sobota, 24 października 2015

Trzydzieści.




-Dzień dobry, Inga Mazur, ja w sprawie rozprawy Andrzeja Mazura. Czy ona już się odbyła?-zapytałam stając w okienku w sądzie.
-Proszę chwilę poczekać.-odpowiedziała kobieta i zaczęła coś sprawdzać w komputerze. –Przykro mi, ale spóźniła się pani. Rozprawa odbyła się wczoraj o siedemnastej. Rozumiem, że pani z rodziny. Pan Mazur dostał trzy lata więzienia.
-Za kradzieże?
-Nie powiem pani więcej, bo sama nie wiem. Musiałaby pani spytać prokuratora Rzepeckiego.
-Rozumiem, gdzie mogłabym go znaleźć?
-Idzie właśnie tamtym korytarzem jeśli się nie mylę.-odpowiedziała z uśmiechem wskazując na wysokiego mężczyznę z przewieszoną togą.
-Dzięki.-uśmiechnęłam się i pobiegłam w stronę mężczyzny.


-Dzień dobry, przepraszam, prokurator Rzepecki?
-Tak, o co chodzi?
-Inga Mazur. Ja w sprawie wczorajszej rozprawy…
-A, tak, pamiętam! Przedziwna rozprawa.
-Nie rozumiem?
-To pani jest tą córką?
-Ymmm, tak, znaczy…
-Wiem, wiem, nie jest pani biologiczną. Pan Mazur był oskarżony o kradzieże aut i oddawanie je do skupów.
-Pieniądze na alkohol się skończyły.
-Ponadto sam przyznał się do dwóch usiłowań gwałtu. Sam tego nie rozumiałem, wie pani, nikt się nie pogrąża jeszcze bardziej, kiedy jest oskarżony, wręcz miałem wrażenie, że sam chciał iść do więzienia.
-Jest już w więzieniu?
-Został wczoraj przewieziony do aresztu.
-Możliwe by było widzenie? I to jak najszybciej. Niedługo wyjeżdżam. Zależy mi na tym.
-Pani? Nie rozumiem, próbował kilka lat temu panią zgwałcić, a pani chce się z nim widzieć? Wybaczy pani, ale odkąd jestem prokuratorem nigdy jeszcze z taką sytuacją się nie spotkałem.
-Jest pan młody, nie wydaje mi się, żeby miał pan duże doświadczenie. Jest możliwe widzenie?
-Zadzwonię, zaraz zobaczymy.-zauważyłam, że zrzedła mu trochę miła. No cóż mam poradzić.





***




-Dziękuję, że udało to się załatwić.-podałam rękę Rzepeckiemu
-Była pani nieustępliwa.
-Cóż.-zaśmiałam się i pożegnałam prokuratora. 

Szłam prosto ciemnym korytarzem z miliardem myśli na sekundę? Czy dam radę? Czy się rozpłaczę? Czy będę miała odwagę? Babciu, pomóż..
W końcu dotarłam pod drzwi sali widzeń. Wiedziałam, że muszę to zrobić. Pokonać swój lęk. I zakończyć to. Na zawsze. Wzięłam głęboki oddech i otworzyłam drzwi. Strażnik więzienny wskazał stolik. Zdecydowanym krokiem podeszłam do niego i zajęłam miejsce naprzeciwko. Podniósł na mnie głowę i zmarszczył brwi.

-Przyszłaś, żeby się ze mnie pośmiać? Proszę bardzo.-rzekł sucho i spojrzał się na mnie bez emocji
-Nie mam takiego zamiaru.
-W takim razie czego jeszcze ode mnie chcesz?
-Dlaczego przyznałeś się do próby gwałtu?
-A co, miałem czekać, aż wniesiesz sama rozprawę? 
-Nie wniosłabym. Nie zależy mi na zemście. Prokurator miał wrażenie, że sam chciałeś tu trafić.
-Może chciałem, może nie?
-Aż tak bardzo ci przeszkadza, że tu jestem?-zapytałam. Gratulowałam sobie w duchu mojej pewności siebie. W odpowiedzi spuścił głowę.
-Chciałem tu być, bo nie ma tu alkoholu.-zaskoczył mnie swoją odpowiedzią.
-Rzucasz?
-Taki zamiar.
-Nie łatwiej było iść na odwyk?
-Nie chciałem się spotykać z takimi ludźmi.
-Rozumiem, że wolisz kryminalistów.-zaśmiałam się pod nosem.
-Słuchaj, po co tu tak naprawdę przyszłaś?
-Skończyć z przeszłością.
-Super sposób.-fuknął pod nosem.
-Widziałam się z nią.
-Z kim?
-Z moją matką.-oznajmiłam spokojnie i zaczęłam badać jego reakcję. Spuścił wzrok na ziemię.
-Wiem, że ją cały czas kochałeś, być może kochasz.
-No i co?
-Zapomnij o niej.
-Co, tak po prostu?
-Yhym. Ja właśnie to robię.
-Jak?
-Jak stąd wyjdziesz zacznij nowe życie, idź na terapię do psychologa, on naprawdę ani nie gryzie, ani nie ocenia. Idź na odwyk… Zrozumiałam, że ty też dużo przeszedłeś i tak jedynie mogę znaleźć wytłumaczenie na niektóre zachowania.
-Czyli co, zapomnisz o wszystkim?
-Niektórych rzeczy nie da się zapomnieć.
-Ale chcesz skończyć z przeszłością.
-Tak. Da się rozdzielić dwie sprawy.
-I co, myślisz, że mam szansę zacząć nowe życie?
-…Każdy ma szansę, wystarczy tylko chcieć.-odparłam i strzepałam niewidzialny kurz z sukienki.  Podszedł do nas strażnik oznajmiając nam o skończeniu widzenia.
-Będziesz dobrym psychologiem.
-Dzięki.-wstałam z krzesła, a kiedy już miałam zrobić krok w stronę drzwi
-Inga…Dziękuję za rozmowę. I… wiem, że to nic nie zmieni, ale…przepraszam.-zamknęłam na chwilę oczy, wzięłam oddech i zmusiłam się do delikatnego uśmiechu.
-Cześć. I powodzenia.-powiedziałam na odchodne. Zamknęłam drzwi za sobą. I odetchnęłam. Ta zwykła rozmowa…Czuję, że dałam radę. Dałam radę z przełamaniem kolejnej bariery. Czułam się wolna. Uśmiechnęłam się, a po policzkach pociekły mi łzy szczęścia. Zaśmiałam się pod nosem, a po chwili śmiałam się na całe gardło jak głupia. Byłam z siebie dumna. Byłam szczęśliwa! Kolejny mały kroczek do przodu! Wzięłam telefon do ręki i zadzwoniłam do Kuby.

-Kubuś?-odezwałam się łamiącym się głosem, kiedy usłyszałam, że odebrał
-Inga? Tak mi przykro, słyszałem o twojej babci. Nie płacz...
-Nie o to chodzi. Kuba, dziękuję za naszą rozmowę wtedy u Marco. Gdyby nie ty...Jestem ci wdzięczna do końca życia. Nie płaczę ze smutku.
-Co się dzieje?-usłyszałam lekkie zagubienie w jego głosie.
-Zaczynam nowe życie.




***




Przekroczyłam próg domu babci rozmawiając nadal z Błaszczykowskim. Wszyscy jak na gwizdek podnieśli się z kanapy na mój widok. Robert odezwał się do telefonu

-Już wróciła. Nie, chyba wszystko w porządku. Zadzwonimy za chwilę.-odłożył telefon na stolik i podszedł do mnie szybko
-Inga wszystko w porządku?

-Przepraszam Kuba, muszę kończyć. Pogadamy jak wrócę do Dortmundu.-pożegnałam się z klubową szesnastką. Stanęłam przed trójką przyjaciół
-Klopp dzwonił mówił, że się nie może do ciebie dodzwonić i nas zjechał, że ciebie nie pilnujemy.
-Nic mi się nie stało. Macie kartony?
-Mamy.-odpowiedziała energicznie Ania. –Inga, w porządku? Inaczej wyglądasz.
-Czekajcie chwilę.-poszłam do spiżarni i wzięłam brzoskwiniowy sok mojej babci i rozlałam do kubeczków. Podałam każdemu po jednym
-Wiem, że dzisiaj jest smutny dzień…powinien być, ale…dla mnie to dzień zmian. Dzień zrobienia w końcu kroku w przód, dzień pokonania siebie, części swoich barier. Zrozumiałam, że nie muszę już żyć w strachu. Jestem wolna. To jest moje życie. Wiem, że przede mną ciężka praca, moja psychika jest jeszcze posiekana na drobną kosteczkę, ostatnie rewelacje w moim życiu…to był istny rollercoaster…Ale jedno się nie zmieniło. Mam was. Jesteście przy mnie i wiem, że mogę na was liczyć. Gdyby nie wy, wasze wsparcie.. Po prostu chciałam…dziękuję, że jesteście.-wytarłam pojedynczą łzę z kącika mojego oka. Spojrzałam na trójkę moich wspaniałych przyjaciół. Patrzyli na mnie z ogromnym uśmiechem. Chwilę cała trójka mocno mnie przytuliła.
-Wiesz, że cię kochamy. Cieszymy się, że jest wszystko na dobrej drodze. Jesteś dla nas wspaniałą przyjaciółką.-odezwała się w końcu Lewandowska.
-No to zdrowie Ingi.-wzniósł toast Robert i stuknęliśmy się kubeczkami z sokiem.
-Pyszny!-uśmiechnął się Marco dopijając do końca.
-Chcesz jeszcze? Zostało sporo.
-Pewnie.-uśmiechnął się i poszedł za mną do kuchni. Nalałam mu do połowy kubeczka.
-Dzięki.-uśmiechnął się patrząc czujnie w moje oczy. Czułam wypływające na moją twarz czerwone rumieńce. Z odsieczą na szczęście przyszli Lewandowscy.
-To co, pakujemy?
-Pomożecie mi?
-No pewnie! Po to tu jesteśmy. Od czego zacząć?
-Pójdziesz kochana z Lewym i popakujecie konfitury z tego pierwszego regału w piwnicy? Ja muszę Marco zabrać w jedno miejsce.
-Jasne, nie ma sprawy.-odpowiedzieli zgodnie i wzięli kupione kartony.

-Chodź.-nie wiem czemu chwyciłam rękę Marco…i pociągnęłam go na górę.
Kiedy zorientował się, gdzie idziemy zatrzymał się i chwycił mnie w biodrach przyciągając do siebie
-Nie wiedziałem, że jest pani taka bezpośrednia, panno Klopp.
-Nie chodzi o to, o czym myślisz…Jak mnie nazwałeś?
-Przecież tak powinnaś się nazywać od urodzenia. Twój tata i tak nie odpuści w kwestii nazwiska.-uśmiechnął się
-Skąd wiesz?
-Rozmawialiśmy chwilę. To co, idziemy do tego łóż…sypialni?
-Reus, Reus… Nie mam na ciebie siły. Chodź już.-pokręciłam głową i ruszyłam szybciej.


-Spójrz.-pokazałam ze śmiechem na bluzkę oprawioną w ramę. Marco zmarszczył brwi, a po chwili głośno się roześmiał jak to miał w zwyczaju.
-Co tam jest napisane?-zapytał, kiedy zauważył karteczkę ze swoim nazwiskiem.
-Bluzka Ingi poplamiona przez Marco Reusa.-wyjaśniłam z uśmiechem
-Sama na mnie wpadłaś.-założył ręce udając obrażonego
-Biegłeś spóźniony na trening nie patrząc na ludzi!
-Punkt dla ciebie.-zaśmiał się –Bierzemy coś stąd?
-Tak, koniecznie zdjęcia.-podeszłam do półki i wzięłam nasze wspólne zdjęcie z babcią
-Ile tu miałaś lat?-stanął za mną zaciekawiony blondyn
-Piętnaście.
-Bardzo się kochałyście.
-A ty nie kochasz swojej babci?
-Zmarła jak miałem dziesięć lat, ale tak, bardzo ją kochałem.
-Przepraszam, nie wiedziałam.
-Skąd mogłaś wiedzieć. Prawie się nie znamy.-bąknął pod nosem. –Przyniosę te kartony.- i już go nie było. Uuuu, ktoś tu ma focha! Znowu… Wykituję kiedyś z tym facetem.

Po chwili wrócił ze złożonym kartonem w ręku i dwoma albumami.

