jakąś trefną, ckliwą historyjkę. To nic. Kochałam go nadal. Tak jak i Marco. Czy to nowość, że znowu płakałam? Chyba nie, po prostu weszło mi to w nawyk codzienności.







/Marco/

Wstanie na trening z samego rana. Wstawanie. Trening. Dwie nowe rzeczy, które stały się urozmaiceniem najgorszych dwóch tygodni. Najgorsze dwa tygodnie? Pojęcie względne. Przecież wiele takich przede mną.
-Marco, zrobiłam kanapki. Chcesz?
-Nie, dziękuję.-odpowiedziałem schodząc ze schodów z torbą treningową w ręku. –Idę na trening. Masz klucze jak coś.
-Jasne. A mógłbyś…
-Sto euro wystarczy?-wyrzuciłem banknot z portfela na stół. –Nie wiem o której będę. Cześć.


Życie czasem bywa bezlitosne i przerasta nawet najbardziej wytrzymałego człowieka. Nie miałem w tym momencie nikogo poza rodziną. Właściwie ojcem, który jako jedyny wiedział o wszystkim, i który był najmniej spodziewaną osobą, że to on będzie mi w tej sytuacji najbliższy i najbardziej pomocny. Nie chciałem mówić nic mamie, załamałaby się. Poza tym nie chcę mówić jej o czymś, co tak naprawdę wydaje mi się niemożliwe. A co? Ciąża Caroline. Przyniosła mi w prawdzie dwa pozytywne testy ciążowe… Coś w środku jednak mi nie pozwalało w to wierzyć. Miałem kiedyś sen, w którym ja i Inga mamy czwórkę małych szkrabów. My i nasza miłość.
Nie. Umiałbym. Jej. Zdradzić.
Nie mogłem tego zrobić. Słowo przeciw słowu? Do tego jej ciąża. Musiałem w dodatku pozwolić jej się wprowadzić, nie miała pieniędzy, nie miała gdzie mieszkać. Podobno nosiła też pod piersią moje dziecko…
Obawiałem się jednak, że gdyby już się okazało moje… Nie umiałbym go pokochać. Przecież było błędem. Czymś, co oddzieliło mnie od szczęścia, miłości i mojego nieba. Byłoby karą, którą bym musiał ponieść, moim wiecznym wyrokiem. Z drugiej strony miałem tę świadomość, że to dziecko nie było niczemu winne.

Na treningu powinienem był pojawić się już kilka dni temu. Nie byłem jednak w stanie. Przyszła mi myśl o wyprowadzce z Dortmundu. Nic mnie tu nie trzyma, a ja sam nie jestem w stanie spojrzeć w oczy bliskich mi osób. Całej drużyny, trenera, zarządu, przyjaciół… nawet kibiców, którzy nadal podchodzili do mnie z uśmiechem na twarzy jakbym był jakimś czekiem na milion dolarów. Nie byli świadomi… Gdyby wiedzieli co się stało, co zrobiłem… Gdyby mnie znali. Gdyby wiedzieli… Omijaliby mnie szerokim łukiem uciekając wzrokiem w innym kierunku. Co mnie trzymało w Dortmundzie? Rodzina. Co mnie trzymało przy życiu…






Dojechałem pod ośrodek treningowy. Stanąłem najbardziej na uboczu parkingu, by nie musieć mieć zbyt dużego kontaktu z resztą chłopaków z drużyny.
Moje wejście do szatni spotkało się z ucichnięciem wszystkich rozmów i śmiechów. Darując sobie jakiekolwiek przywitanie położyłem torbę koło mojej szafki i zacząłem się przebierać. Po chwili pomieszczenie znów wypełniły ciche rozmowy.
Kiedy wyszliśmy na boisku trener spojrzał na wszystkich zatrzymując spojrzenie na ostatnim. Mnie.  Kiwnął lekko głową z delikatnym uśmiechem. Przywitał się, podał plan dzisiejszego treningu. W sumie oddał dowodzenie trenerom siłowym, a sam na koniec przeprosił i powiedział, że musi wracać do domu. Pewnie Inga jest teraz sama… Inga, która mnie nienawidzi. Czułem się przez to jak śmieć. Bez niej byłem nikim. 

Na początku czekało nas kilka okrążeni dookoła boiska. Nie zaskoczyło mnie to, że biegłem zupełnie sam na końcu.
Po piątym okrążeniu zrobiło mi się słabo i zakręciło w głowie. Przystanąłem z boku i przykucnąłem.


-W porządku?-usłyszałem czyjś głos nade mną… Podniosłem głowę. Mario?
-Tak. Tylko mi trochę słabo.
-Marco, co się dzieje?-podszedł trener Schrey
-Trochę mi się zrobiło ciemno przed oczami i zakręciło w głowie. Ale zaraz będzie lepiej.
-Jadłeś coś na śniadanie?
-..Nie.
-No to gratulacje. Idź wróć się przebrać do szatni i jedź coś zjeść. Mario cię przypilnuje.
-Nie trzeba.
-Trzeba, no już. Mario, przypilnuj go, żeby jeszcze nie zemdlał. Słabo wygląda.
-Oczywiście. –odpowiedział Götze. Wyciągnął w moim kierunku rękę, żeby pomóc mi wstać jednak nie skorzystałem z jego wielkodusznej pomocy i wstałem podpierając się o własne kolana.

