sobota, 5 września 2015

Dwadzieścia trzy.



Rano wstałam jak na złość dziesięć minut przed budzikiem. Ehh… A gdybym wykorzystała te dziesięć minut, może to właśnie one okazały się tak zbawienne i pozwoliłyby ustawić mój status na: „wyspana”. Inga marudna, Inga głodna to Inga zła.


-Lewandowski!-wydarłam się na całe gardło
-Czego się drzesz tak rano?-chwilę później usłyszałam jego krzyk z pokoju za ścianą.
-Nie wiem!
-To daj człowiekowi spać!
-Ale za dziesięć minut budzik!
-No i?
-Głodna jestem!
-No i?
-No i?
-No i?
-Zaciąłeś się?
-Postanowiłem odpowiadać na wszystko „no i” bo jest jeszcze przed szóstą. A o tej godzinie to ja jestem żywym trupem.
-Oj nie marudź! Wstawaj!
-Może jeszcze zrobić śniadanie?
-No i gadasz wreszcie jak na człowieka przystało. Możesz zrobić jaglankę z owocami.
-A co ja Lewandowska jestem?
-Nie, ale Lewandowski.
-Nie czaisz różnicy?
-A no tak. Ania ma w swojej głowie miliardy przepisów, a Robert ma w swoim menu tylko jedną pozycję.
-Jaką?
-Jajko a’la Piszczewandowski.
-Piszcze… co?
-Piszczewandowski, a bo co?
-Dawno to wymyśliłaś?
-Przed chwilą.-zaśmiałam się do siebie. Właśnie zaczął dzwonić mój budzik. Przekręciłam się na bok, żeby go wyłączyć, a jak już przewróciłam się na plecy poczułam na brzuchu siedemdziesięcio-ośmio kilowy ciężar.
-Ty pasztecie jeden! Złaź no ze mnie!
-Nigdy!
-Nie chciało ci cię jeszcze przed chwilą spać?
-Ale wtedy była szósta.
-A teraz co się zmieniło?
-Jest siódma zero jeden. Nie czaisz różnicy?
-Czaję, ale złaź!
-A magiczne słowo?
-Natychmiast!
-Okeeej.-poddał się z podniesionymi rękami i położył się koło mnie.
-Chyba trzeba się ruszyć, nie?
-A kiedy mamy autokar?
-Punkt ósma pod Iduną.
-Ehh… To ja wstaję. Wezmę prysznic, postawi mnie na nogi.
-O! Dobry pomysł… Tylko ja sobie jeszcze poleżę.
-Jak wolisz.-wstałam z łóżka, dość energicznie jak na wczesną godzinę poranną i skierowałam się do łazienki.


Tak jak myślałam. Chłodny prysznic postawił mnie na nogi. Założyłam krótkie, jeansowe spodenki, jakiś t-shirt i białe conversy przed kostkę. Do tego złote kolczyki serduszka. Tak ubrana wyszłam na korytarz, gdzie akurat w tym samym czasie wychodził z łazienki Robert.
-A właśnie, Inga!
-Hmm?
-Musieliśmy cię wcześniej wpisać na listę opiekunów, dzisiaj jak będzie zbiórka będziesz musiała podpisać jakieś tam papiery.
-Spoko, nie ma problemu.
-I jesczee…-zaczął iść w stronę swojej sypialni. Chwilę później wrócił i rzucił do mnie czarnym t-shirtem.
-Co to?
-Wymóg organizatorów. Ale spokojnie, tylko taka prowizorka. Na miejscu nie trzeba, tylko przy wsiadaniu do autokaru żeby nie było zamieszania.
-Jasne, dzięki.-pomknęłam z powrotem do łazienki i ubrałam t-shirt z żółtym napisem na plecach „BVB team”. Argh! Nosić takie koszulki to czysta przyjemność. Aż związałam włosy w bombkę, żeby lepiej było widać napis. Szpan w końcu musi być! Zeszłam na dół i zastałam w kuchni Roberta grzebiącego w lodówce.

-Czyżbyś robił śniadanie?
-Skąd!
-Tak właśnie myślałam.
-Dzięki, zawsze we mnie wierzyłaś. Żona moja najwspanialsza przygotowała nam lunchboxy.
-Nie wierzę. Ta to już ma niezłego świra. Może jeszcze przygotowała dla wszystkich co jadą?
-Nie, za bardzo jej się spieszyło.
-Ona jest niemożliwa. A tak w ogóle, to jedziemy tym wspaniałym, czarnym, autokarem, którym jeździcie na wyjazdówki?
-Właśnie mieliśmy nim jechać, ale jest w naprawie, bo coś ostatnio w silniku rzęziło i chyba nici.
-Oj, szkoda… Jeny, zawsze chciałam się nim przejechać choćby metr.
-Jesteś nienormalna…
-Serio! Od zawsze chciałam! Zaraz po kupieniu sobie silikonowych bransoletek z Fan Shopu.
-Kupię ci na urodziny.-powiedział ze śmiechem
-Serio? Dziękuję!-podskoczyłam i mocno go uściskałam
-Nie ma za co, a teraz możesz zrobić jakieś śniadanie.
-A masz jakiś pomysł co zrobić?
-Nie… A ty?
-Nie… To co, musli?
-Okej!-powiedział zadowolony pakując do torby podręcznej pudełka z jedzeniem i butelki wody.


W końcu udało nam się ogarnąć. Robert pomógł mi zestawić moją walizkę z góry, a kiedy już mieliśmy wychodzić zadzwonił dzwonek do drzwi.

-Kogo tu niesie?
-Nie mam pojęcia.-wzruszył ramionami i otworzył drzwi. Za nimi stał uśmiechnięty od ucha do ucha Neven.
-Hej! Hej! O! W samą porę! Myślałem, że już was nie zastanę, ale jak już się spóźniać, to razem!
-Spóźniać? Jak to? Myślałam…
-Prima Aprilis!
-Neven… Mamy jedenasty czerwca.
-A, to sorry.-zaczęliśmy się wszyscy śmiać
-Też jedziesz na obóz? Myślałem, że się nie zgłosiłeś.
-Synek Auby dostał w nocy gorączkę, więc jestem ja! Może być?
-No pewnie, że może!
-To chodźcie, pojedziemy razem. Bez sensu zostawiać samochód na parkingu, jak po mój przyjedzie Kate i odstawi do domu.
-Zmieścimy się z walizkami?
-Z pewnością!

Po dziesięciu minutach drogi stanęliśmy pod Iduną. Kiedy spojrzałam przez okno dosłownie opadła mi szczęka. Na zewnątrz aż roiło się od fotoreporterów.

-Oooo! Ktoś tu będzie sławny!-zaśmiał się Neven patrząc na moją jak się domyślam nieźle zaskoczoną i może trochę przerażoną minę.
-Ooo! Może Neven!
-Ooo! Neven dawno nie miał okładki!
-Ooo! A Inga będzie miała i to w Polsce!
-Ooo!
-Jezus! Weźcie się ludzie ogarnijcie! Chodźmy już po te walizki-powiedział chowając twarz w dłoniach Lewy… Coś nie tak?
Wysiedliśmy z auta i skierowaliśmy się do bagażnika. Neven i Robert wyciągnęli nasze walizki i ruszyliśmy w stronę autokaru. Tam spotkaliśmy Moritza z Lisą i Matsa.

-Hej wam!-przywitaliśmy się chórem
-No, hej, hej! Słyszeliście?
-O czym?-zainteresował się Lewy, a ja stanęłam lekko z boku
-Jak zwykle organizatorzy nawalili.
-Jak to?-odezwał się dobrze mi znany głos. Odwróciłam się, a koło nas zjawili się Marco z Mario. Pewnie też razem przyjechali. Marco podszedł najpierw do mnie i objął po przyjacielsku. W jednej chwili błyski fleszów przybrały na sile i częstotliwości.

-No, to mamy już sensację dnia.-zaśmiałam się patrząc na Marco
-Oj, tam. Sensacja dnia byłaby wtedy, gdybym cię teraz na przykład tu tak z zaskoczenia pocałował.
-Marco! Przestaniesz już wreszcie?!
-Oooo, ktoś tu ma te dnii!-powiedział wesoło Mario podchodząc do mnie i również witając się uściskiem jak Marco, tylko trochę krótszym. Takim, po którym nie byłoby żadnej sensacji na pudelkach.
-Ooo, chyba nie!-odpowiedziałam mu ze śmiechem.
-No to co z tymi organizatorami?
-Sprowadzili zły autokar. Zamiast tego umówionego przyjechał trochę mniejszy.
-Czyli?
-Zabrakło jednego miejsca siedzącego.-wyjaśnił Mats
-No! To nie ma problemu! Marco posiedzi sobie na kolanach Mario i po problemie!-klasnął w dłonie Neven
-A czemu nie na odwrót?
-Żeby Marco nie miał zmiażdżonych nóg.-odpowiedziałam za niego i wszyscy zaczęliśmy się śmiać.
-No ha, ha, ha. Inga po prostu jest zazdrosna, pewnie sama woli siedzieć na kolanach Reusa.
-Oj, Mario, jakiś ty głupiutki…
-Ja? Głupiutki?
-Yhym… Bym aż z tobą się zmierzyła na inteligencję, ale widzę, że nie masz żadnej broni.
-Auuuuć!-zaśmiali się Lewy, Mo, Marco, Mats i Lisa. Mario na mnie spojrzał z rozbawieniem i w ułamku sekundy złapał mnie nad kolanami i przerzucił sobie przez ramię. Oczywiście ja, jak to ja musiałam się wydrzeć na pół okolicy. Nawet nie musiałam patrzeć na fotoreporterów, żeby wiedzieć, że w ich aparaty wstąpiło drugie życie.

