sobota, 14 maja 2016

Pięćdziesiąt siedem.



Wieczorem położyłem się po ciężkim dniu. Prawie codziennie starałem się być na siłowni i ćwiczyć tak, żeby stanąć na nogi i dostać się do pierwszego składu. Carolin zamknęła się już jakiś czas temu w swoim pokoju. Od sytuacji z smsami próbowała jeszcze w jakiś sposób się do mnie zbliżyć jednak cały czas konsekwentnie odsuwałem się od niej.
Mimo zmęczenia po całym dniu nie mogłem nawet zmrużyć oka. Coś wewnątrz mnie mi nie pozwalało usnąć. Usiadłem na łóżku z chęcią przejrzenia wszystkich zdjęć z Ingą, jednak kiedy tylko odblokowałem ekran przyszło połączenie od Melanie. O tej porze?

-Halo?
-Marco… Boże, całe szczęście, że odebrałeś. –moja siostra krztusiła się od płaczu. Od razu cały się napiąłem. Coś z dzieckiem? –Nico…Inga. To przeze mnie. Ja nie chciałam.
-Melanie, proszę cię, spróbuj się uspokoić. Powiedz mi co się stało.
-Wypadek. Tam była Inga. Gdyby nie ona mój synek by tego nie przeżył… Ona… Ochroniła go swoim ciałem. Jesteś?
-Czy ona żyje?-zapytałem nie wypuszczając powietrza. Czułem zbierające się łzy pod powiekami. Nie Inga. Tylko nie moja Inga.
-Reanimowali ją w karetce. Nie wiem, Marco. Jadę do szpitala. Przyjdź, proszę, przyjedź.
-Kierujesz?
-Nie, jadę z Katheriną. Byłam u niej.
-Spróbuj się uspokoić, Melanie. Musisz też dbać o małą, a wiesz jak stres źle wpływa. Będę jak najszybciej się da.
-Do zobaczenia.

Zerwałem się z łóżka i szybko ubrałem się w pierwsze co miałem pod ręką. Zbiegłem po schodach zabierając kluczyki do samochodu i wybiegłem z mieszkania z hukiem drzwi. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem najszybciej jak się dało. Ulice o tej porze były już puste. Wcisnąłem pełen gaz by jak najszybciej znaleźć się w szpitalu.
Inga nie mogła umrzeć. Nie dałbym sobie bez niej rady.

Zaparkowałem samochód tuż przed wejściem szpitala. Wbiegłem na recepcję. Starsza kobieta skierowała mnie na oddział intensywnej terapii. Tam miałem znaleźć lekarza, który prawdopodobnie zajmował się Ingą. Żyła.
Na korytarzu znalazłem jednego mężczyznę wychodząc z czyjejś sali.  

-Przepraszam, przywieziono tu moją…narzeczoną z wypadku. Inga Klopp.
-Tak, proszę, zapraszam do pokoju lekarskiego.


Wszedłem za nim do pokoju lekarskiego i zająłem miejsce przy biurku. Lekarz usiadł po drugiej stronie.
-Doktor Albert Krause. –przedstawił się oficjalnie podając mi rękę. Odpowiedziałem mu tym samym przestawiając się. 
-A więc, panie Reus. Nie ukrywam, że pańska narzeczona nie jest w dobrym stanie. Nie znam szczegółów wypadku, podobno uratowała małego chłopca.
-Mojego siostrzeńca. Siostra jest przy nim.
-Rozumiem. Operacja nie jest konieczna. Pani Klopp ma połamane żebra, złamaną rękę, skręconą kostkę. Z mniej poważnych zbite biodro i niestety wstrząśnienie mózgu. Opanowaliśmy najgorsze. Nie doszło do uszkodzeń narządów wewnętrznych.
-Mógłbym wejść do jej sali? Jak ona się czuje?
-Jest w śpiączce. Nie wiadomo czy się wybudzi.
Schowałem twarz w dłoniach. Nigdy się nie wybudzi? To niemożliwe. Boże, moje życie bez niej nie będzie miało sensu.
-Mogę do niej wejść? Błagam.
-Nie powinienem ale… W porządku. Pięć minut.






/Inga/

Siedziałam tulona przez babcię na jakimś puszystym obłoku. Nie mogłam jej zobaczyć, nie mogłam sama jej dotknąć, złapać. Nie mogłam się ruszyć. Nie czułam nic poza jej dłonią, która mnie uspokajająco gładziła po głowie. Tak bardzo chciałam ją zobaczyć, powiedzieć, że ją kocham, że tęsknię. Nie przejmowałam się myślą, co mogę w ogóle robić w tym miejscu. Jej ciepło i bliskość dawały mi wyjątkowego spokoju i poczucia bezpieczeństwa.

-Myszko… Nie powinnaś tu być. Wiem, że chciałabyś zostać, porozmawiać. Nie czas. Jestem zawsze przy tobie. Nie bój się. Powinnaś posłuchać czegoś innego.-szeptała mi do ucha. Kiedy skończyła mówić położyła dłoń na mojej brodzie, a jej usta musnęły mój policzek.
W jednej chwili poczułam jak spadam. Czułam ciężar. Nadal nic nie widziałam, mój słuch był słabszy, wszystko było cichsze, jakby  zza ściany. Leżałam na czymś twardym. Chciałam się ruszyć, otworzyć oczy. Nie mogłam. Moje ciało zupełnie odmówiło posłuszeństwa.
Poczułam, jak ktoś ściska moją dłoń a po chwili kładzie na niej swój szorstki policzek.
-Nie dotrzymałem obietnicy. Pamiętasz co ci obiecałem dwa dni temu? Że się nie poddam. Zawaliłem. Już dawno. Poddałem się pozwalając ci wtedy odejść. Złamałem obietnicę tuż po jej złożeniu. Kazałaś mi walczyć. Będę walczył. Będę walczył o nas, o ciebie. O nasze szczęście. Tylko pozwól mi… Pozwól mi na to i mnie nie zostawiaj.

Marco. Poczułam na mojej dłoni ciepłe krople. Płakał. Marco zaczął płakać jak małe dziecko. Ten Marco, który za każdym razem dawał mi oparcie, mimo wszystko co się wydarzyło, co przeżyliśmy stał mężnie, chronił mnie swoją piersią… Teraz? Teraz był słaby. Kruchy.
-Nie możesz odejść, nie możesz mnie zostawić, słyszysz? Bez ciebie jestem nikim. Jeśli odejdziesz… ja też. Daj mi znać, że mam walczyć. Proszę, daj mi nadzieję, że mnie słyszysz, że będziesz walczyć. Daj mi nadzieję, że znaczę dla ciebie coś więcej niż jakiś leżący żebrak na ulicy. Jeśli masz się nade mną litować jak nad nim, to tak zrób. Nawet jednym, krótkim spojrzeniem. Nawet jeśli jestem dla ciebie nikim… Ty zawsze będziesz dla mnie wszystkim. Moim wszystkim. Błagam, Inga.

Płacz byłby moim zbawieniem ale nie mogłam. Nie mogłam nic zrobić. Musiałam coś zrobić, musiałam mu jakimś sposobem udowodnić, że nie może się poddawać. On mnie kocha. On mnie nadal kocha. I nawet jeśli był ten pieprzony zakład on musiał mnie nadal kochać. Czy tak bardzo jak ja jego? Musiałam coś zrobić. Starałam się przelać wszystkie moje siły, całą moją miłość, uczucie, które we mnie tkwiło głęboko schowane. On nie mógł się poddać.
On był moim Wszystkim.

