sobota, 12 grudnia 2015

Trzydzieści siedem.

„Dziś właśnie ja patrzę w twoją twarz
I dobrze wiem to, kim jesteś.
Nie ważny jest świat
Nie ważny jest czas
To ty jesteś mym powietrzem.”





Obudziły mnie rozmowy dziewczyn z salonu. Zaraz, Marco nie miał mnie wcześniej obudzić? Poderwałam się z łóżka i wzięłam telefon do ręki. Jedna nowa wiadomość.


„Byłem ok.6,30 ale nie chciałem cię budzić. Zbyt słodko spałaś. Za to zyskałem śliczne zdjęcie na tapetę;)
PS. Możesz udawać, że ci niedobrze? :D”


„Oszalałeś?! Już widzę jak Ania mówi, że jestem w ciąży… I USUŃ TO ZDJĘCIE!”


Jak mógł.. No nie.. Zdjęcie. I to na tapecie! Jak śpię. Pewnie jeszcze się ślinię. Albo leżę jak mumia. I o co mu chodzi z tym udawaniem?! On coś knuje, tylko cholera jasna co?


„W sumie też nie byłoby źle. Zdjęcie jest MOJE^^. Inaczej plan nie wypali.. Musimy się od nich wymknąć nie zdradzając, że jesteśmy razem. Mogę na ciebie liczyć?”


Nie byłoby źle? Źle z czym? Z ciążą? On się upił. Jak nic się upił. Nie słychać w prawdzie romantycznych piosenek biesiadnych, ale upił się.


„Rozumiem, że masz plan..?”


„Najlepszy. To jak?”


„Idę do dziewczyn. Działaj.”

Wysłałam i wstałam z łóżka. Nie miałam bladego pojęcia co on kombinuje. Cóż. Czasem trzeba zaufać. Przeczesałam palcami włosy i weszłam do salonu, gdzie wszystkie dziewczyny siedziały na kanapie.

-Hej wam-przywitałam się z uśmiechem i usiadłam z brzegu koło Ewy Piszczek
-Hej kochana!
-Co tak plotkujecie od rana?
-Aaa, nasza kochana Cat wróciła nie wyobrazisz sobie, ale pół godziny temu.-powiedziała celując w nią palcem pani Piszczek
 -Właśnie Cat! Pokaż pierścionek!-uśmiechnęłam się szeroko, ale po chwili zobaczyłam zaskoczenie na twarzach Ewy i Ani. –O matko, nie powiedziałaś im? Przepraszam… Jak ja czasami coś palnę…
-Nie szkodzi. Właśnie miałam dziewczynom powiedzieć, bo już zbyt długo mi dziurę w brzuchu wierciły.-uśmiechnęła się podchodząc do mnie i uściskała mnie mocno.
-A co tam u ciebie?-zapytała z błyskiem w oku. Dobrze wiedziałam, że jest ciekawa co z Marco.
-A, wiesz co…Coś mi niedobrze. Chyba się czymś zatrułam.
-O jeny, to niedobrze…-typowo udawała zmartwioną. Dobrze wiedziała jaki jest tego cel. Zacisnęła usta, żeby się nie roześmiać.
-Nie ma się co mną przejmować, pogratulujcie lepiej Cathy!-skierowałam do Ani i Ewy. Te odzyskały optymizm i wyściskały blondynkę.
-To zostało nam teraz wybieranie sukienki.-uśmiechnęła się świeża narzeczona
-Zostawimy to na samolot, teraz się przebierzemy, bo chłopaki nam tu za chwilę wparują.-oznajmiła Ewka. 
Wszystkie udałyśmy się do naszych pokoi. Weszłam pierwsza, za mną Ania. Stanęłam przed szafą i zaczęłam wybierać ubrania na dzisiaj. Wybór padł na spodnie od Ani, które kupiła dla mnie w stolicy. Do tego czarna bokserka i czarne sandały.

-Będziesz się przebierać tutaj czy w łazience?-zapytałam. Brunetka spojrzała na mnie wyrwana z jakiegoś zamyślenia
-A ty?
-Mi obojętnie, mogę tutaj.-odpowiedziałam zmieszana.
-Okej.-odpowiedziała i zaczęła iść do drzwi. Jednak zatrzymała się przed nimi.
-Kolejne kwiaty…-wskazała na frezje przy moim łóżku. Jeszcze nigdy nie było tak napiętej atmosfery między nami
-Tak, pogodziliśmy się.-wytłumaczyłam przestępując z nogi na nogę.
-To dobrze.-uśmiechnęła się blado i wyszła z pokoju. Wypuściłam głośno powietrze i rzuciłam się na łóżko. Dobrze wiedziałam, że jak Lewa się uprze to trudno nią jest. No nic. Przebrałam się w wybrane rzeczy, pomalowałam rzęsy i delikatnie musnęłam usta truskawkowym błyszczykiem. Kiedy kończyłam usłyszałam głosy chłopaków. Musiał być tam też Marco.  Od razu na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Wyszłam jak na skrzydłach do naszego salonu. Był tam. Stał koło Mario. I jak zwykle wyglądał bosko. Jeansowe spodenki do kolana i t-shirt z nadrukiem, perfekcyjna fryzura i uśmiech skierowany w moją stronę. Odwzajemniłam go i skupiłam się na tym, żeby nie być w niego ślepo wpatrzona. Jeszcze by się przestraszył i uciekł.

-Hej, Hej!-przywitał się ze mną Mats obejmując mnie po przyjacielsku
-Hej, jeszcze raz gratulacje.
-Dzięki.-puścił oczko i podszedł do swojej narzeczonej
-Kochani, tak już oficjalnie, żeby wszyscy byli poinformowani.-spojrzał z czułością na swoją narzeczoną. –Zaręczyliśmy się.-oznajmili razem, a po pokoju rozeszły się gromkie brawa. Wszyscy potem im gratulowali. Oparłam się o ścianę i ukradkiem obserwowałam Marco.
-To jak, jedziemy dzisiaj do stolicy!-zakrzyknął wesoło Lewandowski, a ja dopiero zorientowałam się, że Marco stał już oparty o ścianę tuż koło mnie.
-A właśnie, Inga, jak ty się czujesz? Dasz radę z nami jechać?-zatroszczyła się Ewa
-Wiecie co, chciałabym z wami jechać, ale może lepiej będzie jak zostanę… Jeszcze by mi się gorzej zrobiło i byście musieli przeze mnie wracać.-umiejętności aktorskie na pięć.
-Niech może lepiej ktoś z tobą zostanie.-tym razem zabrał głos w sprawie… Mario. Marco musiał go wtajemniczyć.
-Dobry pomysł. Znając twoje uparcie, to nie będziesz grzecznie leżeć w łóżku i pić herbatę.-przytaknęła Mario ledwo powstrzymując śmiech Cathy
-To ja mogę zostać.-zgłosił się na ochotnika Reus
-Cóż za wielkoduszność.-zaśmiałam się pod nosem
-Nie musisz, Marco, ja zostanę.-odezwała się Ania. No nie, teraz też ma zamiar mnie „bronić” przed Marco? Cudownie.
-Aniu, daj spokój… Nic mi się nie stanie jak zostanę z Marco. Chciałaś przecież kupić przyprawy i owoce. To może być jedyna dobra okazja. –czuły punkt-zdrowa żywność. Zobaczyłam w jej oku cień zawahania. Chwila ciszy. Zgódź się! No dalej…
-Dobra. –skapitulowała i podniosła ręce w geście poddania.
-No to możemy iść na śniadanie.-zatarł ręce Auba i jako pierwszy opuścił nasz pokój
-To może Inga nic nie jedz, trzeba cię na głodówce przetrzymać.-stwierdził poważnie Mario. Zamurowało mnie. Kątem oka zauważyłam jak Marco zasłania usta i prycha śmiechem
-Ty już się o moją dietę nie martw. O swoją zadbaj.
-Zjesz po prostu coś lekkiego… Jakąś bułkę z masłem i jajko na twardo.-wtórowała Goetzemu Cathy.
-Dobrze. Możesz mi nawet na talerzyk nałożyć.-pokręciłam głową, podczas gdy wszyscy zaczęli wychodzić. W pewnym momencie zostaliśmy w końcu tylko Marco, Mario i ja. Marco zaszedł mnie od tyłu i oplótł dłońmi moją talię, a głowę położył na moim ramieniu.
-Przed Mario rozumiem się nie kryjemy?-spojrzałam na niego z uśmiechem.
-Nie.-odparł dumnie. Złożył krótki pocałunek na mojej szyi i podszedł do przyjaciela.
-Dzięki Mario za głodówkę.
-Nie ma sprawy, ty wiesz, że ja dla ciebie chcę jak najlepiej. A właśnie, nie pogratulowałem ci posiadania życiowej przywry!-uśmiechnął się szeroko i mocno mnie przytulił-Ałaa!-krzyknął do mojego ucha. Momentalnie od niego odskoczyłam
-Co jest?
-Kopa dostałem!-wycelował oskarżycielsko palec na Marco
-Za tą przywrę!
-Co chcesz od przywry? To takie malutkie zwierzątko o ciele płaskim, nieczłonowanym, opatrzonym przyssawkami. Gębową i brzuszną…
-I jest pasożytem.-dokończył za niego Reus
-Rasista. Czy to czworonóg, pajęczak, bakteria czy pasożyt trzeba być tolerancyjnym!
-Jeny, ja z was nie mogę. Chodźcie już na to śniadanie.-śmiałam się i skierowałam do drzwi. Za mną kroczył Mario. On to do śniadania pierwszy. A właściwie to drugi, bo tuż za mną. –Chodź moja przywro.-zawołałam Marco otwierając drzwi
-Nie gadam z wami!
-Założymy się?
-Nie.-podbiegł do mnie a mijając dał mi szybkiego buziaka w usta.
-Mario?
-No?
-Skąd ty tyle wiesz o przywrach?-znów zaczęłam się śmiać
-Uczyłem się z Feliksem do jego ostatniego testu z biologii.
-Brawo, że zapamiętałeś.
-Bo ja mądry jestem!-wyszczerzył się wypinając dumnie pierś, a my z Marco ryknęliśmy śmiechem.



Do hotelowej jadalni weszliśmy jako ostatni. Nie wiedziałam gdzie usiąść. W porę dostrzegła mnie Cathy i pociągnęła do stołu, przy którym siedział już Mats oraz Piszczkowie.

-Tam widziałam jakieś bułki.-wskazała na jeden ze stołów
-Dzięki kochana, poradzę sobie.-spiorunowałam ją wzrokiem i ruszyłam przed siebie słysząc za sobą chichot dziewczyny. Podłamana podeszłam do stołu i zaczęłam nakładać sobie moje dietetyczne śniadanie.

-Hmm..Słabo coś dzisiaj.-skomentował Mario oceniając mój talerz. Sam nałożył sobie pełno sałatek, kiełbaski, jajecznicę, pasty… O ludzie. A ja? Bułka, masło i jajko.
-Jeszcze ci się kiedyś za to odwdzięczę.
-Nigdy nie oderwiesz mnie od jedzenia!
-Tego nie powiedziałam. Możesz biegać za to karne kółeczka na treningach, jak się całkiem przypadkiem trener dowie o twoich tutejszych posiłkach.
-Nie zrobisz tego.
-No nie wiem. W końcu jakieś tam chody mam.
-Wiesz ty co…
-Przepraszam, ale muszę iść zjeść moje jajko póki mam gorącą miętową herbatę.-ze sztucznym uśmiechem wyminęłam bruneta i wróciłam do mojego stołu, by zjeść cudowne śniadanie.




-Chyba musimy się zbierać.-spojrzał na zegarek Mats, kiedy skończył swój posiłek
-To ja polecę do pokoju po plecak.-wstała od stołu Cat. Rozejrzałam się dookoła. Wszyscy powoli już się zbierali.
-Inga..-usłyszałam za sobą głos Roberta.
-Tak?-wstałam od stołu i stanęłam koło niego
-Dasz sobie radę?
-Dam. Nie jestem też sama. Nie masz się co martwić.
-No tak…-westchnął i spojrzał za siebie. –Lepiej coś się czujesz?
-Odpocznę, a jak wrócicie będę już do życia.
-Oby. To trzymaj się.-uśmiechnął się słabo, a po chwili postanowił mnie przytulić, miło, choć wyraźnie czułam, że to bardzo niezręczny uścisk
-Bawcie się dobrze.
-Dzięki.-odpowiedział i ruszył w stronę wyjścia. Usiadłam z powrotem na moje miejsce przy okazji pożegnałam moich sąsiadów ze stolika. Westchnęłam ciężko i zamknęłam oczy. Po chwili poczułam czyjeś dłonie na moich ramionach. Uśmiechnęłam się, kiedy poczułam mieszankę jego perfum i żelu do kąpieli.
-Wszyscy poszli?-zadarłam głowę do góry, by spojrzeć w jego piękne oczy.
-Yhym… Jesteś smutna?-zapytał z troską, a już po chwili siedział koło mnie. Złapał mnie za rękę, położył ją sobie na udzie i gładził kciukiem wierzch mojej dłoni. –Przez Roberta?
-Wszystko się psuje…-powiedziałam łamiącym głosem.
-Chodź tu.-pociągnął mnie za rękę i posadził sobie na kolanach. Wtuliłam się w niego jak małe dziecko
-Możemy o tym porozmawiać w pokoju?
-Jasne
-Tylko sobie zrobię normalną kanapkę…
-Ja ci zrobię, a ty idź. Zaraz będę.
-Dziękuję. Jesteś aniołem.
-Raczej ty jesteś aniołem. Moim kochanym aniołem.-uśmiechnął się delikatnie i pocałował mnie w czoło.
-No to idę.-westchnęłam i podniosłam się z jego kolan.