Mario szedł przed siebie. Nie widziałam, bo miałam oczy na wprost jego pleców. Po chwili poczułam jak wchodzimy do autokaru. Usłyszałam głos chyba jakiejś organizatorki „poczekajcie chwilę, za chwilę piłkarze do nas dołączą. Proszę siedzieć spokojnie…Max, zostaw Izzy w spokoju!”
-Mario! Postaw mnie! Bo cię zaraz kopnę! Nie zauważyłeś jeszcze na jakiej wysokości mam buty? Ciesz się, że nie masz glanów, bo bym się musiała szufelką zeskrobywać z podłogi!-nie zauważyłam, że koło mnie jest ustawiony jeszcze jeden mikrofon. Zadarłam głowę i zobaczyłam z dwudziestkę dziecięcych par oczu patrzących się na nas z rozbawieniem, a zarazem niedowierzaniem. Mario roześmiał się głośno i postawił mnie na podłodze. Schowałam twarz w dłoniach i sama się zaczęłam śmiać a ze mną dzieciaki. Pokręciłam głową. Złapałam mikrofon i odchrząknęłam

-Tego przed chwilą nie słyszeliście. Dzień dobry. Ja jestem Inga. Jestem jednym z opiekunów obozu, a to jest Mario Goetze, tak, ten prawdziwy, wspaniały Mario Goetze, choć widzę po waszych minach, że już więcej o nim mówić nie muszę. Mario? Powiesz coś do mikrofonu?-podałam mu małe urządzonko.
-Ymm… Cześć. Wam… Wszystkim…
-Mario z reguły jest bardziej wygadany.-dodałam, a dzieciaki znowu się roześmiały
-A Inga jest mniej złośli…, a nie, nie jest mniej złośliwa. Ogólnie to witamy na tym, no…
-Obozie.
-Przecież wiedziałem. Nie przeszkadzaj mi. –no i kolejny śmiech wśród obozowiczów- Jeszcze są ci tam na zewnątrz, możecie pomachać, a nóż ktoś zobaczy i odmacha.-zaśmiał się Goetze. Dzieciaki wyjrzały przez okna z oczami jak pięciozłotówki i wszystkie zaczęły energicznie machać i pukać w szyby. Pierwszy zobaczył ich Marco i od razu z wielkim uśmiechem i pomachał. Stuknął Roberta łokciem i wszystkich oczy zwróciły się na radosnych wycieczkowiczów. Nie zauważyłam momentu kiedy, ale pojawili się również koło nich Marcel i jak się domyśliłam jego żona Jenny. Chyba ta kobieta, która wcześniej pouczała dzieci podeszła do nich, coś powiedziała, a ci pokiwali głowami i ruszyli w kierunku autokaru.

-Chodź, zajmiemy miejsca!-powiedział Goetze i pociągnął mnie za rękę w kierunku pierwszych siedzeń. Pierwszy do autokaru wszedł Marco, z czym spotkało się to z piskiem i brawami dzieci. Marco jeszcze raz im pomachał i spojrzał na Goetzego. Mario chwycił mnie w talii i posadził sobie na kolanach, a Marco usiadł na moim „byłym” miejscu.

-Nie no super, fajnie. Dzięki, ze mnie zapytaliście o zdanie.
-Ależ nie ma za co, choć o nic nie pytaliśmy.
-Robert! Ile będzie trwała jazda?-zawołałam do mojego przyjaciela, który wsiadał właśnie do autokaru.
-Godzinę. A co, przeliczasz czas, który spędzisz w tak wspaniałym gronie?
-Yhym…Ale wiesz, w sumie nie narzekam, mięciutko tu.-zaśmiałam się poprawiając na kolanach Mario
-Ja też nie narzekam.-uśmiechnął się Mario i popatrzył na…
-Ty zboczeńcu! Gdzież ty się patrzysz, co?
-No wiesz, na wprost mam oczy…-poruszał brwiami i uśmiechnął się szeroko.
-A iidźcie wy.-przedostałam się przez nogi Marco i ruszyłam w głąb autokaru. Zobaczyłam, że na samych tyłach, gdzie jest pięć siedzeń jedno z nich jest wolne.
-Hej, tu nikt nie siedzi?
-Nie, tutaj jest wolne!-powiedział radośnie na około jedenastoletni chłopak
-To siadam.
-Ale super!-uśmiechnął się szeroko
-Ej, Inga!-krzyknął do mnie z początku autokaru „obrażony” Mario
-No co?
-Wiesz ty co?! Jak mogłaś?
-Mogłam! Widzisz? Jest wolne miejsce!
-Foch!
-Jak będziemy wracać siedzę koło ciebie!
-Serio? Ale super!-wyszczerzył rządek białych zębów niczym z reklamy Colgate i zajął z powrotem miejsce usatysfakcjonowany.

-Zna pani wszystkich piłkarzy Borussii?-zapytał zaciekawiony chłopiec siedzący koło mnie
-Miałam okazję poznać.
-Woow! Ale super!

I tak właśnie spędziłam całą jazdę pod lawiną pytań od Benjamina, Arthuta, Damiana, Bruna, Felixa, Philipa i dwóch słodkich bliźniaczek Izabel i Amelie. Od razu polubiłam te dzieciaki. Wolałam nie myśleć, że niektóre z nich są z domu dziecka… Wszystkie zasługiwały na wspaniałe, szczęśliwe życie.
Tak jak Robert powiedział-jechaliśmy godzinkę z kilkoma minutami. Podczas jazdy byłam zalewana przez tony pytań, ale również razem żartowaliśmy, czy się wygłupialiśmy.

Kiedy dotarliśmy na miejsce… no cóż. Hotel pięciogwiazdkowy to nie był. Raczej ośrodek typowy ośrodek kolonijny. Taki przytulny pensjonat. Niedaleko można było dostrzec boisko piłkarskie, a za nim piętrzący się las. Cóż, witaj przygodo! Czekaliśmy, aż wszystkie dzieciaki wysiądą z autokaru i poszliśmy razem do wejścia. Na progu przywitał nas właściciel ośrodka i przydzielił pokoje.  Ja z Jenny i Lisą miałyśmy pokój na parterze, chłopaki dostali pokoje na górze. Robert z Marco i Mario…czemu mnie to nie dziwi? A Neven z Moritzem i Marcelem. Wielką niespodzianką okazało się to, że na trzy dziewczyny mamy tylko jedną szafę. Zostawiłyśmy część rzeczy w walizkach, a te, które koniecznie musiały być na wieszakach, tam właśnie się znalazły. Kiedy już się rozpakowałyśmy wszystkie rzuciłyśmy się na łóżka. Wtem rozległo się pukanie do drzwi.

-Dziewczyny, zbiórka, trening.-zza drzwi wychylił się Marcel
-Baw się dobrze, kotku.
-Nie idziecie?
-Odsypiamy poranne, drastyczne budzenie.  I nawet nie muszę się co do tego konsultować z dziewczynami.
-Oj, tak…-mruknęłam i jeszcze mocniej przytuliłam poduchę.






***





Obudziłyśmy się akurat w porze obiadu. Doprowadziłyśmy się do stanu człowieczeństwa i zeszłyśmy na stołówkę. Jenny poszła usiąść do Marcela i Nevena, a ja usiadłam koło Roberta, naprzeciw Marco i Mario.

-Wyspała się Inga?-zaśmiał się Lewy
-Wyspała, wyspała. Gracie jeszcze jakiś mecz?
-Już dzisiaj nie.  Ale było fajnie, nie Marco? Nawet dwie dziewczynki grały! Marco strzelił bramkę przy mojej asyście. No bo od kogo innego takie wspaniałe podanie by dostał?
-No faktycznie, tu akurat jesteś niezastąpiony.
-Wiem. No, i jeszcze... Ja pierdziu! Komplement bez sarkazmu?
-No widzisz. Zmiany, zmiany, zmiany!
-Nie no, nie wierzę, muszę się napić.-stwierdził i wypił kilkoma łykami aż do dna kompot.
-Picie masz już opanowane do perfekcji.
-No i kolejny komplement! Zdrowie Ingi!-chwycił za szklankę Marco i poczynił z nią to samo co z poprzednią. Może z dwie minuty później na stole postawiono zupę.
-No dobra. Kto pierwszy. Zachęcająca to ona nie jest.
-Ostatni!-rzucili razem Marco z Mario
-Przedostatnia.
-…Pierwszy…-jęknął żałośnie Robert
-Przepraszam panią, jaka to jest zupa?-zahaczyłam właśnie przechodzącą koło nas kucharkę.
-Koperkowo-pietruszkowa. Specjalnie dla sportowców. Muszą przecież trzymać dietę.-uśmiechnęła się sztucznie i postawiła na stoliku obok, przy którym siedziało sześciu chłopców  wazę z pysznie wyglądającą zupą pomidorową.