W ostatnim momencie, kiedy wysuwał swoją dłoń z mojej nie wiem jakim cudem ścisnęłam go za jeden palec. Poczuł? Chyba tak. Zamarł w bezruchu. Nie miałam już więcej sił i rozluźniłam uścisk.
Marco zabrał swoją rękę. Nie wiedziałam co się dzieje, lecz wciąż czułam tu jego obecność. Kilka chwil później poczułam jego delikatne, napuchnięte od płaczu usta na swoich. Ten pocałunek był chyba tym najbardziej delikatnym jaki dane mi było przeżyć. Chciałam oddać ten pocałunek, przytulić go i pocieszyć. Mój Marco. Mój.

-Dziękuję.-wychrypiał mi do ucha i złożył ostatni pocałunek na moim czole. W oddali usłyszałam jakiś głos.

-W porządku, już wychodzę. –odpowiedział zapewne lekarzowi. –Czy to możliwe, że ścisnęła mój palec?
-W medycynie zdarza się wiele różnych przypadków. Jeśli tak się stało, to bardzo możliwe. Człowiek w śpiączce leży nieruchomo, czasem nerw gdzieś przeskoczy, mógłbym jeszcze wymieniać wiele przypadków.
-A ona? Ona sama by potrafiła…
-Nie zaprzeczę. Rozumie pan. Jest wiele indywidualnych przypadków. Teraz musimy już wyjść, dać jej się spokojnie regenerować, odpoczywać.
-Dobrze.

Znów poczułam dotyk na mojej dłoni i składany na niej pocałunek. Wciągnęłam głęboko powietrze czując, że się nade mną nachyla. Jego cudowny zapach, który tak kochałam.
-Przyjdę jak tylko będę mógł. Nie poddawaj się, kochanie. Nigdy.
Odszedł, a mnie znów ogarnęła czarna nicość.






/Marco/

Kiedy tylko opuściłem salę Ingi na korytarzu zobaczyłem stojącego, przybitego trenera. Spojrzał na mnie i od razu bez słowa podszedł i objął po ojcowsku.

-Da sobie radę. –szepnął nie wypuszczając mnie z uścisku. W jego głosie każdy mógłby usłyszeć ogromny ból.
-Jest silna.-powiedziałem łamiącym głosem. Próbowałem na marne powstrzymać łzy.
-Marco, nie załamuj się…
-Lekarz..
-Też z nim rozmawiałem. Nie powiedział, że się nie wybudzi tylko, że może się nie wybudzić. To znacząca różnica, nie uważasz, panie narzeczony?-zaśmiał się ponuro poklepując mnie po plecach.
-Musiałem wiedzieć, gdybym nie mógł się dowiedzieć co z nią jest…
-Spokojnie, rozumiem. Co z Nico?
-Nie wiem, chcę iść teraz do niego. Jest pewnie na oddziale dziecięcym.
-W porządku. Jak się obudzi to do ciebie zadzwonię.
-Nie, wrócę tu za chwilę. Nie będę wracać do mieszkania.
-Idź, odpocznij, wróć jutro. Ja i tak zostanę na noc.
-Nie wiem, zobaczę.
-Zaraz będzie, że to polecenie służbowe. Idź już do Nico.
-Dzięki. Trzymaj się.
-Ty też.



Poszedłem na oddział dziecięcy. Od razu na korytarzu zobaczyłem mamę i  Gregora, męża Meli. Kiedy tylko mama mnie zauważyła podbiegła i przytuliła do siebie.

-Marco, kochany, jak się czuje Ingusia? Co z nią?
-Źle, mamo. Wierzę, że będzie lepiej ale tak bardzo się boję.
-Będzie dobrze, wszystko się ułoży. To co zrobiła dla nas, dla Nico.
-Było bezmyślne i nieodpowiedzialne. –usłyszałem zza pleców głos taty. –Ale uratowała mojego wnuka i będę jej za to wdzięczny do końca życia.
Spojrzałem na niego. Musiał przyjść za mną.
-Rozmawiałem właśnie z jej lekarzem prowadzącym. Jak się okazało mój stary, dobry znajomy ze studiów. Świetny specjalista, więc mamy pewność, że jest w dobrych rękach. Przy okazji poprosiłem go o dyskrecję, wiesz jak to bywa.
-Dzięki, tato.
-No i miałem ciekawą rozmowę z jej tatą…

-Marco!-z sali wyszła Melanie z zapłakanymi oczami. Przytuliła mnie i ucałowała w oba policzki. –Jak z Ingą? Boże, gdyby nie ona… Nie chcę nawet więcej o tym myśleć. Nico ma tylko zwichniętą rączkę. Zostanie na obserwacji trzy dni, żaby być pewnym, że wszystko jest w porządku. Na dobrą sprawę tylko tą rączką upadł, Inga go osłoniła całym ciałem. Przytuliła go do siebie tak, ten samochód uderzył w nią, w Nico wcale. Jest przytomna? Tak bardzo chciałabym jej podziękować za to wszystko.
-Jest w śpiączce. Jak do tego doszło?
-Wychodziłam od Katheriny. Zapięłam Nico w foteliku a potem okazało się, że nie zabrałam jego zabawek z domu, więc się wróciłam. Kiedy wychodziłam… To był moment. Nico wysiadał z samochodu, jakiś samochód jechał z nad przeciwka. Nagle z krzykiem na ulicę wybiegła Inga i zakryła Nico jednocześnie sama się nastawiając do samochodu. Przeleciała jeszcze  powietrzu kawałek. Tak bardzo się bałam.
-Jest już dobrze, kochanie. –objął ją Gregor i pocałował w czoło.
-Mogę na chwilę do niego wejść?
-On już zasypia ale wejdź.
-Nie obudzę go, spokojnie.



Wszedłem do kolorowej sali z ponaklejanymi bohaterami Kubusia Puchatka. Na łóżeczku leżał okryty kołdrą Nico. Usiadłem na krześle koło jego łóżka i pocałowałem go w głowę. Całe szczęście, że chociaż z nim wszystko w porządku. Nie zniósł bym, gdyby jeszcze Nico był w złym stanie.

-Wujek Marco?-usłyszałem cichy głos chłopca. Dzięki niemu wreszcie się uśmiechnąłem. Mocno przytuliłem siostrzeńca do siebie.
-Jak się czujesz, smyku?
-Dobrze, tylko ręka mnie boli. Ciocia Inga mnie uratowała. Nie chciałem martwić mamy bo bardzo płakała, ale martwię się o ciocię.
-Z ciocią będzie coraz lepiej.
-A mogę do niej pójść?
-Niestety nie. Musisz odpoczywać. Ciocia cię bardzo kocha. Ja też. Jesteś bardzo dzielny.
-Jak wyzdrowieję to narysuję dla cioci rysunek. Narysujesz ze mną?
-Pewnie. A może teraz pójdziesz spać? Powinieneś odpoczywać.
-A zostaniesz póki nie zasnę.
-Oczywiście. –uśmiechnąłem się i położyłem tuż koło chłopca. Nie zauważyłem nawet momentu, w którym i mnie zmorzył sen.

Po niedługim czasie zostałem zbudzony przez pielęgniarkę, która kazała mi opuścić pomieszczenie ze względu na porę odwiedzin. Wstałem z łóżka żeby nie obudzić małego.
Na korytarzu siedział jeszcze Gregor. Posłał mi słaby uśmiech, widać było, że jest zmęczony.