Wolnym krokiem udałam się w kierunku wind.
Kiedy weszłam do pokoju poszłam się położyć na moje łóżko. Wtuliłam się w moją mięciutką kołdrę. Zamknęłam oczy i poczułam, że powoli zasypiam. 
Po chwili jednak poczułam lekkie ugięcie się materaca.

-Obudziłem cię?-zapytał Marco
-Nie, nie… Tak jakoś..mnie zmuliło.-zaśmiałam się  cicho. –Hmm! Kanapka!-uśmiechnęłam się na widok pięknej kanapki  z sałatą, serem, wędliną i Bóg wie czym jeszcze. Nieźle się postarał.
-Na bogato.-zaśmiał się podając mi talerzyk. Faktycznie, wyglądała trochę jak taki wysoki burger.
-Na bogato.-odpowiedziałam i wzięłam kęs. –Pyszna. Dziękuję.
-No to co się dzieje, hmm?-rozłożył się na wpół leżąco i oparł o moją poduszkę.
-Nie mów mi, że nie widzisz jak Lewandowscy są wściekli.-westchnęłam z rezygnacją i wzięłam kolejny gryz pysznej kanapki dla ukojenia nerwów.
-No… Ania dała mi dosadnie, że mam łapki trzymać przy sobie.-zaśmiał się i oparł o moją rękę.
-Nie żartuj proszę.
-Po prostu martwią się o ciebie.
-Nie muszą aż tak bardzo! Przecież wiedzą, że cię kocham.
-A więc wszyscy wiedzieli, a ja musiałem się o tym ostatni?
-No prawie. Marco, to przecież przeze mnie ucierpiała twoja przyjaźń z Lewym.
-Albo dopiero teraz zobaczyłem jaki jest. Nie ma do mnie zaufania. Jak taka to przyjaźń…
-Chciałabym, żebyście się pogodzili…
-Ja też bym chciał, żebyś się z nimi pogodziła. Powinniśmy z nimi pogadać razem.
-Tak, to chyba będzie najlepsze wyjście. Ale to już w Dortmundzie, dobrze?
-Kiedy tylko chcesz. A teraz zjadaj już tą kanapkę, czas nas nagli.
-A więc jesteśmy gdzieś umówieni?
-Zobaczysz.-uśmiechnął się. –Idę iść się przebrać. Będę za pięć minut.
-Dobra.-uśmiechnęłam się i odprowadziłam wzrokiem mojego przystojnego chłopaka. Cholera, wpadłam w tym zakochaniu jak śliwka w kompot. Po mnie.

Dokończyłam moją pyszną kanapkę i popiłam herbaty. Wtedy akurat wszedł Marco. Równie wspaniale wyglądający.
-Na co się tak piękna panienka zapatrzyła?-uśmiechnął się zniewalająco i położył się koło mnie.
-Raczej na kogo…
-To na kogo?
-Na bardzo przystojnego pana…-uśmiechnęłam się i przytuliłam się do niego.
Marco uśmiechnął się szeroko, aż pojawiły się śliczne zmarszczki w kącikach jego oczu
-Mam prośbę…
-Dla ciebie wszystko.-odpowiedział intensywnie parząc się w moje oczy
-Możesz zrobić…-cholera, wkopałam się. Wzięłam głęboki oddech –Możesz zrobić to co wtedy w hotelu?
-Kiedy w hotelu?-zmarszczył brwi tak samo jak zawsze wtedy, kiedy się zastanawia
-No wiesz… Wtedy, kiedy babcia… Kiedy zasnęliśmy razem i…-odwróciłam głowę w stronę okna. Zapanowała chwilowa cisza. Niepotrzebnie to mówiłam
-Dlaczego wtedy nic nie powiedziałaś? Nie zareagowałaś…-usłyszałam w końcu jego głos
-Chciałam, żebyś to zrobił. Podobało mi się to.
-Podobało, tak?-wyczułam, że się uśmiecha. Chwycił za moją brodę i skierował w swoją stronę. Nie miałam jakoś śmiałości spojrzeć mu w oczy. Teraz leżeliśmy dokładnie tak samo jak w hotelu. Ja wtulona w niego, a on powoli obrysowuje palcem moje usta. –Tylko, że to nie miało się tak skończyć.-szepnął nachylając się do mojego ucha. Kończąc podróż po mojej dolnej wardze delikatnie pociągnął ją w dół, a zaraz potem poczułam jego wargi na swoich. Oddałam każdy z jego słodkich i delikatnych pocałunków. Uśmiechnęłam się, kiedy oderwaliśmy się od siebie, by w końcu nabrać powietrza.
-Szkoda, że nie postanowiłeś wtedy zrealizować swojego planu do końca.
-A co by się wtedy stało?-uśmiechnął się i objął mnie rękoma
-Gdybyś spróbował to byś zobaczył.
-Coraz bardziej mnie zaskakujesz.
-Ja? Dlaczego?
-Jak cię poznałem byłaś dla mnie chodzącą zagadką. Potem dowiedziałem się o twojej przeszłości, ale ty cały czas byłaś bardzo zamknięta. Mimo, że dobrze dogadywałaś się z powiedzmy Mario, czy Lewandowskimi, to trzeba cię naprawdę poznać, żebyś była taką prawdziwą sobą. Bez żadnych sekretów…
-Celne spostrzeżenia. Po prostu muszę kogoś dobrze poznać i zaufać, żeby on poznał mnie. Przykro mi, jeśli zawiodłam cię…
-Nie. Może to głupie, oklepane i dziwne, ale z każdą minutą spędzoną z tobą coraz mocniej cię kocham. Choć nie wiem jak to może się dziać.
-Mam to samo. Idziemy?
-Masz coś, żeby okryć ręce? Zapowiada się strasznie gorąco.
-Mam!-z uśmiechem zeskoczyłam z łóżka i podeszłam do szafy. Wyjęłam z niej chustę, tą, którą dała mi Ania, lecz chyba mówiła, że to nie ona ją wybrała. Ciekawe kto.
-Inga?
-Hmm?
-Komu ufasz?-zapytał stając naprzeciw mnie.
-Tacie, Kubie i tobie.-odpowiedziałam szybko i ruszyłam do salonu. –Spakuję jeszcze tylko torebkę.





***




Ku mojemu zaskoczeniu wybraliśmy się na wycieczkę w góry. Szlak nie należał do najłatwiejszych. Szliśmy już ponad godzinę. Po połowie drogi zaczęłam odczuwać zmęczenie. Teraz sobie mogłam myśleć „a gdybym więcej ćwiczyła..”. Marco szedł z przodu pewnym krokiem. No tak, ma kawał krzepy. Ćwiczy. W odróżnieniu… Będę musiała wziąć się za siebie i zacząć ćwiczyć, bo z takim chłopakiem, to daleko nie zajdę. Dosłownie.

-Daleko jeszcze?
-Kawałeczek.-posłał mi swój wspaniały uśmiech, przez co zyskałam nowe pokłady gdzieś tam ukrytej energii. Dam radę. Przecież nie stanę sobie na drodze i nie powiem „dalej nie idę”.
-Gdzie my właściwie idziemy?
-Zobaczysz.
No i tyle po naszej rozmowie. Była fantastyczna. Taka prawdziwa, szczera i wzruszająca.  Po piętnastu minutach drogi dotarliśmy na szczyt.

-Zobacz.-pokazał na przeedługi most łączący ze sobą dwa szczyty gór.
-Niesamowity.
-Sky Bridge. Jak będziemy szli przez tą pierwszą połowę, do pierwszego szczytu będzie piękny widok na Malezję. Potem będzie prowadził do najwyższego z tych trzech szczytów. Po obu stronach będą chmury.-wyjaśnił z zapałem. Domyślam się, że planował tę wyprawę odkąd tu przyjechaliśmy.
-Wow. Aż trzy szczyty?
-Yhym-odpowiedział z uśmiechem –Idziemy?
-Marco, a możemy na chwilkę usiąść? Przerwa na jabłko.
-Okej.-zaśmiał się i usiedliśmy razem na pieńku drzewa przerobionym na ławeczkę dla dwóch osób.
Wyciągnęłam z torebki jabłko i zaczęłam jeść.
-Chcesz też? Wzięłam drugie.-spojrzałam na Marco, który cały czas mnie obserwował. Nie spuszczając ze mnie wzroku chwycił za rękę, w której trzymałam owoc i ugryzł miejsce, które ja przed chwilą gryzłam. Patrzyłam jak zahipnotyzowana na ruch jego żuchwy, na kształt jego ust.
-Pyszne.-odpowiedział, kiedy w końcu przełknął. Nachylił się nade mną i pocałował z namiętnością. –Pyszne.-powtórzył odsuwając się ode mnie. –I kocham twoje rumieńce.
-Idźmy już.-odpowiedziałam zbaczając z niewygodnego tematu
-Dokończ, tam nie będzie śmietników. –tak jest. Skoro tak mówisz. Wzięłam szybkie trzy kęsy i wyrzuciłam ogryzek do kosza.

Podniosłam się z ławki, a w moje ślady podążył Marco. Trzymając się za ręce weszliśmy na ten wyjątkowy most. Zapatrzeni byliśmy w niesamowity widok Malezji. Na horyzoncie widzieliśmy stolicę. Niesamowity, zapierający dech w piersiach. Zatrzymaliśmy się w połowie drogi. Marco podszedł do barierki i zapatrzył się w dal. Widać było w jego oczach tą ekscytację. Taką ekscytację małego chłopca. Obejrzał się na mnie.

-Chodź.-w uśmiechem wyciągnął do mnie rękę.
-Mam lęk wysokości.
-Dlaczego nie powiedziałaś wcześniej? Zanim weszliśmy?
-Dopiero teraz to u siebie zdiagnozowałam.- Marco zaczął się śmiać
-Chodź, ze mną nic ci nie grozi.
-Powiadasz…
-Yhym. No chodź.-wziął moją rękę i pociągnął tak, że stałam przy barierce, a on oplatał dłońmi moją talię.
-Wiesz, znalazło by się kilka przypadków, że nic mi tak niby nie grozi.
-Jakich?-zaciekawił się i położył brodę na moim ramieniu. Nie ułatwia. Westchnęłam pod nosem. Choć dobrze wiedziałam, że się teraz uśmiecha.
-Zacznijmy od początku…
-Czyli zapowiada się dłuższa lista?
-No w miarę. A więc. Na początku zamach na moją bluzkę poprzez ka…
-Temat zamknięty. Nie moja wina.-oświadczył, a nim zdążyłam zaprzeczyć poczułam jego usta na swoich. Wygrał. Za takie rzeczy to ja mogę brać winę na siebie
-Coś jeszcze?-zapytał ponownie opierając się na moim ramieniu.
-Yhym… Pociągnąłeś mnie do basenu.
-Popchnęłaś mnie. Jesteśmy kwita.-przewróciłam oczami. Będę musiała uczyć się na nowo trzymania swojego zdania i pewności, bo kiedy jestem z nim jakoś to ucieka.
-Pocałowałeś mnie w klubie.
-I to było zagrożenie?
-Prawie dostałam zawału i pierwszy raz w życiu upiłam się tak, że ciężko mi było cokolwiek sobie przypomnieć.
-A, to przepraszam, że się upiłaś.
-Marco to nie jest śmieszne.
-A skąd!
-No i pocałowałeś mnie ostatnio koło klubu.
-Inga.-westchnął ciężko i odwrócił mnie przodem do siebie. –Jeszcze raz przepraszam za tamto. Mogłem być bardziej delikatny…
-Mogłeś, ale ja się nie gniewam. Siniak schodzi, a ja mam najpiękniejszą bransoletkę na świecie.
-Nie powinienem był tego robić.
-Byłeś pijany. Człowiek robi różne rzeczy jak jest pijany. Jedni użalają się nad facetami przy wódce z winem inni tańczą wolnego z wieszakiem.-zaśmiałam się i przytuliłam się do niego. Przyłożyłam ucho na wysokości jego serca i słuchałam jak bije. Po chwili poczułam jego ręce na moich plecach i głowę na mojej.
-Przepraszam… Jeszcze ta sytuacja z tą dziewczyną.
-Ale przecież do niczego nie doszło.-uśmiechnęłam się pokrzepiająco i spojrzałam na jego kochaną twarz.
-Nie… Znaczy ona pocałowała mnie w szyje, ale byłem tak pijany…Gdyby nie Mario…
-Zaliczyłbyś glebę i zasnął.-zaśmiałam się. –Umyłeś tą szyję?-zapytałam poważnie
-Tak.-odpowiedział próbując ukryć rozbawienie
-No to dobrze.-stwierdziłam i odwróciłam się znów w stronę pięknego widoku. Marco znów przyjął pozycję jak poprzednio obejmując mnie. Złożył pocałunek tuż przy moim uchu.
-Kocham cię, wiesz?-usłyszałam, co podziałało jak miód na moje serce. Uśmiechnęłam się i oparłam głowę o jego ramię. Po kilku chwilach poczułam jego usta na moim policzku. Kiedy otworzyłam oczy było już za późno. Zadowolony ustawiał sobie tapetę na telefon.
-Marco…
-Nie mogę mieć tapety z moją piękną dziewczyną?
-Przynajmniej nie będziesz miał tego zdjęcia gdzie śpię i się ślinię. Chodźmy już.-ruszyłam przed siebie, a po chwili Marco dorównał mi kroku.
-Tamto mam na ekranie blokady. I nie ślinisz się. Wyglądasz słodko.
-Tylko się od tej słodyczy czasem nie porzygaj.
-Wysiliłabyś się czasem na odrobinę romantyzmu.
-Mówiłam ci, że nie mam zbyt wielkiej praktyki co do bycia romantycznym.
-Wczoraj byłaś bardzo romantyczna.-odpowiedział z uśmiechem, na co wspomnienie moje policzki przybrały kolorów. Na szczęście uratował mnie dzwoniący telefon. Wyciągnęłam go z torebki i kiedy zobaczyłam od kogo od razu odebrałam.