Bez słowa poszliśmy do szatni. Wyjąłem z szafki swoje rzeczy i zacząłem się przebierać. Kiedy zobaczyłem, że brunet robi to samo postanowiłem go tu zatrzymać.

-Zostań. Ja sobie poradzę.
-Musisz być taki uparty? Jesteście z Ingą tacy sami.
-Jeśli chcesz się przechwalać jaki masz z nią cudowny kontakt i jak wam razem dobrze to sobie daruj.
-Co ty pieprzysz?-warknął niezadowolony wbijając we mnie ostre spojrzenie
-Nie jesteście razem? No wiesz, ona załamana, akurat ty przyszedłeś ją pocieszyć, ona cię pocałowała… Historyjka nadająca się na jakieś tanie romansidło.
-Trochę szacunku do mnie, a zwłaszcza do Ingi. Nie jesteśmy razem. Masz rację, ona jest kłębkiem nieszczęść, ja przy niej jestem ale jako brat, nie chłopak czy ktokolwiek inny kogo wymyśliłeś sobie w tej durnej głowie. I to nie ona mnie pocałowała tylko ja ją. Wyjaśniliśmy sobie i tak, że to było błędem.
-Czekaj… ty ją pocałowałeś?
-Tak. Była załamana. Nie wiem jak to się stało, ale jeśli cię to nie interesuje ona nawet nie odpowiedziała na ten pocałunek.
-Powiedziała mi, że to ona cię pocałowała…
-Nie znasz jej?-prychnął pod nosem nakładając koszulkę. –Mogłem się domyślić, że coś wykombinuje. Kilka razy mi powtarzała, że nie pozwoli, żeby ucierpiała nasza… przyjaźń.
-Nie wiem co mam powiedzieć, Mario.
-Nie oczekuję od ciebie niczego poza naprawieniem sytuacji z Ingą. Tylko o to cię proszę.
-To niemożliwe. –usiadłem na ławkę i odchyliłem głowę do ściany.
-Dlaczego?
-Zapowiada się dłuższa rozmowa, która pewnie i tak skończy się moim złamanym nosem.
-Pogadamy ale bez rękoczynów, okej? Może myślisz… Ja… Nie gram przeciwko tobie, Marco. Mimo wszystko… Wiesz… najchętniej powyrywałbym ci te twoje farbowane kudły i obił śliczną buźkę, ale… Ja nadal…
-Dziękuję. Jeśli po tym co usłyszysz mi przywalisz, trzaśniesz drzwiami i nigdy nie odezwiesz się do mnie to zrozumiem.
-Aż tak źle?
-Moje życie się sypie. Po całej linii.





***




-Nie uważam, że mógłbyś to zrobić. –stwierdził po kilku minutach kompletnej ciszy. Siedzieliśmy na kanapach w salonie jego domu. Z wiadomych przyczyn nie pojechaliśmy do mnie. Carolin nie tolerowała nigdy kolegów z Borussii. Jakichkolwiek kolegów.
Ta odpowiedź mnie jednak zaskoczyła. Moja twarz też była cała, włosy dalej na miejscu.
-Ale jest w ciąży. –stwierdziłem patrząc na sms’a sprzed kilkunastu minut od Caro.

„Byłam na USG. Nasze dziecko wygląda jak mała fasolka. Zapomniałam zdjęcia, ale uwierz, zakochałbyś się. Wszystko przebiega bez problemów aczkolwiek nie mogę się denerwować. Kiedy wrócisz? Wybierzemy się na miasto do jakieś dobrej restauracji? x.”