-Leżały na stole w salonie.
-Dzięki.-odebrałam je od niego i włożyłam na dno kartonu. Do tego dołączyło w sumie sześć zdjęć i jedno w race. Inne ramki zostawiłam, tylko powyjmowałam z nich zdjęcia.
-Dobra, zdjęcia ogarnięte.-stwierdziłam zaklejając kartą szeroką taśmą.
Zeszliśmy na dół w niezręcznej ciszy.  Postawiłam karton na stole i ruszyłam do Ani i Roberta, którzy również skończyli pakować.

-Dziękuję, kochani jesteście.
-Oczywiście odnośnie przechowywania kartonów to oferujemy swoją spiżarnię!-zadeklarował się Lewy
-Przykro mi, ale tata był pierwszy.-uśmiechnęłam się puszczając oczko.
-To co jeszcze?
-Wiecie co, możecie się iść przejść. Ja sobie już dam radę. Wydaje mi się, że to wszystko, przejrzę jeszcze kilka rzeczy, ale to sama.
-Na pewno?
-Tak. Lećcie.
-Marco zostanie z tobą. Nie zostawimy cię samej.-uświadczyła zadowolona Ania i skierowali się do wyjścia z domu.

-Nie musisz tu ze mną siedzieć. Dam sobie radę. Możesz iść się przejść, czy do hotelu.-skierowałam się do niego, kiedy usłyszałam zamykające się drzwi.
-Zostanę.-odpowiedział bacznie mi się przyglądając.
-Wszystko w porządku?-zmarszczyłam brwi. Jeny, jak tu gorąco! Wzięłam głęboki oddech.
-Tak.-odpowiedział zachrypnięty.





/Marco/

Nie wiem już, co mam zrobić. Inga jest moją przyjaciółką. Tak ustaliliśmy. Ale czy przyjaźń polega na miłości?... Męczę się w tej „przyjaźni”…zawsze kiedy na nią spojrzę mam ochotę ją przytulić, pocałować. Kiedy jest smutna serce mi pęka, a kiedy słyszę jej śmiech dzień od razu staje się piękniejszy. I jeśli to nie jest zakochanie, to nie wiem czym innym to może być. Oczywiste jest przecież to, że do niej nie podejdę i jej tego nie powiem…chociaż chciałem to zrobić. Kiedy miałem już pukać spotkałem się z Robertem, który powiedział mi o śmierci jej babci. Nie musiałem się nawet zastanawiać czy jechać.

Kiedy zostaliśmy sami czułem wręcz namacalną energię między nami. Miałem ochotę rzucić się na nią i pocałować i wrócić z powrotem do sypialni i zapomnieć o całym świecie z brunetką w ramionach.

-Wyjdę na chwilę do ogrodu, jeśli pozwolisz.-spojrzałem na nią. Skinęła głową, a ja wyszedłem na zewnątrz i wziąłem głęboki oddech. Rozpiąłem drugi guzik koszuli. Usiadłem na stopniu ogrodu i napisałem sms’a do mojego przyjaciela.



„Stary, chyba się zakochałem…”



Momentalnie przyszła odpowiedź.



„Durniu, przyjechałeś na pogrzeb, wspierać INGĘ, a nie się zakochiwać w jakichś lalach!”



„W Indze.”

Odpisałem mu w odpowiedzi przewracając oczami. Zapatrzyłem się na widok za ogrodem, kiedy usłyszałem kolejny sygnał nadchodzącej wiadomości.


„Brawo, Ameryki nie odkryłeś. Od dawna to jest wiadome.”


No tak. Mario. Po chwili mój telefon się rozdzwonił sygnalizując połączenie.

-Dzięki, fantastyczny z ciebie przyjaciel.-zacząłem rozmowę
-No to to ja wiem! –wyczułem jego śmiech
-Czekałem na radę, a nie.
-A co, ja mam tobie radzić jak podrywać dziewczyny? Tobie? Doktorowi habilitowanemu podrywu?
-Ona nie jest jak inne…
-Jedna na miliooon…-zaczął nucić Mario- A, sorry, tak mi się wyrwało. Co tak w ogóle u niej? Jakoś się trzyma?
-Dzisiaj już tak. Jest silna, trzeba jej to przyznać.
-Geny Klopp’a, ja ci mówię. No to kończę, pa.
-Dziękuję za POMOC.
-Nie ma za co.
-Wiem.-zaśmiałem się sam do siebie. Przeczesałem grzywkę i podniosłem się ze schodów. Kiedy miałem wchodzić do domu dostałem wiadomość na facebooku od Mario… Link. No zobaczmy.


„-Więc… Do kobiety trzeba się pofatygować, tak? Potem patrzysz jej w oczy. Przysuwasz się tak, tak tylko troszeczkę, a najlepiej prawie do końca. A potem czekasz, aż ona się też troszeczkę przysunie, prawdaż? Teraz wasze wargi praktycznie się już stykają, a potem po prostu jej mówisz jak bardzo jej nienawidzisz.
-Raczej…kocham.
-A to pies na baby! Szczek, szczek! Ostry z ciebie zawodnik!”


Zacząłem się śmiać. Tak, prawdziwy przyjaciel. Zawsze można na niego liczyć.

„Dzięki, zastanowię się;)”. Odpisałem i przekroczyłem próg mieszkania.



-Inga?-zawołałem rozglądając się za nią.
-W piwnicy!-usłyszałem jej głos i natychmiast ruszyłem.
Stała przy najbardziej oddalonym od wejścia regale pochłonięta czytaniem, chyba jakiegoś listu. Stanąłem za nią.

-Kochana Sylwio… Dziękuję ci za to, że opiekujesz się moją małą córeczką. Wierzę, że pod twoim okiem wyrośnie na piękną dziewczynę. Dbaj o nią i kochaj jak własną. Żałuję, że nie mogę jej zobaczyć, nie wiem jak wygląda, nie umiem sobie wyobrazić jej uśmiechu. Z tego co piszesz musi być wspaniałym dzieckiem. Mam nadzieję, że Andrzej przyjął łagodnie wiadomość, iż nie jest jej biologicznym ojcem. Coś mi mówiło od początku, że to nie jego córka. Stąd Elizabeth. Jej ojciec chciał, żeby jego córka miała tak na drugie po jego matce. A Andrzej…będzie dobrym ojcem. A jej biologiczny tata… Jest wspaniały. Oświadczył mi się tydzień temu i wychodzę za mąż. Rozpocznę nowe życie. Zostawię stare. Będę żoną, może za jakiś czas matką. Kocham go bardzo. Przeprowadzamy się do innego miasta. Dlatego to ostatni list jaki piszę. Mimo wszystko nie chcę, żeby on się dowiedział o jej istnieniu. A tym bardziej o tym, że go zdradziłam. Obiecaj mi tylko, że kiedy Inga dorośnie nie dowie się o mnie. Tak będzie lepiej. Teraz już kończę. Opiekuj się moją kruszynką. Ona i tak zawsze będzie miała miejsce w moim sercu. Ula.-przetłumaczyła list na niemiecki łamiącym się głosem. Kiedy na mnie spojrzała dostrzegłem jej zaszklone oczy. Tylko nie to. Położyłem ręce na jej plecach i mocno przyciągnąłem ją do siebie. Wtuliła się we mnie taka bezbronna, krucha…

Właśnie dlatego nie chcę nic mówić. Ma dość własnych problemów. Odnalezienie rodziny, śmierć najbliższej osoby. Jeszcze brakuje tylko zakochanego w niej przyjaciela.
Wtem oboje usłyszeliśmy jakiś ruch za nami. Inga oderwała się i spojrzała przez ramię. To był Klopp. Wychodził z zaciśniętą pięścią z piwnicy pewnie myślał, że nie zauważyliśmy jego obecności.

-Tato?-podeszła do niego i złapała za ramię. Odwrócił się w jej stronę z zasępionym wyrazem twarzy, a po chwili mocno ją przytulił.
-Tyle lat nie wiedziałem.-westchnął załamany. –Tyle lat…
-Nadrobimy.-uśmiechnęła się do niego.
Czułem się trochę nie na miejscu. Może powinienem wyjść? Jak, przepychać się między nimi? No to zostało mi stać i obserwować piękną brunetkę. Mnie pasowało.

-To co, jedziemy? Marco?
-A, przepraszam, zamyśliłem się.
-Zapatrzyłem się mówi.-poprawił mnie ze śmiechem trener, a Inga bezradnie pokiwała głową- Jedziemy do hotelu, rzeczy już są spakowane.  Zabierasz się z nami, czy idziesz z buta?