-Co ja takiego zrobiłem? Czym ja na to zasłużyłem?
-Może przez to, że nie chybiłeś w ostatnim meczu.
-Inga, nie dołuj. I co, ja mam to jeść?
-Niech ktoś spróbuje tego.-rzucił Lewy
-Reus.-dodałam pewnie
-Dlaczego niby ja?
-Bo jesteś rudy.
-Nieprawda!
-Nie kłam, bo to grzech! No już. Am, am. Za Mario, za Lewego, za Marcela, za Aubę i tak Marco nam całą wazę zupki koperkowo-pietruszkowej wysiorbie.
-Nigdy.
-Marco, proszę, nawet dla twojego najulubieńszego przyjaciela?-powiedział smutno Goetze.
-Ten najulubieńszy przyjaciel coś mnie ostatnio podle wykorzystuje.
-Prooooszęęę! Będziesz mógł wstawić jakieś moje kompromitujące zdjęcie na Insta.
-Kupiłeś mnie tym. No to chlup!- powiedział ze śmiechem i zanurzył łyżkę i wazie.
-Nie wypadało nalać sobie? Potem zanurzysz tą obślinioną łyżkę w wazie?
-Ja jej nie włożę ponowne.
-No właśnie, to przecież ostatni posiłek Marco.
-Inga, nie strasz.
-Co złego to nie ja.-podniosłam ręce w geście obronnym. Reus pokiwał głową  i włożył łyżkę do buzi… O mało co nie spadłam z krzesła, kiedy zobaczyłam wykrzywioną w grymasie twarz rudego blondyna. W takim stanie byli też Mario z Lewym.
-Kur… Nie będę się przy dzieciach wyrażał. No ale… o ja… Gdzie jest mój kompot! To zapić trzeba!
-Mario przecież ci wyżłopał pięć minut temu.-śmiał się do rozpuku Lewy.
-Jak to? W ogóle tego nie ogarnąłem.
-Bo się na piękną Inię zapatrzyło.-zaśmiał się Goetze, na co za karę został pociągnięty za ucho.
-Trzymaj mój.-poświęcił swój kompot na rzecz przyjaciela Lewy.
-Dzięki.
-No, to teraz został nam kompot Ingi. Podzielimy na cztery, no nie?
-O nie, Roberciku, nie ma tak dobrze. Ten kompot właśnie okazał się moim jedynym obiadem.
-Ale jeszcze drugie!
-Goetze, jak chcesz jeść drugie, to bon apetitt, jak to się w rodzinie Reusa gada, ale ja pasuję.
-Czemu?
-Wątróbka na szóstej.-wyjaśniłam, a moi towarzysze odwrócili się w stronę niosącej im talerze kucharce.

-Kto do jasnej cholery powiedział, że musimy tu pilnować diety!?-dobiegło do nas niezadowolenie Schmelzera, który najwyraźniej już dostał swoją porcję.
-Pewnie papa Kloppo.-marudził podpierając rękami twarz Neven

-To zaraz papie Kloppo wyślemy pocztóweczkę.-pokręcił z niezadowoleniem głową Lewy i wziął telefon ze spodni. Sfotografował zupkę koperkowo-pietruszkową no i na moje oko niedopieczoną wątróbeczkę bez cebulki, za to z artystycznie ułożonym na każdym talerzu, po środku, ząbkiem czosnku. Kiedy akurat piłam mój dzisiejszy „obiad” dostałam fleszem po oczach.
-Pięknie wyszłaś. Serio!-zapewniał Robert widząc moją minę. Szybko skleił trzy zdjęcia w całość i wysłał do trenera z wiadomością


„Pozdrawiamy bardzo serdecznie z obozu. Dziś w menu koperkowo-pietruszkowa oraz wątpliwej jakości wątróbka. Jedynie Inga dzisiaj „je” obiad. Twierdzi, że kompot niczego sobie. Czy może nas pan uraczyć wiadomością….kto do cholery przekazał tej kucharce, że mamy mieć specjalną dietę? Oficjalnie mówimy, że się urywamy na pizzę. Z wyrazami szacunku. Robert, Inga, Gotzeus, Neven, Mo, Lisa i Jenny. Z morderczym wzrokiem ściskają. Aż duszą.”


-Nie obrazi się?-zapytałam, kiedy Lewy skończył recytować swój mms-owy wywód.
-Proszę cię, nie takie rzeczy się wyprawiało.-śmiał się –Ale z tą pizzą, to na poważnie. Neven, Mo, dziewczyny?
-Za!-odpowiedzieli chórem
-O! Klopp odpisał!


„A wy nie macie takiego obiadku jak Inga? Idźcie, idźcie na tą pizzę. Z oficjalnym pozwoleniem trenera. Niech Goetze sobie te swoje „mięśnie” rozwija. Od BVB fama o żadnej diecie nie poszła. Ode mnie też nie! Z drugiej strony fajnie macie, zawsze chciałem jechać na survival. ;)”


-Słyszałeś Mario! Możesz iść na pizzę rozwinąć swoje mięśnie.-śmiałam się cały czas
-Genetyka.-puścił do mnie porozumiewawczo oczko Goetze.
-Czy ja wiem…-zaśmiałam się pod nosem
-Oj tak!

Tak właśnie po obiedzie poszliśmy na pizzę. Zamówiliśmy hawajską. Bardzo miło mi się zrobiło, kiedy usłyszałam od chłopaków, że upiekłam lepszą. Zjedliśmy szybko i poszliśmy się przejść całą paczką kawałek po mieście.
Wieczorem zjedliśmy kolację. To są dopiero kuchenne rewolucje!

-Parówka z wody.-przeczytał na jadłospisie Marco
-No cóż, to się nie najemy.-stwierdziłam mijając Marco i Mario w progu.
-Czemu?
-Bo gdyby była z mięsa, to by był zupełnie inny temat.