-Nie musi być akurat koniecznie z tobą.
-Mówiła, że to wtedy się stało, a przedtem nie miała z nikim stosunku, żeby zaszła w ciążę. To musi być moje dziecko. Ja… Nie wiem co mam zrobić. Nie chcę tego dziecka ale też nie pozwolę, żeby je usunęła.
-Wiesz, jedyne twoje wyjście to testy na ojcostwo.
-Za dziewięć miesięcy.
-Tak. Ale będziesz miał stuprocentową pewność.
-To zbyt długo. Inga się dowie. Najgorzej jak to się wyda do prasy. Będę skończony.
-Prasa od wczoraj pisze o twoim domniemanym romansie z Ingą. Mają jakieś wasze zdjęcie jak się całujecie koło jakieś restauracji.
-Ona nie może się dowiedzieć, że Carolin jest w ciąży. To ją załamie.
-Ona musi się dowiedzieć. Jak nie chcesz jej sam powiedzieć to ja mogę. Nie uważasz, że chociaż teraz zatrzymuje na odrobinę prawdy?
-Chcesz jej też mówić o tamtym?
-Nie. Tamto nie ma związku.
-Nie ma? A mi się wydaje, że właśnie staję się tamtym człowiekiem.
-Nie pozwolę ci na to.
-Nie potrzebuję pozwolenia. Lepiej, żebyś był blisko niej. Nie dopuść, żeby… Żeby to się powtórzyło. Nie Inga. Obiecasz mi?
-A ty mi obiecasz, że nie zrobisz nic głupiego?
-Postaram się.
-W porządku. –poklepał mnie po plecach i zabrał naczynia ze stołu. –Wiesz, muszę się zbierać do Ingi.
-Jasne. Też miałem zamiar już iść, nie będę ci zawracać głowy.
-Podwiozę cię do domu. Twój samochód został pod ośrodkiem.
-Mario?-zacząłem przechodząc do przedpokoju w celu ubrania butów.
-No?
-Dziękuję. Za to, że przy niej jesteś. Jeśli…-wziąłem głęboki oddech i spojrzałem w oczy bruneta –Jeśli to właśnie ty sprawisz, że jej serce mocniej zabije, a ona się uśmiechnie… Nie będę wam stawał na drodze. Jesteś naprawdę porządnym facetem na jakiego zasługuje.
-Może i zasługuje ale to tylko ty możesz sprawić, żeby jej serce znowu mocniej biło.
-Ona mnie nienawidzi.
-Skąd wiesz?
-Powiedziała mi, kiedy… Kiedy zobaczyła mnie i Caro…
-Nie powinienem ci tego mówić… Ale widząc w jakim jesteś stanie… Mówiąc szczerze beznadziejnym… Jeśli to ma dać tobie nadzieję. Jedyną nadzieję. Ona cię nadal kocha. Bardzo cię kocha. Pamiętasz co mi powiedziałeś, kiedy w juniorach miałem kontuzję rzepki? Żebym nigdy nie tracił nadziei i się nie poddawał. Teraz to ja kieruję do ciebie.
-Jesteś najlepszym przyjacielem na świecie. Przepraszam za ten nos. Złamany?
-Chciałbyś. Za słaby jesteś.-zaśmiał się pod nosem i objął mnie po przyjacielsku jak za starych, dawnych, dobrych czasów.
-Dziękuję… Nie zasługuję na taką przyjaźń.
-Przestań gadać od rzeczy. Nie pij, chodź na treningi i nie daj się Caro. Coś wymyślimy.




Rozmowa z Mario podniosła mnie na duchu. Byłem świadom, że zawiodłem przyjaciela, nawet brata, bardzo bliską mi osobę i straciłem jego zaufanie ale chyba byłem na drodze, gdzie mogłem je odzyskać. Trochę ciężej będzie zdobyć zaufanie Ingi. Choć może jestem na dobrej drodze i do tego? Wiedziałem, że nie zostałem sam z tym całym ciężarem na plecach. Musiałem walczyć dla niej. I nie poddawać się choćby dla taty i Mario.
Nie mogłem powiedzieć „koniec” czy „poddaję się”. Bo o miłość i sens swojego życia trzeba walczyć, nawet jeśli miałaby to być nieczysta gra. Po prostu wiedziałem, że byłem w stanie poświęcić wszystko.
Teraz jeszcze pozostało mi stawić czoło rzeczywistości. Kto powiedział, że będzie łatwo…







/Inga/


-Hej. Dalej nic nie jesz?-wszedł lekko spięty Mario do pokoju i opadł na łóżku z głośnym wydechem.
-Też się cieszę, że cię widzę.-odparowałam spoglądając na niego spod byka ale nie wstawałam z parapetu, gdzie spędzałam ostatnie minuty.
-Kiedy w końcu zaczniesz jeść? Nie wiesz, jak to może się skończyć?
-Jakoś mnie nie interesuje.
-Nie wiem co mam już zrobić? Prosić? Karmić? Twój tata jest załamany.
-A co u ciebie?
-Wcale nie zauważyłem, że zmieniasz temat.
-To w porządku. A jak na treningu?
-Nie byłem. Musiałem odwieźć Marco do domu.
-Coś się stało Marco?-od razu się ożywiłam i przysiadłam koło Götze
-Nic, nic. Nie zdążył zjeść śniadania i zakręciło mu się w głowie. Teraz wszystko w porządku. Zabrałem go do siebie…
-Nie do niego?
-Ymm… Nie. Mieliśmy chwilę, żeby w spokoju porozmawiać.
-Coś się dzieje? Powiedz mi.
-Nie teraz, Inga. To nie jest dobry pomysł.
-Powiedz mi. Bo sama pójdę do Marco i się wszystkiego dowiem.
-Nie puścimy cię.
-Ucieknę. Powiedz mi. Teraz.
-Jak ci powiem to zjesz obiad. Cały. Wszystko co będziesz miała na talerzu.
-W porządku. –zgodziłam się i podałam mu rękę na przypieczętowanie umowy.
-Carolin… Uważa, że jest w ciąży.
-Mój Boże…- Marco będzie miał dziecko. Będzie ojcem. –Jak on sobie z tym radzi?
-Jest w rozsypce chociaż uważa, że to nie jest jego dziecko. A teraz obiad. Poczekaj kilka minut.

