sobota, 6 lutego 2016

Czterdzieści cztery.



-Jest już ten obiad? Im szy…
-Niech pójdą po Yvonne, nie zaczniemy bez niej. Poza tym jeszcze ziemniaki się gotują.-weszła mu w zdanie pani Reus posyłając nam delikatny uśmiech. Marco trzymał mnie za rękę co dodawało mi odwagi. A ja czułam, po prostu czułam atmosferę zapowiadającej się kłótni. Tylko pytanie, czy to przeze mnie?
-Po schodach i pierwsze drzwi na prawo. Marco, mógłbyś zostać?
-Zaprowadzę cię.-wyciągnęła rękę w moją stronę mama mojego chłopaka, a ja mocniej ścisnęłam jego dłoń. Marco stał zupełnie bez żadnego wyrazu twarzy. Co gorsza puścił moją dłoń. Może ma rację? Nie powinnam tu zostawać. Może nie powinnam nawet tu przychodzić.
-Proszę sobie nie robić problemu. Na pewno trafię.
-Jeśli tak. Nie powinnaś się zgubić. Pierwsze na prawo.
-Dobrze.




Poszłam po schodach na górę przytrzymując się barierki na wypadek jakbym miała zaraz zemdleć. Pierwsze drzwi po prawej. Nie było to trudne, zwłaszcza, że po prawej były tylko jedne drzwi. Zapukałam i zaraz otworzyłam nie czekając na żadne „Proszę”.
Yvonne jak poparzona odskoczyła od biurka i z prędkością światła schowała coś do szuflady.

-Ahh, to ty! Inga, cieszę się, że znowu cię widzę!-uśmiechnęła się z ulgą
-Przepraszam, że nie poczekałam, ale…
-Wszystko w porządku? Jesteś strasznie blada. Usiądź tu na łóżku. –pociągnęła mnie na zaścielone łóżko, a sama usiadła obok mnie i troskliwie objęła ręką. –Jesteś chora? Słabo ci?
-Nie, to stres. Zaraz mi przejdzie. Na dole jest dość napięta sytuacja… Wydaje mi się, że to przeze mnie.
-Nie, nie myśl tak! Niech zgadnę, mój ojczulek? Nie przejmuj się, bywa okropnym gburem. Zwłaszcza od kiedy pokłócili się z Marco. Przez rok się do siebie nie odzywali. Przepraszam, straszna papla ze mnie. Tu nie chodzi o ciebie. Możesz mi wierzyć. To oni w końcu powinni się ogarnąć. Nie powtarzaj tylko tego Marco. Nikomu. Obiecaj.
-Obiecam pod jednym warunkiem.
-Dajesz.-zaśmiała się i spojrzała na mnie z wyczekiwaniem
-Pokażesz albo wypaplasz co tam chowasz.
-Ale to też musisz obiecać, że nie powiesz. Zwłaszcza ojcu.
-Jakoś nie mam w planach w najbliższym czasie się mu zwierzać.
-W porządku. –uśmiechnęła się szeroko i poszła w stronę biurka. Z dołu ostatniej szuflady wyjęła ogromny, czarny segregator i podała mi go.
-Co to?-zainteresowałam się i otworzyłam na pierwszej stronie. Jakie piękne. Przekładałam kolejno koszulki i nie mogłam się nadziwić. To były prace, rysowane głównie w ołówku, choć były też i w węglu, kredce, pastelu i akwareli. Ostatni był namalowany farbami olejnymi na płótnie. Zachód słońca wydaje mi się że nad tym samym jeziorem, gdzie byliśmy ostatnio z Marco. Pomost, las i różowo-pomarańczowe chmury. Coś niesamowitego.

-I co?-zapytała niepewnie skubiąc paznokciami kawałek pościeli
-I co? Dziewczyno! To jest boskie. Chodzisz na ASP?
-Nie… Tata chce, żebym była adwokatką. Za rok robię doktorat. Ale rysunek to kocham nad życie. Uczę się teraz malować portrety, zobacz.-otworzyła górną szufladę, gdzie spoczywał szkic Melanie. Prawie jak żywa. Posiadać taki talent to coś niesamowitego. –Nie jest to jeszcze tak dobre jak bym chciała. Jestem samoukiem. Pejzaże to jeszcze jakoś ujdą, ale ciężko mi złapać jakikolwiek punkt wyjścia w portretach, gdzie miałabym zacząć, jak uchwycić perspektywę i jak poprawnie narysować choćby zmarszczki.
-Powinnaś je sprzedawać. Ludzie by za nie wiele dali.
-Nie mogę.
-Kto ci zabroni! Na pewno są kursy w necie. Mogłabyś się zapisać. Nawet nie wiesz ile malarzy by chciało rysować tak jak ty! Te widoki są niesamowite. Uwielbiam ten z jeziorem. To jest to, nad które jeździliście w dzieciństwie?
-Tak! Skąd wiesz? Marco ci opowiadał?
-Zabrał mnie tam.
-Wow! To nieźle. To dla niego wyjątkowe miejsce. A ja znowu paplam. Mówisz, że kursy są z portretów?
-Jestem pewna! Masz komputer?
-Laptopa. Poszukamy?-widziałam tę iskrę radości w jej oczach. –Pomożesz mi?
-Pewnie. Chodź, zobaczymy co tu mają.


Kilka minut później trafiłyśmy na dobrze zapowiadającą się ofertę. Przynajmniej Yvonne była w siódmym niebie.

-Paryż! Luwr! Matko! Kursy z doktorami uniwersytetów! Praktyki w ich pracowniach… Mój Boże! To by było spełnienie moich największych marzeń! Jak się cieszę, że ci o tym powiedziałam. Dziękuję! Może pojadę tam?
-Koniecznie! Rezerwuj miejsce.
-Już?
-A kiedy? Jak ci sprzątnie ktoś sprzed nosa?
-Nigdy!-pisnęła i podskoczyła na krześle. Wypisała swoje dane i wysłała do organizatora. –Jeszcze nigdy nie byłam w Paryżu! Wyślę ci pocztówkę z wieżą Eiffla. Jesteś dosłownie pierwszą osobą, której powiedziałam, że rysuję.
-Twój narzeczony też nie wie?
-A skąd… Wiesz… On jest synem przyjaciela ojca. Od dziecka tata mówił, że będziemy kiedyś razem. Dopiął swego.
-Nie mówisz o tym tak radośnie jak o malarstwie.
-Bo malarstwo kocham… A Bastiana… Jest miły, uprzejmy, taktowny… Wiesz, kiedy zobaczyłam ciebie z moim bratem i zobaczyłam jak na siebie oboje patrzycie. Nie byliście wtedy razem ale tę chemię było gołym okiem widać. To zaangażowanie z jakim opowiadał mi godzinami o tobie na telefonie. Miłość z jaką zawsze wypowiadał twoje imię. To było dla mnie zupełnie obce. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Bastian jest dla mnie jak dobry przyjaciel. Mimo narzeczeństwa. Umownego narzeczeństwa, to ojciec nas zaręczył. Nie miał ani zgody mojej ani jego. Wiesz, Bastian jest posłuszny ojcu, wręcz w niego zapatrzony. Ja się powoli zaczynam w tym dusić…
-Lepiej?
-Zdecydowanie.-zaśmiała się i przytuliła się do mnie
-Porozmawiaj z nim, powiedz, że nie chcesz za niego wychodzić, że nie czujesz do niego nic poza przyjaźnią i sympatią.
-Masz rację, muszę mu o tym powiedzieć. Tylko ojciec…
-A czyje to jest życie? Twoje czy ojca?
-To jest moje życie.-westchnęła a potem jeszcze dwa razy powtórzyła przekonując się o słuszności tego wyrażenia.
-Zawsze możesz na mnie liczyć. Dzwoń zawsze kiedy chcesz o czymś pogadać. Albo po prostu przed kimś się wygadać. Trzeba w życiu spełniać marzenia. Dążyć do nich. Inaczej nie będziesz szczęśliwa.
-Po raz setny, masz rację. Kurczę, jesteś ode mnie młodsza a jakbym słyszała jakąś starą szamankę z doświadczeniem życiowym.
-Trochę się na życiu poznałam, wierz mi.


-Dziewczynki, możecie już schodzić, podaję właśnie obiad.- wychyliła się zza drzwi pani Manuela.
-Już schodzimy, mamuś.-odpowiedziała jej z uśmiechem i podniosła swój segregator z łóżka. –Mama jak zwykle zrobiła ulubione danie Marco. Zachwalaj, żeby u nich oboje zapunktować. Może ojca też przekonasz. Choć jak mam być szczera, może być opornie, więc się nim nie przejmuj. –oznajmiła kładąc segregator na środku biurka.
-Nie do szuflady?
-To moje życie.-oznajmiła ze łzami wzruszenia po czym go otworzyła i wyjęła obraz na płótnie, ten, który tak mnie zachwycił. Położyła na nim dwie kartki A4 i owinęła w reklamówkę. –Dla ciebie.
-Yvonne… Nie powinnam.
-To moje życie.-zaśmiała się wciskając mi obraz w dłonie
-Argument na wszystko?
-Od dzisiaj i na zawsze. Nie wiem dziewczyno jak mam ci dziękować.
-Wystarczy, że dostaniesz się na ten wyjazd, a jestem przekonana, że inaczej nie będzie.-powiedziałam szczerze chowając jej pracę do mojej torby.
-Idziemy jeść.-oświadczyła szczęśliwa i otworzyła drzwi do pokoju. –Dasz radę. –szepnęła, kiedy zaczynałyśmy schodzić po drewnianych schodach.




Moje miejsce na nieszczęście wypadło naprzeciwko taty Marco. Szczęściem w nieszczęściu okazało się siedzenie mojego ukochanego tuż koło mnie. Yvonne usiadła na końcu stołu mając po swoich bokach Marco i swoją matkę. Spojrzałam na Marco. Był jakiś zamyślony. Latający w innym wymiarze. Położyłam dłoń na jego kolanie, co natychmiast zwróciło jego uwagę na mnie. Posłał w moją stronę dość spięty uśmiech. Ten obiad po prostu nie ma prawa się udać. Musiałby stać się cud, żebyśmy wszyscy na koniec wylewnie się żegnając padali sobie w ramiona.
Mama Marco podała gulasz z puree ziemniaczanym i surówką z czerwonej kapusty. Wtedy zauważyłam schodzące napięcie Marco i błysk w oku na widok ulubionego jedzenia. Uśmiechnęłam się delikatnie do niego i sama zaczęłam nakładać ziemniaki.



-Jak poszło oficjalne podpisywanie umowy?-przełamał grobową ciszę panującą podczas obiadu Marco.
-Wywiad dość opornie, ale w końcu się udało. Zdjęcia chyba też jakoś wyszły. Z tego co słyszałam to czeka mnie naprawdę masa pracy.-powiedziałam najbardziej naturalnie jak tylko byłam w stanie.
-Nie wiedziałaś co masz odpowiedzieć na pytanie?-zapytał z lekką pogardą ojciec Marco. Zamurowało mnie. Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Cokolwiek z resztą bym nie powiedziała naskoczył by na mnie jeszcze bardziej. Po prostu to wiedziałam.
-Inga po prostu nie ma doświadczenia przed kamerą. Na psychologii tego nie uczą.-odpowiedział za mnie Marco za co w duchu serdecznie mu za to dziękowałam
-Psychologia. Jakby nie było inteligentniejszych studiów.
-Każdy ma swoje zainteresowania, proszę pana. To jest właśnie to, w czym się odnajduję.-wytłumaczyłam na spokojnie zaciskając palce na sztućcach, żeby zamaskować trzęsące się dłonie.
-No cóż. Nie każdy może sobie pozwolić na prawo czy medycynę. Gdyby nie twój ojciec nie miałabyś ani pracy, ani pieniędzy.
-Tato.-warknął Marco zaciskając rękę w pięść
-Rozumiem, temat nie do obiadu.-westchnął teatralnie i włożył do ust kolejną porcję mięsa. Zacisnęłam oczy i wzięłam kilka oddechów na uspokojenie. Dobrze. Kiedy przeżuwałam kawałek mięsa w jednym momencie o mało co bym się nie udławiła.
-A co u Caroline, synu? Nie mówisz co u niej słychać.
-Nie jesteśmy już przecież razem, dobrze wiesz, tato.-podkreślił szorstko ostatni wyraz
-Szkoda tej dziewczyny. Bardzo mi się spodobała. Nadawała się na idealną synową i na matkę naszych wnuków. Świata poza sobą nie widzieliście. Powinieneś przemyśleć jeszcze raz tę decyzję.-w jednym momencie wypadły mi sztućce z rąk i z głośnym brzękiem spadły na talerz. Stała się jeszcze jedna rzecz, której bym nie przewidziała.
-Dość. Nie będziesz obrażał Ingi. Ona jest fantastyczną dziewczyną i mój brat, a także twój syn jak się składa cholernie ją kocha i poza nią nie widzi świata. Powinieneś dlatego ją zaakceptować i dziękować, że jest tą osobą, dzięki której Marco jest szczęśliwy. Chyba to właśnie szczęście dziecka jest najważniejsze dla rodzica, czyż nie?
-Yvonne, nie życzę sobie takiego zachowania, zachowaj sobie takie uwagi dla siebie.
-Nie.
-Naprawdę? Może…
-Naprawdę. A ty mamo? Nie mam racji? Nie widzisz co ojciec wyprawia? Patrzy tylko na siebie. Ustawia całą rodzinę jak pionki do gry. Nie interesuje go nic poza czubkiem własnego nosa. Od dwóch lat pół rodziny go nie znosi.
-Idź natychmiast do swojego pokoju!-krzyknął na nią podrywając się z krzesła. W tym samym momencie także i ja wstałam i podeszłam do Yvonne. To ja powinnam oberwać, a nie ona.
-Nie skończyłam!-również odkrzyknęła. Nie wyobraziłabym sobie nigdy Yvonne w takiej furii. –Chciałabym ci oznajmić, że nie wyjdę za Bastiana. Ani teraz, ani za rok, ani nigdy! To, że nie wyszło Marco, nie znaczy, że musisz mi ustawiać całe życie, bo właśnie to robisz. Nie kocham go i nie będę z nim szczęśliwa. I wiedz, że poszłam na prawo tylko ze względu na twoje „widzi mi się”. Nigdy mnie to nie interesowało! Chciałam tobie sprawić przyjemność, żebyś choć raz był ze mnie dumny! Zawsze się liczył tylko Marco! Nie mam mu tego za złe, bo jestem z nim całym sercem, ale to był twój błąd, bo zapominałeś przy tym, że masz mnie i Melanie. Kiedy sobie przypomniałeś to zrujnowałeś… Zazdroszczę Meli, że zaszła w ciążę i wyprowadziła się z tego domu zanim się stałeś taki jaki teraz jesteś!
-Nie zapędzaj się!
-To nie wszystko. Nigdy nie chciałam wam o tym powiedzieć, bo wiedziałam, że ci się to nie spodoba, ale rysuję.
-Słucham?!
-Tak! Rysuję! Maluję obrazy, pejzaże.
-Nie wymyślaj. Niby gdzie te twoje arcydzieła? W galrii sztuki?
-Yvonne naprawdę przepięknie maluje. Widziałam jej prace. Są wyjątkowe.-zabrałam głos i złapałam dziewczynę za rękę
-Nikt nie pytał cię o zdanie. Najlepiej możesz sobie już pójść.
-Inga zostaje. To ty jesteś tu jedyny, który ma z czymś problem! Powinieneś iść do psychologa na terapię, szkoda, że Inga nie ma terminu dla ciebie i nie skorzystasz z jej usługi! Ponadto, chciałam ci oznajmić, że wyjeżdżam do Francji na kurs malarstwa. A jak już tak bardzo mi nie wierzysz to, proszę.-wyciągnęła obraz z mojej torebki i pokazała go ojcu. Przypominając sobie spojrzałam na Marco, który był bardzo zaskoczony obrotem sprawy. Patrzył z podziwem na pracę swojej siostry.
-I co, mam jeszcze sponsorować twoją dziecinadę? Chcesz dalej się tak bawić? Nie dostaniesz ode mnie ani grosza!
-Ja opłacę ten wyjazd.-odezwał się Marco. Wszyscy zamilkli. Stanął koło Yvonne i objął ją ramieniem
-To wszystko przez ciebie. Namówiłaś ją do tego, tak? Zbuntowałaś ją przeciwko mnie? I teraz co, masz zamiar to samo zrobić z Marco?
-Nie. To pan sprawił, że pańska córka boi się do pana przyjść i opowiedzieć o swojej pasji. O swoich problemach i uczuciach. A kiedy już to robi pan na nią naskakuje i sprawia tym, że niedługo już nigdy panu nie zaufa.
-Wynoś się z mojego domu! I zabraniam ci się spotykać z Yvonne, a Marco niedługo też zmądrzeje. No wynoś się! Już!
-Zostań.-złapał mnie za dłoń Marco, kiedy już miałam wycofywać się do przedpokoju.  –Jeśli ona wyjdzie ja również.
-Marco, po co ta cała szopka. Daj spokój! Jest tyle dziewczyn a ty sobie musiałeś wybrać taką przybłędę i to jeszcze z problemami! Nie pytaj o to, o tamto, o dzieciństwo! Po co ci taka!
-Albo ją teraz przeprosisz albo nie będziesz miał już syna.
-Marco, proszę, daj spokój. Ja pójdę. Zamówię taksówkę. Zostań.-złapałam go za ramię delikatnie odpychając od siebie. Nie mógł tego powiedzieć. Co on do cholery robi!
-Wybieraj.-powiedział szorstko chwytając mnie mocno za rękę i przyciągając do siebie. –Co zrobisz jak ci powiem, że chcę właśnie z nią spędzić życie? Postawisz mi to samo ultimatum. Wyprzedzam fakty. Podejmij tę decyzję już teraz. –ojciec trzasnął pięścią w stół i wyszedł do salonu. –Tak myślałem. –szepnął pod nosem i pociągnął mnie w stronę wyjścia. 
Kiedy zbliżaliśmy się już do samochodu wybiegła za nami Yvonne z moją torebką i obrazem.