-Chcesz jakąś kawę czy coś?
-Nie, dzięki. Mela poszła do Ingi, powiedziała, że wróci dla mnie z kawą. Potem i tak ją odeślę do domu. Jak coś to zaszantażuję mamą. Nie masz co się martwić.
-Dzięki. Ja chyba też pójdę się zdrzemnąć do domu. Wrócę rano. I tak przy Indze siedzi tata.
-Też bym tak zrobił. Trzymaj się stary.
-Dzięki, ty też. Do zobaczenia.







/Inga/

To zaczynało się robić nudne. Mój stan zmieniał się co chwila. Raz słyszałam wszystko co dzieje się dookoła, potem znowu tak jakby zasypiałam. Chyba moja niemoc była najgorsza.

-Hej Inga. Tata mówił, że w śpiączce powinnaś słyszeć. Chciałabym ci podziękować za uratowanie mojego synka. Będę ci dozgonną dłużniczką. Nie umiem opisać jak bardzo ci dziękuję. Przez przeszłość Marco nie byłam zbyt przekonana co do waszego związku. Nawet przez wzgląd na ciebie, żeby… Nie ważne. Zmieniłaś mojego brata na lepsze. Jest innym, lepszym człowiekiem. Wszyscy widzą, że odżył przy tobie. Mam nadzieję, że ta sytuacja szybko się rozwiąże i… I mam nadzieję, że kiedyś zostaniesz panią Reus. Nie widzę nikogo innego na tym miejscu. Wybacz mu. Postaraj się mu wybaczyć. Nawet, jeśli dowiesz się kiedyś wszystkiego, to proszę, kieruj się swoim sercem i mu wybacz. Wracaj do nas, Inga. Nico chciałby cię odwiedzić. Dobrej nocy.






/Marco/

O piątej nad ranem udało mi się zasnąć. Kiedy przyszedłem do mieszkania zacząłem przeglądać nasze wspólne zdjęcia. W jednym momencie przeszło mi przez głowę sięgnąć po alkohol, z drugiej strony…Obiecałem.
Jeśli Inga się tylko obudzi, bez względu na to, czy słyszała to wszystko co mówiłem czy nie, zrobię wszystko, żebyśmy jeszcze byli razem. Wiem dobrze, że będę musiał zrobić wiele, by znowu mi zaufała, żeby wybaczyła i znów pokochała lecz nie boję się. Muszę walczyć o moje wszystko. Wszystko co mam.

Następnego dnia obudziłem się po czternastej. Od razu zacząłem się ubierać. Miałem być u Ingi od rana. Zbiegłem na dół wziąć z kuchni coś do jedzenia, a kiedy zbliżałem się już do drzwi wejściowych usłyszałem dzwonek do drzwi. Kogo tu niesie? Otworzyłem drzwi nawet nie patrząc przez wizjer.
W progu stanęli Ania i Robert Lewandowscy.

-Hej, Marco. –przywitała się brunetka. Przytuliła mnie na powitanie i weszła do środka.  Za nią wszedł niepewnie lekko rozkojarzony Lewy rzucając pod nosem ciche „cześć”.
-Coś się stało? Nie wiem czy wiecie ale Inga…
-Jest w szpitalu. Właśnie od niej wracamy. Jak będziesz jechał to musisz wiedzieć, że wejście oblegają paparazzi. Stan stabilny, nic się nie zmieniło.
-W porządku. A co was tu sprowadza? Nie, że was wyganiam, ale obiecałem, że będę rano u Ingi…
-Dasz nam dziesięć minut?
-Jasne, wchodźcie. Coś do picia?
-Nie, dzięki.

-Marco, ktoś przyszedł?-zawołała schodząc po schodach Carolin.

-Przyszedł, przyszedł. Witaj kochaniutka!-uśmiechnęła się do niej szeroko Lewandowska. O co tu mogło chodzić? Spojrzałem pytająco na Lewego, jednak i on stał zdziwiony nie rozumiejąc sytuacji.
-Zapraszałeś tu ich? Nie pytałeś mnie o zgodę.
-To my przyszliśmy bez zapowiedzi, przepraszamy, nasz błąd. Chodź z nami usiądziesz. Masz chwilę czasu?
-Nie no… Jasne. Pewnie.-odpowiedziała lekko zdziwiona i rozsiadła się wygodnie na kanapie. Ania rozgościła się i zamknęła drzwi od środka. Ja z Lewym zajęliśmy miejsce na kanapie obok, Ania na fotelu, naprzeciwko Caro. 
-W sumie to nie zdążyłam z tobą zamienić słowa na ostatniej imprezie. Chyba obie tak się dobrze bawiłyśmy, że nie zwracałyśmy uwagi na boży świat.
-Słucham? –Caro w ciąży na imprezie. To jakiś żart?
-Musiało ci się przewidzieć. Wiesz dobrze, że w moim stanie nie mogę przebywać na takich imprezach. Zaduch i ta atmosfera. Jeszcze jak mam tańczyć skoro mnie tak plecy bolą?
-W drugim miesiącu? Może powinnaś się z Marco przejść do lekarza. Przecież gdyby było coś nie tak to by się tobą zaopiekował. Nie chcę być niemiła, ale wiesz, ostatnio miałam wykłady jak robiłam certyfikat. Marco z pewnością nie chce, żeby coś się stało jego dziecku. Prawda, Marco?
Nie umiałem odnaleźć się w sytuacji. Od Ani kipiało sarkazmem. Nie miałem kompletnego pojęcia do czego zmierza. Co z tym klubem? I kiedy.
-Marco, no musiało mi się coś pomylić, spokojnie. Przecież Caroline ma rację. W ogóle, Caro! –powiedziała szeroko się uśmiechając i usiadła koło blondynki. –Mam nowe nagranie mojej przyjaciółki! Musisz koniecznie posłuchać. Marco też.
-Ta polska piosenkarka co kiedyś była na bankiecie na Euro?
-Zobaczysz… Gdzie ja to.. Mam! Słuchajcie uważnie, bo to jest hit. –uśmiechnęła się, odtworzyła coś na telefonie i położyła swojego iPhone’a na środku stołu.

-Nie musisz przede mną udawać, Caroline. I ja wiem i ty wiesz, że nie ma żadnego dziecka.
-Jestem w ciąży! Nie wiem o co ci chodzi!
-Pijesz alkohol, tańczysz z facetami jakbyś chciała ich zaciągnąć zaraz do łózka, nie wiem, może chcesz. Tak nie zachowują się kobiety w ciąży. Nie jestem już z Marco więc co masz do stracenia, żeby powiedzieć mi durną prawdę.
-Dobra, nie ma żadnej ciąży, jasne? To tylko przykrywka aby zbliżyć się do Marco. To co było między nami kiedyś, to nie zniknęło, rozumiesz? Marco bronił się, mówił, że między nami nic nie ma. Nawet wtedy się nie przespaliśmy. Był tak pijany, że ledwo doniosłam go do łóżka i rozebrałam.

Wstałem z kanapy i przewróciłem z gniewem stolik.

-Ty podła suko. Jak mogłaś! Jesteś zwykłą dziwką!
-Marco, to nie ma sensu.-złapał mnie za ramię Lewy i pociągnął z powrotem na kanapę. Wziął telefon Ani spośród szczątków rozbitego, szklanego stolika i położył sobie na nodze. Wziąłem kilka głębszych oddechów i zacisnąłem pięści z wściekłości.