-Zabiorę się z wami.-odpowiedziałem i ruszyłem wolno za nimi.









~~~

Może przynudzam, ale to kolejny rozdział, gdzie akcja stoi w miejscu. W 32 się ruszy!!! Obiecuję! <3
Jedna sprawa-pod poprzednim rozdziałem pojawiły się pytania kiedy następny rozdział. Otóż rozdziały pojawiają się ZAWSZE w każdą SOBOTĘ o godzinie 16! (chyba, że jak zapomnę ustawić automatycznej publikacji i to o 16 z kilku minutowym poślizgiem zanim zaskoczę:) ) Dla wielbicieli dat-w wersji na komputer jest dokładny terminarzyk z kolejnymi rozdziałami. Wpisuję tam części, które na mur beton będą, czyli jak skończę rozdział-wpisuje tam. Gdyby rozdział z jakiegoś powodu miałby się nie pojawić możecie być pewne, że zostaniecie o tym poinformowane chociażby pod rozdziałem. Na razie nie mogę się jakoś zabrać za pisanie 33...pomysł jest, gorzej z realizacją...
31-rozdział, na którego kompletnie nie miałam pomysłu ale w sumie jestem z niego zadowolona także za tydzień nie będzie tragedii. Tak, oto wiekopomna chwila, w której ja jestem zadowolona z rozdziału haha :)) Zapamiętajcie, długo się nie powtórzy:D 
Tak sobie myślę i nie mogę uwierzyć, że to już 30 rozdział...A sama dokładnie pamiętam chwilę, kiedy pełna obaw wstawiałam prolog...:') Ten czas leci... Dziękuję za każdy komentarz, każde wyświetlenie...to jest mega motywujące!<3
To ja już nie przedłużam!  Żeby nie było jakiś niedopowiedzeń-za tydzień o tej porze kolejny!:))
Buziaki:**


sobota, 17 października 2015

Dwadzieścia dziewięć.




Ukrop. Pustynia. Słońce tuż nad moją głową. Żadnego żywego stworzenia na horyzoncie. Tylko ja. Jest mi gorąco. Powietrze suche, ledwo nabieram je do płuc. Krok za krokiem, powoli. Już nie daję rady. Taka temperatura nie jest znośna dla człowieka. Wdech, wydech, coraz ciężej…


Otworzyłam oczy. Byłam cała zgrzana, jednak kiedy zrozumiałam powód mojego stanu od razu pojawił się uśmiech na mojej twarzy, a serce zaczęło łomotać jak oszalałe. Bo jak często się zdarza, że Marco Reus przesłodko śpi w ciebie wtulony. Odwróciłam głowę w poszukiwaniu telefonu. Niestety był za daleko, a poza tym, było zbyt ciemno, żeby zrobić jakiekolwiek zdjęcie. Spał tak spokojnie. Jego głowa leżała na mojej piersi, a rękoma jak bluszcz oplatał moją talię. Na jego ustach widać było delikatny uśmiech. Wargi miał delikatnie rozchylone. Miałam aż ochotę delikatnie pocałować… Ale wtedy by się obudził i zaistniałaby bardzo, ale to bardzo niezręczna sytuacja.

 Marco Jamesie Reusie, dlaczego ja tak bardzo cię pokochałam? Chyba wreszcie zrozumiałam, czym
to jest. A te wszystkie brednie o motylach w brzuchu, walącym sercu i różnych innych dziwacznych przypadłościach…okazały się prawdą. Topię się przy każdym twoim spojrzeniu, najchętniej byłabym na każde twoje skinienie…Chciałabym zawsze widzieć ten piękny uśmiech na twojej twarzy, całować cię w twoje piękne, seksowne usta kiedy tylko bym miała ochotę i przytulać cię… A jednocześnie boję się tego. Czego? Odrzucenia? Porażki? Kolejnego złamania serca? Tak, boję się. Bo wiem, że ty naprawdę możesz mnie zranić. Bardzo.




„Im wyżej uniesiesz mnie, tym mocniej upadnę
Im dalej tym niebezpieczniej Ciebie pragnę.
I głośno mówię Tobie, że chcę żyć samotnie,
Lecz nie widzę już drogi powrotnej.

Kiedy jesteś jest ciebie mnóstwo.
Gdy odchodzisz jest zimno i pusto.
Kiedy wracasz kochać trudno.
Wierzę w Ciebie jak w bóstwo. To samobójstwo.

I schowam się tam gdzie noc za dnia się chowa
I znowu powiemy sobie trudne słowa.
I to co dzisiaj łączy nas zamienię w przyjaźń,
Lecz to miłość, która nigdy nie przemija…”




Podniosłam delikatnie rękę i wierzchem dłoni przeczesałam jego aksamitne włosy. Poruszył się. Zmarszczył brwi i przewrócił się z boku na plecy. Tak, jego "nietykalne" włosy. Nawet przez sen jest na to wyczulony. A ja byłam niepocieszona. W ogóle do siebie nie przylegaliśmy. Ani milimetrem. "Inga, twój ruch. Przecież on śpi. A nawet jeśli nie, to możesz udawać, że ty śpisz.” Słyszałam pouczający głos mojej podświadomości. Do odważnych świat należy. Bo pewnie to moja ostatnia szansa. Przekręciłam się na bok, delikatnie położyłam głowę na jego klatce piersiowej, a rękę na umięśnionym brzuchu. I znowu czułam te stado motyli próbujące rozsadzić mój brzuch.

Nagle przekręcił głową. W jedną potem drugą stronę. Ups, chyba się budzi. Zamknęłam oczy i próbowałam uspokoić mój szalony oddech. Nic nie widzę. Jest ciemno. Leciutko otworzyłam jedno oko. Było strasznie ciemno. Nie ma mowy, żeby zobaczył moje lekko rozchylone powieki. Lekko
otworzyłam drugie oko. Widziałam jego twarz tylko do wysokości nosa. Dobre i to. Kiedy zorientował się, że go obejmuję uśmiechnął się delikatnie. Nie ruszał się przez jakąś chwilę. Nie wiem dokładnie jaką. Próbowałam robić wszystko, żeby uspokoić moje rozszalałe serce. Jeszcze się domyśli, że nie śpię. Chyba się udało. Podniósł jedną rękę i położył ją na moim policzku. Domyślił się? Zamknęłam szybko oczy. Nie, nie domyślił. Jest dobrze. A nawet bardzo dobrze. Zsunął dłoń z policzka na brodę. I poczułam jak kładzie palec na moich ustach. Mimowolnie je rozchyliłam. Zacisnęłam oczy i próbowałam się skoncentrować na równomiernym oddechu, co było cholernie trudne. Zaczął przesuwać kciuk po mojej dolnej wardze, a następnie zaczął obrysowywać górną. To było takie, takie… O rety… Nie oddychałam. Nie mogłam. Zabrał palec z moich ust i jego dłoń z powrotem znalazła się na moim policzku. Wypuściłam powoli powietrze, a potem znów je wstrzymałam słysząc jego bardzo cichy szept.

-Och, aniele, coś ta przyjaźń nam nie wychodzi.-i zaczął się delikatnie podnosić. Przytrzymał mnie,  położył i przykrył kołdrą po samą szyję. I złożył słodki pocałunek na moim czole. I raptem przyszła mi taka myśl-czy Robert kiedyś też mnie tak pocałował? Czy kiedykolwiek tak dotknął moje usta, czy położył w taki sposób dłoń na moim policzku. Przecież oboje są moimi przyjaciółmi…ale odpowiedź brzmiała-nie. 

Po cichu skierował się do drzwi. Otworzył je, a po chwili już go nie było. Jeszcze mocniej zacisnęłam powieki, spod nich spłynęły dwie samotne łzy. Przypomniał mi się tekst, który recytowałam w szkolnym przedstawieniu. Kiedy ta lektura była dla mnie niezrozumiała…tak teraz rozumiem ją aż za dobrze. „Romeo! Ach, czemuż ty jesteś Romeo”…
Spojrzałam w ciemne gwiaździste niebo.

-Widzisz babciu, co się porobiło?-westchnęłam. Przewróciłam się na bok i wtuliłam twarz w poduszkę, która jeszcze pachniała nim…





***




Obudził mnie budzik ustawiony na godzinę ósmą. Wstałam i skierowałam się do łazienki, jednak nim tam dotarłam koło drzwi zauważyłam dużą papierową torbę. Podeszłam do niej zaciekawiona. Leżała na niej karteczka.

„Zapomniałem wieczorem przynieść-czarna sukienka i buty. Pewnie nie masz. Uprzedzam twoją ciekawość-zerwałem metki, nie chcę, żebyś mnie zatłukła bądź też dręczyła oddawaniem pieniędzy. PS. Jeny, jak wy słodko śpicie! Awww!
Lewy.”


Uśmiechnęłam się pod nosem. No tak, Lewy. Nie mogę sobie go jakoś wyobrazić Lewego przebierającego w damskich sukienkach. No to zobaczmy co tu takiego wymyślił…


Przeglądałam się w lustrze. Piękna, czarna sukienka dopasowana do ciała sięgająca do kolan i piękne buty na niewielkiej szpileczce. Cudo. Z włosami niewiele zrobiłam. Naturalnie są pokręcone, więc zostało mi je tylko trochę ułożyć grzebieniem. Spojrzałam na swoją twarz. Podkrążone i błyszczące oczy... Dziwne połączenie. Zwłaszcza ten błysk. Nie od choroby, nie od smutku, a od miłości. No, czyli choroby. Musnęłam delikatnie usta owocowym błyszczykiem, na wypadek jakby Marco chciał mnie pocałować. Zachichotałam jak nastolatka. Jestem nienormalna.
Usłyszałam pukanie do drzwi.

-Proszę!-krzyknęłam. Popatrzyłam jeszcze chwilę w lustro i pokręciłam głową z niedowierzaniem w mój jakże "odmienny" stan

-Inga?-usłyszałam głos mojego taty
-W łazience!-odpowiedziałam i skierowałam się ku głównemu pokojowi. Klopp stał w eleganckiej koszuli i czarnych spodniach. W ręku miał przewieszoną czarną marynarkę. Zupełnie jak nie on. A gdzie czapeczka z daszkiem?
-Pięknie wyglądasz. Robert dał radę.
-Wiedziałeś?
-Ba, sam mu kazałem.-odparł dumnie.
-Dziękuję.
-Lepiej dzisiaj wyglądasz. W ogóle…uśmiechasz się.
-Też się dziwię. Chyba tak nie powinno być…
-Właśnie tak powinno być.-przerwał mi. –Babcia przecież mówiła, że masz być szczęśliwa. Ona też jest szczęśliwa widząc cię taką.
-Tak. Babcia miała rację. Nie mogę być wiecznie smutna i mieć żal do świata. Podczas tego snu widząc ją taką uśmiechniętą… Coś się stało, że…zrozumiałam. Taka jest kolej rzeczy. A ja muszę stawić czoło i zrobić krok do przodu.
-Brawo, pani psycholog.-uśmiechnął się szczerze i mnie przytulił. –A ile ma to wspólnego z nocną schadzką z Reusem, hmm?-zaśmiał się puszczając mnie a ja miałam wrażenie, że na moment mi serce stanęło, a krew odpłynęła z twarzy. Skąd on wie?
-Spokojnie, to żadne przesłuchanie. Nie musisz nic mówić, po prostu byłem ciekawy.
-Nie szkodzi. Zwyczajnie się zagadaliśmy, nie wiadomo kiedy zasnęliśmy. Marco to tylko przyjaciel. Skąd w ogóle wiesz?
-Pomylił w nocy pokoje i omal mi się na łózko nie wtarabanił. Nie miałbym nic przeciwko, gdybyście, no wiesz, byli razem.
-Dzięki, ale nie wydaje mi się, żeby coś z tego było.
-A chciałabyś?-zadał pytanie z którym biłam się ostatnimi dniami.
-To nie takie proste…-westchnęłam
-Albo go kochasz albo nie, co w tym trudnego?-uśmiechnął się ciepło i skierował w stronę wyjścia.


-A ty? Od razu wiedziałeś, że kochasz Ullę?-zapytałam w drodze na śniadanie.
-Zakochałem się jak głupi.-zaśmiał się
-Dlaczego więc teraz oboje odpuściliście?
-Inga…
-Co w tym trudnego? Albo ją kochasz…-uśmiechnęłam się i przekroczyłam próg hotelowej restauracji gdzie zastałam już Roberta z Marco siedzących przy stole. Na nasz widok się podnieśli i najpierw Marco potem Lewy mnie po przyjacielsku objęli.

-Dzięki Robert za sukienkę, i tak ci oddam pieniądze.
-Wykonałem tylko polecenie służbowe.-odpowiedział i puścił oko do taty.
-Sprawy służbowe to załatwiajcie na boisku,  a poza nim są sprawy prywatne.-stwierdziłam i skierowałam się do stołu szwedzkiego, gdzie było podane śniadanie. Jeszcze usłyszałam słowa Lewego
-Dobrze psze pani.-zaśmiałam się i zaczęłam nakładać sałatkę analizując dzisiejsze zachowanie Marco. Przytulił mnie jak Robert. W sensie, jako przyjaciel. No bo jako kto miałby mnie przytulać? Na dobrą sprawę nic między nami nie zaszło. W sumie co miałoby zajść? Równie dobrze słowa, że przyjaźń nam nie wychodzi mogły dotyczyć tego, że mnie nie lubi. Ale wtedy by mnie nie pocałował. Całe szczęście, że nie wiedział, że przytuliłam się do niego specjalnie. Im mniej wiesz tym lepiej śpisz.

-Aż tak głodna?-usłyszałam głos blondyna tuż przy moim uchu. Zmarszczyłam brwi nie rozumiejąc o co mu chodzi. Jednak kiedy spojrzałam na mój talerz o mało nie parsknęłam śmiechem, z racji tego, że był po brzegi napełniony sałatką.
-Tak.
-Okej.-zaśmiał się pod nosem. Wziął szczypce, żeby nabrać tej samej
-Może weźmiesz połowę ode mnie?
-Z przyjemnością.






***





Samochodem taty całą czwórkę ruszyliśmy w stronę wrocławskiego cmentarza. Przejechaliśmy przez centrum pięknego miasta, w którym spędziłam ponad dwadzieścia lat. Nic tu się nie zmienia. To miasto ma swojego starego ducha. Wszystkie uliczki, zakątki, parki… Minęliśmy sąd, kilka minut za nim stał ogromny kościół. Na rogu zatrzymaliśmy się kupić kwiaty. Stanęłam przed miejscem, gdzie jeden przy drugim były położone rozmaite wieńce. Odwróciłam się do taty, który stał koło mnie.

-Ile zostało do pogrzebu?
-Godzina. Za szybko wyjechaliśmy.-spojrzał na zegarek, a chwilę potem na mnie.
-Przejdę się chwilę sama, dobrze? Macie GPS’a więc nie zginiecie, jak coś, to mam telefon.
-Wszystko w porządku?-zjawił się koło nas Robert.
-Tak, przepraszam was.
-Zdążysz?
-Jasne.-odpowiedziałam i ruszyłam w przeciwną stronę.

Zaczęłam biec przez rynek, aż w końcu trafiłam na dzielnicę domów szeregowych i bliźniaków. To właśnie w jednej z połówek mieszkała babcia. Otworzyłam drzwi i weszłam do domu.