-Dziękuję ci. –powiedziała z przejęciem wyszarpując mnie z uścisku Marco i mocno mnie przytuliła –Dziękuję. Teraz mogę żyć. To nie takie łatwe trzymać w sobie tyle sekretów.
-Wiem, Yvonne, wiem. Ja trzymałam całe dwadzieścia jeden lat. Jesteś dzielna. Jestem z ciebie dumna.
-Kocham cię, siostrzyczko.-rozpłakała się w moje ramię i jeszcze mocniej mnie ścisnęła. Na te słowa sama zaczęłam płakać. –I ciebie też braciszku. Cieszę się, że w końcu stanąłeś na nogi i twoją pierwszą decyzją okazała się ta najwłaściwsza. –skierowała do Marco a ja znowu zachodziłam w głowę o czym ona mówi. To nie było teraz ważne. Marco objął ją mocno i pocałował w policzek.
-Nie wiedziałem, że mam tak zdolną siostrę. Dla mnie też masz jakieś dzieło?
-Coś sobie wybierzesz. Co tylko będziesz chciał. Mówiłeś serio, że zapłacisz za kurs?
-Oczywiście, że tak. Jak się dostaniesz.
-Obiecałam Indze, że się dostanę. Mamy pewną umowę. –mrugnęła do mnie okiem puszczając Marco i wytarła wierzchem dłoni łzy. Sama zrobiłam to samo.


-Inga, Marco, Yvonne… Tak bardzo mi przykro. Nie wiedziałam… Nie byłam w stanie nic powiedzieć, przepraszam. Wybaczcie mi.-podeszła do nas matka Marco z zapuchniętymi oczami. Całą tą wymianę zdań musiała płakać. Nie dziwiłabym się jej.
-Mamo, nie będę cofał tego co powiedziałem. To jest mój warunek.
-Wiem, synu. Masz moje poparcie. Dwa lata znosiłam te zachowanie. Może coś się wreszcie zmieni. Nie obwiniaj się za jego zachowanie. To nie twoja wina.
-Nie, mamo. To tylko i wyłącznie przeze mnie. To ja to zepsułem. Zaprzepaściłem jego nadzieje we mnie.
-Nie. To co się stało… Już dawno zamknął ten rozdział. Tak jak i ty. Musi ochłonąć. Musi wyjść z tej swojej zasiedziałej skorupy. Musi zrozumieć pewne rzeczy. Porozmawiam z nim o tym wieczorem.
-Musi się w końcu ogarnąć.-westchnęła teatralnie Yvonne, po czym sama się roześmiała
-Kochanie, nie bierz do serca tego, co powiedział.-zwróciła się do mnie i objęła mnie ręką. –Ogromnie się cieszę, że Marco jest właśnie z tobą. Macie moje wsparcie czy błogosławieństwo, jeśli planujecie jechać do Vegas i wziąć ślub wbrew ojcu. –roześmiała się i pogłaskała Marco po policzku. –Kocham was bardzo.
-My ciebie też, mamo. Nie martw się. Wszystko się ułoży.
-Wiem. Inga naprawdę dobrze wpłynęła na tę rodzinę. Tej rozmowy nam było potrzeba. Teraz wszystko już ułoży.
-Yv, chcesz zostać u mnie? Wiesz, że mam gościnny.
-Zostanę tu. Podziałam na nerwy ojcu… Oj no nie patrzcie się tak na mnie. Popracuję nad pracami na egzamin na ten wyjazd.
-Pokaż mamie swoje prace. –zasugerowałam odbierając moją torebkę z obrazem
-Mogłabym?-twarz kobiety wręcz rozpromieniała –To jezioro jest cudowne!
-Musi mi pani uwierzyć, że to jedna z wielu cudownych rzeczy autorstwa Yvonne.
-Oj już nie cukruj, bo się zarumienię.
-Taka prawda.-wzruszyłam ramionami z uśmiechem
-To my już z Ingą jedziemy. Jak zmienicie zdanie, albo ty mamo, albo nawet obie to służę gościnnym.
-Zapamiętamy. Jedźcie i ratujcie ten wieczór.
-Tak właśnie zamierzamy. –posłał jej uśmiech Marco i złapał mnie za dłoń.
-Dziękuję za zaproszenie, że mogłam do państwa przyjechać. A obiad był naprawdę pyszny, choć nie zjadłam za wiele.
-A może chcecie na wynos! Ja mogę szybko wam zapakować.
-Nie trzeba, mamo. Dzięki. Zadzwonię.
-To do zobaczenia mam nadzieję, że niedługo.


Mama Marco i Yvonne uściskały nas na pożegnanie i pomachały kiedy już odjeżdżaliśmy.
W samochodzie panowała szalenie niezręczna cisza. Żadne z nas nie wiedziało co ma powiedzieć.


-Mógłbyś zawieść mnie do domu?
-Nie chcesz już nigdzie…
-Nie, przepraszam Marco. Chciałabym zostać sama.-oznajmiłam i wlepiłam wzrok w oddalony punkt w oddali. Z powrotem nie mieliśmy problemów z korkami. Kwadrans później stanęliśmy na podjeździe.

-Aniele, nie bierz do siebie tego co do ciebie powiedział. Żałuję, że cię tam zabrałem, to przeze mnie. Nie cierpiałabyś…
-To nie przez ciebie, dobrze wiesz. Nie zawiniłeś tu nic. Cieszę się, że chciałeś mnie przedstawić swoim rodzicom, to wiele dla mnie znaczy. Nie odpowiadałeś za zachowanie twojego ojca i nie możesz się za to winić.
-Chciałbym wiedzieć… Czy wszystko… Między nami. Jest w porządku.
-Tak. Oczywiście, że tak, Marco. Nie myśl proszę inaczej. Kocham cię. –przytuliłam go i delikatnie pocałowałam –Potrzebuję jedynie trochę czasu żeby ochłonąć. Sama. Nie chcę cię odtrącać.
-Rozumiem. Doskonale. Jeśli coś to zadzwoń…
-A jak ty sobie dajesz radę? Cały czas o mnie, a ty, przecież…
-Spokojnie, daję sobie radę. Nie miałem ostatnimi czasy dobrych kontaktów z ojcem. Boli mnie jego zachowanie w stosunku do ciebie. I to, jak ty się przez niego czujesz.
-Dam sobie radę. Kocham cię i nigdy w to nie wątp. Nigdy.
-Dobrze.-przytaknął i pocałował mnie na pożegnanie. –Kiedy się spotkamy?
-Nawet nie zdążysz zatęsknić.
-Zawsze tęsknię, kiedy nie jesteśmy razem. Wiesz, miałem ci to dać po spacerze w parku, pod wieczór, kiedy będzie już ciemno, nastrojowo... Plany się czasem zmieniają. –nachylił się do schowka i wyjął małe, płaskie, podłużne pudełeczko. Zmarszczyłam brwi zastanawiając się co jest w środku. Niepewnie otworzyłam pudełko, a przed moimi oczami ukazały się… klucze.
-Do mojego mieszkania.
-Co prawda byłam u ciebie, ale nie wiem gdzie mieszkasz.-zaśmiałam się
-Właśnie kiedy rano je pakowałem odkryłem ten paradoks. Dlatego pod nimi jest karteczka z adresem i kodami do domofonu i bramki. Możesz przyjechać taksówką, albo ktoś zawsze może cię podrzucić. Jeśli chcesz nawet możesz się wprowadzić ale myślę, że będzie to dla ciebie za szybko.
-Zdecydowanie. Najpierw ślub w Vegas.- uśmiechnęłam się szeroko i zamknęłam pudełeczko. –Rozumiem, że po prostu jestem tam mile widziana.
-Zawsze. Jak wyjadę na obóz i będziesz chciała… No nie wiem, po prostu to mieszkanie jest też twoje. Ucieszę się, jak przyniesiesz tam kilka swoich ubrań. Może zostaniesz na noc. Nie po to o czym pewnie teraz myślisz.
-Oj nie chcesz wiedzieć o czym myślę. Dziękuję. Podrzucę kilka moich koszulek jeśli sprawi ci to przyjemność.
-Wielką.
-To wtedy do zobaczenia?
-Tak.
-Nie martw się!-uderzyłam go delikatnie w ramie i znów pocałowałam. –Pa. –wyszłam z samochodu i pobiegłam w kierunku wejścia hamując napływające łzy.


Weszłam do domu i trzasnęłam drzwiami wejściowymi po czym zsunęłam się po nich w dół i zaczęłam cicho płakać.


-Inga? Tak wcześnie? –usłyszałam głos taty i jego kroki. Zaczęłam ścierać łzy ale nie mogłam ich powstrzymać i co chwila wypływały nowe.
-Dziecko kochane, co się stało?-ukucnął koło mnie i złapał za ramiona –Coś nie poszło? Marco coś zrobił nie tak?
-N-nie. Zawsze mam pod górkę. To takie niesprawiedliwe.-schowałam twarz w dłoniach i próbowałam jakoś się uspokoić. Poczułam na dłoni pyszczek mojego ukochanego kota.
-Kloppsik, chodź tu do mnie. –podniosłam kocura na ręce i przytuliłam do siebie niczym misia. On spokojnie położył swoje łapki na moich ramionach i trącał mnie noskiem w policzek.
-Chodź, chcesz jakieś herbaty? –pociągnął mnie delikatnie za barki pomagając mi wstać
-Możesz…Mnie przytulić?-zapytałam niepewnie po raz kolejny wycierając łzy. Tata nawet nic nie odpowiedział tylko mocno mnie uścisnął delikatnie gładząc po włosach –Kocham cię tato. Tak dobrze, że jesteś.
-A ja się cieszę, że mam ciebie.
-Mimo, że sprawiam ci więcej problemów niż pożytku?
-To nie prawda, dobrze o tym wiesz.
-Jasne… Ten… Ojciec Marco powiedział, że ta praca jest tylko dzięki tobie, dlatego, że jesteś moim tatą i że sama bym nic nie osiągnęła.
-Chodź, pogadamy. Zrobić kawę czy herbatę?
-Kakao, o ile jest.
-Nie umiem…-podrapał się po głowie posyłając w moją stronę niepewny uśmiech. Nagle usłyszeliśmy dźwięk tłukącego się szkła
-Co jest…-podskoczyłam przestraszona

-Przepraszam! Straciłam na moment równowagę.-usłyszałam kobiecy głos… Ulla. Co ona tu robiła?  -Dobry wieczór, Inga. –uśmiechnęła się niepewnie
-Dobry wieczór…-spojrzałam się pytająco na tatę.
-Ulla, mógłbym cię prosić o kakao razy dwa?
-Oczywiście.-zaśmiała się –Zaraz sprzątnę ten wazon.
-Spokojnie, ja mogę go sprzątnąć. Nie musi się pani fatygować. Kakao też zrobię, żaden problem. Robię i zmykam na górę. Nie będę przeszkadzać.
-Nie ma nawet takiej opcji, moja panno. Teraz idziesz na górę, a potem ja przychodzę z tym twoim kakao i pogadamy. Tylko nie mów „nie”.
-..Okej. Ale kota zabieram.
-Jest twój. –zaśmiał się, kiedy kociak zaczął zlizywać suchą łzę z policzka.