Ledwo co wyszedł a z moich oczu popłynęły gęste łzy. Marco będzie miał dziecko. Nie ze mną. Z pieprzoną Caro. Jego byłą, z którą poszedł do łóżka chyba na pocieszenie. Będzie miał dziecko. Myślałam nad tym nawet, czy kiedyś będziemy mieli własne, ale jednak wszystko to o czym marzyłam, śniłam rozpadło się jak domek z kart. Moje życie nie miało przyszłości. Po prostu jej nie było. Nie było przyszłości, nie było życia.

Ku uciesze Mario zjadłam cały talerz, jednak kiedy tylko wyszedł zrobiło mi się niedobrze i zwymiotowałam. Nie mogłam znieść tej myśli. Nie mogłam znieść siebie i otaczającego mnie świata. Chyba moje życie od początku było spisane na straty. Może zbyt wiele razy udało mi się oszukać los odrobiną szczęścia jakie posiadałam. Może w końcu przyjdzie po swoje. A ja nie będę się stawiać.
Nie jestem w stanie znieść nic więcej.

„Inga, kochana, zapomniałam napisać. Egzamin mam o 16. Mam nadzieję, że nie zmieniłaś zdania. Do zobaczenia, słońce! Yv. xoxo”

9 połączeń nieodebranych: Kubuś<3

Przepraszam, Kuba. Nie jestem tak silna tak bardzo jak we mnie wierzysz.