Było tam bardzo czysto. Babcia zawsze dbała o porządek. Przeszłam przez przedpokój i weszłam do salonu. Na podłodze leżał wielki, wzorzysty, perski dywan. Na nim stały kanapa i niewielki stolik. Przetarłam ręką niewidzialny kurz. Uśmiechnęłam się na wspomnienie, kiedy bawiłam się pod nim moimi lalkami. Zrobiłam kilka kroków dalej i znalazłam się przy kominku. „Miejsce zakazane” mojego dzieciństwa. Panicznie bała się, że coś sobie zrobię. Na kominku stało nasze zdjęcie sprzed dwóch lat. Wglądałyśmy obie tak radośnie. Wzięłam ramkę do rąk i przytuliłam ją do piersi. Będzie mi strasznie brakować tych czasów. Przejechałam palcem po jej policzku. Poczułam wzbierające się łzy pod powiekami. Odstawiłam zdjęcie na jego miejsce. Spojrzałam na zegarek. Czterdzieści minut do pogrzebu. Wyjrzałam przez drzwi prowadzące do ogrodu. Po środku jak co roku pięknie kwitły czerwone róże. Wzięłam z kuchni nożyczki i poszłam ściąć bukiet do ogrodu.  Postanowiłam jeszcze wejść na górę. Nogi poniosły mnie do sypialni. Na samym środku stało duże zaścielone łóżko. Usiadłam na jego krawędzi i wygładziłam dłonią narzutę. Jak zawsze skrzypiało. Kiedyś nocami uciekałam i kładłam się do babci. Mocno ją przytulałam i wtedy mogłam zasnąć. Bez koszmarów. Uśmiechnęłam się i pokręciłam głową nie dowierzając. Na ścianie naprzeciw wisiała złożona, oprawiona w ramkę moja bluzka z plamą po kawie. Do niej dopięta karteczka „Bluzka Ingi z poplamiona przez Marco Reus’a”.  Tak jak mówiła, tak zrobiła. Byłam niemalże stuprocentowo pewna, że żartowała. Obok wisiała półka, a na niej nasze kolejne zdjęcia. Jedno robione w  naszej restauracji. Przedstawiało mnie z babcią i ciocią Sabinką, która pełniła rolę kelnerki. Najpiękniejsze popołudnia po szkole. Coś mnie tknęło, żeby otworzyć szafkę nocną. Znalazłam tam bardzo stary zeszyt. Co to może być. Wzięłam go delikatnie do rąk. Otworzyłam na przypadkowej stronie. W lewym górnym roku była zapisana data. „30.08.2010”. To pamiętnik. Zaczęłam czytać.

„Dopiero dzisiaj mam czas napisać. Dopiero dzisiaj zasnęła. Po dwóch przepłakanych nocach. I dniach. Nie rozumiem, czym moja ptaszynka sobie na to zasłużyła, nie rozumiem, dlaczego karę za opuszczenie jej ponosi ona, a nie jej matka. Inga, moja piękna, mała Inga. We własne urodziny ten człowiek omal jej nie zgwałcił. Drugi raz. Przybiegła do mnie z trzęsącymi się rękoma i przerażonym wzrokiem. Czym ona na to zasłużyła? Czym ten człowiek zasłużył na życie? Czy można go nazywać człowiekiem? Czym on zasłużył na życie? Nie mnie to oceniać. Gdyby jednak mi miało… Ten człowiek zniknął by już dawno z powierzchni tej ziemi…”

Nie dałam rady dłużej czytać. Po jaką cholerę to otwierałam? Próbowałam wszystko wymazać z pamięci. Tak długo… Tego nigdy nie dam rady zapomnieć…Ja tylko chcę pozbyć się tego bólu. Wybrałam numer do taty.

-Halo?-odezwał się lekko zaniepokojony po drugiej stronie słuchawki
-Tatusiu przyjedź po mnie.-rozpłakałam się na dobre.
-Inga? Słoneczko, gdzie jesteś? Coś ci się stało?
-Nie, nic… Przyjedź, potrzebuję cię.-próbowałam otrzeć łzy, jednak co rusz spływały nowe. Podałam mu adres. Zamknęłam pamiętnik babci i nie wiedzieć czemu schowałam go do torebki. Złapałam za bukiet kwiatów. Syknęłam, kiedy poczułam, jak kolec przeciął mi skórę.  Zeszłam na dół trzymając się poręczy, żeby nie spaść. Kiedy stanęłam w progu salonu usłyszałam pisk hamowania. Po chwili do domu wpadł tata. Zobaczył mnie i szybko podbiegł mocno do siebie przytulając.

-Inga, Boże, co się stało?-szepnął mocno mnie obejmując. Puściłam kwiaty na podłogę i mocno go przytuliłam wbijając paznokcie w jego czarną marynarkę. Jego uścisk działał wyjątkowo uspokajająco. Po kilku minutach usiedliśmy na kanapie.

-Powiedz, jak mam zapomnieć, jak mam znieść ten ból, jak zamazać pamięć? Wszyscy mi to mówią. Zapomnij. Przecież tak się nie da. Znalazłam wpis w pamiętniku babci po dwóch dniach, kiedy on znowu próbował mnie zgwałcić. Tato, on mnie nienawidził. Czuł do mnie wstręt.
-Inga.. Może zrób tak. Postaw się w jego sytuacji…
-Słucham? Bronisz go?-myślałam, że się przesłyszałam
-Nie. Posłuchaj mnie. Postaw się w jego sytuacji. Spróbuj wyobrazić sobie, co on czuł. Kobieta, którą kochał nad życie zdradziła go i wyjechała. Po roku wróciła na wakacje. On mimo zdrady cały czas ją kochał. Błagał ją, żeby została jego żoną. Wybaczył jej zdradę. Był załamany. Ona miała mętlik w głowie. Doszła do wniosku, że kocha obu. Oddała się mu, wyjechała z powrotem. Trzy miesiące później wróciła z ciążowym brzuchem. Urodziła dziecko. I zostawiła go po raz trzeci, mówiąc, że go nie kocha i, że wychodzi za mąż za miłość swojego życia. Wściekł się. Miał tylko owoc ich miłości. Córkę. Po roku wbito mu nóż w serce, kiedy okazało się, że dziecko nie jest jego. Wpadł w nałogi, depresję. Nie muszę ci tłumaczyć jako psychologowi, co to jest wysoki stan depresji.
-Depresja egzogenna, reaktywna, organiczne zaburzenia depresyjne. Najtrudniejsi pacjenci.
-To był chory człowiek.
-Wiem.
-A ty jesteś zdrowa. Mądra. Nie bądź tak jak on.
-Nie jestem!
-Nienawidzisz go. Nie widzisz..?
-Nie utrzymywałam z nim kontaktu od ukończenia osiemnastego roku życia.
-A co do niego czułaś?
-Odrazę… i…-przełknęłam ślinę i spuściłam głowę.  –Nie znałam historii z tej strony. Nigdy tak na to nie spojrzałam.
-To cała historia, którą opowiedziała mi Ulla, kiedy rozmawialiśmy, ty i twoja babcia. Nie chcę też go usprawiedliwiać za to co próbował zrobić. Gdybym go zobaczył pewnie urwał bym mu jaja…
-Dziękuję, że mi to powiedziałeś. Chyba musimy jechać na pogrzeb.
-Robert dostał telefon, że trzeba pogrzeb przesunąć na za cztery godziny.
-To włożę róże do wazonu.-wstałam i podniosłam z podłogi piękne kwiaty. Poszłam do kuchni i nalałam do wazoniku wody. Usłyszałam jak tata zaczyna coś mówić podniesionym głosem przez telefon. Wstawiłam kwiaty do wazonu i poszłam z powrotem do salonu. Akurat chował telefon do kieszeni.


-Coś się stało?
-Problemy z papierami. Nie dopilnowaliśmy kończenia się umowy. Jutro rano przyjdzie jakaś kontrola, a brakuje mojego podpisu.-powiedział niezadowolony.
-To jedź. Z tego co rozumiem, to dość ważne.
-Ani mi się śni. Jesteś teraz najważniejsza.
-Dam sobie radę.
-Inga, nie przekonasz mnie.
-No cóż. Pożyjemy, zobaczymy.
-Po kim ty taka uparta jesteś?
-Obawiam się, że po tobie. Zejdziesz ze mną do piwnicy?
-Pewnie.-zdjął marynarkę i przewiesił przez oparcie kanapy. Udaliśmy się do kuchni, a z niej zeszliśmy do piwniczki. Pierwsze co rzucił mi się w oczy regał z babcinymi konfiturami.
-Może i dom sprzedam, ale tego za nic nie zostawię.-stwierdziłam i pobiegłam schodkami na górę po łyżeczki. Po chwili wróciłam z dwiema łyżeczkami w dłoniach i jedną z nich wręczyłam tacie. 
-Musisz tego spróbować.-oznajmiłam i stanęłam przed wyborem konfitur. Uśmiechnęłam się na widok dżemu porzeczkowego. Wzięłam słoik do rąk i próbowałam otworzyć.
-Daj, ja otworzę.-uśmiechnął się i otworzył go.
-Łyżeczki w dłoń.-zaśmiałam się i razem zanurzyliśmy łyżeczki w dżemie. Tak, to jest to. Jak byłam mała zawsze uwielbiałam kanapki z dżemami, naleśniki i wszystko inne z czym by się dżem dało zjeść.
-Pyszny.-stwierdził.
-Trzeba w ogóle kupić kartony. Chciałabym zabrać stąd trochę rzeczy. Na pierwszy ogień pójdą dżemy.
-Wstawi się do mnie do piwnicy.
-Obawiam się o ich bezpieczeństwo.
-Bardziej ufasz Lewandowskiemu?-podniósł brew, a ja się roześmiałam.
-Dobra, wstawimy do ciebie do piwnicy.
-Mniam!
-Słucham?
-Nic nie powiedziałem.-podniósł ręce w geście obrony. Pokręciłam głową i ruszyłam dalej. W rogu piwniczki zauważyłam regał nakryty białym prześcieradłem. Chwyciłam je od dołu i delikatnie zdjęłam, żeby nie wytrzepać kurzu.
Na półkach stały drewniane, zdobione różnymi pięknymi wzorami szkatułki. Na dolnej półce leżały dwa albumy. Kucnęłam i wzięłam je do rąk. Otworzyłam na pierwszej stronie. Było tam tylko jedno zdjęcie. Przedstawiało dwie uśmiechnięte kobiety, tu, na wrocławskim rynku. Na tle ratusza.
-Tato?-zawołałam patrząc cały czas w zdjęcie
-Mmyhy?-usłyszałam w odpowiedzi. Odwróciłam się i zobaczyłam go dzierżącego w dłoni słoik z łyżeczką w buzi.
-Chodź na chwilę. I zostaw już ten słoik. Nie zabiorę ci go.-zaśmiałam się. Zakręcił słoik i odstawił na regał. Podszedł do mnie zaciekawiony
-Co tam masz?-stanął koło mnie i przyjrzał się zdjęciu.
-Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty trzeci.-wskazałam na datę a rogu fotografii
-Rok przed twoim urodzeniem.-odpowiedział mechanicznie i dalej przyglądał się zdjęciu.
-Weźmiemy je i pójdziemy do ogrodu?
-Pewnie.-zgodził się i poszliśmy do ogrodu.

Usiedliśmy na drewnianym stopniu schodów. Ponownie otworzyłam album, tym razem na kolejnej stronie. Znalazłam tam te same zdjęcie, które pokazywała mi Ulla. Ja jako niemowlę u mamy na rękach. Tata uśmiechnął się i objął mnie ramieniem.

-Taka malutka.-szepnął zauroczony zdjęciem –Tyle lat straciłem.
-Ja też.-odparłam i przerzuciłam stronę. Kolejne zdjęcia jak byłam niemowlakiem. Byłam na nich głównie z Ullą i babcią. Nie rozumiałam tego. Uśmiechała się do mnie, chyba była szczęśliwa…dlaczego więc mnie zostawiła.
-Dlaczego? Dlaczego to zrobiła? Zostawiła mnie samą w ogóle się nie interesując. Zobacz, wydaje się szczęśliwa na tych zdjęciach. Ale po dwóch miesiącach mnie zostawiła… Pewnie kochała cię bardziej niż mnie.
-Nie mów tak, Inga.
-Czemu? Taka prawda.
-Ulla bardzo tego żałuje.
-Czasu nie odwróci. Nawet nie wiedziała, kiedy zaczęłam chodzić, nie wiedziała, kiedy powiedziałam pierwsze słowo. Nie było to mama, tylko babcia. Jako dziecko nie wiedziałam kto to mama. To słowo przewijało się przez miliony bajek, a ja nie rozumiałam...-zabrał album z moich rąk i mocno mnie przytulił. Po chwili znowu rozdzwonił się jego telefon. Puścił mnie i spojrzał na wyświetlacz. Od razu zrzedła mu mina.
-Tato, jedź. Po pogrzebie babci. Po południu zawsze są loty do Dortmundu. Podpiszesz, a jeżeli będziesz chciał to przecież możesz wrócić. Ja zostanę z Anią, Marco i Robertem. Popakujemy rzeczy, które będę chciała zabrać.
-Nie ustąpisz?
-Nie.
-No to niech ci będzie.-uśmiechnął się lekko i odebrał połączenie.




***



-Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz.-padły ostatnie słowa księdza. Trzymałam w ręku bukiet róż, które zerwałam w jej ogrodzie, a drugą ręką obejmowałam tatę. Gdyby nie ja, nikt nie pojawiłby się na jej pogrzebie. Ciocia Sabina zmarła dwa lata temu, a babcia nie nawiązywała głębszych przyjaźni. Tata pogładził mnie po ramieniu. Uśmiechnęłam się do niego blado. Dębowa trumna została powoli opuszczana, a mi pociekła pojedyncza łezka. Całą ceremonię chodziły mi po głowie słowa babci z naszej dziwnej rozmowy we śnie. „Odetnij się od przeszłości. Na zawsze. Obiecaj mi to”
Usłyszałam stukot szpilek. Odwróciłam głowę i zobaczyłam zbliżającą się do nas Anię z bukietem kwiatów w ręku. Puściłam tatę i mocno przytuliłam przyjaciółkę.

-Cieszę się, że jesteś.-szepnęłam cicho
-Przepraszam, że się spóźniłam, były korki.
-Nie ma sprawy.-odpowiedziałam i stanęłam koło niej. Brunetka złapała mnie pocieszająco za rękę. Pomyślałam, że mam wspaniałych ludzi koło siebie, na których mogę zawsze liczyć, że nawet mogą zastępować mi rodzinę, bo każdy z nich na swój sposób ma miejsce w moim sercu. A potem spojrzałam na Marco. A tobie, całe moje serce się należy. Jakby poczuł mój wzrok spojrzał na mnie i posłał uśmiech.


Spojrzałam ostatni raz na grób mojej ukochanej babci. Stał na nim jeden wielki znicz. Bukiet moich róż, bukiecik Ani, bukiet białych Lilii od Marco i jeden duży wieniec. Widzisz babciu? Twoi idole kupili ci kwiaty. A gdybyś żyła byś ich poznała… Spojrzałam w niebo i delikatnie się uśmiechnęłam. 
„Odetnij się od przeszłości”. Żeby się odciąć muszę stawić jej czoło. Podbiegłam do taty, który razem z chłopakami i Anią kierowali się powoli do wyjścia z cmentarza.

-Za pół godziny mam samolot do Dortmundu, a wieczorem wracam.
-Dobrze. Nie musisz się martwić, dam radę.
-Zostawię wam mój samochód. Możecie pakować co chcesz zabrać do bagażnika. Jest duży, więc powinno się wszystko zmieścić. Jak nie, to na tylne siedzenia. Marco i Robert będą chyba wracać samolotem.
-Okej.

Tata szukał czegoś w marynarce. W końcu wyjął kluczyki i wyciągnął rękę do mnie.
-Nie, nie. Ja nie mam prawa jazdy.-odpowiedziałam stając przy wyjściu, gdzie zatrzymali się Marco z Lewandowskimi. Klopp zawiesił rękę z kluczykami w powietrzu i spojrzał to na Marco, to na Roberta i z powrotem. Aż w końcu podał kluczyki Ance.

-Dawać kluczyki kobiecie? Wie pan co? Gdzie nasze klubowe zaufanie?-udawał oburzonego Robert
-Ależ mój drogi, ufam wam obydwoje stuprocentowo. Wystawiam was w pierwszych składach, bo ufam, że dacie radę na boisku i wspomożecie drużynę  dążeniu do wygranej. Ale jak to moja córka mądrze stwierdziła na śniadaniu, musimy rozgraniczać życie prywatne od zawodowego, prawda?-uśmiechnął się zwycięsko. –Także do zobaczenia moi drodzy i opiekujcie się dobrze Ingą.-uśmiechnął się i przytulił mnie na pożegnanie. –Bo straciłem zaufanie, dlatego. A ty je masz?-szepnął a ja zmarszczyłam brwi nie rozumiejąc o co mu chodzi. Odszedł kilka kroków i złapał taksówkę. Dopiero kiedy do niej wsiadł przypomniała mi się nasza poranna rozmowa a propo Marco oraz taty i Ulli.

-Wiecie co, idźcie do hotelu, albo jeśli wolicie do domu babci. W sumie nawet lepiej. Możecie poczekać w salonie.-podałam klucze do domu babci Ani. Chłopacy zrobili minę w stylu „ty też?”. No cóż. Damska solidarność.
-A ty?
-Muszę iść w jedno miejsce.
-Iść z tobą?-zaoferował się Marco. Uśmiechnęłam się delikatnie do niego
-Nie, muszę poradzić sobie z tym sama. A! I jeszcze możecie kupić kartony.
-Z czym poradzić?-tym razem dociekał Robert.
-Ze zrobieniem kroku do przodu. –odpowiedziałam i ruszyłam przed siebie.