Weszłam na górę wrzuciłam kota do mojego pokoju i poszłam do łazienki zrobić demakijaż. Zmieniłam moje ubranie na najzwyklejszy szary dres i wróciłam do pokoju zagarniając zwierzaka z podłogi i usiadłam na kanapie z wyprostowanymi nogami. Zaczęłam głaskać kota relaksując się przy tym.
-Można?-zza drzwi wychyliła się głowa taty, sam trzymał dwa parujące kubki kakao.
-Zapraszam.
-Posuń tyłek, zrób trochę miejsca.-stanął nad łóżkiem
-No wiesz ty co? Myślałem, że jesteś gentelmanem.
-Tylko przed mediami i w urodziny mamy. No… Rusz..
-Już! Już!-uśmiechnęłam się szeroko przerywając mu jego popisowe polskie zdanie. Zajął miejsce koło mnie i podał mi kubek z cieplutkim napojem. Upiłam łyk.
-Mmm… Pyszne. Dziękuję.
-Nie ja robiłem.
-To mogę być szczera i powiedzieć, że piłam lepsze?
-Tak.
-Piłam lepsze.
-Niech zgadnę. Babcia?
-Skąd wiedziałeś?
-Strzelałem. –zaśmiał się i sam trochę upił niestety pozostawiając ślad pod nosem. Pewnie celowo, żeby mnie rozśmieszyć. Nie powiem, udaje się.
-Pewnie się zastanawiasz co tu robiła Ulla… Cóż. Musieliśmy omówić co robimy z Markiem. Miał z nią nieciekawą rozmowę. Popada w jakąś paranoję. No nie ważne. Nie będę ci dokładać zmartwień. Zaprosiłem ją, żeby normalnie porozmawiać a nie przez telefon o takich ważnych sprawach.
-Ja rozumiem, nie musisz się mi tłumaczyć. To twój dom.
-To nasz dom, dziecko. Pojmij wreszcie.-pogroził mi palcem z uśmiechem –No to czym ten ojciec Marco ci się naraził?




***


-Gdybyś nie była moją córką też byś dostała tę pracę. Od początku cię polubiłem, Lewandowscy mówili, że jesteś świetna w tym co robisz, ufali ci, ja tobie też zaufałem jak i zarząd i dlatego masz tę pracę. Wiemy, że nie wyniesiesz tych informacji do gazet a problemy zawodników zachowasz dla siebie. I pewnie jako jedyna byś się zgodziła na tak szaloną umowę. Tak żeby było jasne.-odezwał się w końcu po moim długim wywodzie. –Co do jego zachowania… Cóż. Brak kultury to raz, taktu, uprzejmości… To dwa i trzy o ile dobrze liczę. –uśmiechnął się i objął mnie ramieniem
-Okej, ja rozumiem, że postrzega mnie jako intruza… Najbardziej zezłościło mnie to, że chce się wyprzeć ojca ze względu na mnie…
-Powiedz mu to. Powinnaś.
-Powiem, ale… Jeszcze bardziej mnie wkurza, że wszyscy poza mną wiedzą o czymś co się kiedyś stało. Ostrzegają mnie, ale ja do cholery nie wiem przed czym. Wie o tym jego rodzina, Lewandowscy, Watzke! Pewnie ty też.
-Domyślam się o co może chodzić, ale wydaje mi się, że to Marco musi ci sam o tym powiedzieć. Nie rozumiem, czemu mieli by ostrzegać. Ten okres według mnie zalicza się już do przeszłości. Zwłaszcza, kiedy ty pojawiłaś się w jego życiu. Pewnie nie podniosło cię to na duchu, ale porozmawiaj z Marco.
-Ma to coś wspólnego z Carolin? Kiedyś o nią zapytałam i się zdenerwował, nie chciał o tym rozmawiać.
-Najwyraźniej potrzebuje trochę czasu.
-Czyli o nią chodzi?
-Nie do końca, pośrednio. Ale ja już nic więcej nie mówię, przepraszam.
-Jasne, rozumiem… -westchnęłam patrząc jak kot zeskakuje z łóżka i idzie w stronę drzwi.
-Może do niego zadzwonię.
-Zadzwoń. Pewnie się o ciebie martwi.
-Dość dobrze go znasz.
-Kopę lat ze sobą pracujemy. Od początku polubiłem Marco, mamy ze sobą naprawdę dobre relacje od dawna, rozmawiamy ze sobą, Marco też często przychodził się do mnie zwierzyć czy poradzić. Dobra, wystarczy. Lepiej?
-Mhm… Dzięki, tato.
-Zawsze możesz na mnie liczyć, pamiętaj o tym.
-Dziękuję. –przytuliłam się do niego –Zadzwonię do Marco.
-Dobry pomysł. Ja idę wziąć długą kąpiel a potem idę się rzucić na łóżko i czytać książkę. Zaraz wyjazd i nie będzie mi dane odpocząć.
-Współczuję. W takim razie korzystaj.
-Powodzenia z Marco.
-Dzięki. Znajdę najpierw kota.-wstałam razem z nim i poszłam na poszukiwania Kloppsika.




***

-No i powiedz mi, Kloppsie, co ja mam mu powiedzieć?-zapytałam drapiąc zwierzątko za uchem –Może po prostu to co myślę? Musisz się tak na mnie mądrze patrzeć? No dobrze.
Wybrałam telefon do Marco. Na ekranie pojawiło się nasze zdjęcie z Malezji, kiedy mnie pocałował. Od razu zmiękło mi serce a pewność siebie pojechała na wakacje. Po trzech sygnałach usłyszałam jego głos.
-Inga? Wszystko w porządku?
-Nie, Marco…
-Co…
-Nie, proszę, posłuchaj mnie i nic nie mów, okej? –wzięłam głęboki oddech –Nie chcę, i źle się z tym czuję, że kazałeś tacie wybierać między mną a nim. To jest twój tata, twoja rodzina i to ona powinna być dla ciebie najważniejsza. Zachował się tak jak się zachował, jakoś to przełknęłam, ale nie powinieneś stawiać mu takiego ultimatum. To jest twoja rodzina, twój tata cię kocha. Chce dla ciebie jak najlepiej. Poniosły go emocje, ale postaw się na jego miejscu. Troszczy się o ciebie. Proszę, porozmawiaj z nim. Nie chcę niszczyć twojej rodziny, nie wybaczyłabym sobie tego. I jeszcze jedno. Dziękuję, że stanąłeś po stronie Yvonne, to wiele dla niej znaczy. Masz naprawdę utalentowaną siostrę… Marco? Jesteś tam?
-Tak.-odpowiedział w końcu ciężko wzdychając. –Możemy się spotkać?
-Nie, chciałabym dokończyć tę rozmowę przez telefon. –odpowiedziałam bawiąc się nerwowo łapką Kloppsika.
-Dobrze… Zatem… Zacznijmy od tego, że nie niszczysz mojej rodziny. Moje sprawy z ojcem nie powinny były… Nie powinnaś była być ich świadkiem.
-Trzeba było nie zapraszać mnie na obiad.
-Nie przypuszczałem, że tak to się potoczy… Nie przemyślałem tego.
-Tak, to był głupi pomysł. Ten obiad nie powinien mieć miejsca. W ogóle.
-Chciałem, żebyś…
-Nie. To dla mnie za szybko, Marco. Zdecydowanie. Jesteśmy razem bardzo krótko, a ty już przedstawiasz mnie swoim rodzicom. Mam świadomość, że ja się na to zgodziłam.  Ale to mogę mieć tylko do siebie pretensje. Potrzebuję trochę oddechu.
-Masz mnie dość?
-Nie! Nie, Marco, nie myśl tak proszę. Kocham cię bardzo. Mówiłam ci z resztą w samochodzie…


-Tak cię bardzo kocham! Mua, mua, kisski, kisski, zrobię ci meliski.-stanął w drzwiach do mojego pokoju Mario i zaczął mnie przedrzeźniać. Od razu na mojej twarzy się pojawił wielki uśmiech i z piskiem podbiegłam do bruneta.
-Widzisz Marco, woli mnie!-krzyknął do słuchawki mocno mnie ściskając
-Poczekaj chwilę, dokończę rozmowę z Marco.-powiedziałam i przysiadłam na łóżku.
-Będę w ogrodzie.-oznajmił i ulotnił się z pokoju
–Marco, przepraszam, Mario właśnie do mnie przyszedł. Nie chodzi o nic między nami tylko po prostu zwolnijmy trochę.
-Czyli ze mną nie zrywasz?-zaśmiał się lekko
-Skąd! Po prostu to co się wydarzyło dzisiaj to było trochę za wiele dla mnie. Muszę odpocząć.
-Zobaczymy się jutro?
-Możemy za dwa dni?
-Tak…Ale jeśli będziesz chciała… Po prostu dzwoń. Kocham cię, skarbie. Nie przejmuj się tym. Wszystko się ułoży.
-Wiem. Nawet jestem pewna. Zawsze damy radę, prawda?
-Pewnie.-wiedziałam, że już się uśmiecha-Do zobaczenia za dwa dni. Baw się dobrze z Mario. Tylko wiesz, grzecznie.
-Jakbyś cytował klasyka Jürgena Kloppa.
-Oj tam. Kocham cię.
-Ja też cię kocham. Dobrej nocy, Marco.
-Śpij spokojnie. Do zobaczenia.
-Pa.-rozłączyłam się i pobiegłam prosto do ogrodu.




Zdziwiłam się obrazkiem, który zastałam. Mario siedzący na kocu, rozkładający…chińczyka.
-Götze, co ty robisz?
-Przyszedłem do mojej ulubionej przyjaciółki. Turniej chińczyka. Podejmujesz wyzwanie?
-No ba! Moje żółte. –zajęłam miejsce koło niego
-Chyba śnisz. Są moje.
-Za późno.-złapałam wszystkie pionki.
-No to moje niebieskie.
-Żarty sobie robisz?
-No co? To mam czerwone?
-Barwy Bayernu? Wybij sobie z głowy. Ewentualnie już zielone.
-Wolfsburg?
-Ich to śmiało pokonam.
-A niby BVB Frajernu nie pokona.
-Pokona, ale potem Frajern może zgapić technikę BVB i nie będzie tak kolorowo. Dawaj zielonymi.
-Ty, ty! Ty chyba nie myślisz, że mnie pokonasz!
-Nie, nie myślę. Ja to wiem.