-Hej Kubuś!-uśmiechnęłam się szeroko, na co Marco odpowiedział tym samym chwytając moją wolną dłoń
-No, no, no! Mamy dobry humorek. Nie dzwoniłem wczoraj, myślałem, że będziesz jeszcze dzwonić ale chyba wasze randewu się udało z tego co słyszę.
-Jak możesz to słyszeć?
­-Emanujące szczęście cię zdradza. To jak? Jak tam było?
-Wiesz co Kubuś, może zadzwonię za powiedzmy półtorej godzinki?-zaśmiałam się pod nosem, kiedy Marco zaczął składać pocałunki na mojej szyi
-Rozumiem, że nie jesteś sama.
-No tak jakby…
-Czyli potwierdzasz?
-Nie zaprzeczę.-odpowiedziałam z uśmiechem, a po drugiej stronie usłyszałam głośny pisk żony Kuby-Co tam się dzieje? Coś się stało? Rodzi?
-Nie, tylko się cieszy!-śmiał się Błaszczykowski –O mój Boże, Ingusia! Nawet nie wiesz jak się cieszę! Jak tylko wrócisz muszę cię uściskać. No i tego twojego Marco! Od jak dawna jesteście razem? Co ja się pytam, pewnie od niedawna…
-Agunia, oddychaj!-zaczęłam się śmiać –Też się bardzo cieszę.-westchnęłam spoglądając na Marco, który przypatrywał mi się bacznie. –Jeszcze doby nie ma jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć.-przeszłam na polski, na co Marco delikatnie zmarszczył brwi. Haha. No proszę. Zapamiętam sobie na przyszłość. Będę mogła kupić mu prezent na urodziny i rozmawiać o nim tuż koło niego!
­-Nawet nie masz pojęcia jak się cieszę! Inni chyba też, co?
-Inni nie do końca wiedzą. Poza tym mamy tutaj jeszcze jednego newsa, więc spokojnie…
-Jakiego newsa? Któraś z was jest w ciąży?
-Nie! Coś ty. Ale będziesz pozytywnie zaskoczona.
-Kochanie, daj już ten telefon. Nie będziemy im w randce przeszkadzać.-usłyszałam przytłumiony głos Kuby –Rety! Zapomniałam! Przepraszam, że zajmuję wam tyle czasu!
­-Ale nie szkodzi! Zadzwonię do ciebie wieczorkiem to pogadamy, okej?
-Zadzwoń rano, bo waszym wieczorkiem, to będzie u nas noc.
-Oj tam.-zaśmiałam się
-To ja jeszcze daję na chwilę Kubę. Szczęścia! Ściskam was mocno!
-My też i ucałuj Oliwcię!
-Pewnie! Paa! –pożegnała się i ponownie usłyszałam Kubę –Dasz mi jeszcze na moment Marco? Chciałbym sekundkę wam jeszcze przeszkodzić.
-Okej. Nie ma problemu.-odpowiedziałam i podałam Marco mój telefon.
-Kuba do ciebie. Mógłbyś mi dać swój telefon, bo chciałabym jeszcze do kogoś zadzwonić.
-Pewnie.-wyjął swój telefon z kieszeni i podał mi go, a ja jemu swój.
Zatrzymaliśmy się niedaleko szczytu środkowej góry. Marco poszedł do barierki po drugiej stronie, a ja usiadłam na ławeczce i wybrałam na telefonie Marco numer do taty. Po kilku sygnałach odebrał.

-Halo? Marco?
-Nie, tu Inga. Dzwonię z telefonu Marco
-Inga! Miło, że dzwonisz. Coś się stało z twoim telefonem?
-Nie, Marco przez niego rozmawia… Taka tam wymiana.
-Rozumiem…Powiedzmy. Cóż cię do mnie sprowadza?
-Masz ogólnie chwilę czy odpoczywasz gdzieś towarzysko?
-Jestem akurat w odwiedzinach u mamy, ale mów śmiało, mam czas.
-Może kiedy indziej…
-Teeeraz.-przeciągnął ze śmiechem
-No okej. Wiesz co, skoro już zostaję w Dortmundzie to pomyślałam sobie, że powinnam wynająć sobie jakieś mieszkanie. Odzywał się ktoś w sprawie kupna domu babci?
-Odezwała się rodzina. Małżeństwo z dwójką małych dzieci. Zależy im na tym domu, podoba im się okolica. Chcą zapłacić taką cenę jaką podaliśmy, nawet się nie tagują. Powiedziałem im, że muszę jeszcze z tobą skonsultować. Na pewno chcesz go sprzedać?
-Tak. Zgódź się na sprzedaż. To dobry dom dla dzieci. Będą tam miały szczęśliwe dzieciństwo.
-Żebyś potem nie żałowała…
-Nie będę. Niech im służy.
-Dobrze, podpiszemy umowę jak wrócisz. A odnośnie tego mieszkania, to może jednak przystaniesz na moją propozycję i zamieszkasz u mnie?
-Tato, nie chcę ci robić problemu. Nie dość, że zwaliłam ci się na głowę z moimi problemami, zmieniłam twoje życie, małżeństwo… To jeszcze mam się wprowadzać i mieszać jeszcze bardziej?
-Ile razy mam ci mówić, że nie jesteś dla mnie problemem? Jesteś moją córeczką. Potrzebujesz bliskich, opieki, ciepła. Chciałbym ci to jako ojciec zapewnić. Jesteś dla mnie najważniejsza, tak samo jak Marc. I nie jest wcale tak, że jego wolę bardziej. Oboje jesteście moimi dziećmi, najlepszym, co mnie w życiu spotkało. I choć nie znamy się długo, od początku twojego istnienia, to kocham cię, jakbym znał cię od zawsze.­- to wyznanie mnie złamało. Po policzkach pociekły mi łzy. Tata mnie kocha i jestem dla niego ważna, Marco mnie kocha, Kuba jest moim wspaniałym przyjacielem, oparciem…
-Czym ja sobie zasłużyłam na taką miłość? Na to, jak odmieniło się moje życie, na szczęście?-zapytałam przez łzy ścierając je niezręcznie z policzków.
-Oh, słoneczko, nie płacz. Na miłość nie trzeba sobie zasługiwać. Ona po prostu przychodzi i jest. I od niej nie uciekniesz. –słyszałam w jego głosie, że też jest tym poruszony
-Inga, wszystko w porządku? Co się stało?-ukucnął przede mną Marco. Chwycił moją dłoń obiema rękoma i złożył na niej pocałunek.
-Wszystko w porządku, Marco.-uśmiechnęłam się przez łzy i pogładziłam go wierzchem dłoni po policzku
-Tato, jeśli to nie będzie faktycznie problem to możemy tak zrobić, dopóki nie znajdziemy innego rozwiązania.
-Bardzo się cieszę. To ja nie przeszkadzam…
-Przecież wiesz, że nie przeszkadzasz.
-Dobra, dobra. I tak muszę kończyć, ciasto przyszło.
-Widzę, że nie tylko tutaj sportowcy się obżerają.
-Ja im dam obżeranie!
-Smacznego, trenerze drogi!-powiedział do słuchawki siedzący przy mnie Marco
-Reusowi pojęcie dieta zawsze było obce. Z Goetze w parze. Rzuć mu tam jakąś ciętą ripostę ode mnie.
­-Wedle życzenia.
-To do usłyszenia! Wypoczywaj ile się da.
-Postaram się, chodź to czasem trudne.
-Rozumiem cię doskonale. Spróbuj.
-Postaram się. To do usłyszenia.
-Pewnie. Paa.

Rozłączyłam połączenie i oddałam Marco jego telefon.
-Co się…-nie dokończył, bo poczułam nagłą chęć przytulenia się do niego. Objął mnie ramionami i pocałował w głowę
-Mówiłam ci już, że dobrze, że po prostu jesteś?-zadarłam głowę i spojrzałam mu w oczy. Od razu się uśmiechnął
-A mówiłem, że też jestem z tego powodu ogromnie szczęśliwy?-zapytał i mocno mnie do siebie przytulił.
-Idziemy dalej?-zapytałam, po dłuższym czasie, kiedy trwaliśmy w uścisku na ławce
-Już wszystko w porządku?
-Tak.-pokiwałam głową z uśmiechem i wytarłam zaschnięte łzy i wstałam z miejsca.-Chodźmy.-pociągnęłam go za rękę i ruszyliśmy w dalszą podróż
-Co tak długo z Kubą ci zeszło?
-Powiedzmy, że dostałem ojcowskie kazanie.-zaśmiał się
-O proszę. Od Kuby? Nie spodziewałam się…
-Że jest twoim ojcem?
-Wiesz, może już mnie takie rzeczy nie powinny dziwić?-zaczęłam się śmiać
-Rozmawiałaś z tatą?
-Tak, ale nie powiedziałam mu o nas…
-Dlaczego?
-Nie bądź zły.-ścisnęłam mocniej jego dłoń widząc jego niepewność i może zdenerwowanie. –Wolę mu powiedzieć o tak ważnej rzeczy w cztery oczy. Jeśli chcesz to też możesz przy tym być.-uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek. –A ty? Nie dzwoniłeś się chwalić do mamusi?
-Nie.-oznajmił z uśmiechem i wpił się namiętnie w moje usta
-To może trzeba powiedzieć, co?
-Poczekają.-uśmiechnął się i wziął swój telefon do ręki. Zgiął swoją rękę w łokciu i zrobił zdjęcie naszych spleconych dłoni.
-Oby nie Instagam.
-Możesz być spokojna. Media i tak się kiedyś dowiedzą, musisz być na to przygotowana.
-Podobno my damy sobie ze wszystkim radę.-odpowiedziałam
-Oczywiście, że tak. –posłał mi jeden z cudownych uśmiechów –Mela i Yvonne, mam nadzieję, że nie będziesz zła.
-Skąd! Pewnie Yvonne się ucieszy.
-A właśnie, chyba ci nie mówiłem. Nico będzie miał rodzeństwo.-oznajmił dumnie
-Mela jest w ciąży?-uśmiechnęłam się szeroko
-Yhym.-przytaknął radośnie. Widać było, że ogromnie się cieszył.
-Gratulacje dla wujka!-objęłam go i pocałowałam w policzek.
Usłyszałam sygnał jego przychodzącej wiadomości. Marco wyciągnął telefon i odczytał wiadomość śmiejąc się przy tym.
-Zobacz.-podał mi swój telefon. Wyżej było zdjęcie naszych dłoni z podpisem „Pozdrowienia z Malezji!:)” Oryginalnie. Widomość od Yvonne mnie rozśmieszyła


„Brat, jeśli ta ręka nie należy do Ingi to masz ode mnie porządną zjebkę i dołożę starań o wydziedziczenie cię z rodziny!”

-No nieźle... Wydziedziczenie z rodu Reusów… O, kolejna wiadomość!
-Przeczytaj.-uśmiechnął się nastawiając twarz do słońca. A w mojej głowie zaczaił się iście szatański plan.
-Słodziaku, dziękuję za cudownie spędzoną noc, byłeś najlee…-nie skończyłam, bo ten już wyrwał telefon z moich rąk i przeczytał wiadomość
-No bardzo śmieszne!
-A co, spodziewałeś się takiego sms’a?
-Nie! Oczywiście, że nie! Inga…-spoważniał na widok mojej smutnej twarzy, niestety ja nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. –Chyba zaraz ktoś tu dostanie porządną zjebkę.-pokręcił z niedowierzaniem głową, a ja wzięłam nogi za pas i zaczęłam biec przed siebie. Nie słyszałam, żeby biegł za mną, ale postanowiłam nie zwalniać. Znając jego szybkość, nawet gdyby teraz wystartował to za ułamek sekundy byłby…

-Aaaaaaaaa!-wrzasnęłam na całe gardło czując jak z impetem poderwałam się z ziemi. Jednak krzyk został stłumiony przez intensywny pocałunek Marco. Oplotłam nogami jego biodra i rękoma szyję. W skrócie wyglądałam jak typowy koala. Jakbym już to gdzieś słyszała. „Wisisz jak koala”-Robert Lewandowski. Ehh… Robert.
-A więc to taka zjebka?-zapytałam niechętnie odrywając się od jego ust po długim pocałunku
-Ktoś tu ma zadyszkę.-zaśmiał się
-Nie dość, że biegłam, to jeszcze musiałeś mnie pocałować, że już w ogóle nie mogłam złapać oddechu, więc pozwól mi złapać trochę powietrza.
-Musisz się nauczyć. Kwesta wprawy.
-Ach, no tak, kwesta wprawy i doświadczenia, zapomniałam. Praktyka czyni mistrza.-westchnęłam schodząc na ziemię i ruszyłam przed siebie
-Inga…-podbiegł do mnie i chwycił za rękę. Wyszarpnęłam ją i założyłam jedną za drugą. –Nie powinienem tak mówić.
-Ile miałeś w sumie dziewczyn?-zatrzymałam się i spojrzałam na niego
-Nie chciałbym o tym rozmawiać w tej chwili.
-A, przepraszam, za bardzo weszłam w twoje życie prywatne. Porozmawiajmy, jak ci się gra jako prawy pomocnik?
-Do jasnej cholery nie o to chodzi! Dobrze o tym wiesz.
-Może jestem jednak głupia, oświeć mnie.
-To nie jest dla mnie łatwy temat, zrozum proszę. Nie chcę ci teraz tego opowiadać, może za jakiś czas.
-No jasne, wielkie, mroczne sekrety idealnego Marco Reusa.-wzięłam głęboki oddech aby uspokoić nerwy
-Przepraszam pana, mogłabym prosić o wspólne zdjęcie? Jestem pana fanką od trzech lat, nie chcę przeszkadzać, ale…
-Nie ma sprawy.-przeszkodziłam nastolatce w jej wywodach i ruszyłam w stronę barierki.
-Inga…-zrobił dwa kroki za mną
-Idź do tej dziewczynki, bardzo jej zależy. Ja nie mam zbyt bardzo gdzie uciec.-westchnęłam i poszłam do poręczy. Cholerna kłótnia. Nienawidzę się z nim kłócić. Dlaczego musi być tak dobrze, a potem się wszystko chrzani. Odwieczny schemat mojego życia.