~~~

Kochani...Nie wiem od czego zacząć...Może od tego, że kiedy zobaczyłam liczbę wyświetleń poprzedniej części zakrztusiłam się herbatą i nie mogłam złapać oddechu... :') Spokojnie, żyję, choć w wielkim szoku.. Nie wiem, czy faktycznie tak dużo osób weszło, czy ktoś torturował "refresh", czy ja aż tyle razy wchodziłam z nadzieją na komentarz więcej...ale kiedy średnio każdy rozdział ma troszkę naciągane 400 wyświetleń, tak ostatni miał ich...aż 605... Wow..Serio, dziękuję Wam bardzo! Choć na komentarze zbyt to się nie przekłada (każdy może komentować, to tylko minutka, a dla mnie masa szczęścia i weny do pisania!)..
SPRAWA NUMER "DWA" BARDZO WAŻNA:
Ostatnio miałam niezliczone pokłady weny...Jak może kiedyś wspominałam, chciałam, żeby 32 część (z okazji moich urodzin) była taka...przyjemna, miła, lekka, interesująca...Rozumiecie...Napisałam. Szczerze? Wyszło...Tylko...Trochę mnie poniosło...bo..liczy ona..17 pełnych stron...Stąd pytanie do Was:
Czy zaśniecie? Czy mam rozbić ją na dwie? Nie ma za bardzo momentu, w którym mogłabym ją urwać, a nie chcę też wykazać się chamskością polsatu i nie chciałabym też tak urywać w momentach od czapy, bo stanowi taką spójną, dłuuuuuugą całość.. Jednak jeśli stwierdzicie, że lepiej ją jakoś skrócić to dajcie znać.. To przecież Wy czytacie.:) Nie chcę, żebyście stwierdziły"za długa, zaraz zasnę", więc piszcie!:))
Sprawa trzecia! 
Marco strzelił goolaaa!!! :))) 

Chłopaki dali radę! 2:0! Oby tak dalej! Coraz bliżej Bayernu..wyprzedzimy ich! Nie ma to tamto!:)
Za tydzień już 30 rozdział!..Jak ten czas leci :')
Jestem ogromnie ciekawa Waszych opinii na temat powyższego:)
Buziaczki!:**














sobota, 10 października 2015

Dwadzieścia osiem.


"Sometimes I thing, that's better
to never ask "why?".






-Przyśniła mi się. Rozmawiałyśmy.-odezwałam się w końcu. Spojrzał na mnie ciepło lekko się uśmiechając. –Powiedziała, że mam już w końcu przestać płakać.
-Jesteście bardzo do siebie podobne.
-Charakterem?
-Yhym. Gdybym mógł ją bardziej poznać z pewnością bym zauważył jeszcze więcej wspólnych cech…i gdybym mógł lepiej poznać ciebie.
-I wice wersa…-zaśmiałam się pod nosem. –Wiesz…Chyba jest szczęśliwa. Była taka uśmiechnięta. Wyglądała tak młodo, radośnie.
-Pewnie jest już aniołem.
-Zawsze nim była. Pamiętam, jak byłam malutka, kiedy…tamten facet wyrzucił mojego misia przez okno. Pobiegłam od razu do niej ze łzami w oczach. Poszła na ulicę, zabrała go i razem mu zaszyłyśmy dziurę na łapce. Może to się wydaje banalne…Ale to miało dla mnie ogromne znaczenie..Ja..zawsze czułam od niej miłość. Wielką. I tylko od niej. Chyba bez tej miłości nie było by mnie już na tym świecie, po tym wszystkim, co się działo u mnie w domu. Bałam się wychodzić z mojego pokoju. Nocami przesuwałam komodę na drzwi, żeby nie udało mu się wejść.
-Nie mogłaś zamieszkać u niej?
-Nie. Groził, że ją pobije, że zabije razem ze mną. Formalnie byłam jego córką, nie byłam pełnoletnia. Nie mogłam u niej zamieszkać, bo nawet miałby prawo pozwać ją do sądu.
-A ona nie mogła go pozwać do sądu? Przecież wiedziała, co się dzieje.
-Mogła. Tylko ja nie chciałam. Byłam zastraszona. To był koszmar. We śnie powiedziała mi, że powinnam się od tego odciąć, tylko ja nie wiem, co zrobić, żeby raz na zawsze zamknąć ten rozdział.
-Moja dzielna córeczka.-powiedział z dumą i mocno mnie do siebie przytulił.
-Tak żałuję, że nie znałam cię tak długo. Oczywiście poza trenerem Borussii. Jesteś świetny w tym, co robisz. A twój syn ma szczęście, że ma od urodzenia tak wspaniałego ojca.
-Znowu chcesz starego Kloppa do łez doprowadzić?-zaśmiał się cicho i pocałował w czoło. –Nie chcesz już spać?- pokręciłam głową. I o dziwo już nie płakałam. Może dzięki tej rozmowie we śnie? Nagle zaczął dzwonić mój telefon. Tata wstał i podał mi moją torebkę. Kolejny numer nieznany.



-Dzień dobry, rozmawiam z panią Ingą Mazur?-odezwał się męski głos po drugiej stronie.
-Tak, przy telefonie.
-Kazimierz Janosz, notariusz. Dzwonię do pani w sprawie spadku pozostawionym przez panią Sylwię Kaczmarską. Jest pani jedyną wymienioną osobą. Czy możliwe byłoby spotkanie?
-Tak, oczywiście.
-Wspaniale. W takim razie moglibyśmy się umówić w kancelarii przy Jasnej o piętnastej?
-Dobrze. W takim razie do zobaczenia.
-Do widzenia.


-Notariusz. Chce się spotkać.-wyjaśniłam wstając z łóżka
-O której?
-O piętnastej, a która jest godzina?
-Trzynasta trzydzieści. Chodź, zjemy jeszcze obiad. Tylko nie mów, że nie jesteś głodna.
-Dobrze, tylko ogarnę włosy…-westchnęłam








***






Siedziałam w dość dużym gabinecie notariusza. W rękach trzymałam śnieżnobiałą kopertę z pięknie wypisanym moim imieniem. Dobrze wiedziałam, czyje to pismo. Notariusz wyszedł zostawiając mnie samą. Niepewnie ją otworzyłam i wyjęłam z niej list. Długi. Spojrzałam na starannie wypisane litery, wyrazy, słowa, zdania… Chyba nie byłam w stanie się teraz za to zabierać. Schowałam z powrotem list do koperty. W tym samym czasie przez drzwi zajrzał notariusz

-Przepraszam, kawy, herbaty?
-Nie, dziękuję. Mogę zabrać ten list?
-Oczywiście, jest pani, nie chce go pani teraz czytać?
-Nie. Możemy podpisać co trzeba?
-Naturalnie.



I tak wyszłam bogatsza o dom i pieniądze ze sprzedaży restauracji. No i co ja z tym wszystkim zrobię?
Usiadłam na drewnianej ławce w parku, na której zawsze siadałam i odpoczywałam po ciężkim dniu szkoły. Pamiętam jak kładłam plecak obok i zamykałam oczy…Cały świat wtedy znikał. Nie było codziennych problemów, trosk, nawet jeśli tylko przez te dwie minuty.
Wzięłam do rąk kopertę i wyjęłam list. Uśmiechnęłam się delikatnie i zaczęłam czytać.


Najdroższa Ingo.
Kiedy czytasz ten list pewnie nie ma mnie już na tym świecie, ale wiedz, że cały czas jestem przy Tobie.
Wyrosłaś mi na wspaniałą, mądrą i silną kobietę. Zawsze ci to powtarzałam, teraz jak widzisz też. Chciałabym Ci podarować mój dom. Sprzedaj go. Może uda ci się za to wynająć jakieś własne mieszkanie w Niemczech? Chyba powinno wystarczyć. Rozpocznij nowe życie, ptaszynko. Odetchnij pełną piersią. Bądź szczęśliwa. Nie ma czasu w życiu na smutki, po co marnować czas, w którym możesz być szczęśliwa?
Wiem, że Twoje życie nie było proste. Wychowałaś się bez rodziców…


Czytałam pochłonięta list, nawet nie wiedziałam co mnie otacza, co się dzieje. Napisała wszystko co mi powiedziała przed śmiercią, o moich rodzicach… Jednak potem…


Chciałam być ci jak matka. Matczyna miłość, to coś, czego człowiek nie może opisać słowami. Miłość, to coś, czego nie można opisać słowami. Chyba tego cię nie nauczyłam. Miłości. Do drugiego człowieka. Miłość zawsze zwycięża. Przezwycięża strach, cierpienie, smutek i ból. Tylko miłość i wiara góry przenosi...
Chciałabym, żebyś nie bała się kochać. Masz tak ogromne serce. Tak, które zostało nie raz mocno zranione, ale wiem, że potrafi zaufać. Nie bój się tego. Zaufania. Jest trudno, wiem. Spróbuj. I wtedy zobaczysz, że twoje serce będzie biło szybciej i z miłością jakiej ja nigdy nie poznałam, ale wiem, że to właśnie Ty zasłużyłaś na najpiękniejszą miłość, a mężczyzna u twojego boku będzie wiedział, że dostał od życia największy skarb.