Po mojej wygranej złożyliśmy grę i położyliśmy się na kocu koło Emmy, która podczas gry do nas przyszła.
-No to teraz gadaj Götze co jest grane.
-Nie można tak bez powodu przyjść do przyjaciółki?
-Oczywiście, że możesz, ale dzisiaj nie jest „bez powodu”.
-No dobra, masz mnie.
-No to gadaj.
-Zerwaliśmy z Ann.
-Słucham? Jak ona się czuje? Gdzie teraz jest?
-Dzięki, że się o mnie troszczysz. Na poważnie, to decyzja była zgodna, obustronna.
-Biedna Ann..
-Inga, przecież ona sama się na to zgodziła.
-Faceci. Nigdy nie zrozumieją kobiet. Gdzie teraz mieszka?
-U swojej przyjaciółki. Dać ci adres?
-Tak, zadzwonię do niej jutro, może się chociaż spotkamy na kawie czy coś. Dobrze, że kogoś przy sobie ma.
-Rozstaliśmy się w zgodzie.
-Założyłabym się nawet o stówę, żeby ci udowodnić, że teraz biedna płacze. Ale no rozumiem. Rozmawialiśmy o tym. Ty rozumiem rozładowujesz smutek chińczykiem.
-Tak po prostu będzie lepiej dla nas oboje. Może i będzie nam smutno, może i będzie kogoś brakować, ale po pewnym czasie zobaczymy, że jest lepiej, a to było najlepsze wyjście.
-Jeśli jesteście pewni to dobrze.
-Fajnie, że jesteś, wiesz, Guśka?
-A ja się cieszę, że jesteś ty.-uśmiechnęłam się i przekręciłam na bok, żeby go przytulić.
-Fajnie tak, nie?
-Jak?
-Nam.
-Że niby "my'?
-Nie no, ty z Reusem i ja.
-Fantastycznie, Mario.






~~~

Dzisiaj trochę dłuższy..żeby za tydzień był trochę krótszy. Tak to czasem bywa:)
Mam nadzieję, że jest już trochę lepszy.. Małe pytanie skierowane do pewnego Anonimka -Czy takie (cytuję) "MAŁE zawirowanie z ojcem Marco" wystarczy?:)  Dziękuję za wszystkie komentarze-ogromnie motywują i aż chce się więcej pisać:)) Są moim "światełkiem" w tunelu sprawdzianów, które piszę codziennie, zazwyczaj po 2... Czekam do 15. Ukochane ferie..Wreszcie!:) Nie poddaje się, piszę dalej widząc, że mam dla kogo:)
W takim razie do następnego!
Buziaki!<33

sobota, 30 stycznia 2016

Czterdzieści trzy.



-Hej…-odezwała się obdarowując mnie bladym uśmiechem
-Hej.-odpowiedziałam niepewnie nie wiedząc czego mam się spodziewać.
-Inga… Ja przepraszam. Naprawdę. Zachowałam się głupio. Nie chciałam cię zranić… Po prostu tak bardzo chciałabym, żebyś była bezpieczna, żebyś odpoczęła, uspokoiła się po tym wszystkim co przeszłaś… W Malezji, kiedy Marco cię skrzywdził coś we mnie pękło, szala się przelała i po prostu chciałam cię chronić.
-Jestem z nim taka szczęśliwa… Byłam pewna, że się będziesz cieszyć razem ze mną.
-On świata poza tobą nie widzi.
-Był u ciebie?
-Rano. Aczkolwiek to tajemnica.-zaśmiała się a po chwili znów się zasępiła
-Podejrzewałam go o to.
-Inga, proszę, wybacz mi. Nie chcę niszczyć takim g.. takimi głupstwami naszej przyjaźni. Daj mi szansę, proszę.
-Ania…-westchnęłam i mocno przytuliłam brunetkę. –Ty wiesz, że ja cię kocham jak siostrę.
-Ja też i czasami po prostu zbyt bardzo się o ciebie martwię. –powiedziała łamiącym głosem
-Tylko nie rycz, bo ja zaraz się też poryczę. A mam zbyt ładny makijaż żeby go niszczyć łzami.
-Fakt, jest piękny. W ogóle przepięknie wyglądasz. To chodzenie z Marco ci służy. Jak będziesz miała jakieś problemy to wiesz, że zawsze możesz do mnie dzwonić czy przyjść.
-Dziękuję.
-Jak wam się układa?
-Aż za dobrze.-zaśmiałam się –Jest taki kochany…
-Zakochana po uszy.
-Zanim podeszliście oświadczył, że chce mnie przedstawić swoim rodzicom.
-Fiuu… Robi się poważnie. Powiedział kiedy?
-Po treningu.
-Masz świadomość, że trening jest jutro?
-Co proszę? O matko, faktycznie, Mats mi mówił. O nie… Nie.
-Dasz radę!
-Jak „dam radę”? Nie dam rady. To są jego rodzice.
-To są też człowieki.
-Się Madagaskaru naoglądała i się wymądrza.
-Dawno nie oglądałam…
-Ja też…
-Maraton?-spojrzała na mnie z półuśmiechem
-Maraton.-pokiwałam twierdząco głową i obie się roześmiałyśmy.


-I normalnie ci mówię. Lepsze od teflonówki.-powiedział specjalnie głośno Robert zbliżając się do nas z Marco.

-To widzę inwestujecie w garnki?-zwróciłam się do Ani.
-Na dobrą sprawę to Robert od dwóch dni męczy mi pod nosem stronę z nożami ceramicznymi. Jakbyśmy nie mieli w domu.
-Co takiego w tych nożach specjalnego?
-Dinusie.
-Że co?
-No dinusie na uchwycie. Zakochał się.
-Miłość nie wybiera.-zaśmiałam się i odwróciłam do nadchodzących chłopaków.
-I jak tam, panowie patelnia grillowa?
-Muszę sobie też taką sprawić.-podszedł do mnie Marco, objął mnie dłonią w pasie i pocałował w policzek
-I byś umiał coś na niej przyrządzić?
-Wierzę w twoje talenty i umiejętności.
-Pfff… Poza tym, mamy coś do omówienia, mój drogi.
-Brzmi groźnie.
-Bo ma. Pożegnaj się ładnie z Robertem i Anią to sobie porozmawiamy.
-Ojjj… Powodzenia, stary.-poklepał go po ramieniu Lewy
-Ojjj… Powodzenia.-dołączyła się ze śmiechem Anka –Inga, dasz radę. Też przez to przechodziłam.
-Przez co?-zainteresował się Robert
-Kobiece przypadłości.-odpowiedziała na co obie histerycznie się roześmiałyśmy widząc miny obu panów.
-To może my jeszcze was na chwilę zostawimy.-skrzywił się Robert co jeszcze bardziej spotęgowało nasz śmiech.
-Nie, idziemy. Chodź Marco na ten parking, sam jesteś zmęczony a ja już umieram od tych szpilek. Do zobaczenia. –uściskałam Lewego i Anię ocierającą łzy ze śmiechu.


Poszliśmy z Marco do parkingu. Jak na stwarzającego pozory gentlemena przystało otworzył dla mnie drzwi a potem sam zajął swoje miejsce.

-A więc, jakie to masz zarzuty do przedstawienia?-zapytał siadając bokiem, żeby spojrzeć prosto na  mnie.
-No to tak. Pojechałeś do Ani…
-To chyba dobrze, doszłyście do porozumienia.
-Tak, dobrze, miło z twojej strony. Ale niecałe dwadzieścia cztery godziny przed poinformowałeś mnie, że chcesz mnie zabrać do twoich rodziców. Jutro.
-Potrzebujesz więcej czasu?
-Marco! Chcesz mnie zabrać do swoich rodziców!
-Tak.
-Przecież oni mogą mnie nie zaakceptować, mogą mnie nie lubić. Będą uważali, że nie jestem odpowiednia dla ciebie…
-Zaakceptują cię i polubią, zobaczysz.
-Skąd masz pewność?
-Bo ich syn cię bardzo kocha, a przyprowadzając cię do nich pokaże im, jak bardzo jesteś dla niego ważna i, że traktuje ten związek jak najbardziej poważnie.
-Naprawdę?
-Oczywiście. Myślałaś inaczej?
-Nie… Tak.. Nie! W ogóle o tym nie pomyślałam.
-Traktuję cię bardzo poważnie. –chwycił moją dłoń i złożył na niej subtelny pocałunek.
-Czyli jutro sąd ostateczny?
-Czyli jutro miły obiad w towarzystwie moich rodziców.






***




Z powodu tego „miłego obiadu” nie przespałam pół nocy. Z samego rana wyłączając budzik i przeglądając się w lustrze o mało nie krzyknęłam z przerażenia. No cóż. Kosmetyczko kochana, pomóż. 

-Inga-usłyszałam pukanie do drzwi
-Proszę, proszę, wchodź.-powiedziałam naciągając z nadzieją poprawy wory pod oczami
-Masz coś żeby się ubrać elegancko? Przepraszam, że dopiero teraz mówię, ale wyleciało mi to z głowy. Dzisiaj oficjalnie przed mediami podpiszesz umowę. Będzie Zorc i Watzke. Pojedziemy na Brackel, a potem ktoś po ciebie przyjedzie. No, trochę optymizmu.
-Chcę spać.
-Za późno. Wstawaj. Raz dwa.
-Spokojnie, będziesz się wyżywał na chłopakach. Mnie daj spać.
-Inga!-pogroził mi palcem.
-No co?-zapytałam opadając z powrotem na łóżko zakrywając głowę kołdrą. Zanim drzwi się zamknęły usłyszałam jakże dosadne dwa polskie słowa: „rusz dupę”. No dzięki.

Zabrałam cały kuferek do łazienki i zaczęłam nakładać chyba po raz pierwszy w życiu, żeby nie wyglądać jak potwór z Loch Ness kilogram tapety. Na szczęście rezultat wyszedł naturalny i nie było widać kryjących warstw, a ja wyglądałam jak księżniczka po dwunastu godzinach snu. Założyłam białą koszulę, spódnicę z wysokim stanem i falbanką u góry do tego czarną marynarkę i czarne szpilki, w których chodzenie w odróżnieniu od tych wczorajszych jest możliwe. Usta podkreśliłam szminką wpadającą lekko w czerwony kolor, wyjątkowo perfekcyjne kreski, malutkie złote kolczyki i pokręcone włosy. Wreszcie.
Zeszłam na dół, gdzie właśnie jadł śniadanie tata.

-No wreszcie.-westchnął z pełną buzią odwracając się w moją stronę.
-Może być?
-Wow.-powiedział po chwili milczenia
-Za mocny makijaż? Zła spódnica?
-Idealnie. –otrząsną się i wrócił do swojego śniadania. –Chodź, zjedz coś.

Kurczę! Zapomniałam Niedobrze.
-Przepraszam na chwilę.-wstałam od stołu i pobiegłam na piętro po telefon i zaczęłam pisać wiadomość.


„Marco, pamiętasz o tym mówieniu sobie wszystkiego i takie tam podobne? …No to właśnie ci o czymś zapomniałam powiedzieć… I chyba będziesz miał niespodziankę… Nie wiem czy się ucieszysz. Chciałam ci powiedzieć wcześniej ale…skleroza. Przepraszam, kocham cię. Do zobaczenia. I.”


Wróciłam do stołu i schowałam telefon do małej kopertówki.  Dokończyłam śniadanie, a po nim wsiadłam do samochodu taty. Kierunek-Brackel.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce pod ośrodkiem treningowym stało już sporo samochodów.
-Spóźniliśmy się?
-Trener nigdy się nie spóźnia, to piłkarze są za wcześnie.
-Zapamiętam.-zaśmiałam się i wysiadłam z auta. –Kiedy będą szanowni panowie dyrektorzy?
-Powinni być. Zaraz zadzwonię.- odszedł dwa kroki i wybrał numer. Ja korzystając z okazji wyjęłam telefon, żeby zobaczyć czy Marco przypadkiem się  nie odezwał.

„Zaintrygowałaś mnie. Rozumiem, że dowiem się jeszcze dzisiaj?”


„Tak.”


Odpisałam mu krótko. I rzeczowo… Czując, że mój żołądek wywija fikołki ze stresu.

-Pójdziesz ze mną na boisko, stoją w korku.
-A przypadkiem pan Watzke nie mieszka koło nas?
-Musiał pojechać po Zorcka.
-Mogłam pojechać z nim.
-Inga! Nie wymądrzaj się! Na boisko.-zaśmiał się i wskazał mi drogę w kierunku wyjścia.



Weszliśmy przez szatnie, gdzie tata po zajrzeniu stwierdził dziwiąc się dość mocno, że nikogo nie ma.
Poszliśmy więc na boisko.

-Widzisz to co ja?-obejrzał się na mnie a ja wyjrzałam mu przez ramię. Chłopaki siedzieli na murawie gadając jeden przez drugiego co chwila się śmiejąc.  Weszliśmy na boisko, myknęłam niezauważenie na jedno z krzesełek przeznaczonych dla rezerwowych. Tata poszedł w drugą stronę a ja zapatrzyłam się na Marco, który był pochłonięty rozmową z Mario uśmiechając się szeroko. Uwielbiałam jego uśmiech. Mogłabym na niego patrzeć całe życie. I być najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

-Moja córka Inga… Inga?-usłyszałam głos taty, który zaczął rozglądać się za mną. Poderwałam się z krzesełka podchodząc do niego i kilku innych mężczyzn ubranych w zwykłe jeansy i jakieś bluzy.
-Inga.-powiedziałam z uśmiechem stając koło taty.
-Witamy, witamy. Arno Michels, Rayney Shrey, Andreas Beck…- próbowałam zapamiętać wszystkie nazwiska, jednak wymieniane tak szybko były trudnym wyzwaniem. Jak się okazało panowie byli ze sztabu szkoleniowego, musieli stawić się na pierwszy trening.

-Usiądę i poczekam. Nie będę wam przeszkadzać. –powiedziałam i zajęłam poprzednie miejsce.
Tata gwizdnął po raz pierwszy na dobrą sprawę w tym sezonie chłopaki odwrócili się w jego stronę. Marco przebiegając wzrokiem zauważył mnie. Jego oczy zaiskrzyły. Posłał do mnie jeden z ze swoich idealnych uśmiechów zarezerwowanych tylko dla mnie.

-Myślałem, że będziecie siedzieć w szatni na tyłkach a wy na boisku, przebrani… Nie przewidywałem treningu… Ale skoro nalegacie, to dam wam ten stęskniony wycisk. –uśmiechnął się szeroko tata gasząc wielką radość wśród piłkarzy, choć wiem, że tylko pozornie. Jestem pewna, że nie mogli doczekać się rozpoczęcia sezonu piłkarskiego. Wiem z jaką miłością i pasją grają w piłkę. Jaką radość im to sprawia. A ja mam wrażenie, że to będzie naprawdę wyjątkowy sezon.

-Inga?-nawet nie zauważyłam, kiedy nade mną stanął tata. Zadarłam głowę by na niego spojrzeć
-Przepraszam, zamyśliłam się. Co się stało?-zapytałam a on przede mną ukucnął.
-Wiem, że o tym nie rozmawialiśmy o tym… Ale nie wiem, powiemy im?
-O psychologu?
-Też. I wiesz, o nas.-powiedział a ja zaczęłam śmiać się w niebogłosy. Wręcz histerycznie. Po przeanalizowaniu swoich słów tata złapał się za głowę i sam zaczął się śmiać. Kilka zawodników patrzyło na nas ze zdziwieniem.
-Chodź, zrobim se comming-out’a.-zachichotałam wycierając delikatnie łzy zaczynające spływać po moim policzku.
-Nie dam rady!-ryknął śmiechem siadając na moim miejscu, z którego chwilę temu wstałam.
-No chodź.-wyciągnęłam dłoń w jego kierunku ponownie parskając śmiechem
-Dziewczyno, tracę na mojej grozie.
-Sam zacząłeś.-wytknęłam mu nie mogąc przestać się śmiać.
-Poddaję się. –pokręcił głową i otarł łzy spod okularów. –Idziemy.



Akurat trener siłowy kończył przemowę, kiedy oboje do niego dotarliśmy.

-To chyba ja już kończę. Jürgen, jeszcze coś ci się przypomniało?-uśmiechnął się w naszą stronę.