-Marco i ja jesteśmy razem. I jesteśmy szczęśliwi.
-Kochasz go?
-Oczywiście. A on kocha mnie. Nie raz mi to mówił. Nie życzę sobie, żebyś wchodziła z butami w nasze życie. On już o tobie zapomniał. Byłaś tylko zwykłą przygodą. Stara miłość nie rdzewieje. Nigdy.
-Pod jednym warunkiem, Caroline.

Boże, ona prawie płakała. Spojrzałem z mordem w oczach na Caro, która próbowała się wyrwać z silnego uścisku Ani. Nie daruję.

-Powiesz Marco, że nie jesteś w żadnej ciąży. Jeśli ci wybaczy-masz mnie z głowy. Nie zbliżę się do niego, nie będziemy rozmawiać więcej, niż to będzie konieczne.
-Wersja dla Marco będzie taka, że poronię. Będę w rozpaczy, on mnie pocieszy.  To jeszcze bardziej nas zbliży…

-Dość, kurwa, dość tego. Wynoś się. Masz dziesięć pieprzonych minut, żeby zabrać stąd wszystkie swoje rzeczy. Mam w dupie czy masz czy nie masz mieszkania. Dla mnie jesteś zwykłą dziwką. Wypierdalaj z mojego życia, na zawsze, słyszysz?!
Odwróciłem się za siebie i z całej siły uderzyłem pięścią w ścianę. Nawet nie zwróciłem uwagi na krew ściekającą po mojej dłoni.
-Co tu jeszcze robisz? No rusz się!
-Ale Marco…
-Wynoś się. Nie będę powtarzał.

Wyszedłem z salonu i wszedłem prosto na balkon. Wychyliłem się za barierkę i zacząłem brać głębokie wdechy chłodnego, jesiennego powietrza.
Znowu zniszczyła moje życie.