Poczułam dotyk jego dłoni na plecach.
-Przepraszam za to, co powiedziałem. Wiem, że nie miałaś nigdy chłopaka i się nie całowałaś, co uwierz mi jest urocze i słodkie i nie miałem prawa wtedy tak powiedzieć. Nie to miałem na myśli, nie chciałem żebyś to tak odebrała... Nie pomyślałem nad tym. Nie chciałem w żadnym wypadku cię tym zranić.
-O co chodzi z tymi dziewczynami? Rozumiem, że to przeszłość. Ja mogłabym ci nie mówić, że nie miałam nigdy chłopaka, ani, że miałam takie a nie inne dzieciństwo, choć na dobrą sprawę dowiedziałeś się o tym przypadkiem. Ale ja już nie wiem co mam myśleć? Nie wiem, zabawiałeś się z prostytutkami, czy miałeś ich z dwadzieścia czy trzydzieści.
-Dobry Boże, nie. Inga…-przeczesał nerwowo palcami włosy. –Nie… Po prostu miałem kilka kobiet…
-Naście?
-Kilka.-westchnął –To był trudny okres w moim życiu.
-Ania mnie przed tym ostrzegała. Nie wiem co mam myśleć.
-Chodź, usiądziemy na chwilę.-widziałam u niego lekkie niezadowolenie, ale musiałam dokończyć ten temat –Co ci mówiła dokładnie Ania?
-A co chcesz mi ty powiedzieć?
-Nie bierz mnie pod włos.
-Jakżebym śmiała. Włosy Marco Reusa są nietykalne.-uśmiechnęłam się lekko, na co piłkarz odpowiedział mi tym samym
-To było dwa lata temu.
-Caroline?
-Po tym jak zerwaliśmy. Miałem wtedy kiepski okres.
-To zrozumiałe, kochałeś ją.
-Nie.
-Ależ oczywiście, że tak. Gdyby nie, to byś się jej nie oświadczał, myślałeś, że jest tą jedyną.
-Jezus, Inga, jesteśmy parą nawet nie od całej doby a musimy poruszać tematy moich byłych?!
-No właśnie, jesteśmy parą nawet od nie całej doby a już się kłócimy. Czy to ma w ogóle sens?
-Nie mów tak. Oczywiście, że ma. Kocham cię i nie pozwolę ci odejść. Nie chcę, żebyś odchodziła. Może to banał, ale zmieniłem się gdzieś tam odkąd powiedziałaś co do mnie czujesz. Jestem szczęśliwy, bardzo. Nie wyobrażasz sobie jak. Sprawiłaś, że więcej się uśmiecham, że jak wstaję rano to nie chcę już zabijać budzika, tylko chcę wstać, zobaczyć twój uśmiech i poczuć twoje słodkie usta. Wiem, że będziemy się kłócić pewnie nie raz, to normalne, że ludzie się kłócą. Nawet ja i Mario. Nie wiesz nawet ile razy potrafiliśmy się do siebie nie odzywać na przykład przez tydzień. Potem ze wzruszeniem wpadaliśmy sobie w ramiona…-uśmiechnął się lekko i chwycił mnie za ręce.
-Nie powinnam była tego drążyć.
-Rozumiem cię, to nie twoja wina. Po prostu daj mi trochę czasu. Chcę ci naprawdę wszystko opowiedzieć, ale wolałbym w jakimś cichym miejscu, gdzie będziemy sami, dobrze? Zaufaj mi. Daj chwilę czasu. Oczekujesz ode mnie cierpliwości i ja cię proszę o to samo. Nie chcę mieć przed tobą żadnych sekretów.
-Ja też nie.
-Nie wymagam od ciebie, żebyś mi wszystko opowiadała. Wiem, jakie dla ciebie to trudne.
-Też nie powinnam tego wymagać. Po prostu… Powiedziałeś to w taki sposób… Po prostu… Dotknęło mnie to, źle zareagowałam, nie powinnam, przepraszam.
-To będziemy się tak teraz jeszcze przepraszać nawzajem, czy będę mógł cię wreszcie pocałować, hmm?-uśmiechnęłam się i wstałam z ławki.
-Chodź, najpierw chcę stanąć głową w chmurach.-zaśmiałam się i pociągnęłam go za rękę. 

Tak, znaleźliśmy się właśnie na odcinku, w którym szło się mając po obu swoich stronach białe obłoki. Było tu chłodniej niż na dole, do tego cudowny wiatr. Otuliłam się chustą na ramionach. I ruszyłam do przodu. Po środku drugiej połowy mostu zatrzymaliśmy się przy barierce i podziwialiśmy chmury.
-Teraz mogę powiedzieć, że chodzę z głową w chmurach.
-A ja teraz mogę cię pocałować?-odwrócił mnie do siebie i zatopił się w moich ustach. Wtuliłam się w niego i próbowałam mu przekazać całą swoją miłość
-Nie kłóćmy się.-szepnęłam między pocałunkami
-Yhymm…-usłyszałam w odpowiedzi


-Będzie cudowna tapeta.-uśmiechnął się zwycięsko pokazując mi zdjęcie z przed chwili.
-Jak… Kiedy?
-Trzeba cię tylko pocałować tak, że zapominasz o bożym świecie i tyle.
-Nie musisz się specjalnie wysilać, zawsze tak jest. A z nóg mam galaretę.
-Dobrze wiedzieć.-uśmiechnął się szeroko ustawiając zdjęcie. –Nie ciesz się, zdjęcie jak śpisz zostaje.-mrugnął do mnie
-Nie możesz mieć trzech tapet!
-Nie, ale mogę mieć zdjęcie kontaktu.
-Nigdy do ciebie nie zadzwonię.
-To ja będę dzwonił. Chodź już moja galareto.-pocałował mnie przelotnie w policzek i pociągnął za rękę
-Ej!
-Nie chcę nic mówić, ale też masz ciekawe zdjęcie w telefonie…
-Przeglądałeś…
-Dałaś mi sama kiedy dzwonił Kuba. Chyba nie muszę ci tłumaczyć, że jak się kończy połączenie…
-Okej… Tak w ogóle, gdzie jest mój telefon?
-Ja go mam.
-Daj…
-Nie. Popatrzę sobie jeszcze jak wrócimy na tą uroczą tapetę. Kto zrobił to zdjęcie?
-Ania.-przewróciłam oczami, na co odpowiedział mi zduszony chichot chłopaka. Na tapecie miałam zdjęcie, kiedy przytulał mnie w ogrodzie Lewandowskich, a na ekranie blokady nasze selfie z obozu.-Wyślesz mi to zdjęcie?
-Które?
-To z chmur.
-Ah tak, pocałunek w chmurach.
-A więc piłkarz, florysta, romantyk i poeta. Co się jeszcze za tobą skrywa?
-Pięćdziesiąt twarzy.-poruszał brwiami, na co oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
-O co chodzi z kwiatami? Nie widziałam przecież, żeby Mats dawał je Cat na plaży.
-Wynajął pokój w sąsiednim hotelu, który był cały w różach.
-Jakie to kochane… I słodkie.
-Mogę ci kupić tyle róż ile tylko będziesz chciała. Coś nam dzisiaj spokoju nie dają.-westchnął i wyjął swój telefon i odczytał wiadomość. –Cholera!
-Co się stało?-zaniepokoiłam się widząc jego minę
-Wracają.
-Jak to! Tak szybko!
-Cztery godziny. Nie wiem czy tak szybko.
-Co teraz?
-Jak to co, biegniemy!
-Przecież tam jest wyciąg krzesełkowy.
-Z górki będzie szybciej!-uśmiechnął się szeroko i oboje zerwaliśmy się do biegu.