-Muszę wam coś powiedzieć. Dwie wiadomości związane z tą oto piękną panną. –uśmiechnął się do mnie i kontynuował dalej. -Nie przygotowałem jakoś specjalnej mowy, choć pewnie powinienem… Dobrze wiecie chłopcy, że traktuję was jak własnych synów, chciałbym, żebyście wiedzieli jako jedni z pierwszych. Po was zostaną już tylko brukowce…-zaśmiał się pod nosem, a ja spojrzałam na chłopaków z minami mówiącymi „No dzięki”. –W moim życiu zaszło trochę zmian i nowości… Pozytywnych.-posłał mi ciepły uśmiech –Część z was już wie, Ameryki nie odkryję. No a więc… Nie wiem jak to mam najprościej wam powiedzieć, bo dla mnie, a co dopiero dla Ingi ta wiadomość była dość…

-Jestem jego córką.-powiedziałam krótko przerywając mu w wywodzie. –I jestem waszym psychologiem przez najbliższy miesiąc.-dodałam i zacisnęłam oczy a po chwili je ponownie otworzyłam by sprawdzić reakcję chłopaków. Część patrzyła na nas z otwartymi oczami, inni zaśmiali się jakby nie mogli uwierzyć, Mario wstrząsnął obojętnie ramionami, co wywołało mój cichy śmiech, a Marco patrzył na mnie zachwycony. Nie był zły. Był…Dumny.

-Zarząd sam to zaproponował, żeby nie było, że układy. …Coś powiecie?
-Wow, gratulacje!-uśmiechnął się szczerze Moritz
-Fajnie, że będzie naszym psychiatrą.
-Psychologiem.-poprawiłam Nuriego
-Kto by tam na to zwracał uwagę.
-Dobra, panowie. Na dzisiaj trochę ćwiczeń rozciągających, skoczcie po maty i zaczynamy, potem do domu i ruszamy z kopyta z treningami.
-Tak jest!-odpowiedzieli z uśmiechami. Zanim jednak wyszli podchodzili do nas z gratulacjami i zapewnianiem, że bardzo się cieszą a tym bardziej, że zostaję w Dortmundzie. Marco poszedł z Mario po swoje maty pochłonięty rozmową. Jakby nie widzieli się od stu lat.
Tym razem już na spokojnie usiadłam na krześle i obserwowałam trening chłopaków. Właściwie cały czas mój wzrok spoczywał na Marco. I to niby ja mam boski tyłek? No błagam!

-Inga, limuzyna po ciebie. –uśmiechnął się do mnie tata stając przede mną.
-Już? Zgubiłam poczucie czasu.
-Wiadomo na kim twój czas się zatrzymał. –zarechotał pod nosem
-Uważaj, bo nie zrobię kolacji.
-I tak miałaś gdzieś wychodzić, więc byś nie zrobiła…
-Cholera! Wychodzić! Prawie bym zapomniała. Kolacja z rodzicami Marco.
-Serio?
-Yhym…
-No to nieźle go wzięło. Nie będę go dzisiaj męczył, niech się jeszcze jakoś chłopak na tę kolacyjkę prezentuje.
-Obiad.
-To jeszcze jasno będzie… Dopilnuję, żeby umył włosy.-zaczął się śmiać
-Dzięki.-odpowiedziałam, kiedy zbliżaliśmy się w stronę opuszczenia boiska. –Tato, mogłabym trochę prywaty na treningu i zamienić dwa słowa z Marco?
-Niech już ci będzie. Trzy minuty.
-Wyrobię się. –odpowiedziałam, a po chwili tata zagwizdał i przywołał do nas gestem ręki blondyna. Podbiegł do nas z wielkim uśmiechem na twarzy. Tata rzucił "Tylko grzecznie” i poszedł do drużyny.


-To… Nie jesteś zły, że ci nie powiedziałam?
-Cieszę się, że masz tę pracę. Czemu tylko na miesiąc?
-Na tyle jestem potrzebna, żeby ogarnąć papiery a oni znajdą w tym czasie mojego zastępcę.
-Nie chcę zastępcy.-spojrzał w moje oczy i splótł ze swoimi moje dłonie.
-Będziesz miał prywatne porady psychologa kiedy tylko będziesz chciał.
-Ile bierzesz za godzinę?
-Dwa, cudowne, zwalające mnie jak zwykle z resztą z nóg pocałunki.
-Hmm… Kusząca oferta. Mam nadzieję, że to tylko taka dla mnie. A gdzie teraz jedziesz?
-Publicznie i oficjalnie podpisać umowę na SIP, stąd też na galowo. Pan Zorc razem z Watzke czekają na mnie pod ośrodkiem.
-Nie będę cię zatrzymywać. Dasz radę.
-Boję się bardziej o coś innego.
-Obiad z moimi rodzinami?-zaśmiał się patrząc na mnie z ogromną miłością –Nie ma czego. Zobaczysz. Przyjadę po ciebie po treningu. Może jeszcze zahaczę o mieszkanie, żeby się przebrać.
-Oficjalnie?
-Dżisny i T-shirt. Możesz założyć to samo.
-W życiu.
-Idziesz w tym?
-Coś jest złego w tym stroju?
-Wyglądasz co najmniej seksownie. Borussia zyska wielu kibiców widząc cię na oficjalnej stronie. Jednak ubierz się normalnie.
-A więc idę w moim nienormalnym stroju. Napisz do mnie jak się będziesz po mnie wybierał.
-Złośliwcu, kochany.-powiedział półgłosem a po chwili namiętnie wpił się w moje usta. Objęłam go w pasie i całkowicie poddałam się temu zniewalającemu doznaniu. Chwila mogłaby trwać wiecznie, ale zaczęłam się śmiać, kiedy usłyszałam gwizdy i wiwaty ze strony boiska. Oparł swoje czoło o moje i uśmiechnął się pod nosem.

-Miłego tłumaczenia się.
-Zawsze mnie wkopiesz, kochanie. –kurczę, „kochanie”. Powiedziałam tak do niego po raz pierwszy kiedy zasypiałam…na dobrą sprawę w ramionach Mario. Zapamiętał sobie i będzie mnie teraz tym nękać.
-Nie śmiej się ze mnie.
-Nie śmieję. Spodobało mi się, kiedy tak do mnie powiedziałaś.
-Naprawdę…kochanie?
-Naprawdę, kochanie.-odpowiedział –Do zobaczenia?
-Pa. –odpowiedziałam, a kiedy mieliśmy już się rozdzielać tym razem ja przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam delikatnie.


-Fee, idźcie chociaż do składziku, nie przy ludziach!-krzyknął do nas Auba na co Marco już miał mu pokazać środkowy palec. Złapałam w porę jego dłoń i pomachałam nią tylko ze śmiechem.

-No co?
-Wiadro.
-Gdzie?
-Pewnie w składziku. Lecę, bo zaraz odjadą.


Pod wyjściem z Brackel stał czarny Opel. Przed nim opierał się sam Hans-Joahim Watzke. Widząc mnie na przywitanie wysiadł też Zorc. Przywitałam się z nimi  i  przeprosiłam, że musieli długo czekać. Pojechaliśmy pod Idunę i weszliśmy do części biurowej. Wjechaliśmy windą na ostatnie piętro i weszliśmy do hmm…Nawet można by było powiedzieć, że salki. Kojarzyłam ją ze zdjęć, kiedy piłkarze podpisywali kontrakty. Na wprost od drzwi stało duże, czarne biurko z trzema krzesłami. Na dłuższej, czarnej ścianie widniało ogromne logo BVB.
Przywitaliśmy się z fotografami. Zaśmiałam się dowiadując się jak bardzo to wszystko będzie prowizoryczne. Moim zadaniem było przyłożyć pióro do mojego podpisu złożonego kilka dni wcześniej i uśmiechnąć się do kadru. Potem jeszcze jedno z panem Watzke i Zorckiem. Hans pomógł mi wymyślić jakąś sensowną przemowę. Fotografowie z BVB.de byli tak mili, że pozwalali mi powtarzać to co miałam powiedzieć ile tylko zechcę. Chyba za dziesiątym razem zabrzmiało to prawidłowo i naturalnie. Zapozowaliśmy do zdjęcia koło herbu BVB i to okazało się ostatnim moim zadaniem z listy tych zawodowych. Najgorsze było wciąż przede mną.
Pan Watzke był na tyle miły, że podwiózł mnie do domu. Po drodze wyjaśnił mi, że przed wylotem drużyny na obóz przygotowawczy dostanę własny identyfikator i pokaże mi moje biuro, czego dzisiaj zapomniał.
Po wejściu do domu mój nastrój z tego miłego i spokojnego zamienił się na typową spinę. Stanęłam przed szafą z pytaniem „Co mam cholera ubrać?!”. Wyjęłam z niej cztery moje ulubione sukienki, do tego trzy pary butów, żakiety, swetry, jeansy a nawet T-shirty. Jednym słowem zwariowałam.


„Masz wolną chwilę? Potrzebuję rady.”

Ania wydawała się odpowiednią osobą na to miejsce. Zwłaszcza, kiedy naprawdę zależało mi, żeby odbudować naszą relację.

„Skype. Lecę do Londynu na trening, zapomniałam ci powiedzieć.”

„Mogę teraz?”


Chwilę później usłyszałam sygnał nadchodzącego połączenia. Podbiegłam do laptopa i już po chwili na ekranie ukazały mi się dwie uśmiechnięte twarze Ani i Katherin.

-Hej dziewczyny, już w samolocie?
-Tak, właśnie co dopiero wystartowałyśmy.-oznajmiła ciemnooka z szerokim uśmiechem –To  jak? W czym radzimy?
-Obiad u rodziców Marco.
-Jakiego Marco?
-No jej chłopak! Dziewczyno, weź nawet o takie rzeczy nie pytaj!-zaśmiała się Lewandowska –Ciuchy rozumiem. Pokaż co masz.
-Marco powiedział, że ubiera zwykłe jeansy i koszulkę. Ja raczej tak nie pójdę.
-No to jest oczywiste. Nie pójdziesz ani w jeansach, ani w tym co masz na sobie chociaż ładne.
-W tym co mam to podpisywałam umowę z Borussią.
-I jak było?
-Takiej ściemy to ja jeszcze w życiu nie widziałam. Domyślam się, że normalne podpisywanie umowy przez jakikolwiek sztab wygląda od wewnątrz bardziej wiarygodnie. Podpisywałam umowę, która była już podpisana i dziesięć razy powtarzałam kwestię do wywiadu. Śmiać mi się chciało.
-Domyślam się! Wiesz co, idź przebierz się w szlafrok i postaw laptop tak, żebyśmy w międzyczasie wybrały coś dla ciebie.
-Tak jest.



Kilka minut później wróciłam do pokoju trafiając na zawziętą dyskusję a propo mojego stroju.

-I jak? Która?
-Czerwona! Zdecydowanie. Poparcie ojca będziesz miała już na wejściu.-zaśmiała się Lewandowska
-Żadna czerwona! Odkładam ją. Nie będę wyglądała jak ta Jessica.. no… Volkswagen.
-Marcedes.-poprawiła mnie rechocząc ze śmiechu karateczka
-Jeden dystrybutor. Dobra, to która? Katherin? Jakiś pomysł?
-Ta beżowo-brązowa. Ułożona, grzeczna, a twój chłopak padnie z zachwytu.
-Dobra, przekonałaś mnie. Te baleriny do tego.
-Yep. I delikatne cienie beżowe z kreską i będzie bosko.
-Dzięki, jesteście kochane. Lecę, zaraz pewnie Marco przyjedzie.
-Powodzenia!
-Przyda się. Buziaki.





-Inga!?-usłyszałam krzyk taty z dołu
-Pindrzę się w łazience! Zaraz zejdę!-odkrzyknęłam i zaczęłam nakładać szminkę na usta
-Uważaj co mówisz, mamy gości! –jak tylko to usłyszałam szminka zmieniła tor i pojechała pionowo w dół aż do brody. Kurna. Ja to umiem się wkopać. Zmyłam różową kreskę i pomalowałam tam, gdzie powinnam.
Z duszą na ramieniu schodziłam po schodach, jednak napięcie zeszło widząc tatę i Marco żywo dyskutujących.
-O. Widzę, że już wypindrzona.-zaśmiał się tata spoglądając na mnie
-Nigdy więcej mnie tak nie strasz.
-Oj tam. Ale za to jak szybko się uwinęłaś.
-Kurczę, torebka! Zaraz będę!-zaśmiałam się i pobiegłam z powrotem po schodach do mojego pokoju.





***





Droga minęła nam na słuchaniu piosenek w radiu. Sama o nie prosiłam aby jakkolwiek rozładować moje nerwy. Nie pomagało.

-Mówiłem ci już, że pięknie wyglądasz?
-Dwadzieścia minut temu. Jeśli ten korek zaraz się nie ruszy to się spóźnimy.
-Spokojnie, mamy jeszcze czas.
-Dziesięć minut to jest czas?
-Dom jest tu za zakrętem w uliczce. Nie denerwuj się, aniele, wszystko będzie dobrze, zobaczysz.- chwycił mnie za dłoń i złożył na niej subtelny pocałunek.
-Kim są właściwie twoi rodzice?
-Mama prawnik, ojciec lekarz.
-Nie mówisz serio.
-Mówię. Coś w tym dziwnego?
-Mogłeś mi powiedzieć! Przygotowałabym się o czym moglibyśmy rozmawiać! Nie wyszłabym na debilkę. Marco, to będzie katastrofa. –schowałam twarz w dłoniach. Marco zatrzymał samochód i przytulił do siebie.
-Jeszcze będziesz się śmiać z tej twojej paniki. Zobaczysz. Jeśli to cię uspokoi to ja też ani trochę nie znam się na ich pracy, a oni sami nie poruszają tematów zawodowych. Jak już to o mojej pracy rozmawiamy.
-Jak zaczynałeś grać w juniorach to miałeś pięć lat? Nie. Ile? Cholera.
-Inga!-parsknął śmiechem, a widząc po chwili moją obrażoną minę pocałował mnie jednym z tych pocałunków, przez które miękną mi nogi. I schodzi cały stres. Tak, całe popołudnie tego potrzebowałam. –Idziemy? –zapytał patrząc w moje oczy. Starłam moją szminkę z jego ust i wzięłam głęboki oddech.
-Miejmy to już za sobą. Aczkolwiek boję się, że nie dojdę. Nogi mam jak z waty.
-Jeszcze się stresujesz? Mam cię jeszcze pocałować?
-To przez te twoje pocałunki, ale tak, możesz jeszcze.






W końcu przeszliśmy przez podjazd i zadzwoniliśmy do drzwi. W mojej głowie pojawiła się myśl, czy rodzice Marco wiedzą, że byłam już raz u nich w domu. Nie dane mi było pomyśleć, bo w drzwiach stanęła dość niska, kobieta, blondynka z kilkoma kilogramami nadwagi, za to wyglądała bardzo serdecznie. Poczułam, że mogłybyśmy się naprawdę dobrze dogadywać. Zawód prawnika zupełnie jej nie pasował.

-Jesteście już! Chodźcie, dzieci, nie będziemy się witać w progu. –zaprosiła nas z uśmiechem do przedpokoju. Marco śmiejąc się wciągnął mnie za sobą jak małe dziecko.
-Thomas, chodź, mamy gości!-zawołała w głąb domu. Chwilę później koło niej zjawił się postawny, siwy mężczyzna, dość poważnie wyglądający. Jemu zawód prawnika bardziej by pasował. Sędzi. Albo kata.

-Mamo, tato, to jest właśnie Inga.-powiedział oficjalnie Marco przyciągając mnie delikatnie do siebie
-Bardzo mi miło cię wreszcie poznać! Marco mi tyle o tobie opo…
-Mamo!
-Oj dobrze, już, dobrze. Wybacz. Jaka z ciebie chudzinka! A tak, zapomniałam się przedstawić, Manuela Reus. –nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć byłam już ściskana przez kobietę
-Bardzo się cieszę, że mogę państwa poznać.-zwróciłam się do obojga. Tata Marco stał w progu dopinając mankiet od błękitnej koszuli.
-Thomas.-szepnęła szturchając męża pani Manuela.

-Miło, że wreszcie do nas przyjechałeś, synu. –powiedział z dystansem obdarowując mnie lodowatym spojrzeniem. Dlaczego nie posłuchałam Ani i nie założyłam czerwonej sukienki?