Ostatnie słowo było zamazane… A tak, to moja łza. Nawet już nie wiedziałam, kiedy płaczę. Może aż tak weszło mi to w nawyk?


I na koniec dobra rada-uśmiechnij się wreszcie ptaszynko, masz przed sobą wspaniałe, długie życie i nie marnuj go na żal i smutek, tylko wypełniaj je szczęściem i miłością.
Bardzo Cię kocham, moja ptaszynko.
Babcia.



Przetarłam palcem po ostatnim słowie listu. Babcia. Też cię bardzo kocham.

-Chusteczkę?-usłyszałam aksamitny, męski głos.
-Nie trzeba.-przetarłam niezdarnie ręką policzek. I popatrzyłam z czułością na list. Tak, z pewnością jest aniołem. Moim aniołem stróżem.

-Obiecuję.-szepnęłam i spojrzałam w niebo. Jakby w odpowiedzi rozeszły się chmury a zza nich wyszło piękne słońce. Złożyłam list i włożyłam do koperty. Ostrożnie włożyłam do torebki w miejsce, gdzie się nie zagnie. Zaczęłam szukać chusteczek. Chyba z tego pośpiechu zapomniałam ich zabrać.

-Może jednak.-usłyszałam znowu ten sam głos.  Przede mną pojawiła się znowu ręka z paczką chusteczek w dłoni. Wyjęłam jedną z paczki i wytarłam łzy z oczu.
-Dziękuję.- Zaraz, zaraz. Dlaczego odpowiadam po niemiecku? Bo pytanie było zadane po niemiecku!-karciła mnie moja podświadomość. Przewróciłam oczami i wydmuchałam nos. Wyrzuciłam chustkę do śmietnika.
-Nie ma za co.-odpowiedział. Zadarłam głowę, żeby na niego spojrzeć. Odebrało mi mowę. Przez głowę przechodziło mi milion pytań na sekundę. Jak? Skąd? Kiedy? Z resztą! Czy to ważne?
-Marco!-pisnęłam i rzuciłam mu się na szyję wybuchając płaczem. Z całej siły przytuliłam go do
siebie. A jego silne ramiona oplotły moją talię. To był mój lek na popękane serce. Właśnie on.
-Nie płacz już, aniele. –szepnął. Aniele-pierwszy raz mnie tak nazwał, kiedy płakałam w jego ramię na schodach domu Kloppów. Ostatnio cały czas płaczę. Babcia miała rację. Powinnam być szczęśliwa. Nie mogę tracić życia na wieczne smutki… Oh, ona zawsze ma rację. Puściłam go i spojrzałam w jego piękne oczy. Były smutne.

-Nie bądź smutny.-powiedziałam mimowolnie.
-To ty nie bądź smutna, wtedy i ja nie będę.-powiedział z ogromną czułością w głosie. Przez moment przeszła mnie myśl, że może on jednak…może coś do mnie czuje, może to właśnie Jego miała na myśli babcia mówiąc o miłości. Eh, głupie, prawda?
-Co tu robisz?
-Trener zadzwonił z rana do Roberta, że ma przyjechać. Akurat szedłem porozmawiać z tobą i spotkaliśmy się przy furtce. Lewy mi powiedział, pojechaliśmy po moje rzeczy i jesteśmy.-wyjaśnił
-Robert jest?
-Tak, chyba już w hotelu. Twój tata się niepokoił o ciebie i poszliśmy cię szukać.
-Trzeba im powiedzieć…
-Spokojnie, wysłałem sms’a.-położył dłoń na moim policzku i kciukiem delikatnie starł ostatnią łzę. Ja tylko zamknęłam oczy i rozkoszowałam się dotykiem jego dłoni. W mojej głupiej głowie piszczał tylko głosik „Pocałuj go! Pocałuj!”. Nie. Nie chcę niszczyć naszej przyjaźni. Jeśli to zrobię zaprzeczę wszystkiemu o czym rozmawialiśmy na obozie, a Marco już nie będzie chciał się ze mną przyjaźnić. Ale skoro mam takiego przyjaciela, to chyba jak mówiła babcia powinnam być szczęśliwa i się cieszyć. No w sumie jestem szczęśliwa. Prawie-szczęśliwa.
Zabrał dłoń przesuwając lekko palcem po mojej dolnej wardze. Specjalnie czy nie…Ten gest był dla mnie czymś niezwykłym, czymś obcym, czymś niezwykle przyjemnym… Odwróciłam głowę w drugą stronę i szybko przesunęłam językiem po dolnej wardze mając nadzieję, że poczuję jeszcze choćby jakiś smak… Czułam tylko jedno. Miłość. Kocham go. Kocham tego faceta. Czy rudy, czy blondyn, czy nawet jeśli robi z siebie wariata… ja go po prostu…

-Kocham…-nieumyślnie wypowiedziałam to słowo na głos. Wzięłam głęboki oddech.
-A zaszczyciłabyś po niemiecku, bo chyba się tak nie dogadamy.-zaśmiał się Marco. Po raz kolejny język polski ratuje mi tyłek.
-Wracajmy.-oznajmiłam wypuszczając głośno powietrze.






***





-Inga, kochana, tak bardzo mi przykro. Chciałabym być teraz przy tobie. Za chwilę idę do trenera, mam nadzieję, że choć na dwa dni uda mi się zwolnić. –mówiła załamanym głosem Ania. Najwidoczniej Robert jej już wszystko przekazał. Włącznie z informacją o Kloppie. Chyba dla obojga z nich było to ogromne zaskoczenie. Myślałam, że tata woli utrzymać tę informację w tajemnicy, jednak jak się okazało sam o tym rozmawiał ze swoim najbliższym przyjacielem-Joachimem Watzke, dyrektorem Borussii. Mnie samą wzruszyły jednak jego słowa „Dlaczego mam nie mówić, że mam córkę? Przecież się tego nie wstydzę, wręcz rozpiera mnie duma.”

-Inga? Jesteś?
-Tak, przepraszam, zamyśliłam się. Aniu, naprawdę nie musisz. Nie rób sobie kłopotu
-Żaden kłopot! Znając ciebie, przejechałabyś pół świata gdybym była w takiej sytuacji.
-Jesteś pewna?-zaśmiałam się pod nosem
-Jestem. Znam cię już trochę, więc jestem.
-Wiesz, chyba po twoim powrocie będziemy miały dużo do przegadania.
-Coś się stało?
-Yhym.
-Może chcesz teraz? Mam czas.
-Nie przez telefon i kiedy drzwi mogą mieć uszy. Potrzebuję kanapy, koca, telewizora, „Śniadania u Tiffany’ego”, przyjaciółki i litr lodów miętowo-czekoladowych dla mnie.
-Oho, rozumiem. Możemy też jutro. Lody i koc się załatwi.
-To chyba nienajlepszy czas.
-Jeny, tak, przepraszam, jak ja coś chlapnę, to naprawdę.
-Będziesz jutro?
-Będę. Nawet jeśli nie dostanę zgody.
-To dobrze.-uśmiechnęłam się. Usłyszałam pukanie do drzwi. Zza nich wychyliły się głowy Marco i Lewego. Zaprosiłam ich do pokoju gestem ręki. –Kochana kończę, chłopacy przyszli.
-Dobrze, że nie jesteś sama. Trzymaj się kochana, jesteś silna.
-Postaram się. Do zobaczenia.
-Papa!


-Możemy wejść?-zapytał Lewy
-Już weszliście.-zaśmiałam się pod nosem. Zrobiłam miejsce koło siebie na dużym łóżku. Koło mnie usiadł Marco, naprzeciw Robert. Musiałam z całej siły powstrzymać ochotę wtulenia się w blondyna.