„I nie zastanawiaj się
Chcę żebyś zaskakiwał mnie”







~~~

Hej hej kochane! Przepraszam, że znów takie długie. Chciałam gdzieś urwać ale nie miałam zbyt bardzo gdzie. Obiecuję, że to ostatni taki długi, mam świadomość, że większość z Was tu zasnęła...ale to ostatni rozdział z tych, do których miałam wenę...także cieszcie się póki możecie, kolejne będą gorsze. W sumie kolejny, bo wstyd się przyznać, mam tylko jeden na za tydzień...Spokojnie, znajdę więcej czasu i będą kolejne!:)
Dziękuję za wszystkie pozytywne komentarze!<3 Tak motywuje...tylko kiedy ja mam pisać, no kiedy? :'( Idą święta to będę siedzieć na tyłku i pisać, nie ma to tamto!:)
Napiszcie, czy dotarłyście do końca!:)
Buziaki!;*


sobota, 5 grudnia 2015

Trzydzieści sześć.

"Zbyt mało czasu dla siebie dziś mam
Zbyt wiele jeszcze w sercu przeszłości ran
Lecz wiem, że życie zaskoczy mnie nie raz
Postaram się, by zawsze móc spojrzeć sobie w twarz."




-Nie mogę, Marco. –powiedziałam łamiącym się głosem. Nie chciałam na niego teraz patrzeć, bo dobrze wiem, jak zareagowałabym na jego smutne spojrzenie. –Zobacz tamte dziewczyny.-pokazałam na grupkę dziewczyn tańczących trochę dalej od nas na piasku. –Są śliczne. Wystarczy twoje jedno słowo, a która tylko chcesz będzie twoja. Po każdym względem. Ja nie miałam nigdy chłopaka, nie jestem też łatwą osobą, mam wiele zahamowań, nie jestem odpowiednią dziewczyną dla ciebie. Jest tyle dziewczyn na świecie, które wręcz marzą byś chociaż na nie spojrzał, jest tyle modelek, aktorek, piosenkarek, prezenterek… Jesteś tak wspaniałym facetem a zwracasz uwagę na zwykłą, szarą, przeciętną studentkę, która większość swojego życia nie zbliżała się do mężczyzn, wręcz się ich bała, ma mnóstwo problemów… Nie zasługuję na ciebie.
-To ja nie zasługuję na ciebie.-powiedział szeptem
-Marco…-jęknęłam cicho powstrzymując zbierające się pod powiekami łzy. Nie mogłam już ustać. Musiałam usiąść na ławce.
-Inga.-ukucnął przede mną –Możesz gdzieś jeszcze ze mną pójść? Potem będziesz mogła wrócić do hotelu, zamówię ci taksówkę, tylko proszę. Ostatni raz. Zrobisz to dla mnie?
Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego. Czułam ból, ale też nadzieję. Widziałam tę waleczność w jego oczach. On nie poddaje się łatwo. Jak się okazuje poza piłką również i w życiu.
-Proszę…-powiedział bardzo cicho. Pokiwałam tylko głową. Marco odetchnął. Podniósł się, ja zrobiłam dokładnie to samo. Ruszył przed siebie. 
Jedną rękę zacisnął w pięść. Albo jest zdenerwowany albo się boi. Kiedy ja tak prześwietliłam jego zachowania? Po jakiś mięciu, może dziesięciu minutach doszliśmy do przystani łodzi. Marco stanął przed jedną z nich i poczekał, aż dojdę. Wolałam iść odrobinę wolniej. W takim momencie byłam zdolna nawet do wywrócenia się. Moje ciało było jak sparaliżowane. Czułam się jak w pułapce. Pułapce swoich uczuć. Było ich zbyt wiele. 
Kiedy już dochodziłam wszedł do luksusowego jachtu i podał mi rękę, abym do niego dołączyła. Złapałam jego rękę i zrobiłam większy krok, by znaleźć się w środku. Niestety stopa mi się lekko zachwiała i wpadłam prosto na blondyna. Ten złapał mnie mocno w pasie i nie pozwolił, żebym upadła. Podniosłam na niego spojrzenie. Założył mi kosmyk włosów za ucho.

-Dzięki.-szepnęłam prawie niesłyszalnie. Stanęłam na własnych nogach i poprawiłam delikatnie sukienkę.
-Chodź.-powiedział i ruszył na przód jachtu. Uśmiechnęłam się, kiedy na ogromnym dziobie leżały rozłożone na sobie dwa grube koce.
-Zapraszam.-usłyszałam jego głos koło ucha. Postanowiłam zdjąć szpilki i usiadłam na miękkim kocu z wyprostowanymi nogami. Marco na chwilę gdzieś zniknął. 
Spojrzałam na ściemniające się niebo. Słońce chowało się na horyzoncie, a chmury zmieniały barwę na róż i pomarańcz. Nim zauważyłam, a pojawił się tuż obok mnie, a kiedy siadał na kocu nasza łódź zaczęła odpływać od brzegu. Oparłam się i patrzyłam na oddalający się ląd. Płynęliśmy bardzo szybko. Kiedy ląd już stawał się niewielką kreską na horyzoncie zwolniliśmy. Płynęliśmy powoli. Dookoła woda. Ciepły wiatr smagał po twarzy.

-Zamknij oczy.-usłyszałam szept Marco koło mojego ucha. Spełniłam jego polecenie. –I pozwól odpłynąć myślom. –uśmiechnęłam się lekko. Jednak nie jest takim złym uczniem. Tak jak kazał. Pozwoliłam wyrzucić wszystkie moje myśli buzujące w głowie. Byłam tylko ja, morze i jego cudowny zapach.
-Wiem już, co siedzi w twojej głowie.-usłyszałam znów jego głos. –Nie otwieraj oczu.-upomniał –Chcę wiedzieć, co jest tutaj.-szepnął i delikatnie położył dłoń nad moją lewą piersią. Zaczął gładzić kciukiem odsłoniętą przez sukienkę skórę. Rozpłynęłam się pod jego dotykiem. Wzięłam głęboki oddech. W tym samym momencie zabrał rękę. Nie. –Szczerze.-przypomniał. A więc o to chodziło z tą szczerością. Starałam się znów wygonić niepotrzebne myśli. Po kilku chwilach po moich policzkach znów zaczęły płynąć łzy. Wiedziałam, że je widzi. Domyślałam się, że siedzi i przypatruje mi się.
-Ja…-powiedziałam łamiącym się głosem. Chciałam na niego spojrzeć, lecz jakby odczytał moje intencje
-Zamknij.- westchnęłam cicho.
-Serce mówi, że się zakochało. Bez pamięci.-sprzeciwiłam się i otworzyłam oczy. Klęczał koło mnie, zwrócony w moją stronę. Patrzył na mnie z ogromnym żarem w oczach. –I nie tylko serce, ale ja cała. –dodałam –Proszę, powiedz coś.-spojrzałam na niego błagalnie. Zamknął na chwilę oczy.
-Dlaczego powiedziałaś, że nie jesteś dziewczyną dla mnie?
-To oczywiste.-westchnęłam tracąc całą pewność siebie. Zaczęłam nerwowo skubać materiał sukienki.
-Dla mnie nie.

Nastąpiła dla mnie krępująca cisza. Bardzo krępująca. Właśnie wyznałam mu, co do niego czuję, a teraz siedzę ze spuszczoną głową wpatrując się w moje paznokcie.

-Chodzi ci o seks, prawda?-usłyszałam w końcu jego głos. Cholera, musimy o tym teraz rozmawiać? Z pewnością bym się teraz zakrztusiła. Dobrze, że nie zaproponował mi czegoś do picia.
-Jesteś bardzo bezpośredni.-mruknęłam pod nosem
-Po prostu nazywam rzeczy po imieniu.-stwierdził pewnie. –Inga, proszę, popatrz na mnie. Nie musisz ukrywać też rumieńców, a jestem pewien, że je masz. Ślicznie ci z nimi.-podniosłam odrobinę głowę. –Troszkę wyżej.
-Dlaczego mnie od blisko dwudziestu minut mnie nie dotykasz pomijając fakt, kiedy niczym ostatnia ofiara wpadłam na ciebie?
-Ty też jesteś bardzo bezpośrednia.-uśmiechnął się z wyższością
-Zadałam pytanie.-zaczęłam kreślić paznokciem ósemki na moim kolanie
-Ja też.-odpowiedział pewnie
-Odpowiedz na moje, wtedy ja odpowiem na twoje.
-No dobrze, możemy się tak umówić. Dlaczego? Żebyś jasno myślała. Nie chciałem cię rozkojarzać, chciałem żebyś jasno myślała, żeby znać te prawdziwe odpowiedzi, a nie te, z impulsu. Teraz ty.
-Tak.
-Co „tak”?-uśmiechnął się pod nosem.
-Tak, chodzi o to.-odpowiedziałam cicho, na co Marco lekko się zaśmiał. –Strasznie śmieszne.
-Przepraszam.-odpowiedział jak najbardziej szczerze.
-Jeśli chodzi też o te „oczywistości” to zobacz, inne…
-Nie chcę innych. Chcę tylko ciebie. Jesteś dla mnie idealna. Jesteś piękna, mądra, zabawna, wrażliwa i masz ogromne serce. Jesteś wyjątkowa. Jedyna, którą kocham. I nie ma „innych”. –cholera, wie jak mnie wzruszyć. Wykorzystałam moment, kiedy podniósł się z kolan i niczym małe dziecko przysunęłam się do niego i mocno go przytuliłam. Położyłam głowę na wysokości jego serca i zaczęłam wsłuchiwać się w jego rytm.

-Nie umiem ci się sprzeciwić.-westchnął tuż przy moim uchu i mocno mnie objął
-To tego nie rób.
-Chcę wszystko z tobą wyjaśnić i musimy podjąć jeszcze jedną, ważną decyzję.
-Musimy?
-Yhym…-wyczułam, że się uśmiecha. Z niezadowoleniem puściłam go i usiadłam na swoim poprzednim miejscu.
-A wiec pozostaje temat „to”.
-Jeśli dalej mam być szczera, to mam ochotę pociągnąć ci z łokcia.
-Dobrze wiedzieć.-uśmiechnął się szeroko, a zaraz potem zebrał myśli zastanawiając się nad czymś.
-Marco… Ja się domyślam, że ty nie jesteś abstynentem, a co dopiero prawiczkiem…-zaśmialiśmy się oboje.- Ja rozumiem, że każdy facet ma jakieś tam swoje potrzeby, ale… Ale ja nie jestem gotowa. I nie wiem kiedy będę. To siedzi gdzieś we mnie. Mogę ci obiecać, że będę starała się tego strachu, paniki, zahamowań pozbyć, ale ja po prostu…nie powiem ci, że to się stanie za miesiąc, pół roku czy rok. Ja to bardzo przeżyłam. Ma to swoje piętno gdzieś w środku. Z pamiętnika babci dowiedziałam się, że miałam trzy przepłakane noce, nic nie jadłam… Ja nic nie pamiętam co się działo potem. Tylko szok, ból, przerażenie… Boję się, że ja ci się po prostu znudzę, że najzwyczajniej w świecie przestanę ci wystarczać, że może znajdziesz kogoś innego, kto spełni twoje potrzeby, a to mnie wtedy zabije…-skończyłam cicho znów wpatrzona we własne ręce. Jednak koło nich pojawiły się dwie inne. Chwyciły z delikatnością moje i gładziły kciukami knykcie. Zamknęłam oczy i zaczęłam uspokajać mój przyspieszający oddech.
-Dziękuję.-usłyszałam jego ściszony głos
-Za co?-zapytałam podnosząc głowę i marszcząc brwi.
-Za to, że jesteś ze mną szczera. Doceniam to. Wiem, że dla ciebie to krępujący temat, więc cieszę się, że powiedziałaś mi co o tym myślisz i przedstawiłaś swoje obawy. Z resztą niesłuszne. Odpowiadając na twoje pytanie to nie należę ani do jednych ani do drugich. Nie chcę i nie będę cię do niczego zmuszał. Chciałbym zdobyć twoje zaufanie. Wiem, że się boisz, ale poradzimy z tym sobie. My damy radę. Chcę być przy tobie i być dla ciebie wsparciem. To nie jest tak, że nie chcę z tobą iść do łóżka. Bo uwierz, cholernie cię pragnę. Jesteś tak piękną i seksowną kobietą… Chcę ci pokazać na wszystkie możliwe sposoby jak bardzo cię kocham. Ale jeśli nie jesteś na to gotowa to będę czekał ile tylko będzie trzeba. I zadowolę się wszystkim co mi dasz, nawet, jeśli miałoby to się ograniczyć tylko i wyłącznie do trzymania się za rękę. –tym razem sama się zaśmiałam
-Lubię kiedy mnie całujesz.-powiedziałam pewnie patrząc mu w oczy i przygryzając wargę.
-Doprawdy?-uśmiechnął się delikatnie i patrzył na mnie rozżarzonym spojrzeniem.
-Owszem. Nawet jeśli były to te skromne trzy razy.
-Skromne?-próbował trzymać powagę
-Bardzo.-stwierdziłam z przekąsem, by potem szeroko się uśmiechnąć
-Pani za to całuje bardzo nieskromnie.
-A pan wprowadza bardzo niezręczne sytuacje.
-Zupełne przeciwieństwo do pani pocałunków.-szepnął zbliżając się coraz to bardziej.
-A więc jakie są te moje pocałunki?
-Hmm… Mogę sprawdzić? Chyba zapomniałem.
-Co to będzie, jak będę w pańskim wieku…-pokręciłam głową, a Marco roześmiał się wesoło. Już dawno nie słyszałam jego donośnego, radosnego śmiechu, który…tak, który też kochałam.
-Inga…
-Hmm?
-Bardzo mi na tobie zależy.
-Mi też.
-Proszę, spróbujmy…-szepnął nachylając się nade mną
-Spróbujmy.-odpowiedziałam, by po chwili zatopić się w jego ustach. Ten pocałunek różnił się od innych. Był wyjątkowy. Był naszym pierwszym, prawdziwym pocałunkiem. Czułam w nim całe uczucie, którym darzył mnie Marco. Objęłam go mocniej i zaczęłam jeździć ręką w górę i w dół jego pleców. Mruknął cicho z zadowoleniem. Zaczął bawić się moimi włosami okręcając je wokół palców. Postanowiłam zaryzykować. Przesunęłam dłoń na jego kark, a następnie na włosy. Zawsze marzyło mi się przeczesać je dłonią. Marco zaczął się śmiać.
-A więc to tylko, żeby dotknąć moje włosy?
-Ciii…-szepnęłam w jego rozchylone usta i tym razem ja łapczywie wpiłam się w jego wargi.




"Bo wielka miłość zdarza się nam tylko raz
Nie zamknij swoich oczu, gdy spojrzy Tobie w twarz"



-I jak?-zapytałam, kiedy łapałam oddech kładąc się na jego torsie. –Przypomniałeś sobie?
-Takiej ciebie jeszcze nie znałem.-zaśmiał się i mocno do siebie przytulił
-Jakiej?-zatrzepotałam rzęsami
-Inga…
-Gdzie się podziała twoja bezceremonialna bezpośredniość?
-Nieziemsko całujesz.
-Uczę się od najlepszych.-odparłam z dumą, na co Marco zmarszczył brwi w zastanowieniu.-Jesteś jedynym, który mnie całował, więc nie masz co się zastanawiać.-szepnęłam czym wywołałam uśmiech blondyna
-Całe szczęście..-uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło, a ja jeszcze mocniej wtuliłam się w niego.
-Wygodnie się na tobie leży.
-I co, zaraz powiesz, że mięciutko?-zaśmiał się
-Nie, chciałam powiedzieć, że masz kawał mięśni. A ty chcesz mi powiedzieć, że jestem ciężka jak tak na tobie leżę?
-Nie, chciałem powiedzieć, że jesteś leciutka jak piórko i lubię, jak na mnie leżysz.
-Hmm. W takim razie, jeszcze sobie tak poleżę.
-Poczekaj.-zabrał jedną rękę z moich pleców i włożył ją do kieszeni swoich spodni.-Mam coś dla ciebie.
-Dostałam już piękne kwiaty.
-Mam coś jeszcze.-mrugnął radośnie. –Ale chyba cię muszę zrzucić.
-Niee…
-Taak.-powiedział i pocałował mnie subtelnie. Westchnęłam
-To ja się już sama zrzucę.-uśmiechnęłam się szeroko i zjechałam z niego na koce.
Marco wyjął z kieszeni czarne, płaskie pudełeczko. Otworzył je i chwycił moją rękę. Wyjął przepiękną, srebrną, fikuśną bransoletkę z biało-bordowymi kryształkami. Kamyczki tworzyły niesamowite kształty. Założył mi ją na prawą rękę.
-Dla ciebie.-spojrzał na mnie badawczo
-Dziękuję, ale nie musiałeś. Srebro?-coś mnie tchnęło, żeby zapytać
-Białe złoto.
-A te kamyczki to cyrkonie?-Marco uśmiechnął się szeroko. Błagam, niech to będzie prawda.
-Diamenty i rubiny.
-O nie. Nie. Marco, to zbyt drogie. Nie mogę tego przyjąć.
-Nie jest dla mnie drogie.
-Ale dla mnie jest.
-I w związku z tym?
-Nie mogę jej przyjąć. Nie chcę, żebyś obsypywał  mnie drogimi prezentami. Nie zależy mi na twoich pieniądzach, nie dla nich z tobą jestem.
-Potraktuj to w takim razie jako nieodłączny gratis.
-Gratis do czego?
-Do mnie.
-Marco…
-No dobra, do wazonu.
-Czekaj, chyba nie powiesz, że kupiłeś mój wazon.
-Mogę nic nie mówić jeśli chcesz.
-Kupiłeś go!
-Tak.-uśmiechnął się szeroko.
-Jesteś niemożliwy. Ale…
-Już ci się nie podoba?
-Nie…
-Wazon czy bransoletka?
-I to i to jest piękne…
-No to po sprawie.-pocałował mnie przelotnie. –Pasuje do ciebie.
-Czasem nie mam na ciebie siły. Dziękuję.-przytuliłam go mocno do siebie
-Zszedł już siniak?
-Marco, nie zaczynajmy już tego tematu, zobacz…-podniosłam do góry prawą rękę. O nie… Nie. –Chyba nie kupiłeś jej po to, żeby zakryć siniak…
-Przynajmniej go nie widać.
-Jesteś wariatem.
-Zwariowałem na twoim punkcie.-zaśmiał się
-Jakie to oklepane.-ziewnęłam zakrywając usta dłonią
-Aż tak panią nudzę?
-Nie spałam pół nocy przez pana.-uśmiechnęłam się blado opierając się o klatkę piłkarza
-Zatem czuję się odpowiedzialny, aby dzisiejszy pani sen trwał wystarczająco długo, gdyż mam względem pani plany na jutrzejszy dzień.
-Hmm… A jakie?
-Czekaj.-uśmiechnął się szeroko i podniósł z miejsca. Podał mi rękę, żebym również wstała.-Patrz-wskazał na plażę. Na początku nic nie widziałam, lecz potem na mojej twarzy zagościł ogromny uśmiech. Niedaleko brzegu stała Cathy, a przed nią klęczał Mats trzymając pudełeczko z pierścionkiem w dłoni. Oparłam się o Marco, a ten objął mnie jedną ręką. Widziałam drżącą dłoń Cat, kiedy kapitan Borussii nakładał jej pierścionek na serdeczny palec. W tym samym momencie usłyszałam dźwięk migawki aparatu mojego chłopaka. Chłopak… Ach, jak to cudownie brzmi.
-Wyślemy im.-szepnął i pocałował mnie w czoło, a ja dalej wzruszona parzyłam jak Cathy szczęśliwa skacze swojemu narzeczonemu w ramiona i go całuje. Marco chwycił mój podbródek i pocałował mnie namiętnie w usta. –Uwielbiam cię całować.
-Kiedyś ci się znudzi.
-Nigdy.-odpowiedział pewnie i wrócił do poprzedniej czynności.




-A teraz już wyślę.
-Czekaj, trzeba je ładnie obrobić.-stwierdziłam. –Mogę?-wskazałam na jego iPhone’a
-Proszę bardzo-podał mi telefon, a ja przycięłam zdjęcie w specjalnym programie tak, że miało kształt serca.
-Gotowe.-uśmiechnęłam się i oddałam mu telefon.
-Pięknie. To wysyłam.
-Coś piszesz?
-Yhym..-odparł wystukując wiadomość, a ja znów patrzyłam na szczęśliwych Matsa i Cathy
-Myślała, że w ogóle jej się nie oświadczy.-powiedziałam opierając głowę na barku blondyna
-A on planował te zaręczyny odkąd zaplanowaliśmy ten wyjazd.-zaśmiał się. –Wysłałem.
Podał mi telefon do ręki, gdzie wyświetlała się napisana wiadomość pod zdjęciem

„Gratulujemy!
M&I”

-Fantastyczne. Lepiej bym tego nie ujęła.
-Prawda?
-Domyślą się, że może jesteśmy razem.
-Nie chcesz o nas nikomu mówić?
-Nie, po prostu… Nie chcę robić jakiegoś halo… Może po prostu jak wrócimy, nacieszymy się trochę sobą?
-Jak tylko będziesz chciała.
-A jak ty chcesz?
-Tak samo jak ty. Patrz, Mats bierze telefon.-pokazał na kapitana BVB.
Odpłynęliśmy już spory kawał od nich, więc nie było opcji, żeby nas zauważyli. Przeczytali oboje wiadomość i zaczęli rozglądać się dookoła.
-Chodź, usiądziemy jeszcze na chwilę, bo zaraz dopłyniemy.-pociągnął mnie za rękę i usiedliśmy razem przytuleni do siebie na kocu.

-Jestem szczęśliwa.-wyznałam patrząc w jego piękne, błyszczące oczy
-Ja też. Nawet nie wiesz jak bardzo.
-Ustawiłeś się u kapitana, córka trenera jest twoją dziewczyną… Nieźle, nieźle.
-Wiesz, że nie to miałem na myśli.
-Wiem.
-Nie jestem z tobą dlatego…
-Wiem.-ucięłam. –Mam ochotę coś zrobić.-powiedziałam nagle
-Oczy ci się święcą, przygryzasz wargę i stukasz palcem o moją rękę… Mam się bać?
-Może.
-Przekonałaś mnie. Jestem cały twój.-uśmiechnął się zawadiacko i przygryzł zębami dolną wargę.
-Cały…-szepnęłam –Mój…- on jest mój.. Mój. Mój Marco. Mój kochany Marco. Zachichotałam cicho i wskoczyłam na niego okrakiem. Położyłam dłonie na jego policzkach. Poczułam jak on kładzie ręce na mojej talii.
-Kocham cię, Marco.-szepnęłam do jego ust i złożyłam na nich długi pocałunek.
-Kocham cię.-odpowiedział pogłębiając pocałunek i przyciągnął mnie mocniej do siebie, tak, że nasze ciała stykały się ze sobą na całej powierzchni.




-Nie chcę przerywać…-wypowiedział między pocałunkami. -..ale stoimy już od dobrych kilku minut.
-To postoimy kolejne kilka.-odpowiedziałam i oddałam kolejny pocałunek. Marco zaczął się śmiać
-Uzależniłaś się…
-Od ciebie.
-Bardzo mnie to cieszy, też bym najchętniej tu z tobą został, ale…
-Ale?
-Nie jesteśmy tu sami.-szepnął mi do ucha. O matko. Zupełnie zapomniałam. Jacht sam nie pływa, istnieją na świecie ludzie poza Marco. –Mówiłem ci kiedyś, że uwielbiam kiedy się rumienisz?
-Na Idunie, dzień po naszym pierwszym pocałunku, kiedy pomogłeś mi z ochroniarzem.
-A, faktycznie.-uśmiechnął się szeroko i podniósł mnie z siebie. Wstał i podał mi rękę
-Dżentelmen.-zaśmiałam się
-A owszem.-przyjęłam rękę i wstałam. Marco ruszył ku wyjściu, a ja jeszcze schyliłam się po bukiet frezji.




Szliśmy w zupełnej ciszy do hotelu. Nie przeszkadzała nam. Miała w sobie taką swoją magię. Na dworze było już ciemno. Kilka gwiazd rozświetlało niebo i piękny półksiężyc. Idealna atmosfera na wyznanie sobie uczucia, bycia szczęśliwym… Wjechaliśmy windą na nasze piętro. Marco zatrzymał się pod drzwiami do mojego pokoju.
-Stwierdziłem dzisiaj…
-Tak?
-Że jesteś odważna.
-Na jakiej podstawie?
-Rzucania się na mnie.-zaśmiał się cicho
-Ja się na ciebie rzucam? Ja?
-Yhym..
-Kiedy?
-Na przykład wtedy, kiedy mnie pocałowałaś…i długo, długo całowałaś.
-Marco!-pisnęłam ze śmiechem i zakryłam twarz dłońmi, czując palące rumieńce. Wziął po kolei w swoje dłonie moje i dał mi krótkiego buziaka w usta
-Nie powinnam tak była robić? No wiesz, na pierwszej rance? Powinnyśmy byli zacząć od chodzenia za rączkę?
-Zaskoczyłaś mnie tym po prostu. Pozytywnie. I to nie ma się czego wstydzić, bo całujesz nieziemsko… Aczkolwiek jeśli chodzi o pierwszą randkę to chyba zawsze się coś o sobie opowiada. Tak jest w tych badziewnych komediach romantycznych.
-Znowu się wygłupiłam. Jestem idiotką.
-Nie jesteś. I nie wygłupiłaś się. Poza tym, wydaje mi się tego nie żałujesz.
-Szczerze?
-Yhym.-uśmiechnął się szeroko
-Marzyłam żeby cię całować od ponad trzech tygodni, więc nie żałuję. Od jutra możemy zacząć od chodzenia za rączkę i przytulanek.
-Od jutra?
-Tak.
-No to mamy jeszcze dwie godziny dzisiaj.-powiedział spoglądając na zegarek a zaraz potem czule mnie pocałował
-Wystarczy, muszę iść spać, bo chyba masz jakieś plany na jutro?
-Mam. Możliwe, że obudzę cię o szóstej.-mrugnął z uśmiechem na ustach
-Żartujesz?
-Nie. –oznajmił i znów mnie pocałował tym razem intensywniej, przypierając mnie do ściany.-Dobranoc.
-Dobranoc.-uśmiechnęłam się i weszłam cicho do pokoju by nikogo nie zbudzić. 
Weszłam do łazienki, przebrałam się w piżamę i zmyłam makijaż. Spojrzałam w swoje odbicie. Uśmiechnięta od ucha do ucha dziewczyna, szczęśliwa dziewczyna z błyszczącymi oczami. Fruwające motyle w brzuchu i bezgraniczne szczęście. Miłość. Jestem dziewczyną Marco Reusa. Kocham go, a on kocha mnie. To takie nierealne, niesamowite… Spotkam się z nim jutro. Tak bym chciała, żeby tu był… A więc to jest to zakochanie. Teraz nie chcę od niego uciekać. Chcę w nim trwać, jak najdłużej. Do końca życia…

Wyszłam z łazienki trzymając w ręku bukiet kwiatów i torebkę. Zabrałam z salonu jedną szklankę, napełniłam ją wodą i wstawiłam do niej bukiet. Postawiłam je przy łóżku koło pomarańczowych róż. Ania spała na łóżku obok. Będę musiała z nią porozmawiać. Nie wiem jak zareaguje na to, że jesteśmy z Marco razem. Bolało mnie, że go nie akceptuje. Jako przyjaciółka powinna mnie rozumieć, wspierać mnie i cieszyć się moim szczęściem. Bardzo bym tego chciała…
Weszłam pod kołdrę i otuliłam się nią szczelnie. Kiedy powoli zasypiałam usłyszałam wibracje mojego telefonu. Przekręciłam się na bok i podniosłam go z szafki nocnej. Nowa wiadomość. Uśmiechnęłam się widząc nadawcę. Otworzyłam ją szybko.

„Tak na dobranoc jako ciekawostka..:”

Niżej podany link. No dobra, sprawdźmy. Otworzyła mi się strona ze znaczeniem kwiatów. No proszę… 
Pomarańczowa róża oznacza fascynację i pożądanie. Będąc mieszanką żółtego i czerwonego, są często używane za pomost pomiędzy uczuciem przyjaźni symbolizowanym przez żółte oraz czerwone kojarzone z symbolem miłości. Podarowując pomarańczowe róże możesz zatem wyjawić pragnienie pójścia o krok dalej. Mowa kwiatów: Chcę czegoś więcej.

„No proszę, nie spodziewałabym się… Bawisz się we florystę-romantyka?:)”

Już widzę Marco szukającego znaczenia kwiatów. A właściwie to zupełnie nie mogę sobie tego wyobrazić.

„Mats szukał czegoś dla Cathy z Piszczem, to popatrzyłem mu trochę przez ramię.;)”

W to już uwierzyć mogę. Jeszcze jeden link. No niech będzie.
Białe frezje mówią „chcę być tylko z tobą”. Kurczę… Postarał się. Zaimponował mi tym.

„Bardzo ciekawa lektura. Dziękuję za piękne kwiaty, za przepiękną bransoletkę… I za to, że mnie kochasz, i jesteś mój… a to najpiękniejsze. Dobranoc.<3”
„Wzajemnie, dobranoc <3”

Nie mogłam pojąć jak bardzo jestem szczęśliwa. W moim życiu zaczęło się wszystko układać. Odnalazło drogę. Tak bardzo bym chciała, żeby babcia tu jeszcze była. Żeby poznała Marco. Na pewno by go pokochała jak swojego wnuka. Miała tak dobre serce.
Teraz mam tatę, przyjaciół, wspaniałego chłopaka, studia… Teraz wszystko wydaje się takie proste. Wtuliłam głowę w poduszkę i zaczęłam sobie przypominać ostatnio minione zdarzenia. Głównie te z łódki…Potem odpłynęłam w cudowny sen… Śniłam o nim…




"Bo jeśli spełniają się sny, to nie wiem już o czym mam jeszcze śnić"