Tym razem ja nie popełnię tych błędów, które popełniłem później. Nie będę znowu tym, kim byłem. Tym razem wiem, że mam dla kogo żyć.






~~~

Dziś rozdział dość krótki-część informacji wyjaśniona!-więc pozwolę sobie się trochę tu rozpisać. 
Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę (bo ja jeszcze nie) ale właśnie w zeszłą środę (11.05) minął dokładnie ROK BLOGA.
Sama nie wiem kiedy to zleciało, pamiętam jakbym to wczoraj z drżącą ręką klikała "opublikuj" przy prologu, cały strach, panikę i chęć rzucenia tego wszystkiego (..i wyjechania w Bieszczady:) ) 
Dziękuję Wam, że jesteście już ze mną caały rok, mam w Was ogromne wsparcie, największą motywację świata i ogromny uśmiech na twarzy, kiedy widzę ten komentarz więcej:) Dziękuję, że cały czas jesteście. Zarówno tym, którzy są od samego początku jak i dotarli tu niedawno!<3 Bez Was tego bloga by nie było. No i w parze z rokiem wybiło mi pełne 90.000 wyświetleń..Nie wiem na ile ta liczba jest przekombinowana, mi się cały czas nie chce w to wierzyć, że tyle osób to czyta... Jeśli tak jest to.. wow:)  Nie mam słów.
Drugiego roku nie będzie, ale mam nadzieję, że zostaniecie ze mną tu do końca...To dla mnie niesamowita przygoda i frajda, że mogę dla Was pisać. Oby to trwało jak najdłużej..choć to opowiadanie już jest bliżej końca nie początku..(ale wolę o tym nie myśleć!)
Miłej słonecznej soboty!<33 
Za tydzień kolejny!
Ściskam mocno!

sobota, 7 maja 2016

Pięćdziesiąt sześć.



Dzisiejszy dzień był koszmarem. Po pięciu godzinach na uniwersytecie dosłownie padałam z nóg. Musiałam uczestniczyć w co najmniej pięćdziesięciu procentach w zajęciach niestety prowadzonych po niemiecku, jednak ku mojemu zadowoleniu większość rozumiałam bez problemu.
Strasznie trudno było mi się pożegnać z całą rodzinką Błaszczykowskich, za to ponowne zobaczenie taty po dłuższym czasie było bezcenne. Oboje za sobą ogromnie tęskniliśmy. Już kiedy tylko przekroczyłam próg domu zostałam mocno uściskana przez tatę, który później stwierdził, że przytyłam. A nie, ujął, że powoli wracam do mojej normalnej wagi i wyglądam zdrowiej. Tak czy siak. Każda kobieta przecież marzy usłyszeć takie słowa.
Tego dnia mój kochany Kloppsik nie odstępował mnie ani na krok. Właził nawet za mną do łazienki. Chyba jednak coś jego integracja z tatą i zakopanie topora wojennego nie poszło najlepiej. Toteż z tej sytuacji w nocy kot spał ze mną. Kiedy już zasypiałam usłyszałam psie łapki na korytarzu. Chwilę później usłyszałam pukanie do drzwi. Tata oznajmił, że Emma drapała łapkami szybę i najwyraźniej również się stęskniłam. Takim oto sposobem zasnęłam z kotem na brzuchu i psiskiem w nogach.
Dom.


Kiedy tylko doszłam na przystanek autobusowy w duchu przeklinając moje buty na obcasach i moją głupotę, że mnie pokusiło, żeby je założyć zadzwonił telefon.  Wygrzebałam go z dna torebki i odebrałam jednocześnie zerkając na rozkład jazdy.

-Siostrzyczko najcudowniejsza, najlepsza, najwspanialsza, najukochańsza…
-Co chcesz Mario?
-Po prostu chciałem ci powiedzieć, jak bardzo ważna jesteś dla mnie…
-Iii w związku z tym?
-Zostawiłem klucze do siebie do domu w szatni. Mogłabyś po nie podjechać? Teraz pojechałem do rodziców i nie mogę ich odebrać..a nie chcę, żeby się dostały w niepowołane ręce.
-Ehhh…Wisisz mi przysługę. –westchnęłam nie chcąc już się kłócić, bo właśnie podjechał autobus, który by mnie zawiózł pod samą Idunę.
-Jesteś najlepsza. W szatni w szafce z numerem…
-Niech zgadnę-dziesięć.
-Brawo!
-Dziękuję, dziękuję. Wsiadam do autobusu, będę za dziesięć minut.
­-Low juu!
-Pa, Kombii.
-Paa!



Podróż autobusem tak jak przewidywałam zajęła mi dziesięć minut. Kolejne pięć przeszłam w moich butach, jednak moje stopy zaczęły swój strajk i czułam, że jeśli zaraz ich nie zdejmę jutro będę chodzić w kapciach. W sumie… Jutro i tak będę chodzić w kapciach, bo jest sobota, ale to szczegół.
Wchodząc na SIP przyszła mi do głowy pewna myśl. Rodzice Mario mieszkają w Memmingen… Bawaria. Z dala od Dortmundu. A może i mają dom w Dortmundzie blisko Mario? Coś tu Mario kręci.

Ochroniarz widząc mnie od razu otworzył dla mnie drzwi. Skierowałam się od razu do szatni. Stukot obcasów roznosił się po całym korytarzu.
Zapukałam drzwi do szatni chłopaków. Trening może skończył się godzinę temu..ale cholera ich tam wie. Nikt nie odpowiedział. No cóż. Wejdę, wezmę klucze i wyjdę.
Klamka ustąpiła bez problemu. Nie są zamykane?
Byłam drugi raz w tej szatni a robiła na mnie ogromne wrażenie. Nawet większe niż za pierwszym razem, kiedy to weszłam tu mokra od stóp do głów.
Długi, biały stół biegnący przez całą szatnię, szafeczki, pozawieszane świeże T-shirty, ułożone spodenki i ustawione w rzędzie korki.  Wszystko już idealnie przygotowane przed meczem…Cały ład i porządek zaburzała jedynie jedna otwarta szafka. Kiedy miałam podejść ją zamknąć drzwi się z hukiem zatrzasnęły. Podbiegłam natychmiast i zaczęłam uderzać w nie pięścią.

-Halo! Proszę mnie stąd wypuścić! Halo!-krzyczałam ile sił mając nadzieję, że ten ktoś mnie usłyszy, otworzy drzwi i przeprosi za swój błąd. Przecież nie mógł odejść daleko. Musiał mnie usłyszeć. -Jest tam ktoś?
-Mooooże…-przeciągnął mi zza drzwi znajomy głos.
-Mario nie bądź głupi! Otwieraj. To nie jest zabawne.
-To bardzo poważne zamknięcie. Masz rację. Cieszę się, że tak szybko przyszłaś. A teraz paaa. Baw się dobrze!
-Zabiję! Posiekam! Zakopię! Odkopię! Poćwiartuję! Przemielę! Zakopię…
-Też was kocham! Paaa!


Zaraz. Jakie „was”?


-Co tu się…-zza drzwi na drugim końcu szatni wyszedł…Marco, jedynie przewiązany w pasie ręcznikiem kąpielowym. Po jego włosach, szyi, klatce piersiowej i łydkach spływały krople wody. Na stopach miał jakieś klapki z logiem Borussii. Musiałam zebrać w sobie ostatki sił aby nie patrzeć już dłużej na ten cholernie, ale to cholernie pociągający widok. Spuściłam na chwilę głowę…dopóki nie usłyszałam ruchu pod drzwiami. Spojrzałam zaciekawiona na szczelinę, którą zakrył siadając po drugiej stronie Mario. Zamyka tu nas specjalnie…i chce nas podsłuchiwać, zakładając oczywiście, że się do siebie odezwiemy.
Potrząsnęłam głową jakby upewniając się, czy mi się nie przesłyszało. Spojrzałam na minę Reusa, który patrzył pobłażliwie w drzwi… Nie tylko ja to słyszałam. Co? Raczej kogo. Götze śpiewającego Elvisa.

-Love me tender, love me sweet, never let me goo-czy tylko ja nie wiedziałam, że Götze ma tak czysty baryton?
-Götze…Proszę cię…-zaśmiałam się siadając zrezygnowana na ławce.
-You have made my life complete and I love you so. For, my darlin’, I love you, and I always will…*
-Ja naprawdę nie lubię Elvisa. Albo zmieniasz repertuar albo mnie wypuszczasz.
-Zmieniam repertuar!
-Tylko coś…-zaczęłam, jednak nie udało mi się skończyć, bo usłyszałam już kolejny „hit”.