Nie potrafię.







~~~

To był najkrótszy rozdział w całej "karierze"..może krótkie też są potrzebne? Zapewniam, że to najkrótszy jaki się pojawił i będą już tylko dłuższe:))
Dziękuję za wszyytskie komentarze<3 Jesteście kochane! (i proszę o więcej:)) )
Za tydzień kolejny!
Buziaki:**

sobota, 2 kwietnia 2016

Pięćdziesiąt jeden.




Pierwsze co poczułem po obudzeniu to cholerny ból głowy. Zacisnąłem mocno oczy i chciałem spróbować jeszcze raz zasnąć, jednak coś mi przeszkodziło. Poczułem jakąś rękę na moim brzuchu. Inga? To był sen? Może jesteśmy jeszcze razem?

-Widzisz, Robert. Mówiłam, że go nie ma. Jest na treningu.
-Gdzie zostawiłaś te ciuchy?
-Garderoba.

Inga. Inga tu była. Z Lewandowskim? Kto więc spał koło mnie…

-Co do cholery…-usłyszałem warknięcie klubowej dziewiątki. Otworzyłem oczy i zacząłem się rozglądać dookoła. Wszystko wydawało się normalne tylko… Carolin? Cholera jasna..

-Co ty tu robisz?-zapytałem blondynkę, która usiadła koło mnie na łóżku naciągając na siebie kołdrę.

-Robert…-usłyszałem Jej głos. Boże… Ona mi nigdy nie wybaczy.
-Nie wchodź tu lepiej, poczekaj na zewnątrz.
-Nie. Co się dzieje…-wyminęła go i stanęła w drzwiach sypialni… Nie wyglądała jak zwykle. Miała całe czerwone, spuchnięte oczy. Włosy niedbale związane w kitka. I była smutna… Tak cholernie smutna.


-Nie udawaj, Marco. Było nam tak dobrze. To nie było nic złego. Potrzebowałeś kobiety, która da ci tego, czego pragniesz. Na początku ci odmawiałam ale wiesz, że mam do ciebie słabość…
-Zamknij się. To nie prawda. Do niczego nie doszło.-zerwałem się z łóżka i założyłem moje spodnie, które leżały na krześle..
-Bądź dorosły Marco. To, że masz na sobie bokserki…
-Dość!-dołączył się do rozmowy Robert.
-Chodź, wyjdźmy stąd. Lepiej…-pociągnęła go za ramię, widziałem doskonale łzy w jej oczach. Miałem do niej podejść? Jestem idiotą. Zraniłem ją. I to tak bardzo.

-Możesz wziąć spokojnie swoje rzeczy, twój rozmiar by i tak na mnie wisiał jak worek.
-Wynoś się z mojego domu, Carolin! Natychmiast!-krzyknąłem –Zabieraj swoje rzeczy i nigdy już tu nie wracaj.
-Uspokój się Marco. Jak coś to zadzwoń. Będę pod telefonem. –wstała ze spokojem z łóżka i opuściła sypialnię kołysząc biodrami.

-Inga… To nie tak. Nic między nami…
-Nic nie mów. Chodź Robert, lepiej będzie jak pójdziemy. Nie zależy mi już na tych ciuchach. Na niczym mi nie zależy. –zacisnęła wargi i pociągnęła za jego rękę. Nie mogłem jej dać teraz wyjść. 

Włożyłem jakąś pierwszą z brzegu koszulę i pobiegłem po schodach w dół kalecząc się rozsypanymi jeszcze kawałkami szkła z wazonu.

-Inga!-wpadłem do salonu zatrzymując ją. Złapałem ją za rękę, którą szybko wyrwała. –Między nami nic nie zaszło. Nie mógłbym cię zdradzić. Upiłem się wczoraj, jakoś się spotkaliśmy w barze, pojechaliśmy do mnie… Ona mnie pocałowała… Ja nic dalej nie pamiętam, ale wiem, że nie umiałbym ci tego zrobić.
-Marco, dla mnie i pocałunek jest zdradą. Weź go. –włożyła w moje dłonie czerwone pudełko z naszyjnikiem babci. Nie…
-Jest twój.
-Nie. Twoje serce nie może być u osoby, która cię nienawidzi. Ja też cię w końcu zdradziłam.
-Inga, ty nie…
-To ja pocałowałam Mario, nie on. Nie wiń go. A my, lepiej żebyśmy się nie widywali. Przynajmniej przez najbliższy czas. Proszę.
-Kocham cię…
-Nie prawda, Marco. To wszystko było fikcją, a mnie jeszcze nikt nigdy w życiu tak nie zranił.







/Inga/

Musiałam coś powiedzieć, by zakończyć to już na zawsze. Żebym już tak nie cierpiała. Czy to jest możliwe? Kiedy już złapałam za klamkę drzwi mieszkania Marco, Robert z całej siły zamachnął się na blondyna i uderzył go pięścią w twarz.

-Robert, przestań! Obiecałeś!
-Należało mu się. Możemy iść.

Opuściłam jego dom z pękającym na miliony kawałków sercem. Byłam doskonale świadoma, że powiedziałam o jedno zdanie za dużo, że mogło go bardzo zranić. Tak bardzo tego nie chciałam… Nie wiedziałam czy powinnam się gniewać za noc spędzoną z Carolin… Przecież nie byliśmy już razem…Tylko cholernie bolało, że kilka godzin po naszym zerwaniu on już jest u innej, ba, swojej byłej. I jeszcze bardziej, że w ogóle już go nie obchodziłam.





~Retrospekcja~


-Mario, my nie…-nie wiedziałam czy mogę wierzyć moim uszom. Mario mnie kocha?
-Posłuchaj mnie. Proszę.–przysiadł na moim łóżku i złapał mnie za ręce – Kiedyś, kiedy zobaczyłem cię pierwszy raz, twój uśmiech… Pomyślałem, że jesteś naprawdę piękną, dobrą dziewczyną… I nie myliłem się z resztą. Chyba wtedy… Poczułem coś do ciebie. Tego samego dnia padł ten cholerny zakład. Byłem temu przeciwny i ze względu na ciebie i na Marco. Nie chcę się rozwijać o Reusie, on sam powinien ci to powiedzieć. To nie jest temat, na który miałabyś się dowiadywać czegokolwiek od osób trzecich. Wracając. Widziałem jak Marco poczuł coś do ciebie. Nie roztrząsam jego tematu, przepraszam. Widząc jednak was razem… Zrozumiałem, że nigdy czegoś takiego bym nie czuł czegoś takiego jak ty kochałaś Marco czy on… Uderzyłaś w moje serce, Inga, jesteś dla mnie jedną z najważniejszych osób  moim życiu. Tak jak moja najbliższa rodzina. I wiem, że to jest miłość, ale nie taka, że chciałbym ci się oświadczyć czy kupować róże każdego ranka. Chociaż mogę ci czasem je kupić jeśli je lubisz i także jeśli lubisz je dostawać. Jesteś… Stałaś się dla mnie bardzo ważna…-zakończył nerwowo drapiąc się po czole. Spojrzał na mnie niepewnie spod swoich długich, czarnych rzęs.
-Czyli ten pocałunek…
-Przepraszam za to.  Nie wiem dlaczego. Chciałem zrobić cokolwiek, jak już zauważyłaś, jestem czasem głupi.
-Wiesz…To co powiedziałeś było.. Piękne. Ja też cię kocham Mario, jak takiego braciszka. Mogę cię nawet wymienić za tego co mam, jest bezużyteczny… -otarłam łzy z oczu krzywo uśmiechając się do bruneta i mocno go do siebie przytuliłam
-Nie chcę cię zostawiać samej. Domyślam się, że czujesz się paskudnie…
-Ja mogę zostać sama. Nie musisz mnie niańczyć, dam sobie radę.
-Obrazisz się śmiertelnie jeśli zostanę?
-Nie. Serio chcesz zostać?
-Pewnie. Nawet mam piżamkę. Zaraz przyjdę tylko się przebiorę. No, chyba, że mam tu?
-Idź, tylko wróć za chwilę. Potrzebuję się chyba jednak przytulić.
-Tak jest!-zasalutował i wyszedł z pokoju.

Usłyszałam jego krótką rozmowę z tatą, a kilka minut później wrócił w swojej piżamce z logiem Borussii, tej, w której wtrynił się między mnie i Marco w Malezji… Marco…

-Hej, nie płacz. Już jestem i można się przytulać.
-Jak nie chcesz wsłuchiwać się w mój płacz to źle trafiłaś. Nie nadaję się na nocowanie.
-Eee, bez przesady. Po to są bracia.
-Żeby dać w mordę swojemu najlepszemu przyjacielowi?
-Czasem im się należy. Wtedy tak.
-Mario, wy nie możecie się przestać przyjaźnić ze względu na mnie.
-Możemy.
-Nie!
-Odłóżmy tę rozmowę. Boję się, że jesteś tak rozchwiana psychicznie, że poleje się krew.
-Jak już to nie twoja.
-E,e, ej! Nawet tak nie mów!
-Mogę ci zadać prywatne pytanie?
-Przecież wiesz, że tak. Pytaj braciszka o co chcesz.
-Długo układałeś tę przemowę?-zapytałam zdobywając się na lekki uśmiech
-Nie wierzysz w mój talent poetycko-literacko-mówniczy?
-Może właśnie się on ujawnił.
-No, o właśnie. Może idź już spać. Pogadamy jutro. – położył się koło mnie i zabrał mi spory kawałek kołdry ściągając ją ze mnie.
-Ejj! Kołdra!
-Myślałem, że wolisz się przytulić.
-To też. –westchnęłam i objęłam go mocno.
-Masz świetną poduszkę. Wodna jakaś?

Podniosłam się, żeby zobaczyć o czym on mówi.
-Idioto, leżysz na moim kocie!-pisnęłam w niezadowoleniu i zaraz kiedy Mario podniósł głowę zabrałam kota do siebie odwracając się plecami do Götzego.
-Ej, Inia…-powiedział przytulając mnie.
-Czego?
-Wolisz kota ode mnie?
-Kocham was obu. I Marco też kocham. Chyba nigdy to się nie zmieni.
-Nie płacz…
-Nie umiem nie płakać Mario. Chyba nic bardziej nie bolało niż to.