-Załatwiliśmy z trenerem pogrzeb. Na jutro.
-Żartujesz! Jak udało ci się tak szybko! Zwykle czeka się co najmniej z tydzień.
-Twój ojciec po prostu ma dar do negocjacji. I to jest już od dawna wiadome. Tak zagadał Marco, że nawet nie zauważył, a już podpisał kontrakt.
-A to, to prawda. Już po pierwszym spotkaniu podpisałem kontrakt.
-Zdesperowany byłeś!-dogryzł mu Lewy.
-Oj, chłopaki, jak dobrze, że jesteście.-westchnęłam zakładając kosmyk włosów za ucho. To się nazywają prawdziwi przyjaciele. Są, kiedy ich potrzebuję. Próbują pocieszyć na wszystkie sposoby, nawet te wyjątkowo głupie.
-Tak w ogóle jak się trzymasz?-zapytał Robert
-Chyba dobrze. Babcia..przyszła do mnie we śnie, a u notariusza zostawiła piękny list. Mówiła, że zawsze będzie nade mną czuwać.-uśmiechnęłam się. –No i już nie płaczę. To chyba mój mały sukces.
-To teraz zamieszkasz w Dortmundzie?-zapytał zaciekawiony Marco
-Nie. Chyba nie.
-Jak to?-zmarszczył brwi Lewy
-No nie patrzcie się tak na mnie. Muszę skończyć tu studia. Obiecałam sobie, że będę tym cholernym magistrem, już jestem blisko, nie poddam się. Praca magisterska leży na dnie szafy, gotowa…
-Przecież w Dortmundzie masz rodzinę, przyjaciół…
-Wiem, Marco. To tylko dwa lata. Będę przyjeżdżać na wakacje, będziemy pisać, dzwonić. Damy radę.
-Nie możesz studiować w Niemczech?
-Psychologia wykładana po niemiecku? Aż tak języka nie potrafię. Damy radę.-uśmiechnęłam się pokrzepiająco do blondyna. Już nie mogłam się powtrzymać.  Objęłam go na wysokości brzucha i położyłam głowę na jego barku. Może to wychodziło poza ramy „przyjaciele”…ale co mnie tam. Poczułam jego silne oplatające mnie ręce.
-To ja zadzwonię do Ani i zapytam, czy przyjedzie!-poderwał się z łóżka Lewy. Nawet nie musiałam otwierać oczu, żeby wiedzieć, że uśmiech miał wymalowany na pół twarzy. I tak właśnie zostałam sama w ramionach Marco. Czułam tak ogromny spokój…
-Tylko dwa lata-westchnął, a ja po chwili odpłynęłam w sen.






~~~

Kochane moje...Ja nie chciałam, żebyście płakały przez mój rozdział... Nie zrobiłam tego celowo!:) Chciałabym ogromnie, ogromnie podziękować każdemu za komentarze pod poprzednią częścią!!! Wszystkie i każdy z osobna był wyjątkowy... Aż serce rośnie jak się je czyta i od razu mechaniczny ruch-otwieranie dokumentu Worda i pisanie nexta:)
Tak, ten jest krótki, zwięzły i o niczym, jestem tego świadoma. Może jednak znajdzie się jakiś temat na komentarz? :)) W 29 zadzieje się COŚ. Coś na co (no może nie do końca na to) czekacie..., będzie ciekawie. W przeciwieństwie do tego tu wyżej.
Chciałabym Wam ogromnie podziękować za 30000 wyświetleń. Nim się obejrzałam..a tu taka liczba... Dziękuję, naprawdę, to wiele dla mnie znaczy <3 cieszy mnie każde jedno wyświetlenie i na bieżąco śledzę mój ulubiony niebieski wykresik ze statystykami:))

Aby przedłużyć tą część i żeby nie była za krótka postanowiłam odpowiedzieć na wszystkie pytania zadane pod 28-bo troszkę ich było, a ja, przepraszam, ale miałam tak intensywny tydzień, że po prostu nie dałam rady. A więc.

1) Zuza Lewandowska- Na "magiczną kartkę" czekałam chyba krótko jak na takową karteczkę, bo 1,5 tygodnia. Widziałam, że na innych blogach ludzie piszą, że czekają po 3 miesiące nawet, więc nastawiałam się na grudzień..a tu taka niespodzianka... 100x większy szok i emocje, wszystko... A że Marco jej dotykał do ja wiem! Zaraz jako drugie w kolejności było powąchanie jej, czy jego rękę jeszcze wyczuję hahaha :') A za komentarz nie ma co dziękować-to prawda najprawdziwsza! <3

2)Kasia Góral - "pierwsza piosenka" to pojęcie względne-za każdym włączeniem bloga włącza się inna, więc trudno mi powiedzieć, na którą trafiłaś. :) Wszystkie 3 są Christiny Perri, którą ostatnio "odkryłam" i wybrałam piosenki, które pasują do tego opowiadania :). Pamiętam 2 tytuły, może jeden z tych-"Thousand years", "Arms". Może tu któraś z nich? :)

3) Ewi Borussen- Ja wysłałam do menagmentu Marco. Adres na jego stronie internetowej:) 

...A jednak mało tych pytań. No cóż. Myślałam, że będzie więcej haha :))

Mecz z Bayernem... Pozwólcie, że nie skomentuję. Zawsze będę wierzyć w Borussię, niezależnie od wzlotów czy upadków. Liczyłam na coś więcej...ale... pożuję sobie gumę jak Marco i poczekam do meczu z Mainz. :)












Buziaki!:**



sobota, 3 października 2015

Dwadzieścia siedem.


"Potrzeba mi umrzeć, aby móc wreszcie wyzdrowieć...
...i zacząć żyć w pełni szczęścia."




Kiedy tylko usiadłam na siedzeniu pasażera jeszcze mocniej zaczęłam płakać. Klopp, kiedy tylko usiadł za kierownicą ścisnął mocno moją dłoń.

-Inga, proszę, powiedz…
-Babcia…-wychlipałam przez łzy. Nie widziałam już nic. Oczy miałam zaszklone łzami –Muszę jak najszybciej być w Polsce.
-Podrzucę cię do Roberta, weźmiesz rzeczy, w tym czasie ja też szybko po coś pojadę do siebie i pojedziemy. Tak będzie najszybciej.-oznajmił włączając się do ruchu
-Ja mogę przecież polecieć samolotem…
-O tej godzinie nic nie złapiesz. Będziemy szybciej.
-Nie musisz…
-Chcę. Proszę, nie płacz, wszystko będzie dobrze.
-Nie będzie… Ona umiera…-szepnęłam prawie niesłyszalnie.





***





Pędziliśmy od dwudziestu minut niemiecką autostradą w kierunku Polski. Zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy do torby, napisałam Robertowi kartkę, bo ten już zdążył gdzieś wyjść. Kiedy wyszłam na zewnątrz akurat podjechał samochód. Szybko się wyrobił. Z resztą jak obiecał. Chyba wypłakałam wszystkie moje łzy. Siedziałam teraz z podkulonymi nogami oparta o okno i zagryzałam wargę. Nie umiałam o niczym innym myśleć. Umiera? Jak to możliwe? Nie wiedziałam o tym… Zawaliłam. Na całej linii…




***




Zamrugałam oczami. To był sen? Nie. Nadal znajduję się w samochodzie. Jest ciemna noc. Drogę oświetlają jedynie od czasu do czasu wysokie lampy. Klopp… Mój tata… Spojrzał na mnie ze słabym uśmiechem.

-Chcesz coś zjeść? Napić się?
-Nie…-odpowiedziałam chicho, a on tylko pokiwał głową ze zrozumieniem.
-Za pół godziny będziemy na miejscu.
-Która godzina?
-Prawie czwarta.
-Nie spał pan?
-Nie. Bez pan, Inga, proszę.
-Przepraszam…
-Nie szkodzi. Jak się czujesz?
-Jak mogę się czuć? Wiedząc, że moja babcia, która mnie wychowała, która jest najważniejszą osobą w moim życiu umiera na pieprzonego raka?!-prawie krzyczałam –Przepraszam…-szepnęłam i znowu rozpoczął się mój płacz




***




Ostatnie chwile podróży minęły nam w absolutnym milczeniu. Ciszę zakłócał tylko mój płacz. Po siedmiu i pół godzinie drogi stanęliśmy pod hospicjum im. św. Jana Pawła II we Wrocławiu. Serce mi pękło wiedząc, że tam właśnie leży najbliższa mojemu sercu osoba. Za pół godziny piąta.

-Czy…-zaczęłam nerwowo strzepując niewidzialny kurz z moich getrów.
-Tak?
-Możesz pójść ze mną?-zapytałam niepewnie spoglądając na niego
-Ja?-najwyraźniej się zdziwił. –Pójdę, jeśli chcesz.
-Dziękuję.-powiedziałam cicho i wysiadłam z samochodu.


Przekroczyłam próg budynku z duszą na ramieniu. Tak bardzo się bałam, że już za późno…
Naprzeciw wejścia stała niewielka recepcja. Dyżurująca pielęgniarka siedziała i coś klikała w komputerze. Na chwiejnych nogach podeszłam łapiąc się brzegu lady.

-W czym mogę pomóc?-spojrzała na mnie niewysoka brunetka spod przymrużonych powiek.
-Ja… Przyszłam zobaczyć się z babcią…
-Proszę pani, godziny odwiedzin rozpoczynają się o dziewiątej.
-Wiem, ale to naprawdę ważna sprawa. Dostałam telefon…
-Ach, to pani. To ja do pani dzwoniłam. Proszę za mną.-wstała i ruszyła korytarzem oświetlonym delikatnie przez ciemne światła lamp. Poszłam za nią. Koło mnie zaraz pojawił się tata. W duchu dziękowałam, że tu jest. Nie dałabym sobie sama rady.
-Proszę poczekać.-zostawiła nas przed drzwiami, a sama weszła do pokoju numer jeden.
-Hej, spokojnie.-objął mnie jedną ręką. Nawet nie zauważyłam, że cała drżę.  Serce głośno mi dudniło. Byłam pewna, że zaraz mi wyskoczy. Wzięłam głęboki oddech. Pielęgniarka wyszła i uśmiechnęła się blado.

-Proszę wejść, pani Sylwia akurat nie śpi.-oznajmiła i ruszyła z powrotem w kierunku jej miejsca.
Drżącą ręką położyłam na klamce i zebrałam całą moją siłę, żeby ją nacisnąć. Drzwi się otworzyły. Zrobiłam niepewny krok do przodu. Potem drugi. I trzeci. Stanęłam w beżowym pokoju, w którym znajdowało się tylko jedno łóżko. Siedziała na wpół leżąco i czytała gazetę. Podniosła wzrok. Uśmiechnęła się nieznacznie. Była taka blada. Mizerna… Taka słaba… Nigdy jej nie widziałam w takim stanie… Schudła. Dużo. Zmieniła się bardzo. Wyglądała jak pół człowieka. Wystarczyło kilka wielkich susów i leżałam wtulona w jej ciało i głośno płakałam. Głaskała mnie delikatnie po włosach. Zawsze tak robiła, kiedy płakałam. Była moją ostoją, pocieszeniem…moim wszystkim…wszystkim co mam. Tylko dla niej żyłam. Tylko dla niej obiecałam być silna. Dla niej obiecałam się nie poddawać. Dla niej robiłam wszystko, żeby być w tym miejscu, gdzie jestem. Dla niej zdałam maturę, dla niej dostałam się na studia…Bo gdyby jej nie było… Dawno nie byłoby mnie na tym świecie…

-Babciu…-krztusiłam się od łez.
-Cii, ptaszynko, nie płacz.
-Przepraszam… Tak bardzo cię przepraszam.-jeszcze mocniej ją przytuliłam
-Kochanie, nie masz za co.
-Jestem beznadziejną wnuczką. Zobacz, zadzwoniłam do ciebie tylko trzy razy. Nawet nie wiedziałam, że jesteś chora…-moje łzy nie miały końca. Gdyby je uzbierać w butelki…zabrakło by butelek.
-Jesteś najlepszą i najukochańszą wnuczką jaką mogłam sobie wymarzyć, ptaszynko. Trzy razy w zupełności wystarczą. Wiedziałam, że jesteś szczęśliwa. A kiedy nie dzwoniłaś, miałam pewność, że spędzasz świetnie czas. Nawet nie wiesz, jak się z tego cieszyłam.
-Dlaczego nie zadzwoniłaś, dlaczego nie powiedziałaś?
-Ptaszku, nieszczęścia chodzą po ludziach. Trzeba się z tym pogodzić. Nie chciałam cię martwić… Czekaj…
-Co się stało?-przerażona poderwałam głowę i spojrzałam na jej twarz. Jak zwykle uśmiechniętą. Nigdy nie widziałam jej smutnej. Przez całe dwadzieścia jeden lat mojego życia, nigdy ale to nigdy nie widziałam smutku na jej twarzy.
-Czy mnie wzrok nie myli, czy już jestem w niebie?-zapytała się patrząc w kierunku drzwi… Uśmiechnęłam się delikatnie. Gestem ręki przywołałam tatę do łóżka. Podszedł i pogładził mnie po ramieniu
-Dzień dobry.-uśmiechnął się życzliwie w kierunku mojej babci. Tak, była jego fanką od początku kariery
-Babciu… To jest… mój tata.-powiedziałam po niemiecku, żeby nie tworzyć niezręcznych sytuacji. Spojrzałam na niego. Miał zdziwione oczy. A za razem szczęśliwe. Nigdy chyba tak do niego nie powiedziałam.
-Tato… To moja babcia.-złapałam mocniej jej rękę
-Mogłaś faktycznie zadzwonić. Umalowałabym się chociaż.-jak zwykle humor jej nie opuszczał. Mój tata podał jej rękę.
-Bardzo miło mi panią poznać. Inga dużo o pani mówiła.
-Inga zwykle dużo mówi. Proszę się przyzwyczaić. Mi również bardzo miło. Już chociaż wiem, dla kogo Ulka straciła głowę.
-…Wiedziałaś?-krew odpłynęła mi z twarzy. Cały czas wiedziała?!