-Tonight’s the night  we’re gonna make it happen. Tonight we’ll put all others things aside. I want to love you, feel you! Wrap myself around you. I want to squeeze you, please you. I just can’t get enough. And if you move real slow I’ll let it go…

Zakryłam twarz dłońmi czując palące rumieńce. To jest ten przypadek, kiedy jednak nie chcesz znać języka obcego.

-Götze, otworzysz czy powiesz kiedy masz zamiar nas stąd wypuścić i kiedy ta dziecinada się skończy?-usłyszałam jego głos tuż koło mnie. Tylko się nie gap. Tylko się nie gap. Cholera. Ciekawe co by się stało, gdyby ten ręcznik nagle spadł. Tak zupełnym przypadkiem…
No tak..Myśmy się rozstali.
Nie dla psa kiełbasa.
Za późno.
-Nie zamierzam. Jutro jest mecz o czternastej…
-Chyba sobie żartujesz?
-I’m so excited and I just can’t hide it!
-Götze! –warknęłam słysząc kroki oddalającego się blondyna.
-W mojej szafce macie żarełko. Do juutra!-zawołał oddalając się.
-Wracaj! Wracaj, słyszysz? Bo się ciebie jako brata wyrzeknę!
-I’m about lose control and I thing I like it!**

-Z nim nie wygrasz…-usłyszałam znów jego seksowny, zachrypnięty głos, który od samego początku mnie oczarował. Nie chciałam się rozkleić i zacząć płakać mu w koszulę… Którą właśnie teraz zapina bardzo, bardzo wolno. Robi to specjalnie?
-Mam tę świadomość.-odpowiedziałam zdejmując przeklęte obcasy. Odłożyłam je na bok zostając boso. O tak. Zimny chłód kafelek na moje biedne, obtarte stopy. 
-Inga…
-Poczekaj, muszę zadzwonić. –wyciągnęłam z torby mój telefon i wybrałam numer do taty. Chwilę później usłyszałam, wszystkim dobrze znany, kobiecy głos. „Abonent jest poza zasięgiem sieci, spróbuj…” –Cholera, nie ma zasięgu. –stwierdziłam i zaczęłam chodzić po szatni by złapać choć jedną kreskę.

-Sprawdzę, może ja mam. –powiedział po chwili milczenia i bezceremonialnego gapienia się we mnie z myślą, że nic nie widzę. Usiadłam na rogu stołu i zaczęłam machać nogami w powietrzu.
-Też nic. –stwierdził z rezygnacją i rzucił swój telefon na stół. –Może jednak skorzystamy…
-Przykro mi Marco, nie jestem gotowa na takie rozmowy. Proszę nie podchodź, nie utrudniaj mi, i tak jest mi cholernie ciężko.
-Mi też. Nie chcę cię stracić, Inga.
-Chcieć nie znaczy móc. Przykro mi, Marco.
-Nie traktuj mnie jako wroga…
-Nie traktuję. Możemy skończyć? Proszę, Marco…Proszę.-szepnęłam czując zbierające się pod powiekami piekące łzy.
-Przepraszam…-zaczął do mnie podchodzić z wyciągniętą dłonią. Zeskoczyłam jak oparzona ze stołu.
-Nie. Nie mogę.-oparłam się o ścianę biorąc głęboki oddech i zamknęłam oczy.


Mijały tak kolejne minuty. Skupiłam się na uspokojeniu, złapaniu oddechu, uspokojeniu dudniącego serca i wyciszeniu.

-Inga. Ja muszę cię przeprosić. Nawet nie wiesz jak mi jest źle z tą całą sytuacją.
-Wiem, czuję się tak samo beznadziejnie ale mam zbyt wielki mętlik w głowie. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli ograniczymy nasze kontakty do minimum.

Kiedy zaczęłam myśleć co teraz odpowie usłyszałam dźwięk przekręcanego zamka.

-Ooo, przepraszam, nie wiedziałam, że państwo tu są…-powiedziała zmieszana starsza kobieta trzymając w dłoni miotłę i ściereczki do kurzu.
-Zostaliśmy przez przypadek zamknięci. Gdyby pani nie przyszła pewnie byśmy siedzieli tu do jutra. –powiedziałam z uśmiechem i podeszłam z mniej zadowoloną miną do moich butów, które znów musiałam założyć.
-Może to specjalnie, może powinniście państwo to gdzieś zgłosić, do pana Watzke.
-Nie będzie takiej potrzeby. Wiemy czyja to sprawka i nie ma tu się przejmować, dziękujemy.  Do widzenia.
-Do widzenia!-odpowiedziała serdecznie i zaczęła sprzątać szatnię. Usłyszałam, że Marco idzie tuż za mną.

Kiedy tylko wyszliśmy na zewnątrz nastąpiła trochę niezręczna sytuacja. Niedokończony temat i konieczność pożegnania się. Możliwe, że na dłuższy czas.

-Gdzie cię podwieźć?
-Marco, nie musisz mnie podwozić. Dam sobie radę. Dzięki.
-Na pewno? Bolały cię stopy. –zauważył? Serio?
-Tak. Jest w porządku. Ja… Ym… Trzymaj się, Maro. Nie poddawaj się. Obiecaj mi to. –zdobyłam się na lekki uśmiech i spojrzenie mu w oczy. Były tak smutne, ale kiedy tak staliśmy miałam wrażenie, że coś jakby w nich błysnęło. Odżyło na chwilę, a po chwili znów umarło.
-Nie spotkamy się?
-Trudno się nie spotkać przy takich znajomościach. Trudno się nie spotkać znając Götze. Obiecasz?
-Tak. Myślisz, że kiedyś będziemy mogli się spotkać i porozmawiać?
-Kiedyś. Cześć Marco. I powodzenia.
-Dzięki.-odpowiedział cicho stojąc cały czas w tym samym miejscu. Odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę przystanku. Usiadłam na przystankowej ławce i pozwoliłam wolno spływać moim łzom.
Może to był jednak ostatni raz kiedy się widzieliśmy?




Moje dramatyczne zepsucie humoru powstrzymał dzwonek telefonu. Wyjęłam go z torby i automatycznie odebrałam nie patrząc nawet na wyświetlacz. Zachowałam ten sam numer jednak Marco dodałam do połączeń automatycznie odrzucanych…aby po prostu było łatwiej.
-Halo?
-Hej, księżniczko. Dzwoniłem jakiś czas temu ale nie miałaś zasięgu chyba. Tu Tobias, mam nadzieję, że pamiętasz mnie jeszcze.
-Cześć…Jeny, zaskoczyłeś mnie. Oczywiście, że pamiętam. Co u ciebie słychać?
-Właściwie dzwonię z propozycją spotkania. Jestem w Dortmundzie.
-To świetnie tylko…chyba nie wyglądam najlepiej na spotkanie, ani nie mam humoru.
-Humor ci poprawię, a wygląd? Choćby gdybyś była w worku na śmieci i z podkrążonymi oczami będziesz wyglądała świetnie, to jak?
-No dobrze… Jestem pod SIP, wrócę do domu, przebiorę się…
-Będę za dwie minuty. Do zobaczenia!-usłyszałam jego pewny i zadowolony głos a po chwili sygnał rozłączonego połączenia.


Nawet mniej niż dwie minuty później na przystanek podjechało srebrne, terenowe Audi. Szyba u pasażera opuściła się w dół i mogłam zobaczyć rozpromienioną twarz mężczyzny. Wstałam z miejsca i wskoczyłam do samochodu.

-Ale się cieszę, że cię widzę! –uśmiechnął się szeroko i pocałował w policzek. Sięgnął na tylne siedzenia i podał mi śliczny bukiet kwiatów.
-Dla mnie?
-Jakby to powiedzieć… Piękne kwiaty dla pięknej dziewczyny. Nie chcę się narzucać, ale wszystko w porządku?-zapytał włączając się do ruchu.
-Dziękuję, są przepiękne. A czy się stało…Może nie roztrząsajmy?
-Jansne..tylko…-zaczął szukać czegoś w kieszeni a po chwili podał mi paczkę chusteczek. –Tu jest woda, możesz nawilżyć. Lekko tusz ci się rozmazał, nie, że mówię, że brzydko..
-Dzięki.-uśmiechnęłam się z wdzięcznością. Namoczyłam chusteczkę i wytarłam rozpłynięty tusz spod powiek. –Masz jakiś pomysł gdzie chcesz jechać?
-Spacer?
-A możemy podjechać najpierw do mnie? Moim priorytetem jest na razie zmiana butów. Potem będzie priorytetem zjedzenie obiadu…
-To akurat zabiorę cię do jakiejś fajnej restauracji, o ile powiesz mi gdzie takowa jest.
-Z chęcią. To co, najpierw do mnie?
-A powiesz mi jak jechać?-zaśmiał się, a po chwili już kierowałam go w kierunku domu.