~~~





-Dzięki, że mnie zawiozłeś. Götze pewnie zaraz przyjedzie, więc możesz jechać na trening.
-Nie, poczekam z tobą.
Wysiedliśmy z samochodu i poszliśmy do domu. Cała drużyna miała trening. Tata nie chciał mnie zostawiać samej w domu, więc poprosił Lewandowskiego o jego zastępstwo. Mario nie mógł od razu przyjechać ze względu na wizytę mamy. Powiedział, że postara się jak najszybciej wyrobić. Akurat byłam ostatnią osobą, która miała coś tu do powiedzenia.
Powlokłam się do mojego pokoju i położyłam na łóżku pod kocem.

-Inga, może coś zjesz?
-Nie, dzięki, Robert. Nie mam ochoty.
-Musisz jeść.
-Jak będę głodna to zjem. Proszę, nie naciskaj.
-W porządku.

Zamknął za sobą drzwi zostawiając mnie samą. Próbowałam odrzucić wspomnienia z ostatnich minut, ale najwyraźniej nie mogłam. Czułam się tak cholernie zdradzona… Mimo, że zerwaliśmy ze sobą on po prostu poszedł przespać się ze swoją byłą?
Myślałam, że naprawdę coś dla niego. Przedstawił mnie swoim rodzicom… Może tata Marco wiedział, że to zakład? Na cholerę kwiaty, wyznania miłości? No tak, zakład. Ciekawe, czy spotykał się z nią wtedy, kiedy ze mną?
Marco…Musiałeś zabrać mi przy okazji całą chęć życia? I całe moje szczęście?







/Marco/


Wyszła nie pozostawiając mi już żadnej nadziei. Co jedynie czułem to nienawiść… I to do samego siebie. Znałem przecież jej przeszłość. Zraniłem ją bardziej niż facet, który próbował ją zgwałcić.
Jeszcze Carolin… Nie wiedziałem kompletnie co się wczoraj działo. Nic. Czarna dziura. Ostatnie co pamiętam to wódka i cholerny pocałunek. A może ona coś dosypała? Mogłem szukać i miliona przyczyn ale jedyną prawdziwą byłem ja sam.
Poszedłem do lustra sprawdzić czy mój nos jeszcze w miarę żyje. Dwa ciosy od dość silnych facetów nie wróżyły zbyt dobrze. Chociaż było trochę lepiej niż się spodziewałem. Nos nie był złamany, oko było lekko podbite. Miną wieki aż ta paskudna opuchlizna zejdzie.