I tak właśnie spędziliśmy pierwszy dzień na obozie. Największym wyzwaniem chyba okażą się posiłki tutaj. Ale jak to stwierdził Klopp mamy fajny survival. Wieczorem jeszcze gadałyśmy z dziewczynami o jakiś bzdurach z pudelków, a ja chyba jako pierwsza zasnęłam. Niestety moje koszmary wróciły.  Myślałam, że po dwudziestych urodzinach minęły na dobre, jednak wróciły. Wróciły odkąd spotkałam moich biologicznych rodziców… Jak bardzo moje życie może się wywrócić do góry nogami? Nawet nie byłam tego świadoma…














~~~


Kochane..<3 Dziękuję, że tu ze mną jesteście, dajecie mi ogromną motywację i wiem, że mam dla kogo pisać.  Każdy komentarz dodaje kolejną łyżeczkę weny do kubeczka i tak powstają rozdziały! Co minuta mam nowy pomysł na to opowiadanie. Atakuje mnie to wszędzie. Na spacerze, w autobusie, w szkole..:) Jak już przy szkole jestem-jak tam u Was pierwszy tydzień? U mnie bardzo pozytywnie! Trafiła mi się nowa, wspaniała klasa z cudownymi ludźmi...to będą piękne trzy lata.
Rozdział bardziej wakacyjny...no cóż...żyjmy jeszcze tymi wakacjami póki można!
Niemcy wygrali wczoraj 3:1...nie ukrywając trzymałam za nich kciuki. Mario gol x2 :)...Szkoda tyklo biednego Marco...Złamany palec lewej stopy...rudy ma pecha;) Mam nadzieję, że wkrótce zobaczymy go w akcji z Borussią.
To ja się żegnam wygłodniała Waszych opinii!:)
Ściskam mocno!:* <3
...A Marco ma chyba focha... :|  haha :')







sobota, 29 sierpnia 2015

Dwadzieścia dwa.





-A pamiętasz, dzisiaj o siedemnastej pod Iduną.
-Czemu?
-No na zdjęcia. Do tego wywiadu.
-Jeny! Kompletnie zapomniałam! W ogóle zapomniałam też ci podziękować.
-Nie ma za co. Przyjemność po mojej stronie.
-Nie przesadzaj. Jeny! Przecież muszę zadzwonić do chłopaków! Mogę od ciebie numer do…
-Przypomniałem im dzisiaj. Wszystko wiedzą. Leon też.
-Leon?
-Mój kuzyn. Fotograf… Musisz tylko wiedzieć, że jest on nieco…specyficzny.
-Specyficzny? Z resztą nie ważne! Najważniejsze, że w ogóle udało się załatwić tak szybko fotografa. Jesteś nieoceniony.
-Mów mi jeszcze…
-Skromny…
-Taak...
-Głupi…
-A już było tak romantycznie.
-Tak, zdecydowanie głupi.-w tym momencie zatrzymał samochód
-Wysiadaj.
-…Ale Marco, nie chciałam cię urazić, przecież tylko żartowałam…
-Wiem przecież.
-No to dlaczego…
-Bo jesteśmy pod domem Lewandowskich?-spojrzałam za okno. Faktycznie. Staliśmy pod bramą do posiadłości moich przyjaciół. A Marco się znowu ze mnie śmiał.
-To tak. Dziękuję ci jeszcze raz za wszystko. I za przemiły dzień.
-Jak już mówiłem, przyjemność po mojej stronie.
-To do zobaczenia.- uśmiechnęłam się i otworzyłam drzwi
-Do zobaczenia.-posłał mi swój firmowy uśmiech, a ja wysiadłam i zamknęłam drzwi. Pomachałam mu i podeszłam do furtki. 
Wpisałam kod i znalazłam się na terenie ich domu. Zadzwoniłam do drzwi. Nikt nie odpowiadał.
Przeskoczyłam przez płot i znalazłam się w wielkim ogrodzie Lewandowskich. Byłam prawie pewna, że drzwi od ogrodu są otwarte. I nie myliłam się! Weszłam do środka, położyłam torebkę na drewnianej komodzie i zdjęłam buty. Odwróciłam się i zauważyłam zbiegających po schodach Lewandowskich. Nie mogłam pohamować śmiechu.


-O… Hej…Em… Jak weszłaś?-zatrzymał się widząc mnie Robert
-Ogrodem.-odpowiedziałam. Wzięłam torbę i po chwili szperania znalazłam w niej grzebień. -Trzymaj, przyda ci się.-podałam go zdezorientowanemu piłkarzowi. –I jeszcze przetrzyj się gąbką na ramieniu, bo masz szminkę… A ty Aniu… Bluzeczkę na drugą stronę przełóż… I guzik zapnij w spodniach.- wyminęłam zaskoczone małżeństwo i poszłam w stronę pokoju śmiejąc się pod nosem. 

Zamykając drzwi usłyszałam głośny śmiech Lewandowskich. Rzuciłam się leniwie na łóżko i myślałam co z sobą zrobić. Jakiś czas później do mojego pokoju zawitała Ania i położyła się koło mnie.

-Jak tam na randce?
-Nie rozumiem?
-Oj ty dobrze wiesz o co chodzi. Ewka mi powiedziała jak wy już się z tymi maślanymi oczkami urwaliście z marketu…
-Pojechaliśmy do domu jego rodziców…
-O! Już cię rodzicom przedstawił? No, no, no!
-Siostrom. Okazało się…
-Wiem, wiem! Robert rozmawiał z Mario.
-To po co mnie przesłuchujesz? Lepiej ty powiedz jak tam randka, co? Przepraszam, że przeszkodziłam. Nie myślałam, że o tej porze… em…będziecie się żegnać, skoro wyjeżdżasz dopiero  wieczorem.
-Hahahaha. Nie spodziewaliśmy się, że przyjdziesz tak wcześnie.
-Wybaczcie, o wspaniali. Kiedyś sobie odbijecie.-puściłam do niej oczko i obie się roześmiałyśmy.
-Oj, kochana… Ale nic? Żadnego flirtu?
-Anka!
-No cooo?
-Zlituj ty się! Właśnie? Która jest godzina?
-Za chwilę szesnasta, a co?
-Jeny! A ja na siedemnastą muszę być pod Iduną!
-Po co?
-Robić zdjęcie na okładkę do tego magazynu, co nad wywiadem ślęczałam…
-A no tak! Wskakuj pod prysznic, a ja powybieram ci jakieś ciuchy i makijaż.
-…A ty już spakowana?
-Nawet nie myśl, że się wykręcisz! A walizki mam gotowe. No już! Sio!
-Tak jest.-zasalutowałam i leniwie posnułam się do łazienki.




***



-Idealnie!-oznajmiła kończąc swoją mizerną pracę nad makijażem.
-Wow! Mocny trochę…-przejrzałam się w lustrze. Włosy luźnymi kaskadami spadały mi na ramiona. Oczy miałam pomalowane w stylu smoke eyes z grubą, czarną kreską, a usta były muśnięte pomadką z różowo-czerwonym refleksem. Ubrana byłam w czarną sukienkę Ani-ślicznie rozkloszowana na dole, a na nią założony żółto-czarny T-shirt Borussii Dortmund. Do tego czarne szpilki i voila!

-Wyglądasz cu-do-wnie!
-Dzięki kochana...
-Inga, Mario po ciebie przyjechał.-do pokoju zajrzał Robert
-Mario? A co on tu..?
-Siema, siema, laseczki!-nie zdążyłam dokończyć, a na moje łóżko rzucił się sam wyżej wspomniany.-..i ty...-rzucił szybkie spojrzenie na Roberta, a potem usiadł pomiędzy mną a Anką i objął nas za ramiona.
-Nie za dobrze ci?
-Ależ skąd! Dwie piękne polki koło siebie! Czego chcieć więcej?
-E,em. Jedna nich jest zajęta!-chrząknął Robert, który stał w progu pokoju.
-No ja wiem, wiem, ale Marco chyba mi wybaczy!
-Mario!
-Co?
-Wiadro!
-Oj, dobra, dobra. Idziemy?
-Wreszcie do rzeczy gada!
-Polać mu?
-…Prowadzisz.
-Eeee…
-Oj Mario, Mario… Chodź już.



***


Po dziesięciu minutach stanęliśmy na parkingu Iduny. Jak się okazało przybyliśmy jako ostatni. Kuba, Łukasz i Moritz już czekali przebrani w czarno-żółte trykoty. Naprzeciwko nich rozstawiał swój sprzęt fotograf, jak się domyślałam Leon, kuzyn Marco.
-Hej chłopaki!-przywitałam się wysiadając z samochodu przyjaciela i uścisnęłam kolejno Łukasza, Moritza, a na koniec Błaszczykowskiego
-Świetnie wyglądasz, Inia. Jak się trzymasz?
-Po japońsku.
-Czyli?
-Jako-tako.-uśmiechnęłam się słabo, a Kuba opiekuńczo pogładził mnie po ramieniu. –Przepraszam na chwilkę, przywitam się z fotografem.
-Jasne.


Podeszłam do młodego, wysokiego bruneta, który rozstawiał stelaż do aparatu. Ubrany był dość nietypowo, bo w adidasy, czerwone, luźne spodnie, zieloną bluzkę na ramiączkach…jedwabną? No i ideał tej kreacji mógł już tylko dopełnić moherowy berecik w granatowo-waniliowe pasy! Marco określił go jako…specyficzny? Chyba ma coś zbyt ubogie słownictwo…

-Cześć, ty jesteś zapewne kuzynem Marco. Leon, prawda?
-Zgadza się. Leonardo Kastner. Leo, Leon, jak wygodniej, byle nie pełne. A tfu!  A ty musisz być ta cudowna Inga, dla której mój daleki kuzyn wynegocjował darmowe zdjęcia!-ojjj, zrobiło się niezręcznie. Dziwnie… Niezręcznie…
-…No tak… Tak. Inga Mazur. –nazwisko po ojcu, który nie jest moim ojcem, bo moim ojcem jest trener BVB, którego tak naprawdę powinnam mieć nazwisko, ale nie mam…Trudne sprawyyy… Mogłabym tak powiedzieć, żeby odwzajemnić się błogą niezręcznością, ale jednak postanowiłam zatrzymać tą poplątaną historię na potem.

-Bardzo miło mi cię poznać, seniorina. Masz jakiś pomysł na zdjęcie?- No proszę, poliglota!
-Ymmm, szczerze mówiąc, to miałam nadzieję, że ty, jako fotograf będziesz miał jakąś wizję…
-Mam, ale sądziłem, że ty, jako kobieta będziesz miała jakieś „ale”, więc najpierw wolałem zapytać.
-Miałabym, gdybym się na tym znała, a to jedna z niewielu rzeczy, na których się nie znam, więc…
-Jedna, z niewielu rzeczy, tak? No proszę, ciekawa z ciebie osoba, mi dulce.
-Nie chcę się wtrącać, ale już jesteśmy gotowi.-zmaterializował się przed nami Goetze. I chwała mu!
-Jasne. To stańcie tak jakieś dwa i pół metra dalej, a my z Ingą, spróbujemy zrobić dobre zdjęcie,si? -mrugnął do mnie. On do mnie mrugnął?! Palant! Co on sobie wyobraża! 
Ja już jestem zakochana, nie widać! Cholera! Co dzisiaj ze mną jest? Najchętniej położyłabym się pod tym wspaniałym kocykiem, który wyczaiłam w jednej z szuflad w domu Lewandowskich, skuliłabym się w niewidzialny kłębek i udawała, że mnie nie ma…

-Jasne, tylko my staniemy-wskazałam na chłopaków stojących za mną-dwa i pół metra dalej, a ty kochaniutki sam sobie zrobisz idealne zdjęcie.-powiedziałam twardo i skierowałam się w stronę piłkarzy, a za mną Mario z wymalowanym uśmiechem na pół twarzy.
-Nieźle, kochaniutka!
-Spadaj, grubasku.
-Ojojoj, chyba się pogniewam!-przekomicznie udawał obrażonego. Trzeba się aż powstrzymywać od śmiechu.
-Ojojoj, chyba jednak nie!
-Masz rację!-powiedział i oburzenie raptownie zniknęło z jego twarzy a w zamian ponownie pojawił się uśmiech. W jednej sekundzie poderwał mnie z ziemi i przerzucił sobie przez bark.
-Marioooo!!!!! Puszczaj! Puść mnie, słyszysz?!-zaczęłam rzucać się na wszystkie strony
-Ej, chłopaki, nie uwierzycie jaka ona jest lekka!-skierował się do trójki piłkarzy przyglądających się nam z rozbawieniem.
-Mario daj dziewczynie spokój…-wstawił się za mną Błaszczykowski, choć sam miał niezły ubaw. Na szczęście podziałało. Oh, jak to cudownie mieć grunt pod stopami!
-Dzięki Kuba. To co, ustawiamy się?


Leon zmieniał nasze ustawienie kilka razy. Zawsze musiało mu coś nie pasować. To ja wyglądam na za wysoką, to jesteśmy rozstawieni za szeroko, to za bardzo w jednej kupie, to moja ręka na biodrze zasłania napis na koszulce Moritza… Aż miałam ochotę trzasnąć tego całego kuzynka Marco i powiedzieć „weź w końcu zrób to cholerne zdjęcie!”. Dałam mu ostatnią szansę, i jeśli się nie ogarnie, to zaraz mu to powiem. Ostatnia szansa! Stanęłam po środku między Kubą a Mario, a po zewnętrznych Moritz i Łukasz. Kiedy już Leon miał nacisnąć spust migawki odskoczył od aparatu jak poparzony. No bez jaj. Jeszcze może mu się bateria rozładowała?

-O! Będzie idealnie! Halo! Halo!-podskoczył niczym poparzony i pobiegł w kierunku wejścia na Idunę.

-Chłopaki, sorry, że to tak wyszło, nie myślałam, że to tak długo zejdzie. Nie odpowiadam za niego.
-Jasne, mamy czas. Ale gościu jest …specyficzny.
-Jak jego kuzyn.-dodałam ze śmiechem, czym po chwili wszyscy się zarazili.


-No! To proszę sobie tu stanąć koło Łukasza.-usłyszeliśmy pewny głos Leona ciągnącego za sobą…Kloppa.
-Ale ja nie jestem nawet przebrany! Nie pasuję do tego zdjęcia.-przewrócił oczami i spojrzał na niego z politowaniem.