***


Popołudnie z Tobiasem naprawdę było cudowne. Wróciliśmy przed jedenastą żegnając się długim przytuleniem. Wiedzieliśmy, że znów tak szybko się nie spotkamy, choć obiecałam mu, że jak będę miała luźniejsze wykłady to pojadę do niego na kilka dni. Mieszkał w domu, więc nie było problemu z noclegiem.
Sama po cichu poszłam do łazienki wziąć dłuugą, odprężającym kąpiel po jeszcze dłuższym dniu.
Moje stopy odpoczęły, mięśnie się rozluźniły. Miałam tę chwilę, żeby odetchnąć po zabieganym dniu. Od ósmej do dwudziestej trzeciej na nogach. To przerastało wszystkie normy.  Przebrałam się w piżamę i dołączyłam do Kloppsika, który czekał już koło mojej poduszki przerzucając leniwie ogon z boku na bok. W sumie przyzwyczaiłam się do tego. Bardziej bym się zdziwiła, gdyby go tu nie było.
Przykryłam nas kołdrą a chwilę później odpłynęłam w głęboki sen.



***


Na basenie nie  byłam już długi czas. Razem z większością WAG’s zdzwoniłyśmy się rano, a one jeszcze zadzwoniły po szanownych panów piłkarzy. Na pewno miał być Mario, Auba, Nuri i Marcel.
Dzisiejszy dzień był wyjątkowo ciepły jak na zaczynającą się jesień. Założyłam legginsy za kolano i dłuższy t-shirt. Do sportowej torby zapakowałam kostium kąpielowy, żel i ręczniki.
Zeszłam na dół zjeść śniadanie, a kilkanaście minut później usłyszałam dźwięk klaksonu, jak się domyślałam samochodu Cathy. Nasypałam przed wyjściem karmy Kloppsikowi i Emmie do misek i krzyknęłam do taty, że wrócę po południu.
-Hej kochana!-uśmiechnęłam się wchodząc do samochodu i pocałowałam ją w policzek.
-Helooł, jeszcze my!-dała o sobie znać Tugba razem z Lisą.
-Cześć dziewczyny, świetnie wyglądacie!
-Dzięki, ty też. Już chyba u ciebie lepiej, co?
-Myślę, że tak ale pogadajmy o milszych tematach. Jak tam Cat ze ślubem?
-Niedługo wszystko wam powiemy. Zdradzę jedynie, że mamy już wybraną datę, a ślub jeszcze w tym roku.
-To wspaniale! Już nie mogę się doczekać! Mam nadzieję, że jestem zaproszona?
-No ba! Zaraz będziemy na miejscu.


***


Kiedy siedziałyśmy z dziewczynami w piątkę w jacuzzi czekając na szanownych panów zawodowych piłkarzy vel „pszczółki”.
Chlor lekko piekł mnie w oczy, więc odchyliłam głowę do tyłu ciesząc się ze związanych w bombkę włosów na czubku głowy. Tak było cudownie.
Między dziewczynami usłyszałam ciche szepty ale za nic szło mnie wyrwać z tego miejsca ani myśli bujających w chmurach.
-Heeeeeej.-usłyszałam głos Götze tuż przy moim uchu.
-Iiidź mi stąd. Odpoczywam.
-Też tęskniłem. No, a teraz się przesuń.-nawet nie dając mi chwili poczułam jak się koło mnie wciska. Czar prysł.
-Ty to nie pozwolisz człowiekowi odpocząć. –westchnęłam ciężko i otworzyłam oczy. Nawet nie spojrzałam na Mario, kiedy na drugim końcu basenu zauważyłam wchodzącego do wody…Marco. Miałam wrażenie, że przestałam na chwilę oddychać. Czy to dlatego, że drugi raz od naszego rozstania widziałam na żywo jego cudowną klatkę i wyrzeźbione mięśnie brzucha czy dlatego, że nie wiem jak powinnam się zachować po naszej ostatniej rozmowie.
-A tak, on też jest. –zreflektował się Mario zauważając na kim mój wzrok spoczywa. Szybko go jednak spuściłam w dół czując jak nasze spojrzenia się spotykają.
-Dam sobie radę. To jak, idziemy pływać?
-Do Marco?
-Do basenu.-zaśmiałam się i zaczęłam wychodzić z jacuzzi.


***


Kiedy nasz czas w basenie już się kończył Mario..jak zwykle musiał mieć swój odpał. Na początku zaczął do mnie podpływać i próbował mi rozwiązać sznureczki na mojej szyi podtrzymujące cały jednoczęściowy kostium.
Chlapanie w wodzie przerodziło się w bieganie dookoła basenu. Ułożyło się akurat tak, że poza nami było niewiele ludzi.
Nie zauważyłam nawet, kiedy wszyscy już wyszli. Sama zaczęłam biec do szatni damskiej jednak Mario mnie wyprzedził, złapał w pasie i wrzucił do basenu, sam wybiegł do męskiej szatni.
Chciałam odbić się od dna jednak dopiero potem zorientowałam się, że nie mam pod stopami dna. Na ściance basenu było napisane, że jest tu głębokość sześciu metrów. Spanikowałam. Zaczęłam chlapać rękoma dookoła próbując znaleźć coś za co mogłabym się złapać. Niestety, nic ani nikogo nie było w pobliżu aby mi pomóc. Wzięłam ostatni haust powietrza i byłam pewna, że to ten ostatni, że już więcej nie dam rady się wynurzyć.
Kiedy znajdowałam się pod wodą zaczęłam płakać jednocześnie wypuszczając całe powietrze. Wiedziałam, że to moje ostatnie chwile życia…życia bez Marco, życia, które tylko on mógł uratować, obiecał. Obiecał.
Przecież mi obiecał…

Potem czułam dotyk. Dotyk tak odległy jednocześnie tak dobrze znany. Jego ciało. Był przy mnie jednak…
Dotyk zniknął.
Opanował mnie bezgraniczny chłód.



***


-Nie! Nie! Marco…Nie!-krzyknęłam podnosząc się na łóżku jednocześnie ściskając mocno w pięściach kołdrę.
-Inga, słońce, to tylko sen. –nie zauważyłam, jak tuż koło mnie siedział tata. Na moje nogi wskoczył Kloppsik i zaczął mnie gilgotać wąsikami. Przytuliłam tatę próbują się uspokoić, równie uspokoić płynące łzy z moich oczu.
-To było takie realistyczne. Ja… Zaczęłam się topić. Myślałam, że..., że to już koniec. Nikogo nie było…
-To tylko sen. No nie płacz już…
-Może to coś miało znaczyć? Może coś się wydarzy?
-Cichutko… Wszystko jest w porządku. Jesteś bezpieczna, Marco też nic się nie stanie. Nie masz o kogo się bać.
-Przytul mnie mocno…-szepnęłam kładąc głowę na jego ramieniu.
Po kilku minutach trochę się uspokoiłam. Zapewniłam tatę, że może spokojnie wracać spać, jednak spać nie dałam Kloppsikowi, którego przytuliłam niczym pluszowego misia. Kot lekko zmienił pozycję tak, żeby było mu wygodnie i zasypiając oparł swój łepek na moim ramieniu.




Z samego rana, kiedy wstałam udzielał mi się naprawdę podły nastrój. Cały czas chyba przeżywałam ten koszmarny sen. Miałam okropne wrażenie, jakby naprawdę coś się miało stać, jakby to było jakieś ostrzeżenie.

-Dzień dobry, zrobiłem śniadanie.-pochwalił się tata wskazując na naprawdę bogato zastawiony stół.
-A to jakieś święto?
-Że zrobiłem śniadanie? W sumie…
-Że tak, hmm, bogato zastawiony.
-A nie, to tak po prostu, żeby miło zacząć dzień. Smacznego.
-Dziękuję.-uśmiechnęłam się i zajęłam miejsce przy stole. Może jednak ten sen był głupią obawą i zebraniem moich nieprzyjemnych, ostatnich przeżyć? Wszystko na to wyglądało.
Kiedy bez celu przełączałam kanały w telewizorze rozdzwonił się mój telefon. Czyżby miały się szykować atrakcje na weekend?
Ania.
Żegnaj spokojny weekendzie.


-Halo?
-Hej kochana! Miałabyś czas po południu?
-Zależy na co…
-Zależy czy masz czas. Ale jak tak mówisz to masz. Po piętnastej po ciebie przyjeżdżam. Ubierz się w jakąś sukienkę i szpilki… No. I tyle. Paaa!
­-Pa…-odpowiedziałam już sama do siebie. Szpilki. Znowu szpilki. Ludzie, dajcie mi żyć.
Poszłam na górę i z ciężkim sercem przygotowałam sobie do wyjścia czerwone szpilki, a zamiast sukienki wybrałam prosty, czarny kombinezon na ramiączkach, ramoneskę i czerwoną bransoletkę.