Wychodząc trzasnąłem z całej siły drzwiami i usiadłem na kanapie. Nie wiedziałem zupełnie co mam zrobić. Tak bardzo chciałbym pójść do Ingi, przeprosić ją za wszystko, przytulić i zapewnić, że tylko ją naprawdę kocham. Tylko jak ja mam to zrobić, skoro nie chce mnie widzieć?
Spojrzałem na stół… i już wiedziałem co muszę zrobić.



Przebrałem się w pierwsze z brzegu jeansy, podkoszulek i bluzkę. Do tego zabrałem moje okulary z szafki, żeby moje cudowne limo nie było jutro na pierwszych stronach gazet. Wziąłem kluczyki od mojego samochodu i czerwone pudełeczko. Kilka minut później byłem już w drodze pod dom Kloppa.

Zgasiłem silnik przed bramą i podszedłem do skrzynki na listy. Jak nie Inga to trener. Któreś z nich na pewno wyciągnie.

-Marco? –usłyszałem głos Kloppa, a po chwili tuż koło moich nóg znalazła się Emma na smyczy i zaczęła wąchać moje buty radośnie merdając ogonem. Wolno podniosłem wzrok. Cholernie ciężko było spojrzeć mu w oczy wiedząc, że bardzo zraniłem jego córkę.

-Przyniosłem… Coś co należy do Ingi. Mógłby pan jej przekazać? –wyciągnąłem dłoń w jego stronę.
-Teraz nagle jesteśmy na „per pan”?-spojrzał na mnie spod okularów
-Ja… Przepraszam. Dziwna sytuacja.
-Nie mnie powinieneś przepraszać.
-Wiem, ona nie chce mnie słuchać, a tym bardziej widzieć. Przepraszam, że nie byłem dzisiaj na treningu… -zdecydowałem się zdjąć okulary. Trochę dziwnie się czułem prowadząc jeszcze bardziej dziwną rozmowę z trenerem. Ten kiedy tylko to zobaczył zmarszczył brwi i podszedł przyjrzeć się moim „urazom”.

-Byłeś z tym u lekarza? –zapytał po chwili obserwacji
-Nie. Nie wygląda ciekawie, ale to na pewno nie złamanie. Opuchlizna też zejdzie.
-A jak ty się czujesz?
-Nie wiem. Chyba nie ma słowa, żeby opisać jak beznadziejnie. Wiem, że przez to co się stało ze mną i z Ingą możesz mnie nie lubić, nienawidzić… Rozumiem to doskonale. Zasługuję na to. Niczego innego nie oczekuję ani się nie spodziewam.
-Marco…
-Kocham pańską córkę. I zawsze będę. Myśli, że jest zupełnie inaczej… Ale tak nie jest. Ja czuję, że moje życie się wali. Nie dość, że zostałem sam bez niej, to mocniej boli to, że ona jest smutna przeze mnie i mnie nienawidzi. Przepraszam, pewnie nie chcesz tego słuchać. Proszę, przekaż…
-Reus. Jestem na ciebie wkurzony ale to nie znaczy, że cię nienawidzę. Ile razy ci mówiłem, że jesteś dla mnie jak syn? Wierzę ci… Mi po prostu pęka serce kiedy widzę ją w takim stanie. Chociaż ty spróbuj być twardy, stanąć na nogi, okej? Masz jeszcze pracę. Nie możesz rzucić kariery i zaszyć się w domu. To twoja pasja…
-Która bez niej nie ma sensu. –dokończyłem głośno wzdychając. Poczułem rękę trenera na ramieniu, a po chwili mocno mnie objął.
-Nie poddawaj się, nigdy.
-Tyle bym dał, żeby…
-Daj w takim razie jej odpocząć. Odetchnąć. Czy to tak wiele? Dasz sobie radę.
-Nigdy mi nie wybaczy, nigdy nie będziemy razem.
-Nie wiem. Mogę ci powiedzieć, żebyś nigdy nie mówił nigdy. Nigdy nie wiadomo co się zdarzy w życiu. A nam wszystkim już sporo figli spłatało.
-Dziękuję.
-No już. Pojaw się w przyszłym tygodniu na treningu, dobra? Niech to ci się wszystko pogoi.
-Postaram się być.
-Masz być. Inaczej naślę na ciebie Lewandowskiego.
-Będę.
-No!-zaśmiał się serdecznie i poklepał po plecach.
-A co z Ingą?
-Nie za dobrze. Jestem przy niej albo ja, albo Mario.
-Dobrze, że nie jest sama…-stwierdziłem, choć nie wiedziałem do końca, czy kiedy następnym razem zobaczę Götzego to spiorę mu mordę czy podziękuję za opiekę nad nią. – Pojadę już.
-W porządku. Na pewno przekażę.
-Dzięki. Do zobaczenia.
-Cześć Marco.

Wsiadłem do samochodu, trener wszedł na teren posesji. Dopiero teraz zobaczyłem stojące auto Mario na podjeździe. Dla dobra mojego jak i jego lepiej, żebym stąd pojechał.