~~~

The End.
...Żartuję!:D
Za tydzień next!:)
Może tym razem się zamknę i nic nie napiszę, możemy się zamienić i wy coś napiszecie:)))
Ściskam!<3
Ps.Dużo dużo mikołajkowych prezentów Wam życzę!:)

sobota, 28 listopada 2015

Trzydzieści pięć.



„Wiem, obserwujesz mnie,
Ja widzę Ciebie też.
Ja wiem, to jedno pewne jest
To Ciebie przed oczami mam.
Kto wie, może znów spotkam Cię
Nim skończy się długi dzień.”






-Nie wyspałaś się?-zapytała Cathy, kiedy kolejny raz podczas śniadania ziewnęłam
-Przepraszam, ale kiepsko dziś spałam.
-To niedobrze.-stwierdziła Lewandowska przeżuwając kanapkę –Chciałyśmy wybrać się z dziewczynami na mały shopping.
-Chętnie wybiorę się z wami.



Zasnęłam dopiero po drugiej w nocy. Nie umiałam sobie wytłumaczyć tej wiadomości. Nabija się ze mnie czy coś do mnie czuje? Czy przegrał zakład? W końcu zmęczenie wzięło górę i zasnęłam.
Nasz urlop dobiega końca. Za trzy dni mamy wylot. Ktoś by powiedział, że jeszcze trochę zostało, ale czas spędzony z tak fantastyczną ekipą szybko upływa, śniadanie, a zanim się obejrzymy zastaje nas zmrok.

-Teraz czy po obiedzie?-zapytałam
-Może zjemy po prostu obiad tam. Nie chce mi się wracać specjalnie na obiad do hotelu. A znając nas to trochę tam posiedzimy.

Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu Marco. Nie wydawało mi się, że widziałabym go, kiedy wchodziłam. Teraz go jednak zauważyłam. Siedział pod oknem przy odosobnionym, dwuosobowym stoliku razem z Mario. Zdziwiło mnie to trochę. Zawsze lubił spędzać czas z resztą towarzystwa. Nie możliwe, żeby się pokłócili. Nie miałam zupełnie pomysłu co się z nim dzieje… A może miałam i jeden, tylko nie zbyt bardzo chciałam go przyjmować do wiadomości. Nie dałam mu odpowiedzi. Wiem, że muszę mu coś napisać, ale no… Nie mam bladego pojęcia co.
Dokończyłam śniadanie i wróciłam z dziewczynami do pokoju.

-Wiecie co, chyba się chwilkę zdrzemnę. Jak będziecie się chciały zbierać to mnie obudźcie.
-Pewnie. Słodkich snów.

Weszłam do pokoju i położyłam się wygodnie na łóżku. Masz mętlik w głowie? Idź spać. Najlepsza zasada.