~~~

Dziękuję.
Przede wszystkim od tego powinnam zacząć. Zarówno za cudownych 11 komentarzy pod poprzednim rozdziałem, pod ostatnią notką jak i prywatnie ...Za wasze wsparcie i wiarę we mnie. Naprawdę, jestem przeeszczęśliwa mogąc pisać dla tak wspaniałych osób. Za wszystkie ciepłe słowa bardzo, bardzo, bardzo dziękuję, jesteście wielkie. <3 ..
Rozdział w końcu dokończyłam (nie pozwoliłabym sobie na to, żeby dzisiaj się nie pojawił!:) )
Jest słaby, i jestem tego świadoma. Wena nie sprzyjała jak powinna-kolejny będzie lepszy..(mam nadzieję!:) ) i pojawi się za tydzień. 
Mam nadzieję, że nie zapomniałyście o tym blogu i jesteście tu jeszcze ze mną:)
Jeszcze raz dziękuję, 
Ściskam mocno<33

niedziela, 17 stycznia 2016

Informacja.

Za tydzień w sobotę tj. 23.01 rozdział 43 się nie pojawi...
Tak samo po 49 rozdziale będzie miała miejsce 2-tygodniowa przerwa (to wypada dopiero na początku marca, ale chciałabym, żebyście wiedziały..)
Oczywiście po tych dwóch tygodniach pojawi się 50 i cała kontynuacja i blog będzie miał swoje zakończenie, nie to, że zawieszam.
Przepraszam, jeśli Was zawiodłam, i macie prawo być na mnie złe..sama na siebie jestem..
Czasami po prostu nieodwracalnie znikają marzenia i pasja, nadzieja i szczęście..i jest jedna wielka pustka. I trzeba się zmusić, żeby się z niej wydostać. Wiem, że w najbliższych dniach nie dam rady nic napisać, dlatego już teraz to piszę. 30.01 na pewno 43 część będzie choćbym miała i stanąć na rzęsach i walczyć o to sama z sobą...
Wczoraj pojawiła się 42 część, więc jeśli nie przeczytaliście, to zapraszam.
I jeszcze raz przepraszam.

sobota, 16 stycznia 2016

Czterdzieści dwa.




-Inga! Jak miło cię widzieć!-otworzyła mi Ania –Chodź, wejdź.
-Jest też Robert?
-Tak, właśnie skończyliśmy kolację. Może też chcesz zjeść? Zostało jeszcze trochę.
-Dziękuję kochana, nie trzeba. Chciałabym z wami porozmawiać.
-Coś do picia?
-Nie, naprawdę nie rób sobie problemu… A gdzie Lewy?
-Chyba poszedł podładować telefon. No, to o czym chciałaś pogadać? –modliłam się w myślach, żeby nie zobaczyła, że się denerwuję.
-Poczekamy na Roberta, okej?
-No dobra.-wzruszyła lekko zdziwiona ramionami –Robert, możesz przyjść?
-Idę, idę!-usłyszałyśmy go ze strony schodów –O! Guśka!-uśmiechnął się szeroko i przytulił mnie
-Inga chciała pogadać.-powiedziała tytułem wyjaśnienia Ania
-No to..Siadaj i gadaj!-zaśmiał się Lewy i usiadł na kanapie koło żony. Ja postanowiłam usiąść na fotelu z boku.
-Jest sprawa… Trochę nie wiem jak zacząć. Wiecie, że jesteście dla mnie jak rodzina. Jesteście dla mnie bardzo ważni… I nie chciałabym ukrywać przed wami bardzo ważnych rzeczy, które dzieją się w moim życiu..Żebyście dowiedzieli się wcześniej od całej reszty, albo z gazet…  Chciałabym, żebyście szanowali moje decyzje i mnie w nich wspierali…Nie wiem jak mam to powiedzieć…
-Cytując ciebie to prosto z mostu.-uśmiechnął się pokrzepiająco Lewy
-Czasami się tak nie da.-westchnęłam
-Zawsze się da, no dalej, Gusia, nie zjemy cię.
-Chodzi o to, że… Ja… Ja i Marco jesteśmy razem.-proszę bardzo, powiedziałam. Z prędkością światła ale powiedziałam. Popatrzyłam się na Lewandowskich. Ania pobladła, Lewy napotykając mój wzrok uśmiechnął się w końcu.
-No…-powiedział –No to szczęścia.
-Proszę, nie miejcie mi tego ani Marco za złe. Kocham go, a on kocha mnie. Jest nam ze sobą dobrze. Wiem, że w Malezji Marco zachował się tak a nie inaczej, wiem, że martwicie się o mnie, ale… Każdy człowiek popełnia błędy…
-Gdyby mu na tobie zależało nie zrobił by ci krzywdy.-odezwała się w końcu Ania tak chłodnym głosem, że poczułam lekkie ciarki na plecach
-Nie oceniaj go po tym. Był pijany.
-To co?! Jak będzie znowu pijany to cię uderzy i co, zwalisz na to że to nic bo był pijany?
-Nie mów tak. On taki nie jest.
-Skąd wiesz? Znasz go od przed chwili!
-Jak możesz tak mówić?!-coś we mnie pękło. Nie mogłam tego dłużej słuchać –Myślałam, że jesteś moją przyjaciółką, chcesz, żebym była szczęśliwa! A kiedy w końcu jestem robisz wszystko, żeby to szczęście zniszczyć! A moje szczęście jest zależne właśnie od Marco. I nie zmienisz tego. Ufam mu. I go kocham. Widzę, że bez sensu tu przychodziłam. Dobranoc.-wyszłam w pośpiechu z ich domu i ruszyłam biegiem przed siebie w kierunku galerii zadając sobie pytanie jak ona mogła. 
Nie zauważyłam nawet momentu, kiedy to wszystko się posypało. Kiedy już nie miałam siły biec usiadłam na ławce i zaczęłam płakać.


-Inga.-usłyszałam głos…Roberta. Podniosłam głowę. Stanął samochodem na drodze i otworzył drzwi pasażera. –Chodź.
Nie zostało mi nic innego jak wsiąść do samochodu..chyba jeszcze przyjaciela. Usiadłam, zamknęłam za sobą drzwi i spojrzałam załzawionymi oczami na Polaka. Wyjął chusteczkę z kieszeni i mi ją podał. Otarłam oczy i wydmuchałam nos.

-Chodź tu, mała.-rozłożył szeroko ręce a ja mocno go przytuliłam
-Robert…
-Przykro mi z powodu Ani. Nie wiem co w nią wstąpiło. Nawet mnie nie wysłuchałaś.
-Nie dawałam już rady, musiałam wyjść.
-Ja też.-zaśmiał się. –Chcę, żebyś wiedziała, że cieszę się, że jesteś z nim szczęśliwa… Jednak… Uważaj też na niego.
-Dlaczego?
-Po prostu…-zasępił się patrząc przed siebie. Nie rozumiałam kompletnie o co z tym chodzi. Watzke, Ania, teraz Robert. Co stało się takiego, że „mam na niego uważać”?  -Odwiozę cię do domu a potem wrócę pogadać z Anią… No bo cóż mi zostało.
-W domu jest gościnny.
-Nie kuś.-zaśmiał się –Muszę wrócić do żony. Tym bardziej, że gryzie.
-Może to ja za bardzo na nią naskoczyłam…
-Nie. Miałaś prawo się zdenerwować. Zrobiłbym tak samo na twoim miejscu… Tylko ciii…



Dziesięć minut później podjechaliśmy pod dom. Pożegnałam się z Robertem w naprawdę miłej i ciepłej atmosferze. Dał mi do zrozumienia, że zawsze mogę na niego liczyć i mieć w nim wsparcie.
Weszłam szybko do domu. Tata siedział w tym samym miejscu przeglądając jakieś papiery.

-Tak szybko?-nawet nie wyjrzał, czytał jakąś umowę.
-Tak, Robert mnie odwiózł. Pójdę do siebie na górę. I chyba wcześniej się położę.
-Okej, dobranoc.-powiedział i zaczął przeliczać coś na kalkulatorze
-Pracoholik…
-Słyszałem!
-Ciesz się, wczesne stadium!-zaśmiałam się pod nosem i popędziłam do mojego pokoju.

Wzięłam gorący prysznic, nasmarowałam się owocowym balsamem i przebrałam się w piżamę. Położyłam się w moim łóżku i próbowałam sobie wszystko poukładać. Mimo wziętego prysznica, który zwykle mnie odprężał napięcie, gniew i rozczarowanie jeszcze we mnie buzowały. Pod wpływem chwili chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do Marco.

-Już się za mną stęskniłaś?-usłyszałam jego ciepły głos
-Marco…-westchnęłam łamiącym się głosem i nie mogłam już powstrzymywać łez.
-Inga, co się stało?
-Ja… Byłam u Lewandowskich i…
-Aniele, uspokój się… Spokojnie, powiedz wszystko od początku.
-Nie, niepotrzebnie dzwonię, przepraszam. Nie martw się. Dam sobie radę. Śpij dobrze.
-Inga…
-Do jutra.-rzuciłam szybko i rozłączyłam się. Cichy płacz zamienił się w szloch. 
Wtuliłam twarz w poduszkę, żeby nie było słychać. Ania była dla mnie tak ważna…Jak siostra. I nadal jest… Nienawidzę się z nią kłócić. Jak mogła tak powiedzieć. Nie widzi, że jestem szczęśliwa?
Mój płacz nie miał końca. Czułam się jakby oderwana od świata. 

Podskoczyłam nagle jak poparzona czując czyjeś ręce na moich plecach.

-Ciiii…Proszę, nie płacz. –To był Marco. Przyjechał tu specjalnie dla mnie. Jeden przerwany telefon a on po kilkunastu minutach jest już przy mnie. Wdrapałam się na jego kolana i mocno się w niego wtuliłam. Zapach jego skóry połączonego z perfumami działał na mnie kojąco. Uspokajał mnie. Mój Marco. Zaczął głaskać mnie po włosach i plecach. –Spokojnie…-szepnął mi do ucha i pocałował je
-Marco…
-Kochanie moje… Jestem tu.
-Nie musiałeś.
-Chłopak nie jest tylko od chodzenia na randki. A przynajmniej ja.-uśmiechnął się delikatnie i pocałował mnie w czoło.
-Dziękuję, że przyjechałeś.
-Co się stało? Poszłaś im o nas powiedzieć?
-Tak… Robert przyjął to jakoś, nawet mi pogratulował, ale Ania… Zawsze była dla mnie jak siostra, ale teraz… Powiedziała, że nie jesteś odpowiednim facetem dla mnie, uważa, że mnie skrzywdzisz, i fizycznie i psychicznie. Powiedziałam jej, że cię bardzo kocham i że ty kochasz mnie ale jakby w ogóle to do niej nie dotarło. Mówiła zawsze, że chce mojego szczęścia… A kiedy je odnalazłam to ona… Po prostu mnie rani. I to tak boli. Nie chcę wybierać między nią a tobą. Jesteście dla mnie oboje ważni. Ona musi to zaakceptować, nawet nie wymagam, żeby cię wielbiła. Jesteś moim szczęściem, moją miłością i tak już zawsze będzie. Nie pozwolę, żeby ktoś to zniszczył. Chyba, że to wszystko pójdzie do samodestrukcji…
-Nawet tak nie mów. Kocham cię. I nie pozwolę, żeby ktoś cię ranił… Mam świadomość, że to przeze mnie…
-Nie!
-Gdybyśmy nie byli razem…
-To moje życie nie miało by sensu, radości i nie było by wypełnione miłością jaką od ciebie dostaję. Jesteś czymś najwspanialszym co mi się przytrafiło w życiu i dziękuję Bogu, że to właśnie ty stanąłeś na mojej drodze, arogancki, rudy, wkurzający do granic możliwości…a ja zdołałam pokochać cię taką miłością o jakiej istnieniu w życiu bym nie pomyślała.-wyznałam ze łzami w oczach. 
Marco uśmiechnął się i spojrzał na mnie z tak wielką miłością. Położył dłonie na moich policzkach, starł kciukami łzy i mocno pocałował. Oddałam jego pocałunek i założyłam dłonie na jego szyję. Marco popchnął mnie na poduszki pogłębiając pocałunek. Jego dłonie błądziły po mojej talii, brzuchu, biodrach, aż zjechał na pośladki i dość mocno je ścisnął, to już podziałało na mnie jak kubeł zimnej wody

-Nie.-szepnęłam i zaczęłam odpychać go rękami. –Nie, proszę..-powtórzyłam z paniką w głosie. Marco natychmiast ode mnie odskoczył i spojrzał na mnie z przerażeniem. Wstałam szybko z łóżka i oparłam się o chłodny parapet. Złapałam kilka głębszych oddechów i zacisnęłam mocno oczy. Wiedziałam, że Marco stoi tuż za mną. Nie podszedł bliżej, nie dotknął mnie.