-No to myk, myk do szatni czy czegoś tam i niech się amigo przebierze.-…czy on właśnie powiedział do Klopp’a „amigo”?
-Słyszeliście to samo co ja, czy mi mocno uszy nawalają?-zwróciłam się po polsku do Błaszczykowskiego i Piszczka
-Chyba jednak uszy masz jak najbardziej zdrowe- odpowiedział Łukasz. Spojrzeliśmy po sobie i ryknęliśmy śmiechem. Chwilę później dołączyli do nas Mario z Moritzem. Spojrzałam przez chwilę na Kloppa. W tym samym momencie i on spojrzał w moim kierunku. Uśmiechnęłam się niepewnie, a on odpowiedział tym samym z również pewną rezerwą i…obawą? Już miałam powiedzieć jakieś „dobry wieczór”, czy coś, ale zostałam uprzedzona przez Niemca z hiszpańskim akcentem.

-Mio seniorina, zaraz ci się makijaż rozmaże! I wyjdą takie passe zdjęcia!
-Muchas gracias, mi amigo. Bierę chusteczkę i jestem ready.
-O! Widzę, że seniorita też była w Hiszpanii!
-Takiej samej jak ty.
-Inga, ty byłaś w Hiszpanii? Mówiłaś…-wtrącił się Goetze
-Oczywiście, że nie byłam.-spojrzałam spod byka na pana monsieur i poszłam w kierunku samochodu Mario po torebkę.
-Panie trenerze, niech no pan już biegnie prestissimo!
-Ależ już biegnę! Jak to pan powiadał „myk, myk!”.-zaśmiał się pod nosem Klopp i pobiegł truchtem w kierunku wejścia na Idunę. Pokręciłam głową z niedowierzaniem i zajęłam się szukaniem chusteczek w torebce. Kiedy już delikatnie wytarłam dolne powieki spojrzałam na telefon… Chwyciłam go i napisałam do Marco.


„…Specyficzny?... Jak bardzo jesteście spokrewnieni?”




W końcu przybiegł Klopp i ustawił się koło Łukasza
-I jak, może być?
-Ai! Zawsze mogło być gorzej! Prawda, mio seniorina?
-Dajcie trumnę bo umrę.-powiedziałam cicho, a wszyscy dookoła znowu zaczęli się śmiać.
-Coś cięty na pana. Chyba za panem nie przepada.-stwierdził Kuba
-Tyle stracić.-złapał się za głowę trener

-Uno! Deux! Trois! Quatre! Zbiórka i pozujemy jak diez minutos ago!
-Poliglota z samouczka google translate.-mruknęłam pod nosem, ale dość głośno, żeby wszyscy pozujący usłyszeli i roześmiali się głośno na cały parking.
Po pięciu minutach jednak udało się nam wreszcie, tak, wreszcie zrobić zdjęcie na okładkę. Dzięki Bogu!
-No! To teraz sami caballeros! Danke, seniorina!
-Muchas gracias, fotografo!-zaśmiałam się pod nosem. –Powodzenia, caballeros! Seniorina idzie się przebrać i zaraz będzie! Zostawiam was z przystojnym muchacho.
-Jesteś okrutna!
-Okrutny, to jest Reus, że nam go tu sprowadził.
-A no racja.-westchnął teatralnie Goetze.
-Seniorina, a sio! Kadr zasłania!-wyganiał mnie Leon
-Oczywiście! Myk, myk i mnie nie ma!


Pobiegłam do samochodu Goetze, otworzyłam bagażnik i zabrałam wcześniej przygotowaną torbę z ubraniami na przebranie. Były to najzwyklejsze w świecie czarne conversy, czarne getry i tunika.  Wzięłam też torebkę i skierowałam się w stronę wejścia na Idunę. Będąc w korytarzu miałam dylemat, czy nie skorzystać z wielkiej szatni chłopaków, ale stwierdziłam, że za długo by mi to zeszło. Znając siebie analizowałabym dogłębnie każdy milimetr ściany, czy posadzki. Wybrałam wejście naprzeciwko do przestronnych, eleganckich łazienek. Zdjęłam klubowy t-shirt, sukienkę i założyłam przygotowane ubrania. Spojrzałam na godzinę w telefonie. Zostały jeszcze prawie trzy godziny do wyjazdu Ani do Szwajcarii.  Kiedy już miałam zablokować telefon, kiedy przyszedł nowy sms.


„A co, boisz się, że nasze dzieci będą takimi poliglotami?”


Nawet nie musiałam sprawdzać, żeby wiedzieć, że Marco jest jego nadawcą. Nasze dzieci? Hahaha! Nie mogę określić czasu jak długo śmiałam się do telefonu. Co za debil… Kochany debil…


„…Nasze dzieci? Jesteś pijany? Boli cię coś? Wszystko w porządku? Pytałam się ze względu na to, że zastanawiam się czy jeszcze z tobą trzymać.”


Opuściłam łazienki i znowu znalazłam się w długim, szarym korytarzu. Ruszyłam w kierunku drzwi wyjściowych. Kiedy byłam już niedaleko drzwi, raptem otworzyły się, a tuż przede mną stał sam Jurgen Klopp. Trener Borussii…i..mój biologiczny ojciec. Stanął nieruchomo i spojrzał na mnie z troską. Nie chciałam sobie wyobrażać jak teraz wyglądałam. Pewnie przypominałam wystraszonego ducha. O ile takie coś da się przypominać. No bo co ja mam mu powiedzieć?

-Hej… Już skończyliśmy zdjęcia.
-…Tak? W końcu. Myślałam, że będzie to trwać wieki…
-Ja też… - przyznał i nadal staliśmy w kompletnej ciszy patrząc się na siebie. –Niezręcznie trochę, co?
-Oj… Trochę bardzo.-zaśmiałam się pod nosem. Klopp również odpowiedział mi uśmiechem i trochę pewniej zrobił kilka kroków w moją stronę.
-Jak się czujesz?
-Ja? Jakoś się trzymam… Z resztą miałam pytać pana o to samo.
-Mnie ciężko złamać... Gorzej już z zaskoczeniem.
-Tak… Dziwne trochę, prawda?
-Ale co? Że spotkaliśmy się akurat tutaj i po ponad dwudziestu latach prawda wyszła na jaw?
-To swoją drogą. Chodziło mi raczej o to, że facet, który uchodził za mój wzór do naśladowania, autorytet, w którego wpatrywałam się jak w obrazek, po kilkunastu latach okazał się moim ojcem… Jeny, jak to niedorzecznie brzmi.
-Bardzo mi miło, że tak było.
-I jest… Będzie…
-Żałujesz, że dowiedziałaś się prawdy?
-Z jednej strony nie, a z drugiej myśląc jakie mogłam mieć normalne dzieciństwo, szczęśliwe dzieciństwo… Żałuję, bo to jeszcze bardziej boli… A pan?
-Jedyne czego żałuję to to, że nie dowiedziałem się o twoim istnieniu dwadzieścia jeden lat temu i że mieszkałaś z takim popaprańcem w jednym domu zamiast…ze mną. Żałuję, że nie uczestniczyłem w twoim życiu od małego, ale za to cholernie jestem wdzięczny losowi za to, że dał mi szansę po tylu latach poznać własną córkę.
-Naprawdę?-zapytałam łamiącym się głosem poruszona jego słowami. Tylko znowu się nie rozrycz.
-Pewnie. Kiedy urodził się Marc, okazało się, że Ulla nie może mieć więcej dzieci, a ja od zawsze marzyłem, żeby mieć córkę. I pomyśleć, że kiedy o tym myślałem, moja córka żyła kilkaset kilometrów od mojego domu. Teraz, kiedy ciebie poznałem, jestem cholernie dumny, że to ty się nią właśnie okazałaś. Jeny, proszę, nie płacz, bo jeszcze ja się zaraz rozryczę.-spojrzał na mnie, a chwilę później mocno do siebie przytulił. Poczułam się… nie wiem, bezpieczna? To coś innego… Tak, poczułam się ważna, poczułam się…kochana. To takie nowe odczucie… Oh, tato…
-To takie pokręcone. Gubię się w tym wszystkim. Nie umiem sobie nic poskładać. Mam tyle pytań…-wyrzuciłam w końcu z siebie. Trzymałam głowę na jego klatce piersiowej, a jego ręce uspokajająco gładziły mnie po plecach. Był sporo ode mnie wyższy. Czułam się trochę, jak mała, krucha dziewczynka. Chyba wewnętrznie cały czas nią byłam.
-Damy sobie radę. Podobno mieliśmy się spotkać po tym waszym wyjeździe, tak?
-Ymm… Tak w sumie chciałam. Przepraszam, że to wszystko tak przechodziło przez Marco. Jakoś ja… nie miałam odwagi. Głupio mi trochę, że…
-Ale nie ma powodu być ci głupio. Domyślam się, co musisz czuć. Mi też nie jest super łatwo. Ja przynajmniej się jakoś wyładowuję…
-Domyślam się, że chłopaki mieli ostatnio niezły wycisk? Robert jak wrócił do domu wręcz szorował po podłodze, żeby dotrzeć do sypialni. Ance jednak udało się go jeszcze wygonić pod prysznic.
-Um… Chciałem być jak najbardziej delikatny.
-Oczywiście.-zaśmiałam się pod nosem.
-Wiesz, Inga…-zaczął Klopp niepewnie i podrapał się po czole –Jeżeli nie chcesz się spotykać… Ja…zrozumiem. Nie chcę cię do niczego zmuszać. To twoja decyzja. Nie musisz przecież utrzymywać nawet ze mną kontaktów jeśli nie chcesz.
-Nie! Bardzo chcę! Chciałabym…pana poznać. Chcę wiedzieć coś więcej niż tylko to, że ma pan urodziny szesnastego czerwca, urodził się pan w Stuttgarcie, ma pan metr dziewięćdziesiąt trzy wzrostu, pana rodzice to Norbert i Elisabeth. W Borussii jest pan od 2008 roku, a ja już rok wcześniej im kibicowałam i w nich wierzyłam, mimo, że sytuacja była opłakana, a jedyne słowa, jakie zna pan po polsku to „rusz dupę”.-zakończyłam na prawie jednym oddechu, po czym oboje się roześmialiśmy.
-Chodząca wikipedia.-zaśmiał się trener pszczółek. –W takim razie się bardzo cieszę, że chcesz się spotkać…-nagle przerwał mu głośny dźwięk klaksonu. Oboje mechanicznie spojrzeliśmy w stronę dobiegającego dźwięku. Okazało się, że to Moritz stojący przez stadionem, a za nim stojący samochód Mario.
-To po mnie. Mamy razem podjechać do sklepu po spray na latające dziadostwa.
-A! Bo to już jutro wyjeżdżacie?
-Tak. A dzisiaj jeszcze wyjeżdża Ania i chciałabym zdążyć się jeszcze z nią pożegnać.
-Rozumiem. W takim razie nie zatrzymuję. Baw się dobrze.
-Postaram się. Cieszę się, że chociaż chwilę udało się nam porozmawiać. I przepraszam, jak to wyszło z tymi zdjęciami. Nie myślałam nawet, że pana złapie.
-Ja również. Nie masz za co przepraszać! Trochę się przynajmniej pośmiałem. Nie pomyślałbym nawet, że to kuzyn Marco.
-Nie zauważył pan podobieństwa?
-Szczerze? Żadnego. Czasem Marco wydaje się trochę…no…, ale to naprawdę mądry i rozsądny facet… No i jakbyś mogła, przestań już z tym „pan”.
-Postaram się. To ja już lecę. Do zobaczenia.
-Do zobaczenia. I uważaj na siebie!
-Instynkt macierzyński? Tak szybko?
-Widzisz? Gdzieś to w kościach miałem.-zaśmiał się głośno




Pożegnaliśmy się, a ja wybiegłam na zewnątrz i wsiadłam do samochodu Mario, który od razu mnie zapewnił, że zleje tyłek Leitnerowi za to, że przerwał moją rozmowę z Kloppem. Jeszcze mu przejdzie. Pojechaliśmy razem do najbliższego marketu i kupiliśmy spraye przeciw komarom, kleszczom i innym paskudztwom. Kiedy wróciłam już do domu, akurat zastałam żegnających się Lewandowskich, tym razem nie wychodzących z sypialni w dość jednoznacznej sytuacji, tylko słodko całujących się w przedpokoju. Aż miło popatrzeć takie gołąbeczki. Awww. Tak więc po długich pożegnaniach zostaliśmy sami z Robertem skazani na siebie przez dwa tygodnie. I coś mi się wydaje, że łatwo nie będzie. Znalazłam jeszcze gdzieś w sobie nikłe pokłady energii w sam raz potrzebne na to, żeby się spakować. Po godzinie w końcu nastąpiło oficjalne zamknięcie walizki.
 Przed snem jeszcze spojrzałam na telefon. I tak jak myślałam czekała na mnie wiadomość od Marco.


„Mojej mamy siostry drugiego męża pasierbica miała przyrodnią siostrę, która ma syna. Syn-Leon. Nie zgubiłaś się? Tak więc daleki, bardzo daleki kuzyn, więc nie masz nawet na co patrzeć jeśli chodzi o więzy krwi czy spokrewnienie. Raz czy dwa razy na jakiś rodzinnych imprezach zamieniliśmy kilka zdań. : ) PS. Jestem trzeźwy. I zdrowy na ciele i umyśle.”


Od razu nasunęły mi się słowa Klopp’a „mądry i rozsądny facet”.  Haha. A ja jestem skaczącym gumsiem.



„Nad tym ostatnim będę się zastanawiała zasypiając… Do zobaczenia jutro! PS. Mario, Mo, Łukasz, Kuba i Klopp chcą cię zabić za tego muchacho-fotografa ze mną na czele :* ”



Odpowiedź przyszła momentalnie:


„Klopp? Rozmawialiście? PS. Podoba mi się ostatni emotikon.”


„Tak, opowiem ci jutro. PS. Spadaj Reus.”


„Dobranoc <3”