/5 dni później/


Te wszystkie dni były dla mnie jak koszmar. Czułem, że moje życie bez niej jest niczym. Było puste, ciemne bez jakiejkolwiek motywacji. Po prostu nie miało żadnego sensu. Ta krucha dziewczyna mimo tego, że nie wiedziała, zabrała mi wszystko co miałem. Szczęście, chęć do życia, radość, pasję. Zabrała całe moje serce. Serce, które cały czas żyło. Tak jak moja miłość do niej. Zrozumiałem, że Inga jest właśnie tą dziewczyną. Moją jedyną, bez której nie wyobrażam sobie reszty życia. I nie ważne czy mi wybaczy, czy nie. Po prostu to serce, które jej dałem już zawsze będzie do niej należało. Tak, jak obiecałem babci.

Dziś postanowiłem pójść na trening. Motywacja? Ona. Pewnie nie pozwoliłaby mi rezygnować z kariery. Zawsze się o mnie martwiła…
A. Ja. Wszystko. Spieprzyłem.

Spakowałem torbę i jako tako ułożyłem włosy. Kiedy ubierałem już buty w mieszkaniu rozdzwonił się dzwonek. Kogo tu niesie?
Otworzyłem drzwi. Przed nimi stała Carolin.

-Co ty tu robisz?
-Też miło mi cię widzieć.-odparła
-Nie mogę niestety powiedzieć tego samego.
-Słuchaj, wpuścisz mnie czy będziemy rozmawiać na klatce?
-Spieszę się na trening.
-Nie zajmę ci dużo czasu. –wyminęła mnie w przejściu –Mamy problem, Reus. Wpadliśmy.




***



Zamiast do Breckel trafiłem nieco bliżej, do pobliskiego sklepu z alkoholem.
Dlaczego to pieprzone życie coraz bardziej mnie niszczy i śmieje się w twarz? Dlaczego robi wszystko, aby doprowadzić mnie do granicy? Proszę bardzo, udało się. To tu, tu jest granica, przepaść. Nie trzeba mnie już pchać, sam przecież mogę spaść.

Najbardziej bałem się o Ingę. Nie mogła się dowiedzieć. Załamałaby się. Pewnie nie gorzej niż ja, ale to by w nią uderzyło. A to by się okazało tym moim pchnięciem.

Po jednej wypitej butelce coś we mnie pękło. Nie zauważyłem nawet kiedy zaczęłam po prostu płakać. Po prosu się poddałem. Nie miałem siły by udźwignąć ten cały ciężar. Pod wpływem chwili wybrałem numer do ojca. Tak jak przez lata do niego nie dzwoniłem tak teraz wystarczył moment, żeby podjąć taką decyzję. Kilka sygnałów później usłyszałem jego głos.

-Marco?
-Tato… Moje życie nie ma sensu… Nie mam po co żyć, rozumiesz?
-Synku, ty płaczesz?
-Poddaję się… Nie potrafię. Nie mam nikogo, zostałem sam. I jestem nikim.
-Jesteś w domu?
-Tak…
-Nie rób, proszę cię, nic głupiego. Będę jak najszybciej się da. Już wchodzę do samochodu.
-Nie musisz.
-Kocham cię, dziecko i nie pozwolę ci się załamać. Nie znowu. Drugi raz nie popełnię tego błędu.
-Potrzebuję cię, tato…

-Będę za pięć minut. Czekaj na mnie.





~~~

Żeby tak doprowadzić człowieka do płaczu...wiecie co?... Nie wiem jak mam dziękować za takie cudowne komentarze. Wszystkie. Szczególnie wielki ukłon za te dwa długie, które pewnie razem wzięte byłyby dłuższe od tego (beznadziejnego i nic nie wnoszącego)  rozdziału. Dziękuję dziewczyny.. Byłoby śmiesznie, gdybym napisała, że postaram się nie zawieść wstawiając to powyżej... Jak się ogarnę i napiszę coś z sensem i nie będzie takie przytłaczające i smutne to wiszę wam dedykację:) (obiecuję, zapisałam sobie!:) ) Kolejne rozdziały (mam nadzieję) nie będą tak beznadziejne jak to...trochę głupio mi to wstawiać, bo po tym, jak dobrze odebrany był pięćdziesiąty rozdział..ehh... kryzys tak zwany. Jednym słowem będzie lepiej!:) Z jakością jestem na razie w strefie spadkowej ale ona jeszcze pójdzie do góry!:) 
Jeszcze raz bardzo bardzo dziękuję za to wszystko co się zadziało pod 50-tką:')  Dacie wiarę, że po nich dostałam takiego kopa, że napisałam 2 rozdziały? :D Tak to działa.. I jeszcze trochę nowych czytelniczek (dzień dobry:) ) -mam nadzieję, że zostaniecie na dłużej <3
Za tydzień kolejny, już Was nie męczę z czekaniem. 
Trochę tak do wczorajszego Prima Aprillis z tym zakochanym Mario, nie?:) Taki był mój złowieszczy plan. :))
Ściskam mooocno!:**