-Inga, ja… Boże, przepraszam… Nie chciałem zrobić ci krzywdy, przepraszam.Inga…Powiedz coś, błagam…-odwróciłam się do niego i złapałam za dłoń. Widziałam w jego pięknych oczach ból.
-Spokojnie… Już w porządku.
-Co się… Ja…
-Chodź, usiądziemy.-pociągnęłam go za rękę na łóżko i przytuliłam mocno. –To ja przepraszam.
-Nie masz za co.
-Niepotrzebnie aż tak mocno zareagowałam. Po prostu to była chwila, impuls, przepraszam. Pewnie cię wystraszyłam.
-Dlaczego…
-Proszę, nie obwiniaj się za to. To nie twoja wina. To ja muszę się przyzwyczaić…
-Dotykałem cię wcześniej…
-Ale nie…
-Ach, rozumiem.-uśmiechnął się słabo.
-Marco, posłuchaj.-wdrapałam się na jego kolana i usiadłam na nich okrakiem –Wiedziałam, że to szybciej czy później może się wydarzyć… Po prostu… Ten facet… Jak miałam siedemnaście lat…Dotknął mnie tam i..próbował zgwałcić. Więc nie mam najlepszych wspomnień i po prostu muszę się przyzwyczaić, dobrze? Stopniowo. Zrozum ja…
-Rozumiem, kochanie, obiecuję, że już nie będę.-powiedział z ulgą i przytulił do siebie
-Ale ja właśnie próbuję powiedzieć, że chcę żebyś to robił…-powiedziałam, a moje zawstydzenie sięgało już granic.
-Nie rozumiem…-uśmiechnął się szeroko i złapał moją brodę by skierować tak, żebyśmy patrzyli sobie prosto w oczy.
-Po prostu rób to, tylko delikatnie i…na pewno nie dzisiaj. Mam już dość atrakcji jak na jeden dzień.
-Postaram się, aniele. Dołożyłem ci niepotrzebnych wrażeń.
-Ujęłabym, że bardziej urozmaiciłeś mój dzień. Kocham cię bardzo.-pocałowałam go delikatnie, a zaraz potem ziewnęłam
-Zmęczona?
-Trochę. Zostaniesz?
-A mam?
-A możesz?
-Zawsze.-zaśmiał się –Nie martw się Anią. Porozmawiamy z nią, zrozumie. Zrozum, że bardzo się o ciebie martwi.
-Wiem, ale nie powinna aż tak reagować.
-Chce cię chronić. Mówiła sama kiedyś, że jesteś dla niej jak młodsza siostra. Starsze siostry zawsze chcą chronić młodsze… Dobrze, że jestem chłopakiem.-zaśmiał się i pocałował mnie w czoło. –Wszystko się ułoży, zobaczysz.
-Cieszę się, że tu jesteś. Wiesz jak mi poprawić humor.
-Na dobrą sprawę to nie wiem, ale jak poprawiam to się cieszę.
-Po prostu jesteś. Chodź, idziemy do łóżka.
-Powiedz to głośniej, żeby twój tata usłyszał.-zaczął się śmiać jak opętany za co dostał ode mnie łokciem po żebrach.
-Chodź już.-weszłam na łóżko i przykryłam się kołdrą. Zrobiłam miejsce dla Marco i kawałek mu odchyliłam. Marco zdjął buty, odłożył telefon na szafkę i położył się koło mnie.
-Kocham cię. Bardzo. –złożył pocałunek na mojej szyi i oplótł moją talię dłońmi
-Jesteś tu samochodem?
-Yhym… Zaparkowałem na podjeździe, spokojnie.
-Przepraszam za to…
-Nie masz za co. Rozumiem. Powiedziałem przecież, że będę czekał ile będzie trzeba.
-I za to też cię kocham. –przytuliłam się do niego i oparłam głowę na jego ramieniu –Wygodnie ci?
-Bardzo. Z tobą mogę spać i w krzakach a i tak będę zadowolony.
-Mnie się jakoś nie widzi spanie w krzakach. –zaśmiałam się i ziewnęłam –Jadłeś kolację?
-Skąd takie pytanie?
-Bo ja nie jadłam.
-Chcesz teraz jeść?
-Nie.
-Mario zrobił jakiś popcorn i trochę zjadłem. Ale nie nazwę tego kolacją.
-Mario był u ciebie?
-Pewnie jeszcze jest.
-Jak to?
-Ma klucze, więc zamknie.
-Napisz mu chociaż, że nie wrócisz. Może będzie czekał.
-Jak się zorientuje, że nie wracam to pójdzie.
-Napisz mu.
-Uparciuch.-westchnął i odwrócił się do szafki nocnej. Po chwili wrócił do poprzedniej pozycji. Niestety z jakąś minutę później znów się odwrócił i odczytał wiadomość.

-Czy zabrałeś gumki…-przeczytał łapiąc się za głowę.
-Oj tak, to mógł napisać tylko Götze. Chodź, śpimy.
-Twój tata mnie nie wygoni?
-Będziesz spał to cię nie wygodni.-zaśmiałam się i przytuliłam się do niego. –Dobranoc
-Dobranoc.




***




Z samego rana obudziłam się w o wiele lepszym nastroju. Jeszcze bardziej ucieszył mnie widok obejmującego mnie przez sen Marco. Wyplątałam jedną rękę z jego żelaznego uścisku i przeczesałam jego włosy. Marco uśmiechnął się i wymamrotał sennie moje imię.
-Budzimy się..-szepnęłam pstrykając go delikatnie w nos. Od razu otworzył oczy i uśmiechnął się do mnie szeroko.
-Dzień dobry.-powiedział i pocałował mnie na miły początek dnia… Bardzo miły.
-Wstajemy?
-Możemy trochę poleniuchować?
-Nie ma opcji. Idę robić śniadanie. Jestem głodna jak wilk.
-Pomogę ci.-wstał razem ze mną, założył buty i schował telefon. Zatrzymał się jeszcze przed lustrem, żeby poprawić swoją fryzurę.
-Jest idealnie.-cmoknęłam go w policzek i otworzyłam drzwi. Wyszliśmy w pokoju i zeszliśmy schodami na dół. W kuchni koło misek siedział już Kloppsik.
-Dasz mu tą saszetkę? Ja zrobię sałatkę.
-Mam mu dać jeść?
-Nie pogryzie cię. Wręcz przeciwnie. Kupisz go jedzeniem. Zobaczysz.
-Robię to dla ciebie.-pokiwał z rezygnacja głową i dał kotu jedzenie. Ja w tym czasie wyjęłam z lodówki fetę, sałatę lodową i warzywa.
-Co mam zrobić?
-Zieloną herbatę. Tylko wody nie przypal.
-Bardzo śmieszne.
-No mnie jakoś to jednak bawi.-zaśmiałam się pod nosem i wróciłam do krojenia sera –Potem możesz wziąć deskę i pokroić papryki w krótkie paseczki.
-Tak jest, szefowo.



Kiedy skończyliśmy przygotowywać śniadanie akurat zszedł tata.
-Dzień dobry, dzień dobry wszystkim. O! Jedzenie. Marco się do czegoś przydaje.-zaśmiał się i usiadł do stołu –Mogę już usiąść, czy jeszcze mam coś wam pomóc?
-Nie, wszystko gotowe, jeszcze chleb.-wzięłam koszyk z pieczywem i postawiłam je na środku.


Zjedliśmy śniadanie w bardzo miłej atmosferze. Tata albo Marco opowiadali coś śmiesznego. Ja sama cieszyłam się jak dwaj bliscy mojemu sercu mężczyźni zajadają się zrobioną sałatką i co chwila jej dokładają.
-Co tak się uśmiechasz?-zapytał tata
-Po prostu mam dzisiaj dobry humor.-powiedziałam spoglądając kątem oka na uśmiechającego się w moją stronę Marco.




-Ja już się muszę zbierać. Naprawdę czas mnie nagli.-stwierdził, kiedy skończyliśmy razem zmywać talerze.
-Musisz iść?
-Muszę. Ale zapraszam cię na obiad. Tym razem masz pole do popisu, nie musisz iść w krótkich spodenkach.-zaśmiał się i złapał mnie za rękę.
-O której będziesz?
-Piętnasta?
-Mi pasuje. Chodź, odprowadzę cię.



Marco pożegnał się z tatą a ja odprowadziłam go do samochodu.
-Jeszcze raz dziękuję, że zostałeś. I że w ogóle przyjechałeś.
-Nie mógłbym inaczej. Kocham cię, aniele.-przytulił mnie do siebie a potem czule pocałował.
-Zobacz.-zaśmiałam się wskazując na Kloppsika, który przyszedł do nas i zaczął ocierać się o nogi Marco –Przekupiłeś go.
-A więc to tak działają koty.-zaśmiał się –To do zobaczenia.
-Yhym…
-Kocham cię, pa.-pocałował mnie w czoło i wsiadł do swojego Astona teatralnie wcześniej strząsając kota z nogi. Zaśmiałam się i pomachałam odjeżdżającemu Marco. Ten mrugnął do mnie okiem, a wyjeżdżając z bramy zamrugał do mnie światłami samochodu.




Wróciłam do mojego pokoju, żeby się przebrać. Nie miałam planów na dzisiaj poza obiadem z moim cudownym chłopakiem, więc postanowiłam założyć dres. Tym razem swój. Kiedy już miałam się zastanawiać co zrobić zadzwonił mój telefon. Cathy, no proszę!

-Halo?
-Cześć kochana, pamiętasz o swoich starych koleżankach?
-Oczywiście, że pamiętam! Potrzebujecie jakiś leków? Chodzik?
-Paskuda jedna, z formy nie wychodzi!-usłyszałam głos Tugby
-Dużo was tam jest?
-Jeszcze jaaaa!-zawołała Lisa
-Ooo, no proszę. To już taka mała impreza.
-No, no, tylko po dziesiątej rano.
-Gdzie wygoniłyście swoich mężów?
-Do Gündogana!-zaśmiała się Silla.
-No proszę. A w jakiej sprawie do mnie telefonujesz?
-Jak to jakiej! Zapraszamy na naszą poranną imprezę bezalkoholową.
-A wiesz? Z miłą chęcią.  Wyślesz mi adres?
-No pewnie! Zaraz wysyłam!
-To do zobaczenia!
-Paaa!


Fakt, po chwili przyszedł do mnie sms z adresem. Szybko wzięłam z szafy czarną spódniczkę, do tego czarne conversy i luźny t-shirt. Szybki makijaż i gotowe. Zbiegłam na dół i akurat zastałam tatę na kanapie…znowu..i znowu przy papierach.

-Drogi pracoholiku, córka ci się wymyka z domu.
-O, tak?-wychylił się znad dokumentacji i spojrzał na mnie zaciekawiony –A gdzie to?
-Do dziewczyn, żon i narzeczonych twoich podwładnych.
-Może być.-zaśmiał się –O której wracasz?
-Nie wiem jak mi zejdzie. Umówiłam się z Marco na piętnastą. Pewnie wpadnę tu przelotem się przebrać. Wróciłabym wieczorem.
-Czyli cała chata moja. Oooo, cudownie.
-Jürgen Klopp robi imprezę?
-Nie jesteś na mojej liście gości. Wywieźć…znaczy…Podwieźć cię gdzieś?
-Nie trzeba. Pracuj sobie w ciszy i spokoju.
-Jak każesz. Baw się dobrze.
-Dzięki i wzajemnie.
-Zapowiada się uroczo.-westchnął w tym samym momencie, kiedy spał mu kalkulator na podłogę.
-Powodzenia!


Wyszłam z domu i postanowiłam przejść się na piechotę do galerii. Tam złapię jedną taksówkę z postoju i pojadę do…no właśnie. Prawdopodobne jest to, że Matsa. Ale mogły być u kogoś innego. Lato dopisywało w pełni. Słońce i błękitne, przejrzyste niebo. Czego chcieć więcej? Hmmm…Może jedynie Marco. Z takimi myślami doszłam pod samą galerię.
Zaczęłam rozglądać się za jakąś taksówką. Kiedy już zauważyłam jedną wolną zagrodził mi drogę jakiś mężczyzna. Odsunęłam się o krok do tyłu i zobaczyłam…Marca…mojego…brata.

-Dobrze, że cię spotkałem. Słuchaj no, ile chcesz pieniędzy?
-Nie chcę żadnych pieniędzy.
-Nie bądź taka. No już. Pół miliona może być? I raz na zawsze odczepisz się od mojej rodziny.
-Nie. Powtarzam to po raz kolejny i ostatni. Nie jestem tu dla pieniędzy. To też moja rodzina i musisz to zaakceptować.
-Nic nie muszę. Zniknij z mojego życia, rozumiesz? Inaczej gorzko tego pożałujesz.
-Grozisz mi? No i co mi zrobisz? Myślisz, że jak jesteś na studiach prawniczych to wszystko ci wolno? Chcesz szukać mojego nazwiska w kartotece? Proszę bardzo, jeśli wolisz legalnie to nawet pozwolę ci na dostęp. Tylko wiesz co? Jest pusta. Nic na mnie nie masz.
-Będę miał. Jesteś oszustką. Testy genetyczne cię zdradzą. I to już nie długo. Wylecisz z tej rodziny tak szybko jak do niej zawitałaś.
-Mylisz się.
-Jeszcze zobaczymy, cwaniarko.  

Wyminęłam go i wsiadłam do najbliższej taksówki. Podałam taksówkarzowi adres i wyglądając przez okno zaczęłam się uspokajać. Wpadłam na pewien pomysł. Wzięłam telefon i zadzwoniłam do taty.

-Halo?
-Cześć tato, wybacz, że przeszkadzam w twojej pracy ale mam pytanie, wiesz może kiedy możemy odebrać wyniki badań?
-Oj, za jakieś pięć dni z poślizgiem od tygodnia. Jeszcze nikt nie dał mi znać z terminem, w którym musimy się stawić. A o co chodzi?
-A nic…
-Gadaj. Natychmiast!
-Jakbyś się już dowiedział to czy mógłbyś wysłać to do Marca?
-Dlaczego?
-Uważa, że nie jestem twoją córką i te wyniki wszystko ujawnią. Chciałabym, żeby tam był i sam otworzył tą kopertę inaczej nigdy nie uwierzy.
-Spotkaliście się?
-Przypadkiem… Nie ukrywam, że to spotkanie nie zaliczało się do najmilszych… Ale nie martw się. Potrzebuje czasu.
-Osiwieję kiedyś przez tego chłopaka. Wierzę ci na słowo. Oczywiście, że możemy tak zrobić. A ty nie przejmuj się i baw się dobrze.
-Pewnie. To pracuj dalej, nie przeszkadzam.
-Paa!


Dziesięć minut później stanęliśmy pod pokaźnym domem. Zapłaciłam taksówkarzowi i wysiadłam z samochodu.
Podeszłam do furtki i nacisnęłam guzik. Po chwili usłyszałam jej bzyczenie. Przeszłam przez duży podjazd a kiedy miałam już pukać do drzwi te otworzyły się a w nich ukazały się twarze wszystkich dziewczyn
-Heej.-uśmiechnęłam się, a te z bananami na twarzach wciągnęły mnie do salonu. Tam stała jedna, olbrzymia kanapa w kształcie litery „U”. Na ścianie rozciągnięty był rzutnik a przed nim stał stolik z miskami popcornu, żelkami a także…maseczki, lakiery do paznokci i kilka kosmetyczek.