~~~
No. To się pośmialiśmy. I wystarczy. :D
A ja chcecie trochę więcej śmiechu to...
Panie i Panowie
Meine Damen und Herren
Zdobywca hattricka w meczu (7:2)
Wielki Marco Reus




YOU MADE MY DAY :')
bramka szeleści-chyba coś wpadło xddd
























No...Także tego.. xdd no nie mogę z tego :D
Do programu "Mega chichot" trzeba wysłać. Lepsze niż podstawione grabie! :D

Doobra, chyba ochłonęłam :')
Dziękuję wszystkim za komentarze-to baardzo motywujące! (róbcie tak dalej!:D )
I prooszę o jeszcze, jeszcze, jeszcze więcej!:) Każda opinia jest dla mnie równie ważna!
W następnej części wyjazd, w kolejnej wyjazd, w kolejniejszej (wtf?) wyjazd...więc będzie się działo! :D Nie no, nie mogę patrzeć do góry bo się od razu zaczynam śmiać. A tak już na poważnie, to będzie się działo,będzie trochę zmian...
Wypadałoby jeszcze wspomnieć o dzisiejszym jubilacie!:)) Thomas Tuchel (jeśli nie poznajecie przez pszczółkowe okularki:D ) obchodzi dzisiaj swoje 42 urodziny!:)





















To ja już się żegnam!:)
Komentuujcie!
Buziaki kochane! :*
I tak na do widzenia...

Papaa:')




sobota, 22 sierpnia 2015

Dwadzieścia jeden.

Po tej jakże „owocnej” konwersacji jechaliśmy w ciszy, zupełnie nie odzywając się do siebie. Marco zadzwonił do kogoś, ale nic z tej rozmowy nie wywnioskowałam. Zapytał jedynie „Jesteście w domu?” i „Ok.”. Tyle. Jedziemy do jakiegoś domu? Czyjego? Może jego drugiego? Może chce mi przedstawić narzeczoną? A może do Mario i Ann? A może Błaszczykowskich… No cóż. Gdybanie mi tu nic nie pomoże. 
Jechaliśmy może z jeszcze jakieś dziesięć minut i zatrzymaliśmy się na ulicy, gdzie stało kilka bliźniaków. Gdzieś dalej widać było mały las. Marco wysiadł z samochodu i otworzył mi drzwi. Wysiadłam i spojrzałam się na niego pytająco.

-Chodź.-zamknął samochód, złapał mnie za rękę i pociągnął ku jednemu z domów. Nacisnął guzik domofonu, a chwilę później było słychać brzęczenie furtki. Weszliśmy po schodach. Jak się okazało, drzwi były otwarte. Znaleźliśmy się w średniej wielkości przedpokoju. Urządzony był w dość staromodnym stylu, ale miał w sobie taki domowy charakter. Ściany było obłożone drewnianymi prostokątami. Na nich pozawieszanych było kilka małych, malowanych obrazków przedstawiających różne widoki. Na środku stała duża, drewniana szafa, a koło niej mały stoliczek, również z drewna, na którym stała ceramiczna, malowana miseczka z kluczami.

-Cześć!-krzyknął Marco i zdjął buty. Automatycznie zrobiłam to samo. Poprowadził mnie w głąb domu. Nie dane nam było wejść do salonu, kiedy na ręce blondyna wbiegł mały chłopiec. Czy to nie ten, którego widziałam przed galerią?
-Ale fajnie, że jesteś!-wyseplenił radośnie i wtulił się mu w szyję.
-Też się cieszę.-uśmiechnął się od ucha do ucha. Po schodach akurat schodziły dwie kobiety. Ta, która szła jako pierwsza, wydawała mi się dziwnie znajoma… Za to druga!
-Yvonne?-zdziwiłam się na widok kobiety, na którą wpadłam na ulicy.
-Inga? Co ty tutaj robisz?-ucieszyła się. Podbiegła do mnie i uściskała serdecznie.
-W sumie to nie dane mi było wiedzieć, co ja tutaj właściwie robię.-spojrzałam się wymownie na piłkarza trzymającego chłopca i patrzącego na zachodzącą sytuację w lekkim osłupieniu. –A ty?
-Mieszkam!
-To wy się znacie?-odezwał się w końcu Marco
-Tak! Wpadłyśmy na siebie pod galerią. Inga zobaczyła jakiegoś chłopaka, który się jej… Ałaaaa!-pisnęła, kiedy nadepnęłam ją dość silnie na stopę. –No co?-spojrzała na mnie pytająco
-No właśnie. Bo zaszło pewnie nieporozumienie. Również przy galerii. Chciałbym ci przedstawić moje siostry- Yvonne i Melanie, oraz mojego wspaniałego siostrzeńca, Nico. –siostrzeńca, siostrzeńca… Siostrzeńca! Czyli to nie było jego dziecko, a niby narzeczona to jego siostra?! No brawo, Scherlocku- usłyszałam moją podświadomość.
-Czyli wy… ty… -spojrzałam zmieszana na Marco, to na jego siostrę, którą wtedy z nim widziałam
-Nie, to nie jest moja dziewczyna, jeśli to masz na myśli.
-Skąd ty…Skąd wiedziałeś?
-Mario. Zadzwonił do mnie z wyrzutem w sklepie, że nic nie wiedział. I że nikomu nie powiedziałem, i że byłaś smutna.
-Nie byłam smutna, tylko…
-Nie wierzę!-przerwała moje próby tłumaczenia się Yvonne. –Wtedy, co na siebie wpadłyśmy, widziałaś mojego brata? –spojrzała na nas rozradowana. –A to jest ta Inga, o której…
-Inga, moja przyjaciółka. Przyjechała do Lewego.-przerwał jej z lekkim niezadowoleniem. A ja byłam ciekawa. O której co?
-Jaki zbieg okoliczności! Chodźcie do salonu, a nie tak w przejściu stoimy.
-A pogramy w piłkę?-zapytał się chłopiec.
-To przynieś i pogramy.
-A ona z nami też pogra?-wskazał palcem na mnie, a ja się zaśmiałam
-Trzeba będzie ją zapytać.
-Wujku?-szepnął mu na ucho, jednakże na tyle głośno, że wszystkie słyszałyśmy
-Hmm?
-A jak ona ma na imię?
-Inga.
-Ymm. Ładnie. To ja idę po piłkę, a potem ją zapytam, dobra?
-Dobra.-zaśmiał się Marco i poczochrał malcowi włosy, a ten uradowany pobiegł po schodach do góry
-Tylko ostrożnie synku!-krzyknęła za nim Melanie
-Dobra, dobra.-odkrzyknął i zniknął nam z pola widzenia.
-Uroczy maluch.
-Tak. Chyba po wujku ma zacięcie do gry.-zaśmiała się najstarsza z rodzeństwa
-Raczej od wujka.-poprawił ją Marco
-Oj tam, niech ci będzie.
-Mieszkacie tutaj razem?-zwróciłam się do sióstr.
-Ja tu mieszkam z rodzicami. Mela z mężem za miastem, ale często nas odwiedza na kilka dni.
-…Wasi rodzice tu są?
-Nie, wyjechali na tydzień na wakacje.-uspokoił mnie trochę Marco. Spojrzałam na niego i nie mogłam się powstrzymać od śmiechu.
-Co?
-Jaka ja jestem głupia.
-Nie jesteś głupia. Jesteś po prostu zazdrosna.- powiedział pewnie i popatrzył na mnie wyzywającym wzrokiem. Już miałam mu coś odpowiedzieć, ale podbiegł akurat do mnie mały Nico.
-Ciociu, zagrasz w piłkę?
-Jasne.-uśmiechnęłam się i wstałam z kanapy, jak i za mną Marco.
-Chyba w twoich snach, Reus.-odwróciłam się do niego, co spotkało się z  jego szerokim uśmiechem.
-Nawet nie masz pojęcia, o czym ja śnię, Mazur.
-O innowacyjnym żelu do włosów, po którym jak wylejesz całą tubkę na włosy się nie klei? To byłby przełom w twoich fryzurach.
-Przeginasz.-spojrzał na mnie próbując utrzymać powagę. Weszłam do ogrodu i podeszłam do Nico.