-Jesteście mężem i żoną. Możesz pocałować pannę młodą-ogłosił ksiądz. Uśmiechnęłam się szeroko do mojego męża.
-Nie, dziękuję, nie trzeba, może kolega.-usłyszałam głos Mario. A nie mówiłam, żeby się bardziej zastanowić nad doborem świadka?




-Inga…-usłyszałam głos
-Marco.-wymamrotałam sennie
-Ania.
-Nie lubisz Ani?
-Inga, halo, to ja, Ania.-otworzyłam oczy i wbiłam spojrzenie w stojącą nade mną przyjaciółkę.
-Wybij sobie go wreszcie z głowy. Chodź, idziemy na zakupy.
-Okej. Przebiorę się tylko.

Podniosłam się z łóżka i podeszłam do szafy. Wybrałam zwyczajne krótkie spodenki i t-shirt. Do tego trampki na nogi, włosy związane w koczka, tusz do rzęs, odrobina błyszczyku i gotowe.

-Jestem gotowa. Możemy iść?-weszłam do salonu dołączając do dziewczyn.
-Pewnie. Idziemy! Świetnie wyglądasz.-uśmiechnęła się do mnie Ewa i ruszyłyśmy na nasz zakupowy wypad.



Szłyśmy niespiesznie promenadą przy plaży w cieniu egzotycznych drzew. Co jakiś czas na ulicy stali uliczni grajkowie grający jakąś tradycyjną wyspiarską muzykę. Sprzyjały nam ogromnie wesołe humory. Na chwilę oderwałam się od moich myśli. Tak, to była wspaniała chwila. W końcu trafiłyśmy do miasteczka. Trochę czasu zajęło nam, żebyśmy mniej więcej wiedziały gdzie co jest. W centrum miasteczka stała wielka fontanna. Postanowiłam sobie, że jeszcze do niej podejdę. Tak, takie samo postanowienie jak z tym wazonem… Nie no, pójdę po ten wazon…pójdę. Ale najpierw muszę załatwić sprawę z Marco. No i znowu o nim myślę. Ale nie potrafię o nim nie myśleć. Taka jest prawda. Może nie będę przepuszczała myśli o nim tak jak teraz, kiedy dobrze się bawię z dziewczynami, ale on cały czas zaprząta moją głowę. No i jeszcze ta „randka”… Serce krzyczy: idź! Rozum kręci głową z niezadowoleniem patrząc na zachowanie serca. I kogo mam teraz słuchać? A, no tak. Błaszczykowskiego.
Zaśmiałam się i przyspieszyłam kroku dołączając do dziewczyn.

-Chodźcie tu, ten sklep wspaniale się zapowiada.-stwierdziła Cathy patrząc na wystawę.
Oglądałyśmy różne ciuchy i buty przez całe trzy godziny. Każda z nas znalazła coś dla siebie. Ja wybrałam dla siebie kapelusz i czarne szpilki, które strasznie mi się spodobały. Była jeszcze piękna sukienka w kolorze czerwonego wina. Leżała na mnie niesamowicie, jednak stwierdziłam, że nie miałabym okazji, żeby ją założyć. A może miałabym… Randka z Reusem. Cholera. I co ja mam zrobić? 

Szłyśmy właśnie do restauracji, kiedy zobaczyłam Tobiasa. On akurat na mnie spojrzał i uśmiechnął się delikatnie. Zaczął iść w moim kierunku.

-Zamówcie mi coś, zaraz do was przyjdę.
-Okej!-odpowiedziały wchodząc do restauracji.

Brunet podszedł do mnie z uśmiechem i objął po przyjacielsku.

-Hej Inga.
-Cześć, miło cię widzieć.
-Cieszę się, że cię jeszcze spotkałem. Dzisiaj wracam do Niemiec.
-Krótko tu byłeś.
-Służba wzywa.
-A, no tak.-uśmiechnęłam się.
-Wiesz Inga… Chciałem ci powiedzieć… Jesteś naprawdę wspaniałą dziewczyną. Kurczę, wiesz. Gdybyś nie była zakochana, to bym o ciebie walczył. Myślę, że teraz jestem na straconej pozycji, prawda?-podobam się mu? Czy mogłabym z nim chodzić? Czy mogłabym chodzić z kimkolwiek? Kimkolwiek poza Marco?
-Moje serce należy do kogoś innego.-odpowiedziałam pewnie. Bo tak przecież właśnie jest.
-Zazdroszczę mu. Nawet nie wie jakie ma szczęście.
-Jakie tam szczęście. Jestem zwykłą dziewczyną, jak każda inna.
-Jesteś wyjątkowa. Jeśli on też cię kocha z pewnością widzi i wie, jaki ma skarb. A jeśli on tego nie widzi jest debilem. Wielkim debilem.
-Bardzo mi miło, ale…
-Żadne ale. Taka jest prawda. Może mogę chociaż liczyć na twój numer telefonu? Wiesz, policjanci czasem potrzebują profesjonalnej psycholog.-zapytał z rozbrajającym uśmiechem podając mi swój telefon.
-Proszę dzwonić w soboty między osiemnastą, a osiemnastą piętnaście.-powiedziałam oddając mu jego telefon z zapisanym moim numerem.
-Dziękuję bardzo, zapamiętam. To ja już cię więcej nie zatrzymuję, nie przeszkadzam w waszym wypadzie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy.
-Pewnie, zapraszam do Dortmundu.
-A ja do Kolonii.
-Wiesz, jesteś naprawdę wspaniałym mężczyzną i zasługujesz na twoją wymarzoną dziewczynę. Ona gdzieś tam jest, tylko może po prostu nie może cię znaleźć.
-Tak jak wy znaleźliście się z tym piłkarzem…
-My chyba jeszcze szukamy.-uśmiechnęłam się słabo
-To trzymam kciuki, żebyście się znaleźli.-uśmiechnął się życzliwie i przytulił mnie na pożegnanie.-Cieszę się, że cię poznałem.
-Ja również. Dziękuję za miło spędzony czas, przepraszam, że tak to się skończyło wtedy…
-Jasne, rozumiem. To do zobaczenia.
-Do zobaczenia. I powodzenia.
-Wzajemnie.-pocałował mnie w policzek uśmiechając się i ruszył w przeciwną stronę.



Weszłam do restauracji, gdzie siedziały dziewczyny. Od razu ich spojrzenia skierowały się na mnie.

-I co? Co ci powiedział?-zapytała uśmiechnięta szeroko Ania. Czasem nie rozumiem jej.  Nie chce, żebym spotykała się z Marco, twierdzi, że nie jest dla mnie odpowiedni. Myślałam, że chce mojego szczęścia. Czyli jednak chcę być z Marco? To on jest dla mnie tym szczęściem?

-Muszę po coś pójść.-wstałam od stołu i ruszyłam pędem pozostawiając swoje przyjaciółki ze zdziwionymi minami. 
Skierowałam się do sklepu, w którym była moja, właściwie to za chwilę moja sukienka. Jeśli iść na spotkanie z Marco, czy jak on to nazywa, randkę to tylko w tej sukience. Weszłam, wzięłam sukienkę z wieszaka, którą mierzyłam i poszłam z nią do kasy.  Zadowolona z zakupu wróciłam do restauracji, gdzie właśnie podawano nasze dania.


Po skończonym posiłku stwierdziłyśmy, że wrócimy do naszego hotelu. Wybrałyśmy tą samą drogę, którą szłyśmy. Choć wydaje się długa, to cudownie się nią idzie. Można się tak odprężyć.

W końcu dotarłyśmy do naszego hotelu. Weszłyśmy na jego teren od strony plaży i hotelowego basenu. Po tej samej stronie stały też balkony. Coś mnie tchnęło i podniosłam głowę do góry. Na balkonie, oparty o balustradę stał Marco. Obserwował mnie. Kiedy nasze spojrzenia przez chwilę się ze sobą spotkały odwróciłam głowę w drugą stronę. Nie wiem czemu. Znów się może włączyła nieśmiałość i niepewność Ingi. W sumie… Chyba mogę być niepewna po tych wszystkich wydarzeniach z blondynem na czele.

Kiedy tylko weszłam do pokoju rozpakowałam moją sukienkę i położyłam ją na łóżku. W tej samej chwili usłyszałam dźwięk nadchodzącej wiadomości. Domyślałam się od kogo może być. Kuba, tata albo Marco… Widząc jednak wzrok tego ostatniego sprzed kilkunastu minut byłam prawie pewna, że to on jest autorem tej wiadomości.
Nie myliłam się. Patrzyłam na wyświetlacz telefonu i nie mogłam się przemóc, by otworzyć wiadomość. W końcu nastąpił ten moment.


„Będę czekać o 19. koło fontanny w miasteczku.
Chciałbym, żebyś przyszła.
Bardzo mi zależy.
M.”


Spojrzałam na leżącą sukienkę. Tak, będzie idealna. A więc dziewiętnasta.

-Co tam, Inga?-weszła do pokoju Ania
-Spotkam się dzisiaj z Marco. –powiedziałam pewnie wyjmując czarne szpilki, które okazały się idealnie pasować do sukienki.
-Żartujesz?
-Nie. Jestem całkowicie poważna.
-Przecież ci mówiłam, że…
-Tak, Ania, mówiłaś, ale to nie wystarczy, żeby mi przeszkodzić…
-Nie chcę ci przeszkadzać! Jesteś bardzo delikatna i wrażliwa. Po tym co zrobił wcześniej nie wiesz czego się możesz teraz spodziewać.
-On mnie nie skrzywdzi.
-Skąd masz pewność? Nie chcę, żebyś zostawała z nim sama.
-Przestań, dobra? Przestań go traktować, jakby był jakimś masochistą, gwałcicielem, damskim bokserem! Mieszkałam z gorszym a żyję! Przestań w nim widzieć jakieś zagrożenie dla mnie! Czemu nie możesz na niego patrzeć jak wcześniej? Jak na kolegę z klubu twojego męża?
-Chce twojego bezpieczeństwa, jestem twoją przyjaciółką.
-Na razie gderasz jakbyś była przewrażliwioną matką! Zacznij być moją przyjaciółką i zacznij do jasnej cholery mnie spróbować zrozumieć i mi pomóc!-moje emocje wzięły górę. Sama siebie nie poznawałam. Mówiłam podniesionym głosem, prawie krzyczałam na moją przyjaciółkę. Choć nie wiem, czy mogę tak jeszcze ją nazywać. Strasznie się od siebie oddaliłyśmy. Nie chcę, żeby kazała wybierać mi między nią, a Marco. Oboje są dla mnie bardzo ważni. Nie umiem między nimi wybierać. Choć gdyby mi trzeba było…

Wyszłam z pokoju na korytarz. Tam na nieszczęście spotkałam Lewandowskiego.
-Pokłóciłyście się?
-Nie słychać było?
-Inga, co się dzieje?
-Wiem, że ty też jesteś teraz anty-Marco…
-Jestem. To co zrobił… Nie chcę, żebyście…
-Nie kontynuuj. Nie mam ochoty na kolejną kłótnię. W sumie to przeze mnie. Przeze mnie. Marco jest twoim przyjacielem. Nie chce, żeby ta przyjaźń ucierpiała. Proszę, Robert…-nie uzyskałam jednak odpowiedzi. Ruszyłam korytarzem przed siebie. Zbiegłam po schodach i pobiegłam na plażę. Położyłam się na gorącym piasku. Zamknęłam oczy. Ciepłe promienie słoneczne działały bardzo uspokajająco.

Po jak się okazało półtoragodzinnym wypoczynku postanowiłam napisać do Kuby. Rozmowa z Anią mnie podłamała. Z jednej strony idąc na tą całą randkę, zrobiłabym na złość Ani. A nie idąc zraniłabym siebie. Ania jest dla mnie bardzo ważna, ale…


„Marco zaprosił mnie na randkę…”


Jakubie Błaszczykowski, doradź.


„Gratuluję.”


„Kubuś, oczekuję mądrej rady.”

Odpisałam i czekałam na kolejną wiadomość. Jednak ta nie nadchodziła. W końcu rozbrzmiał mój dzwonek połączenia.

-Hej…-zaczęłam
-Guśka, Guśka. Mam ci mówić, czy iść na randkę z Marco czy nie?
-Ymm, tak.-usłyszałam po drugiej stronie śmiech blondyna
-Nie rozumiesz mnie… Po prostu Lewandowscy są źli na Marco za to, co zrobił. Pokłóciłam się właśnie dość mocno z Anią, ja rozumiem, że się o mnie martwi, ale to zaszło już zbyt daleko. Ja już nie wiem, co mam zrobić.
-Inga. Nie patrz na innych. Zapytaj sama siebie, czy ty chcesz.
-Ale ja nie chcę zranić moją decyzją bliskich mi osób.
-Popatrz co mówisz. Jak już myślisz to mówisz, że nie chcesz ranić. Czyli jeśli myślisz, to patrzysz już tylko na tą wersję, gdzie chcesz iść.
-A ty, co byś mi doradził. Bo zobacz, mam tak dwa głosy na tak, dwa głosy na nie.
-Dołóż sobie mój głos na tą stertę, gdzie będziesz szczęśliwa, okej?
-Okej. Dzięki Kuba.
-Nie ma za co.  Powodzenia.
-Dziękuję. To ja sobie jeszcze na tej plaży poleżę.
-Żebyś się potem nie dzwoniła, że masz piach we włosach. Przerabiałem to już z moimi dwiema dziewczynami.
-A jak tam urlop?




Po rozmowie z Kubą podniosłam się w końcu z piasku i ruszyłam z powrotem do hotelu.  Kiedy weszłam do pokoju zastałam tam tylko Cathy, Ewę i Łukasza.