-No nieźle..
-No a jak! No chodź, siadaj. Najpierw film, potem salon urody.
-A zdążymy się z tym wyrobić przed piętnastą?
-A czemu tak?
-Muszę iść na obiad…
-Oj, Inga, odgrzejesz sobie.-machnęła ręką Lisa
-No właśnie nie, bo jestem umówiona na obiad…do restauracji.
-Z KIM?-wszystkie chórem zwróciły na mnie spojrzenia, tylko jedyna Cathy, która od początku była prawie pewna, że ja i Marco jesteśmy razem.
-Z chłopakiem. No, a teraz oglądamy ten film.-usiadłam na kanapie czując na sobie zdziwione spojrzenia dziewczyn. Cała piątka weszła mi przed ekran.
-No co?
-Z jakim chłopakiem?-wycelowała we mnie palec Tugba
-Moim. Własnym. Prywatnym, ukochanym. To jak, film?
-Znamy go?
-A kto nie zna Marco Reusa?-wzruszyła ramionami Cathy siadając koło mnie i dając mi kuksańca
-Ała…-spojrzałam na nią wilkiem ale zaraz obie się roześmiałyśmy.
-Wiedziałam. Gdzie wy byliście robiąc to zdjęcie?
-Na jachcie…
-Zabrał tam cię?
-Yhymm…
-I co? I co?-doskoczyły do nas wszystkie WAG’s  i usiadły dookoła
-No i powiedzieliśmy co do siebie czujemy i..złapaliśmy się za rączki jak na parę przystało.
-Oj, Reus chyba cię za rączkę nie łapał. –roześmiała się Silla –I ani buzi-buzi?
-Oj…Troszeczkę.-zaśmiałam się a na wspomnienie naszych pocałunków aż wyszły mi rumieńce.
-Widzę właśnie te troszeczkę. Zrobimy ci maseczkę, manicure paznokci, jakiś ładny kolorek sobie wybierzesz, potem makijaż…
-Sukienki mam w domu.
-Kochanie, mam tu pełno sukienek. Nic się nie martw. Rozmiar na pewno też będzie dobry.-uspokajała narzeczona Hummelsa.
-Reus padnie, zobaczysz.-uśmiechnęła się Tugba –Ej, tak w ogóle nie pogratulowałyśmy naszej nowej WAG!


I tak wszystkie przytuliłyśmy się niczym takie miśki.
Dziewczyny włączyły film, ale żadna się na nim nie skupiała, bo padłam ofiarą nakładania maseczek i piłowania paznokci. W momencie, kiedy wszystkie miałyśmy nałożone maseczki Cat zrobiła nam selfie i wstawiła na Instagrama.
-Teraz paznokcie. Jaki kolor?-postawiły przede mną paletę kolorów a ja zupełnie zgłupiałam. Jeszcze przycięły mi paznokcie na kształt migdałków.
-Wiecie co, może najpierw sukienka?



Wszystkie się uparły na czerwoną sukienkę przed kolano, czarną marynarkę i czarne szpilki…Wysokie niczym wieża Eiffla. Do tego czarna kopertówka. Jednogłośnie stwierdziłyśmy, że najbardziej odpowiedni lakier to będzie czarny. Kiedy już myślałam, że to koniec „tortur” z ich strony… Zagnały mnie do łazienki, gdzie Silla w przeciwieństwie do moich obaw zrobiła mi naprawdę piękny makijaż. Okazało się, że robiła kiedyś kurs dla makijażystek. Sama nie mogłam się poznać w lustrze. Włosy, mimo, że miałam naturalnie kręcone to jeszcze delikatnie podkręciłyśmy lokówką.

-Wow.-powiedziałam jedynie przeglądając się w lustrze.
-No, no, no…-pokiwały wszystkie głowami z aprobatą. –Marco padnie. Mówię ci.
-Chyba wcześniej ja padnę przez te szpile.
-Dasz radę.
-Dziękuję wam, jesteście cudowne. Czuję się jak Kopciuszek, co dobra wróżka przebrała ją w piękny strój na bal.
-Teraz Kopciuszek, ostatnio było Piękna i Bestia.
-Oj tam, to drugie nadal aktualne.
-Widzisz? Teraz twoje życie to bajka!
-W pięćdziesięciu procentach. Mam nadzieję, że się procent podniesie.
-A coś się dzieje?
-Braciszek się dzieje. Długa historia. Nie będę sobie psuć nastroju przed randką.
-Otóż to.
-Inga, wiesz która godzina?
-Oświeć mnie, Cat.
-Za pół randka.
-Słucham? Już!?
-Tak.

-Kochanie, wróciłem na chwilę!... Cat, jesteś?-usłyszałyśmy z dołu wołanie Matsa.

-Jesteśmy na górze!-odkrzyknęła mu.
-Muszę napisać sms’a.-oznajmiłam i wyjęłam telefon z pożyczonej kopertówki Cathy. Pierwszy do taty.

„Przebrałam się u Cathy, będę wieczorem!:)”

A drugi do Marco.
„Gdzie się spotkamy?”


-Hej dziewczyny… Inga, wow, zjawiskowo wyglądasz!-uśmiechnął się szeroko wysoki brunet i objął mnie. –Wybieracie się gdzieś?

-Inga ma randewu z Reusem.-wytłumaczyła mu narzeczona –Podwieziesz ją?
-Nie trzeba, Cat, dam radę, wezmę taksówkę. Nie będę Matsowi głowy zawracać.
-Daj spokój. I tak zaraz jadę to cię podrzucę. –puścił do mnie oko i wyszedł z pokoju.
-No to co, pozostaje nam życzyć ci dobrej zabawy.
-Dziękuję. Na pewno będzie. –w tej samej chwili dostałam sms’a od Marco


„Podwiozę cię. Mogę teraz przyjechać?”


„Nie ma mnie w domu, napisz adres!:)”


Wysłałam sms’a a chwilę później dostałam odpowiedź.

„Rheinische St. …z kim jedziesz?”

„Z przystojnym, wysokim, ciemnookim brunetem. Do zobaczenia!”

„Proszę sobie ze mnie nie żartować!”

„Jestem jak najbardziej poważna. Nie masz się co martwić, nie jest w moim typie. Wolę rudych…tzn.blondynów!:) Kocham cię.”


Uśmiechnęłam się zadowolona z siebie i schowałam telefon.  Zeszłyśmy na dół, gdzie kończył coś właśnie jeść Mats.
-Możemy jechać?
-Jasne, masz adres?
-Mam.
-No to jedziemy. Pa kochanie.-objął swoją narzeczoną i pocałował. Uśmiechnęłam się szeroko na ten widok i wręcz nie mogłam się doczekać aż to Marco mnie pocałuje. Pożegnałam się z dziewczynami i poszłam z Matsem do jego samochodu.

-Dojedziemy na piętnastą?
-Będziemy punktualnie.-uśmiechnął się szeroko i ruszyliśmy spod jego posiadłości
-Masz ładny dom… Ba, piękny.
-Dzięki, chociaż to zasługa Cat. Dałem jej wolną rękę przy wyborze. A tak w ogóle, mogłabyś mi wysłać oryginalne zdjęcie co zrobiliście z Marco jak się zaręczaliśmy?
-Jest na telefonie Marco ale myślę, że nie ma problemu.
-To dobrze.
-Chcesz oprawić w ramę?
-Aż tak jestem przewidywalny?
-Nie, to będzie świetny prezent. Jestem tego pewna.
-Mam nadzieję, że się ucieszy
-Nie ma innej opcji.



Pięć minut później dojechaliśmy pod wskazany adres. Mats zatrzymał się w sumie na pobliskim parkingu. Zaczęłam rozglądać się przez okienko ale nigdzie nie mogłam zobaczyć swojego chłopaka czy chociaż jego samochodu.

-Tam.-wskazał na drugą stroną, gdzie faktycznie szedł Marco ubrany w czarne jeansy i białą koszulę z nonszalancko przerzuconą marynarką przez ramię. Uśmiechnęłam się szeroko i od razu chwyciłam za klamkę, żeby otworzyć drzwi.
-Ja ci otworzę, pozwolisz, że będę gentelmanem.
-Proszę cię bardzo, stwarzaj pozory.
-Dzięki.-zaśmiał się, a kiedy wysiadł przywitał się z Marco i wymienili kilka zdań. No tak, pozory. Zapomnieli o mnie. Miło. Jednak chwilę później Marco sobie jednak o mnie przypomniał i otworzył mi drzwi.
-Wow…-spojrzał na mnie od dołu do góry i z powrotem na dół.
-Mi również miło cię widzieć.
-Wyglądasz… Wow… Niesamowicie.
-Podziękuj dziewczyną, to ich sprawka.-uśmiechnęłam się ujmując jego dłoń.
-Prędzej Jürgenowi i Ulli. Jesteś przepiękna. A ta sukienka pasuje do ciebie idealnie.
-Dziękuję.-uśmiechnęłam się zarumieniona. Chwała makijażowi Silli, który ukrywał moje rumieńce.


-Nie będę już wam przeszkadzał. To do jutra Marco… Inga, będziesz?
-Gdzie?
-Na treningu!
-To już? Jutro?
-Będzie.-odpowiedział za mnie Marco i objął mnie w pasie.
-Skąd wiesz? Może nie będę miała ochoty?
-Będzie.-potwierdził z uśmiechem Reus. Przewróciłam oczami i pomachałam odjeżdżającemu Matsowi.

-Dla ciebie.-usłyszałam głos Marco przy moim uchu, a kiedy się odwróciłam zobaczyłam bukiet różowych róż.
-Dziękuję. Wiesz, że nie trzeba było?
-Zasługujesz na najpiękniejsze kwiaty. Jesteś głodna?
-Trochę.
-To idealnie się składa.


Szliśmy w ciszy jakieś pięć minut i weszliśmy do naprawdę ekskluzywnej restauracji. Marco miał już zarezerwowany stolik. Kelner nas do niego zaprowadził i podał menu. Cała restauracja była utrzymana w beżach i brązach. Była bardzo kameralna. Nasz stolik znajdował się najbardziej na uboczu. Długie zasłony i świece nadawały wyjątkowego uroku temu miejscu. Marco siedział naprzeciwko mnie i przeglądał swoje menu.

-Już wybrałaś?
-Nie, zapatrzyłam się na ciebie.
-I co we mnie takiego interesującego?
-Wydajesz się na zmęczonego.-ujęłam jego dłoń na stole i delikatnie przejechałam kciukiem po jej wierzchu.
-Miałem dość… Zabiegane popołudnie. Musiałem pojechać do Kolonii.
-Dzisiaj? Przecież to daleko.
-Mój menager tam ma siedzibę, biuro, dom. Wybierz sobie termin.-uśmiechnął się szeroko znów spojrzał w kartę.
-Coś nie tak?
-Już wszystko w porządku. Przy okazji poinformowałem go, że mam dziewczynę.
-Biedak… Jak to zniósł?-zapytałam z udawanym zmartwieniem, a Marco parsknął śmiechem
-Będzie miał na głowie szturm mediów. Ja mu współczuję.
-Myślisz, że będzie aż tak źle?
-Dla nas nie, menagerowie od tego są.
-I co będzie mówił?
-Wszystkim to samo. „Nic nie wiem na ten temat”.
-Może nie dowiedzą się zbyt szybko.
-Wręcz przeciwnie. Na dworze, naprzeciwko restauracji koło drzewa stoi z aparatem paparazzi. I właśnie nam robi zdjęcia. Możesz się uśmiechnąć, żeby lepiej wypaść. Tylko się nie odwracaj. To co zamawiamy?
-Może pójdziemy?
-Daj spokój. Mamy oddalony stolik, zdjęcia też nie będą wyraźne. Spokojnie, musisz przywyknąć.
-No nie wiem…-westchnęłam


-Czy mogę już przyjąć państwa zamówienie?

-Tak, poprosimy dwa razy kaczkę z sałatkami dla mnie czarną herbatę, a dla ciebie, Inga?
-Zieloną, jeśli macie.
-Oczywiście, dziękuję.

-Może nie lubię kaczki.-spojrzałam na Marco, kiedy kelner już się oddalił
-Zaufaj mi, tutaj mają pyszną.  Ale i tak mi się wydaje, że lubisz.





Obiad okazał się naprawdę pyszny. Marco oczywiście nie pozwolił mi zapłacić za siebie… Uparciuch.
Korzystając z okazji, kiedy do dziennikarza spod drzewa zadzwonił telefon opuściliśmy restaurację. Marco zabrał mnie do dortmundzkiego ogrodu. Piękne alejki kwitnących kwiatów, gatunków, o których nigdy nie słyszałam. Ukradkowe spojrzenia spacerowiczów wprawiały mnie w lekkie zakłopotanie, jednak potem przerodziło się w rozbawienie. Marco cały czas trzymał mnie za rękę. Rozmawialiśmy o typowych błahostkach, czasem w ogóle nie rozmawialiśmy tylko wsłuchiwaliśmy się w szum drzew i śpiew ptaków.
Z ogrodu przeszliśmy do normalnego parku i zaczęliśmy powoli kierować się do parkingu, gdzie zaparkował samochód. Kiedy skręciliśmy w ostatnią uliczkę parku zobaczyliśmy biegnących znad przeciwka Lewandowskich.

-Marco…-spojrzałam na niego nerwowo.
-Porozmawiaj z nią.
-Myślisz, że w jeden dzień zmieniła decyzję?
-Myślę, że tak.
-Chyba nie masz z tym nic wspólnego?-spojrzałam na niego podejrzliwie, a on tylko uśmiechnął się tajemniczo i pocałował mnie delikatnie.
-Powiedzmy, że ich dom stał na drodze do Kolonii.
-Oszalałeś.
-Chciałbym przedstawić cię moim rodzicom. –powiedział ni z tego ni z owego. Zaskoczył mnie tym. –Po treningu.


-Dobry, dobry! Co za spotkanie!-uśmiechnął się szeroko Lewy i przytulił mnie do siebie, a potem przywitał się z Marco. Ania stała trochę za nim. –Chodź stary, nie uwierzysz, jaką świetną patelnię do grilla kupiłem!-pociągnął go za ramię w drugą stronę zostawiając mnie z Anią sam na sam.

-Patelnię do grilla.-zaśmiałam się pod nosem. 








~~~

I taki oto 42:)
Chyba znowu trochę przydługi?
Dzisiaj chłopaki z BVB wrócili do Dortmundu mając za sobą dwa wygrane mecze w Dubaju (4:0, 4:1) Oby tak wyglądała cała Bundesliga i Liga Europy:D
Komentujcie proszę, to bardzo motywuje! <33
Za tydzień pojawi się 43 (postaram się znów na ostatnią chwilę wyrobić.:P )
Buziaki!