-To jak, kto stoi na bramce?
-Wujek!
-A my strzelamy?
-Taak! Wujek, no chodź już!
-Idę, idę.

I tak spędziliśmy uroczą godzinę na graniu w piłkę. Marco z Nico cały czas się wygłupiali, a mi uśmiech nie schodził w twarzy. Chyba mały też mnie trochę polubił. Nigdy nie zapomnę wspólnego tarzania się po trawie.  Poprosiłam potem Yvonne, żeby pożyczyła mi jakąś bluzkę na zmianę.

-Ciociu! A przyjedziesz kiedyś do nas?
-Jak wujek Marco mnie ze sobą zabierze, to z wielką przyjemnością.
-Ale super! Wujku, zabierzesz ze sobą Ingę?
-Oczywiście.-uśmiechnął się i poczochrał młodemu włosy.
-Huraaa!-zaczął skakać jak mała piłeczka.
-Słyszałaś mamo? Inga do nas przyjedzie!
-Słyszałam, słyszałam.-powiedziała z uśmiechem i wzięła swojego synka na ręce Melanie. –Zapraszamy.
-To co, idziemy?-zwrócił się do mnie Marco
-Jasne.-odpowiedziałam z uśmiechem
-Wpadnijcie niedługo. A do ciebie, droga panno, jeszcze zadzwonię.-skierowała do mnie Yvonne
-Mam się bać? Zabrzmiało groźnie.
-Zobaczysz.-puściła mi oczko i mocno przytuliła mnie na pożegnanie.
-Bardzo miło było cię poznać.- uścisnęła mnie przyjacielsko druga z sióstr
-Pa ciocia!-wyciągnął w moim kierunku swoje małe rączki Nico.
-Pa szkrabie.-poczochrałam go po główce jak wcześniej Marco i pogilgotałam w brzuszek.
Marco przepuścił mnie w drzwiach i poszliśmy w kierunku samochodu. Jak odjeżdżaliśmy, pomachaliśmy jeszcze jego siostrom i małemu Nico.

-Słodki jest.
-Tak. Uwielbiam go.
-Widać.
-Ciebie też bardzo polubił.
-Myślisz?
-Wiem. Nawet jak kilka razy przyjechałem z Carolin, nigdy nie powiedział do niej „ciociu”. Na początku w ogóle do niej mówił na „pani”, a potem tak bezimiennie.
-Mądre dziecko.-zaśmiałam się, na co Marco do mnie dołączył
-Marco?
-Hmm?
-Czy… rozmawiałeś z nim na treningu?
-Tak. Sam mnie poprosił na chwilę.
-…I?
-Martwi się o ciebie. Myślał, że przyjdziesz na trening.
-Co mu powiedziałeś?
-Że sobie dajesz radę. Chciałby z tobą porozmawiać. Nie chce naciskać, dlatego pytał, czy jesteś w stanie.
-Chyba powinnam.
-Jak uważasz. Przecież nikt cię do niczego nie zmusza.
-Bardzo polubiłam pana Jurgena, nie chcę teraz stroić jakiś fochów, czy po prostu go unikać. Nie potrafiłabym tak… A teraz, kiedy wiem, że jest moim… Jezu, Marco, to mnie przerasta…-westchnęłam, kiedy zatrzymaliśmy się na światłach. Złapał moją dłoń i przejechał kciukiem po knykciach.
-Dlatego według mnie powinnaś przynajmniej z nim porozmawiać. On pewnie też czuje się tak samo jak ty.
-Tak zrobię. Tylko po wycieczce.
-No tak, jutro z samego rana wyjeżdżamy.
-Muszę jeszcze dzisiaj skoczyć do sklepu po jakieś spray na komary i inne latające dziadostwa.
-No tak, też muszę kupić. A pamiętasz, dzisiaj o siedemnastej pod Iduną.
-Czemu?