-Hej wam.
-O, Inga! Ależ się spiekłaś!
-Serio? Zapomniałam się posmarować kremem z filtrem.
-Brawo, brawo.-westchnęła Ewa . –Posmaruj sobie może kochana teraz jakimś kremem na złagodzenie.
-Tak zrobię. Chce ktoś teraz iść do łazienki? Bo chciałabym się wykąpać?
-Nie, możesz iść.-uśmiechnęła się Cat.
-Okej.-odpowiedziałam tym samym i weszłam do łazienki i zaczęłam nalewać do mojej ulubionej ostatnimi czasy wanny z hydromasażem.



Czterdzieści minut później wyszłam z wanny i owinęłam się ręcznikiem. Wysuszyłam mokre włosy, a potem posmarowałam balsamem całe ciało. Ewa miała rację, troszkę się spiekłam, aczkolwiek nie było masakry. Założyłam bieliznę, a na nią szlafrok. Tak przemknęłam do mojego pokoju po kreację na dzisiejszy wieczór. Przebrałam się i znowu zaszyłam się w łazience, by zrobić dobry makijaż. Kiedy przechodziłam do układania moich włosów okazało się, że dobiega już dziewiętnasta. Postanowiłam na rozpuszczone, ale ułożyłam je delikatnie pianką. Stanęłam przed lustrem i… kurcze, dobrze wyglądałam. Podobały mi się usta pomalowane na wyrazisty bordowy. Idziesz Inga. Dasz radę. Tak. Dam radę. Wyszłam z łazienki. Akurat w pokoju była sama Cathy. Też się przygotowywała do jakiegoś wyjścia. Stała akurat przy lustrze i poprawiała makijaż.

-O mój Boże.-spojrzała na mnie –Wyglądasz nieziemsko!- uśmiechnęła się szeroko, podbiegła do mnie i delikatnie przytuliła. –Marco padnie.
-Dziękuję kochana.
-Chodź, zrobimy sobie zdjęcie. Oczywiście nie wstawię teraz, żeby nie zobaczył zbyt szybko.
-Okej.-uśmiechnęłam się i zapozowałam do zdjęcia z dziewczyną Matsa.
-Powodzenia ślicznotko.-uśmiechnęła się i dała mi kopniaka w tyłek na szczęście.
-Tobie też. Chyba też się gdzieś wybierasz?
-Spacer po plaży…-odpowiedziała rozanielona
-Hmm, zatem baw się dobrze.
-Wzajemnie!



Szłam jak kilka godzin temu promenadą przy plaży prowadzącą do miasteczka. Było już dwadzieścia minut po dziewiętnastej. Marco może cały czas czeka… A może już poszedł. A może ja jednak tam nie pójdę. Cholerne wątpliwości. Dlaczego akurat teraz? A może mnie wystawi? Może to był zwykły zakład, żart… Myślę już niedorzecznie. A jeśli to taka prawdziwa randka? Nie dam rady. Nie dam. Nie ma mowy, żebym dała. Ze strony plaży dobiegała muzyka. Odwróciłam się w tamtym kierunku. Impreza na plaży. Może to właśnie moja alternatywa? Zboczyłam z drogi, zdjęłam szpilki i weszłam na piasek. Podeszłam do baru. Upiję się. To bardzo dobre wyjście. Zapomnę o tym wszystkim. Zaleję się w trupa i nie będzie mnie nękać żaden Reus, żadna randka, żadni Lewandowscy. Moją decyzją jak na razie było to, czy zamówić drinka, czy może whishey, Jacka Danielsa, wódkę, piwo czy koniak.

-Coś podać?-zapytał dość niski, za to umięśniony barman. Hmmm… To co by tu zamówić jako pierwsze… Hmm…rum, brandy, burbon, tequilla…
-Sok pomarańczowy.-odpowiedziałam, co spotkało się ze zdziwionym spojrzeniem mężczyzny
-Oczywiście, zaraz podam.
No bo co… Sok pomarańczowy. Sok jak sok. A że zamawiany na imprezie, w barze, gdzie 99,9% osób kupuje przeróżne drinki i inne alkohole… Zaczęłam się śmiać z siebie.  Otrzymałam po chwili moje zamówienie. Wzrok barmana mówił sam za siebie-dziwoląg. No cóż, bywa i tak. Nie ma to jednak jak sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy. Czy ja tam chcę iść? Ja już nic nie wiem. Nie wiem, czy mam się śmiać, czy może płakać. „Dołóż sobie mój głos na tą stertę, gdzie będziesz szczęśliwa, okej?” , „Zawsze idź za głosem serca”.  Kuba i Babcia mają rację. Powinnam tam iść. Chcę tego. Być może, że zakończy się to katastroficzną porażką, ale nie będę potem żałować, że nie poszłam. Zapłaciłam za mojego „drinka” i weszłam na drogę do miasta. Strzepałam powierzchownie piach ze stóp i włożyłam szpilki. To nie był dobry pomysł z tą plażą. Już widzę moje poobcierane, czerwone stopy. No nic. Dam radę.



Dam radę, dam radę, dam radę. Zaczęłam sobie gdzieś to w głowie powtarzać, kiedy weszłam na teren miasteczka. Zaczęłam panikować. Nie chciałam znów uciekać. Musiałam stawić czoło. Komu? Przecież to Marco. Ten sam, w którym się zakochałam. Przecież to zwykłe spotkanie. A nie. I tu tkwi szkopuł. To randka. Nie wiem, co on odbiera przez to pojęcie ale…

Nie wiem nawet kiedy, ale znalazłam się naprzeciw tej fontanny. Siedział tam. Jak zwykle wyglądał perfekcyjnie. Ciemne, jeansowe rurki, biała koszula z rękawem podwiniętym do łokcia i idealnie ułożona fryzura. Nie widział mnie. Siedział ze spuszczoną głową podpartą o ręce. No tak. Dobiegała już dwudziesta. Ale on czekał. Cały czas miał nadzieję, że przyjdę. Mój kochany Marco. Poczułam jak moje serce stopniało. Lód spadł, a ono rozgrzane zaczęło energicznie dudnić, wyrywać się… Nie miałam już wątpliwości, żeby uciekać. Obawiałam się tego spotkania, ale nie chciałam już zawrócić. Wystawiłabym go. Zraniła. Przecież ja go nie chcę ranić. Na drżących nogach krok za krokiem zbliżałam się w stronę fontanny.  W końcu znalazłam się tuż koło niego. Nie wiedziałam, czy coś powiedzieć, czy może usiąść koło niego. Randki są strasznie niezręczne. Zwłaszcza te z przyjacielem. A może ex-przyjacielem. A może po prostu randki z Marco. Nie musiałam jednak nic zrobić, bo chwilę później Marco podniósł głowę i przeciągnął spojrzenie od czubków szpilek na oczach kończąc. Otworzył buzię ze zdziwienia. Po chwili jednak złapał rezon i podniósł się z miejsca. Cały czas nie spuszczał ze mnie wzroku.

-Ym.. Hej.-odezwałam się pierwsza
-Cześć. Pięknie wyglądasz.
-Dziękuję, ty również.
-Cieszę się, że przyszłaś.-po tym nastała chwila ciszy. Chyba żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. A może tylko myśleliśmy, żeby dobrać jakieś odpowiednie słowa? –Zapomniałbym.-westchnął i wziął z murka fontanny bukiet białych frezji.-Dla ciebie.
-Dziękuję, ale nie musiałeś.-odparłam wąchając prześliczne kwiaty
-Chciałem.
-Są piękne.-popatrzyłam na kwiaty, a potem na niego. On też jest piękny.
-Chodź, przejdziemy się.-wyciągnął do mnie dłoń. Drugą niedbale schował do kieszeni. 

Uśmiechnęłam się w duchu. Cieszyłam się jak małe dziecko. Będę iść z Marco za rękę. Może to takie dziwne, ale dla mnie wyjątkowe. On jest wyjątkowy. Przy nim moje uczucia aż kipią. Ujęłam delikatnie jego rękę. Dotyk jego skóry… Po całym ciele przeszły mi dreszcze. Może ten gest wydaje się zwykły, błahy to chyba w naszym przypadku miał on bardzo intymne znaczenie. Marco delikatnie ścisnął moją dłoń. Na jego usta wkradł się mały uśmiech. Ruszyliśmy. Marco pewnie prowadził. Byłam trochę z tyłu, o ten jeden krok za nim. Po jakimś czasie dotarliśmy do zupełnie pustego parku przepełnionego kwiatami. Nie było tam jednak ani żywej duszy.

-Tu możemy w spokoju porozmawiać.-oznajmił spokojnie i poszedł w kierunku jednej z ławek. Ta akurat stała na uboczu.
-Marco…-zaczęłam nerwowo ugniatać tkaninę sukienki. Blondyn spojrzał na mnie, a ja straciłam całą pewność. –A nic, nieważne.
-Ważne. Powiedz.
-Czy… Moglibyśmy się przejść? No wiesz, spacer. Może na plażę?-popatrzył na mnie badawczym wzrokiem, tym, którym chciałby coś wyczytać z mojego mózgu. Aż takiej mocy jednak nie ma
-Nie chcesz zostawać ze mną sama?-zapytał z bólem
-Nie, nie, nie chodzi o to. Ja po prostu…-powiedziałaś A, to powiedz i Beee, uparty baranie. Popatrzyłam gdzieś w stronę miasta. Potem odważyłam się już spojrzeć na Marco. Muszę to powiedzieć, bo inaczej pomyśli, że się go boję, czy nie wiadomo co. –A mogę być rozbrajająco szczera?-zapytałam zagryzając wargę. Jego oczy zabłyszczały. Pokiwał głową –Jestem strasznie zdenerwowana i spięta, że jak już to wolę chodzić. Bo jakbym siedziała, to pewnie bym tupała obcasem, a ty byś się wkurzał i byś uciekł. Nie myśl, że mam może ADHD, ale…-nie skończyłam, bo przerwał mi cichy śmiech blondyna. Spojrzał na mnie ciepło. Objął mnie ramieniem i pocałował w głowę.
-Nie chcę, żebyś się denerwowała.
-Nazwałeś to spotkanie randką, więc jak mam się…
-Chodźmy już na ten spacer.-powiedział i ruszył przed siebie. Podbiegłam do niego wyrównując tempo naszych kroków.


-Wygłupiłam się, prawda?-zapytałam w końcu, kiedy cały czas szliśmy w ciszy
-Nie. Cieszę się, że jesteś ze mną szczera. Chciałbym, żebyś taka była cały dzisiejszy wieczór.
-To znaczy, że na co dzień jestem nieszczera?
-Nie, ale chciałbym, żebyś mi mówiła wszystko o czym myślisz, to ważne. Chociaż jak na razie nie masz z tym problemów.-uśmiechnął się i znów złapał mnie za rękę. Dotarliśmy na plażę. W tej części było dużo puściej. Znajdowała się na uboczu.


-Jak tu będziesz tupała obcasem to nie będzie słychać.-posłał mi kolejny piękny uśmiech dzisiejszego wieczora.
-Już trochę lepiej, więc może nie będzie takiej potrzeby.
-Inga, posłuchaj.-westchnął ciężko i spojrzał mi w oczy. –Chciałem cię przeprosić za to, że sprawiłem ci ból. Kiedy zobaczyłem te siniaki… Nawet nie wiesz jak koszmarnie się wtedy poczułem.
-To nie bo…
-Nie przerywaj mi, proszę.-ścisnął moją dłoń –Przepraszam, że wtedy powiedziałem to w taki sposób, a nie mniej delikatny.
-Czyli podtrzy…-zawiesiłam wyraz widząc jego wzrok. Był niepewny. Obawiał się czegoś. Wziął głęboki oddech. Ja swój trzymałam od kilku chwil.
-Czyli cały czas podtrzymuję to co powiedziałem. Inga, ja po prostu nie potrafię, rozumiesz? Nie potrafię…udawać twojego przyjaciela. Nawet nie wiesz, ile razy robiłem coś wbrew sobie, hamowałem się. Nie chciałem cię zranić, nie chciałem jeszcze bardziej mieszać w twoim życiu. Wiem co przeszłaś, wiem, że się tego boisz, ale ja już… -puścił moją rękę i zacisnął powieki. Ręce mi się trzęsły jak u starego alkoholika. Boże, co on właśnie chce mi powiedzieć? Otworzył oczy. –Ale ja już nie mogę. Kocham cię. Po prostu cię kocham. Nie umiem mówić, że cię lubię, że jesteś moją przyjaciółką, bo ja cię kocham, a ty jesteś dla mnie kimś dużo ważniejszym od przyjaciółki… Nie, nie płacz proszę…-westchnął smutno. On mnie kocha. On mnie kocha. Kocha. Starłam łzę z policzka i mocno zacisnęłam powieki. Ręce i nogi drżały mi tak jak wtedy, pod klubem.
-Nie mogę, Marco.



CDN...






~~~

JA WIEM. Ja wiem, że znowu w takim momencie. Przed wstawieniem usunęłam dalszy ciąg tej części i przeniosłam do 36. Po prostu pomyślcie, że ja Was tak bardzo kocham, że jeszcze zostaniecie potrzymane w niepewności...Na dobrą sprawę ciąg dalszy by mógł być, ale potem byłoby zbyt wiele wydarzeń i zbyt bardzo bym pomieszała.
Nie musicie już pisać, że mam szykować bunkier, bo mnie znajdziecie (cytuję tu Wasze komentarze-nic nie wymyślam!:D ), bo ja już sobie bunkier znalazłam! :) Zapajęczona piwnica...No dobra, pomyślę nad innym! Wiem, że bardzo czekałyście czy coś tu się wydarzy...może na przeprosiny jakieś wspaniałe zdjęcie Reusa? ^^























To jak, zgoda? ~^-^
Za tydzień 36!:)
Buziaki:**