-Ingusiu… Przyjaźniłyśmy się z twoją mamą. Przez wiele lat. Przyjechała do mnie w trzecim miesiącu ciąży. Mieszkała u mnie cały okres jej trwania. Nie wiedziała, kto jest twoim ojcem. Była tak zakochana, że postanowiła nic nie mówić panu Juergenowi… Nawet mnie nie powiedziała, gdzie mieszka w Niemczech. Kiedy się urodziłaś… Po miesiącu wyjechała. Opiekowałam się tobą razem z Andrzejem. Na początku był dobrym ojcem… Jak miałaś roczek zrobił testy DNA. Nie widział żadnego podobieństwa do siebie. Zajmowałam się cały czas tobą. Przez pierwszy rok twojego życia pisałyśmy do siebie listy z twoją matką… Aż napisała, że wychodzi za mąż. Rozpoczyna nowe życie, przeprowadza się, zmienia nazwisko. Tylko tyle. Nie wiedziałam nic. Nie wiedziałam za kogo. Nie chciałam ci robić złudnych nadziei ptaszynko… Szansa, że się znajdziecie…była wręcz nikła. Żadna. A jednak… -skrzywiła się delikatnie
-Babciu, coś cię boli? Coś podać, chcesz się napić?-ogarnęła mnie nagła panika. Po moich policzkach co rusz spływały nowe łzy.
-Nie, kochanie, dziękuję. I przepraszam, że ci nie powiedziałam…
-Nie szkodzi. Nie mam ci tego za złe. Postąpiłaś słusznie… Babciu… Jak mam ci pomóc? Proszę, powiedz. Poproszę tatę, Marco, Mario, Roberta, żeby pożyczyli mi trochę pieniędzy, zrobimy operację, wszystko będzie dobrze, będziesz żyć, musisz żyć…
-A co tam u Marco?-uśmiechnęła się blado głaszcząc mnie po włosach.
-Dobrze… Babciu, nie zmieniaj tematu, proszę, oddam wszystkie pieniądze. Twoje zdrowie jest dla mnie najważniejsze.
-Myszko, mi nic już nie pomoże. Nawet cud. Na każdego przychodzi pora. Ja już widocznie spełniłam swoją misję na tym świecie. Zobacz, masz rodzinę, masz przyjaciół… Nie jesteś już sama. Wyrosłaś na przepiękną, mądrą, błyskotliwą, twardą, radosną młodą kobietę. Jestem z ciebie dumna. Bardzo. Zawsze byłam. I będę zawsze. Kocham cię, ptaszku… A pan… Niech się nią pan opiekuje. To bardzo wrażliwa dziewczyna. Ma ogromne serce…a i ją ogromnie łatwo kochać. Ogromnie.-mówiła to jakby się żegnała… Nie, proszę, nie…
-Babciu. Kocham cię. Tak bardzo cię kocham. Dzięki tobie jestem…dzięki tobie żyję…dałaś mi siłę…Dałaś mi wszystko czego potrzebowałam. Miłość. Proszę, nie umieraj. Nie dam sobie rady bez ciebie, tak bardzo cię kocham. Zostań ze mną.-szlochałam przytulona do jej piersi.
-Będę zawsze przy tobie. Przy twojej rodzinie, przy twoim mężu, waszych dzieciach, wnukach… Jestem szczęśliwa, że tu jesteś. Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Kocham cię, ptaszynko. Bardzo cię kocham.-mówiła coraz ciszej. Na sam koniec złożyła delikatny jak płatek śniegu pocałunek na mojej głowie. I już nic nie powiedziała. Nic. Przytuliłam ją z całych sił i płakałam. Płakałam jak nigdy. Nie umiałam pohamować łez. To nawet nie był szloch.
-Babciu… Nie, proszę…-krzyczałam dławiąc się.

Nie wiem jak długo płakałam. Trwało to wieczność. Nie mogłam się uspokoić. I jeszcze ten ciągły, piszczący dźwięk. Poczułam rękę taty na ramieniu. Jeszcze mocniej wtuliłam się w jej ciepłe jeszcze ciało.
-Inga…-usłyszałam szept taty
-Nie…-pisnęłam
-Chodź, wstań, słońce…-odwróciłam głowę w jego stronę cały czas ściskając babcię. Przez zaszklone oczy zauważyłam, że za nim stoi pielęgniarka. Nawet nie wiem, kiedy tu weszła.
-Bardzo współczuję, proszę pani, ale muszę odpiąć urządzenie monitorujące…-powiedziała współczującym głosem. Położyłam ucho na jej sercu. Nie biło. Ostatni raz mocno ją przytuliłam. Delikatnie podniosłam się i pocałowałam ją w czoło.

-Kocham cię.-szepnęłam z nadzieją, że jeszcze usłyszy. Była uśmiechnięta.  Jak zawsze. Ledwo usiadłam. Silne ramiona Kloppa podniosły mnie i z całej siły mnie przytulił.

-Tatusiu… Proszę, bądź przy mnie. Zawsze. Chcę być twoją córką, chcę być częścią twojej rodziny…Po prostu bądź przy mnie. Potrzebuję cię. Nie mam już nikogo oprócz ciebie-płakałam w jego błękitną koszulę.
-Oh, córeczko…-westchnął łamiącym się głosem i położył swoją głowę na mojej. –Nie zostawię cię. Obiecuję.
-Dziękuję.-szepnęłam. Mój oddech się powoli normował. Powoli skierował nas do wyjścia.
-Przepraszam, chce pani zabrać teraz rzeczy osobiste?-zawołała za nami pielęgniarka.
-Rzeczy osobiste?-odwróciłam się w jej stronę.
-Tak. Wie pani, dokumenty, ubrania…
-Dokumenty. Ubrania proszę dać komuś, kto będzie ich potrzebował…-szepnęłam
-Oczywiście. Proszę poczekać przy recepcji.-uśmiechnęła się zachowawczo, a my opuściliśmy pokój numer jeden… Po drodze przetłumaczyłam jeszcze na niemiecki słowa pielęgniarki. Gdyby nie silny uścisk taty…nie poradziłabym sobie z tym ciężarem…Moje serce było połamane na miliardy kawałeczków…A tata…On był takim klejem, który możliwe, że da radę większość posklejać…bo wyszczerbienie i tak przecież już zostanie…

Kilka minut później pielęgniarka dyżurna podawała mi dowód osobisty, jakąś papierologię związaną z ubezpieczeniem, notariuszem i… gazetę na okładce ze mną, tatą i chłopakami z Borussii.

-Teraz już wiem dlaczego czytała cały czas te trzy strony no i oglądała z zachwytem okładkę.-uśmiechnęła się, a chwilę później znów na jej twarzy przebiegł cień obojętności. Chwyciłam wszystko włącznie z gazetą i wyszliśmy na świeże powietrze. Słońce w oddali zaczęło się budzić. Był nowy dzień. Ptaki w parku radośnie ćwierkały…Tylko ja dźwigałam tonowy smutek w swojej głowie i w swoim sercu…

-Tam będzie jej dobrze. Jest już pewnie aniołem. Czuwa nad tobą.-usłyszałam głos taty
-Zawsze była i będzie moim aniołem… Będzie mi jej brakować… Już mi jej brakuje. Nawet nie wiesz co czuję.-łzy, które myślałam, że wypłakałam wszystkie znowu zaczęły lecieć ciurkiem. Poczułam silne objęcia trenera Borussii.
-Nie wiem, maleństwo, ale domyślam się. Sam straciłem kilka lat temu tatę. Nie mogłem się pozbierać. Uciekałem cały czas w trenerkę… I dzięki temu dałem radę. Dałem radę pomóc mamie, która była załamana…a sam byłem nie bardziej... Nie ważne… Chodź, trzeba się przespać kilka godzin, odpocząć. Jesteś pewnie bardzo zmęczona. Sen jest dobry na wszystko.
-Dobrze…-wytarłam łzy z policzków, choć na nic mi to było, bo wciąż spływały nowe.





***




Pojechaliśmy do najdroższego hotelu we Wrocławiu. No tak, czemu tu się dziwić? Akurat były dwa wolne pokoje. Sama nie wiem, czy na szczęście, czy nie… Wolałabym hotel, za który jestem w stanie za siebie zapłacić..w sumie nie miałam teraz do tego głowy żeby cokolwiek narzekać.  Pojechaliśmy windą na trzecie piętro i skierowaliśmy się do swoich pokoi.

-Inga, dasz sobie radę?
-..Tak, jasne.-zaczęłam przekładać klucz między palcami
-Mówię poważnie, służę ramieniem i rękawem. Nie wiem, czy mogę zostawić cię samą…
-Dam sobie radę. Postaram się. Chciałabym się położyć i zasnąć. I się obudzić z myślą, że to tylko głupi, pieprzony sen.
-Inga..-westchnął i przytulił mnie mocno.
-Nie wiem jak ja sobie z tym poradzę. Przecież trzeba zorganizować pogrzeb, załatwić sprawy z domem…A ja nie mam bladego pojęcia jak się za to zabrać.
-Hej, nie jesteś sama. Już nie. Jestem tu z tobą i nie zamierzam cię opuścić. Domyślam się jak teraz się czujesz. Chciałbym ci pomóc. Jak każdy ojciec swojej córce.
-Dziękuję.-szepnęłam cicho
-Jak się obudzisz to od razu dzwoń. Będziemy wszystko załatwiać. Ja też się chwilę zdrzemnę.
-Dobrze…dziękuję…
-Nie dziękuj tyle, nie ma za co, idź lepiej wyśpij się. Sen pomaga na wszystko.




Usiadłam na łóżku i oparłam się o jego drewnianą ramę. Babciu, dlaczego akurat teraz? Dlaczego mnie zostawiłaś? Tak bardzo cię kochałam… I dalej kocham… Tylko ja nie mogę zrozumieć, dlaczego to właśnie ty musiałaś odejść? Zawsze byłaś moją podporą, pocieszałaś mnie, pomagałaś…po prostu byłaś. Zawsze kiedy cię potrzebowałam, zawsze, kiedy po prostu chciałam cię przytulić… Nie poradzę sobie bez ciebie…-mówiłam do niej w myślach, a po policzkach spływały mi strumyki łez.



***



Stała tuż przede mną. Z wymalowanym uśmiechem na twarzy. Czy to sen? Czy rzeczywistość? Może ona jednak żyje! Może wcale nie umarła? Chwyciła mnie za obie ręce i spojrzała prosto w moje oczy.

-Ptaszynko, nie płacz już.
-Babciu…
-Ciii, myszeńko-przytuliła mnie najwspanialej jak potrafiła. Tak bardzo to kocham –Nie płacz już więcej.
-Co tu robisz? Gdzie jesteśmy?
-Przyszłam ci przemówić do twojego rozumku. Zacznij w końcu czerpać z życia ile wejdzie. Jesteś taką wspaniałą dziewczyną. Powinnaś się częściej uśmiechać. –sama uśmiechnęła się szeroko i naciągnęła moje usta próbując ułożyć z nich uśmiech.
-Jak mam się uśmiechać, kiedy pękło mi serce?
-Niedługo serce znajdzie swoją drugą część i będzie biło z nową siłą.
-Niby gdzie?
-Wbrew pozorom bardzo blisko. Zobacz, twoje życie nabiera sensu, którego zawsze szukałaś. Masz wspaniałego tatę, Ulla też jest dobrą kobietą, tylko gdzieś tam zbłądziła, zagubiła się…
-Ale jak mam żyć bez ciebie? Nie umiem tak…
-Kochanie, ja zawsze będę koło ciebie.  Zawsze. Przy każdym kroku. Nie czuj się sama, nie widzisz jak wiele ludzi cię kocha?
-Kto?
-Między innymi twój tata.
-Nie wiem, nie wydaje mi się.
-A mi tak.
-Nie mów zagadkami, proszę. Zrób choć coś magicznego, żebyś znowu była koło mnie. Tu, w rzeczywistości. –ścisnęłam ją mocniej za rękę i próbowałam powstrzymać łzy
-Moja misja na tym świecie się skończyła. Niczego nie żałuje w moim życiu. Było najpiękniejsze jakie mogłam sobie wyobrazić. Wiesz dlaczego? Ze względu na ciebie. Było to najpiękniejsze dwadzieścia jeden lat jakie mogłam sobie wymarzyć. Oj, i przestań w końcu płakać. Nawet nie wiesz jakie wspaniałe życie przed tobą!
-Potrzebuję cię.
-Nie. Jesteś dorosłą kobietą. Podejmujesz własne decyzje. Odetnij się od przeszłości. Na zawsze. Zrób krok do przodu. Obiecaj mi to.
-Obiecuję.-uśmiechnęłam się delikatnie.
Puściła moją dłoń i otarła moje łzy.
-Jestem z ciebie dumna, ptaszynko.
-Kocham cię babciu.
-A ja ciebie.-odpowiedziała i zaczęła się oddalać.
-Nie, proszę, zaczekaj, jeszcze nie.-biegłam za nią ile sił w nogach. Cały czas byłam zbyt daleko. Próbowałam jeszcze szybciej biec. Zaczęłam potykać się o własne nogi. Nie mogłam zaczerpnąć oddechu. Miałam uczucie, jakbym miała zaraz wypluć płuca. A ona cały czas była dalej. Spojrzała w jakiś punkt i uśmiechnęła się szeroko. Zniknęła.



Otworzyłam oczy i zachłysnęłam się powietrzem.  Wzięłam głęboki oddech. Potem drugi i kolejny… Przychodziło coraz łatwiej. Gdzie ja jestem? Ah, to znowu hotelowy pokój.

-Inga? Wszystko dobrze? Pukałem, nie odpowiadałaś, myślałem, że coś ci się stało, że coś sobie zrobiłaś, nie wiedziałem już co myśleć…-zaczął usprawiedliwiać się Klopp, który kucał przy moim łóżku. Przytuliłam go mocno. Mojego tatę. Mojego prawdziwego tatę.
-Dobrze, że jesteś.














~~~


...Miałam pisać, że mnie smuci ilość komentarzy, nie mam weny, miałam pisać o tym, że to nie koniec "atrakcji", miałam pisać, że jestem ciekawa Waszych opinii...
 Napisałam, po czym usunęłam, bo dziś...dziś w moim krótkim życiu stało się coś...Hmm, no właśnie, coś:)
Biała koperta i przeryczana prawie godzina, oszalałe serce, którego nie sposób uspokoić, pisk na całą okolicę aż do zdarcia gardła..to nic, że jutro mam śpiewać, to nic... 
To nic z oszalałym bijącym czarno-żółtym sercem kibica...
Mam go na przeciw siebie i nie wierzę. Patrzę się co najmniej jakby tekturowej kartce 10.5 x 15,5 wyrosły zielone czułki... :)
Nie mam słów, nie wiem,nie umiem zebrać myśli...Po prostu nie napiszę nic więcej. Z wyjątkiem:






Echte Liebe <3


Całuję! <3
A! I komentujcie bardzo Was proszę :***