-No na zdjęcia. Do tego wywiadu.











~~~



Kochani ogromnie dziękuję za tyle motywujących komentarzy! Aż chce się pisać!:)))
22-gi rozdział... Przymknijcie na niego oko, dobrze? Pisałam go pod wpływem głupawki i wyszedł jak wyszedł. Możecie się domyślać ;D
Buziaki:***

sobota, 15 sierpnia 2015

Dwadzieścia.

/Inga/



Wstałam rano leniwie przecierając oczy. Przeciągnęłam się i długo ziewnęłam. Pięknie przespana noc. Bez koszmarów. Można zaliczyć do udanych. Z roztrzepaną fryzurą na wszystkie strony świata człepałam po schodach, by w końcu dotrzeć do kuchni.

-Cześć kochana!-przywitała mnie tryskająca energią Ania, a jej mąż obejmujący ją na kolanach posłał mi szeroki uśmiech.
-Dobry…-odpowiedziałam i otworzyłam na oścież drzwi lodówki wpatrując się na kilka warzyw, kiełbasę i światło… -Gdzie to wszystko stąd wybyło?
-Kolację zrobiłem!-pochwalił się
-To w takim razie na ile osób?
-No…dwie.
-Dwójka ludzi, jeden wieczór…Spustoszenie w całej lodówce. Materiał na dobry kryminał.
-A kto by był głównym bohaterem?
-No ja! W końcu to wy się najedliście, a ja głoduję. Horror.
-Umówiłam się z Ewą, że pójdziemy na zakupy. Chodź z nami.
-Chętnie…
-Jeszcze jajka zostały. Robert ma na razie jakąś awersję, więc u nas ci jajek będzie dostatek.
-O! Miło. A wy coś gołąbeczki jedliście?
-Zgadnij co…
-Jajco!
-Dokładnie tak!-rechotała Anka. Chwilę później rozległ się dzwonek do drzwi.

-To pewnie Ewa. Kochanie, otworzysz?
-Jasne.-dał jej buziaka w policzek, zestawił ją na podłogę i poszedł otworzyć drzwi.
-Soł słiit.-zaśmiałam patrząc się na rozanieloną przyjaciółkę. -Kolacja widzę się udała.
-Nawet nie wiesz jak! Chociaż wcale nie musiałaś wychodzić.
-Daj spokój. Potrzebujecie przecież trochę prywatności.
-Jak ty się uprzesz…
-Hej dziewczyny!-weszła do kuchni rozpromieniona pani Piszczek i uściskała nas na przywitanie.
-Hej, hej!
-Inga, wyglądasz jak ósme nieszczęście.
-Dziękuję ci Ewciu. Jak zawsze miła.
-Ależ nie ma za co! O, a nawet wiem jak ci pomóc!
-Tak?
-Ewa od jakiś dwóch tygodni ma bzika na punkcie warkoczy. Sara już ma dość, teraz ofiarą stałaś się ty. Gratuluję.-wyjaśniła Lewandowska
-Kolejny wątek do horroru…ale? Czemu nie? Dawno nie miałam warkocza.
-Oooo! Cudnie! To dokończ tą kanapkę, przebierz się i mnie zawołaj! Chcesz dobieranego, kłosa, koszyczek…
-Spokojnie, spokojnie! Nie rozpędzaj się kochana!-zaśmiałam się widząc błyszczące oczy przyjaciółki-może być kłos. Jeszcze takiego nigdy nie miałam.
-To super! Jeszcze takiego nie robiłam!
-Nie strasz!-zaśmiałam się, wzięłam kanapkę do ust i poszłam szybko na górę przygotować.


Weszłam do pokoju przełykając ostatni kawałek kanapki. Otworzyłam szafę i założyłam na siebie ciemne legginsy z kwiatowym motywem, krótką bluzkę na ramiączkach i buraczane creepersy. Spojrzałam w lustro. Faktycznie wyglądałam koszmarnie. Rozczesałam włosy i spryskałam je odżywką, żeby trochę mniej się puszyły. W tym samym do mojego pokoju weszły dwie polki.

-O, już jesteś gotowa?
-Yhym.
-To daj jakąś gumkę, grzebień i robimy.-poleciła, a ja przyniosłam jej potrzebne rzeczy i usiadłam na skraju łóżka, żeby łatwiej plotło jej się warkocza.
-Inga?
-Tak, Aniu?
-Wszystko u ciebie w porządku? Wczoraj wieczorem byłaś taka…nieobecna, zamyślona, smutna. Jak chciałam już do ciebie podejść, to akurat poszłaś do pokoju bez słowa.
-Nie, kochana, wszystko w porządku.
-Ale coś się stało, prawda? Przecież widzę. Znam cię….Ale nie chcesz o tym rozmawiać.
-Tak, ale…
-Spokojnie. Jak będziesz chciała pogadać, to wiesz gdzie mnie szukać.-uśmiechnęła się i mnie przytuliła.
-Ejj, ej, bo mojego warkocza zepsujecie.
-To chyba mój warkocz
-Oj, tam, bez różnicy. A teraz nie ruszać tu mi się, proszę, bo nigdy tego nie skończę.
Kilka minut później, przeglądając się w lustrze, podziwiałam pięknie uplecionego kłosa.
-Śliczny!
-A widzisz! A tak marudziłaś. To co, dziewczyny, idziemy na te zakupy?
-Idziemy, idziemy! Pokażemy Indze ten duży sklep.
-A! Ten fajny! Okej! To jedziemy.


I tak dotarłyśmy pod ogromny sklep, wielkości  polskich z trzech Biedronek.  A się Biedronki uczepiłam. Powinni otworzyć niemiecką Biedronkę.
-Wow.
-To samo powiedziałam, kiedy pierwszy raz tu przyjechałam. Chodź, chodź, bo nie będziemy tu pół wieku kwitnąć.
-Ok. Idziemy.
Kiedy tylko przekroczyłam próg sklepu…wpadłam w zakupowy szał. Jogurty, owoce, warzywa, chrupki… Wszystko. Ania szła za mną pchając koszyk, który z minuty na minutę był coraz bardziej pełen.
-No. Chyba koniec.-westchnęłam patrząc na zapchany wózek.
-Wreszcie będzie pełna lodówka!-zakrzyknęła radośnie
-Wydaje mi się, że była przed waszą kolacją.
-Ojj... No bo Robert najpierw chciał zrobić lasange i creme brule, ale za późno wyłączył i przybyło nam trochę węgla do pieca.
-Uuu, się nie pochwalił!
-Bo się pewnie bał!
-Czego?
-Raczej kogo. Ciebie.
-Ej, no, nie jestem aż taka straszna.
-Aż taka... A w ogóle, gdzie poszła Ewa?
-Nie mam pojęcia...
-Wiesz co, może poszukaj jej na dziale dziecięcym, a ja jeszcze skoczę po jakieś dobre wino.
-Okey. Jakbyśmy się nie mogły znaleźć to dzwoń.
-Pewnie. Spotkamy się przy kasach.

No i ruszyłam na poszukiwanie Ewki. Mijałam kolejne, wielkie regały i nic. Noż kurczę blade, gdzie jest ten dział dziecięcy?! Hmm... A może nad tym szyldem z niemowlakiem jedzącym zupkę, co blondynko? Może i mam brązowe włosy, ale wewnętrznie wypisz wymaluj stereotypowa blondynka z kawałów. 
Tak jak myślałam, zastałam tam Ewę. kucała akurat wybierając soki.

-Wreszcie cię znalazłam!
-O, już wychodzimy?
-Mamy już z Anią pełen wózek, więc jesteśmy już gotowe, a jak tam u ciebie?
-Ja właśnie chcę tu jakieś soki owocowe powybierać. Łukasz z Sarą trąbią je litrami. No i jeszcze muszę taką papkę dla dzieci kupić. Mała dostała zatrucia i przetrzymuję ją na bułkach, to chociaż kaszkę na urozmaicenie.
-To może ja po nie pójdę? Będzie szybciej.
-Mogłabyś? To super!
-Tylko powiedz jaki smak.
-Najzwyklejszą-waniliową. Weź od razu dwie.
-Dla Łukasza?
-A jak!-zaśmiała się pani Piszczek, a ja poszłam kilka regałów dalej, gdzie znalazłam pełno półek z kaszkami przeróżnych smaków. Na samym dole rzuciły mi się w oczy waniliowe. Schyliłam się po dwie paczki, a kiedy się podnosiłam wpadłam na kogoś. A tym kimś był...

-Ymm... Hej, co tu robisz?-zapytałam trochę niepewnie widząc jego minę, z której kompletnie nic nie umiałam wyczytać. Był na mnie zły? Cały czas mnie lubił? A może obrażony? Albo miał mnie już serdecznie dość, po tym, jak pół nocy ryczałam jak głupia w jego rękaw...ym, ramię...
-Zakupy.-odparł przyglądając mi się badawczo, jakbym co najmniej spadła z kosmosu.
-Ahm... No tak, Ja też! Z Anią. I Ewą. Piszczek. Są tam. Gdzieś...-machnęłam chaotycznie ręką gdzieś za siebie zatapiając się w kuszących oczach klubowej jedenastki.
-Tak, wiem. Widziałem je.
-Jasne... Też szukasz kaszek? Sara ma zatrucie pokarmowe, więc waniliowa...Za to ja jak byłam mała pamiętam, że lubiłam truskawkową... A może malinową? W każdymś razie była różowa. A ty jakie kupujesz? Nie wiem, co lubią chłopcy... O! Może bananowe? Jeszcze są takie wieloowocowe. Też są w porządku...-wpadłam w nagły słowotok i nie miałam zielonego pojęcia jak z tego wybrnąć. Myśl! Myśl! Myśl!
-Ale ja nie kupuję...
-A no tak, narzeczona. Faceci pewnie nie wiedzą jakie kupić...-ziemio, czemu się jeszcze nie zapadasz? Ja cię błagam!
-Czekaj, czekaj. O czym ty mówisz?-przerwał mi patrząc na mnie rozbawionym wzrokiem, a jednocześnie jak na wariatkę, która wygryzając zębami metalowe kraty uciekła z oddziału zamkniętego. A może by tak zwiać? 
-No bo...-zaczęłam, ale przerwał mi dzwoniący telefon Marco.
-Poczekaj chwilę, okej?-spojrzał na mnie wnikliwie, ale bardzo krótko, a potem oddalił się na dwa, może trzy kroki. 

Stałam jak ten słup przy regale i obserwowałam ruchy jego warg. A potem już jego całego...I tak patrząc zdałam sobie sprawę, że skurczybyk jest jeszcze przystojniejszy niż mi się wydawało. Nie mam bladego pojęcia jak długo się w niego wpatrywałam. Z tego transu wyrwał mnie jego donośny śmiech. Skierowałam pytające spojrzenie w jego stronę, a ten buchnął jeszcze większą salwą śmiechu i patrzył na mnie jakbym co najmniej jeździła na rowerze jednokołowym w stożkowatej czapeczce i żonglowała pomidorami. Albo jajkami, które by spadały i rozbijały się dookoła mnie. Lub na mój łeb. Dość. Chce się śmiać-niech się śmieje. Chwyciłam moje kaszki, odwróciłam się i kiedy miałam iść poczułam, jak położył mi rękę na ramieniu i odwrócił do siebie. Kiedy chciał już coś powiedzieć znowu się roześmiał. Zauważyłam łezki w kącikach jego oczu. Rzucił do telefonu krótkie "cześć" i schował go z powrotem do kieszeni.

-Co się stało?
-Chodź.-przesunął rękę z ramienia na plecy i popchnął mnie delikatnie do przodu.
-Ale Ewa...-zaczęłam, a ta właśnie nie wiadomo jak zmaterializowała się przed nami.
-O, proszę, Ewa. Tutaj są kaszki.-zabrał je z moich rąk i podał je brunetce.- Porywam Ingę i zobowiązuję się odwieźć ją o ludzkiej porze.-powiedział do niej z czarującym uśmiechem..Oł maj gasz...Jak on to robi? Ewa! Nie gódź się!
-Pewnie! Jasne! Przekażę Ani. Bawcie się dobrze.-Czy ja się przesłyszałam?! Ta tylko uśmiechnęła się promiennie wkładając kaszki do koszyka.
Marco pociągnął mnie za rękę w stronę wyjścia. A co się stało z jego zakupami?
-A twoje zakupy?
-Zrobię kiedy indziej. No chodź.-uśmiechnął się szeroko i poszliśmy w kierunku jego samochodu. Otworzył mi drzwi od strony pasażera, a sam wsiadł od strony kierowcy. Przekręcił kluczyk w stacyjce i rozległ się cichutki warkot silnika.

-Dokąd jedziemy?-zapytałam, kiedy po jakimś czasie zatrzymaliśmy się na światłach. Marco spojrzał się na mnie i starał się (na marne) stłumić śmiech.
-Możesz mi powiedzieć, co cię tak bawi?
-Ja nie...nie wierzę! Haha, ale jak..
-Marco! Przestań, albo mi powiedz w końcu o co chodzi!
-Poczekaj chwilę, już niedaleko.
-Nie możesz mi nic więcej powiedzieć?
-Jesteś pocieszna.



















~~~

Kochane! Przepraszam za takie spóźnienie, ale tuż przed wstawieniem usunęła mi się calutka część i pisałam ją od poczatku. Mam nadzieję, że nie ma tu za wiele błędów. 
Chciałam wam ogromnie podziękować za wspaniałe komentarze, które ogromnie motywują i za dwie nominacje do Liebster Award!!! (moje odpowiedzi w zakładce!). Jak już pisałam to powyżej to taki mały "wstęp" do 21.-swoją drogą-matko jak to szybko zleciało.. :') Już mamy 20-stkę! ;o
No nic. To ja lecę!
I jak ktoś jeszcze nie wie (zapewne wszyscy już wiedzą;D ) wygraliśmy  wspaniałe 4:0 i mamy na razie 2 miejsce w tabeli-gramy o 1! Marco, Auba & Miki x2 :))) Nasi dzisiejsi mistrzowie! Tylko tak dalej!
Buziaki:***