Kiedy cały strój leżał już gotowy, przebrałam się w coś wygodniejszego i trochę cieplejszego i postanowiłam zabrać Emmę na spacer na pobliską polanę. Coś się pieskowi od życia należy. Jak tylko wyszłam na taras ta podbiegła do mnie merdając ogonem. Zapięłam jej smycz, włożyłam jeszcze telefon do kieszeni i założyłam okulary przeciwsłoneczne.
Nie musiałam nawet nic mówić tacie, że wychodzę, ponieważ sam się zaciekawił przez radosne szczekanie.

-Mogę ją zabrać?
-No pewnie. To też jakby nie patrzeć twój pies.
-Kloppsik był pani Ulli, Emma twoja.
-Kloppsik jak mniemam uważa się za twojego kota, a Emma… Emma cóż, chyba mnie zdradza. Jak wróciłaś ostatnio to najpierw się rzuciła na kogo?
-Na mnie, bo mnie długo nie było.
-No właśnie, bo też cię uważa za swoją panią.
-Filozoficznie, panie Klopp.
-No już, dziewczęta. Pohasajcie sobie jedna z drugą na łące i no…kość dostaniecie jak wrócicie.
-Do psa mówisz w liczbie mnogiej? Coś już nie tak…-roześmialiśmy się oboje. Tata odprowadził mnie, a właściwie nas do bramki i życzył nam udanego spaceru.

Poszłyśmy chodnikiem wzdłuż domów, które stały koło naszego, tym razem w drugą stronę, nie było szansy na spotkanie pana Watzke, no cóż, muszę się z tym jakoś pogodzić.

Na polanie spędziłyśmy ponad godzinę. Rzucałam jej patyk, biegałyśmy razem i się wygłupiałyśmy. Emma, w niektórych zachowaniach była naprawdę ludzka. Czuła, rozumiała co się do niej mówi. Cały czas nie schodził mi uśmiech z twarzy. Niby taka psina a wycisk da jak sama Lewandowska. Kiedy tylko położyłam się na trawie stanęła nade mną i zaczęła mnie lizać. Roześmiałam się i jakimś cudem zepchnęłam ją z siebie. Kiedy akurat wstawałam rzucił mi się w oczy…aparat.
Paprazzi? Tutaj? To chyba jakiś żart.
Dwóch panów siedziało na gałęzi olbrzymiego drzewa, jeden zaś miał wielce wygodną, przyczajoną miejscówkę w krzakach.
Wyjęłam telefon z tylnej kieszeni i wybrałam numer taty.

-Hej, już wracacie? Kristine Watzke przyniosła nam pierogi… Dużo pierogów.
-Chyba muszę wracać. Paparazzi mnie oblegli.
-Ty żartujesz. Na polanie?
-Niestety. –westchnęłam i zapięłam z powrotem smycz Emmie i zaczęłyśmy się kierować do drogi prowadzącej do alejki domów.
-To zmykaj. O ile nie są natarczywi to w porządku. Bo nie są?
-Co ty, siedzą w krzakach. To nawet zabawne. Czuję się jak celebrytka. Gdyby tak popatrzeć, to całkiem fajne.
-Ciesz się urokiem nowego życia. Nie za długo bo wstawiam te pierogi.
-Będę za dziesięć minut. Tylko nie spal!
-Oczywiście.



***



Po obiedzie przebrałam się we wcześniej przygotowany zestaw i zrobiłam mocniejszy makijaż. Do większej torebki zapakowałam jeszcze baleriny w razie, gdyby było naprawdę źle. Telefon miałam naładowany, więc nie musiałam się martwić, że padnie mi bateria w najmniej nieodpowiednim momencie.
Kiedy zeszłam na dół zastałam Anię rozmawiającą z tatą.

-Hej, Aniu!-uśmiechnęłam się szeroko i przytuliłam mocno przyjaciółkę.
-Właśnie sobie porozmawialiśmy z panią A… Z Anią porozmawialiśmy.-poprawił się z uśmiechem –Jak będziesz chciała to możesz zostać u Lewego, jak nie to masz klucze. Ania będzie mieć na tobie oko, nie ma żadnego upijania się… Nie, że ci nie ufam, wiesz dobrze, że masz moje pełne zaufanie, ale martwię się…
-Wiem tato. Będę też się sama pilnować. Możesz być spokojny.-przytuliłam tatę i pocałowałam w policzek na pożegnanie. –A, i daj jedzenie Kloppsikowi!
-Nie jest już zbyt gruby?
-Ma jeść regularnie.
-Niech mu będzie.
-No. To możemy iść.



***



Z Anią pojechałyśmy prosto do jej domu. Na parkingu stał jeszcze jeden samochód. Co ona mogła wykombinować?

-Kazałaś mi się odstawić na domówkę?
-Nie domówka. Dziewczyny są w domu, obejrzymy sobie razem film, potem pójdziemy na imprezę. A co do odstawiania się to nieziemsko wyglądasz, kochana.
-Dzięki. To jak, idziemy?
-Nie chcesz już siedzieć w samochodzie?-roześmiała się żona Lewego. Poszłyśmy jednak do domu, gdzie czekały już na nas Lisa z Ewą.

Salon był cały zaciemniony, kanapa została rozłożona, że mogłyśmy oglądać film na pół leżąco. O losie, jestem w niebie.
Obie jak tylko mnie zobaczyły od razu podbiegły i uściskały. Położyłyśmy się razem na kanapie wyciągając nogi, a ja przy okazji jeszcze zrzuciłam szpilki, z którymi coś ostatnimi czasy nie umiałam dojść do ładu.
Lisa nalała mi i Ani czerwone wino do kieliszka, Ewa zrezygnowała, ponieważ musiała wrócić wieczorem do Sary. Jak się okazało chłopacy również sobie zrobili wspólny wieczór, w odróżnieniu od nas pewnie z piwem i konsolą. Jak kto woli.
Obejrzałyśmy film „Bezpieczna przystań”. Na początku myślałam, że to zwykłe, nudne romansidło jednak im dalej tym bardziej zagłębiałam się w fabułę.
Dziewczyna uciekając od starego, koszmarnego życia znalazła się w zupełnie przypadkowym miejscu, gdzie znalazła swoje miejsce na ziemi. Mimo miłości znalazła też przyjaciółkę, bliską jej osobę, na której zawsze mogła liczyć.
Na końcu filmu, kiedy wszystko odwróciło się do góry nogami zaczęłam płakać jak bóbr. Ania uśmiechnęła się słabo, widziałam, że też mocno poruszona przytuliła mnie do siebie.

-Piękne…-westchnęła Lisa dopijając trunek.  
-Mimo wszystko zaczęła nowe życie.-westchnęła Ewa uśmiechając się.
-Też zaczynam nowe życie.-powiedziałam cicho. –Od teraz. Nowe życie. Zamykam to co było, muszę się zdystansować i żyć dalej.
-Brawo. Moja kochana. –uśmiechnęła się Lewandowska i pocałowała mnie w policzek.
-A Marco?-zapytała zaciekawiona Ewa
-Marco… Marco to szuja.
-Szuja?-zaśmiały się wszystkie
-Szuja, naomamiał, natruł i nabujał. Szuja, a wierzyłam przecież mu jak nikt. Szuja, niewykluta larwa i szczeżuja. Szuja to najtępszych pierwotniaków rym. Alleluja wesołego zrobił mi i znikł.-zaczęłam nucić ze śmiechem piosenkę Ireny Kwiatkowskiej. Weszłam na stolik naprzeciwko kanapy i zaczęłam śpiewać dalej posyłając uśmiech do telefonu Ewki.





/Marco/

Nie wiem jakim cudem udało się Götzego wyciągnąć na imprezę do Marcela. Z drugiej strony była to doskonała okazja, żeby choć na chwilę uciec od Caroline. Założyłem pierwsze lepsze jeansy, t-shirt i jakąś starą koszulę.

Po ostatniej rozmowie Caroline dała sobie spokój z zadręczaniem mnie i snuciem planów o „naszej” przyszłości.  Kiedy miałem już wychodzić zorientowałem się, że nie mam mojego telefonu. Poszedłem do salonu, gdzie prawdopodobnie go zostawiłem. Widok mnie zmroził.

-Czy mogłabyś mi oddać mój telefon, Carolin?-zapytałem chłodno. Blondynka podskoczyła przestraszona i docisnęła urządzenie do klatki piersiowej.
-Ja… Ja nie chciałam. To nie to co myślisz. Sprawdzałam godzinę.
-Skoro tak, to możesz mi go oddać.
-Muszę wyjść najpierw.
-Z godziny? Proszę oddaj mi go.-wyciągnąłem dłoń w oczekiwaniu, aż znajdzie się tam mój telefon.  Z nutą zawahania zwróciła mi go. Pierwsze co zrobiłem to odblokowałem telefon. Na ekranie wyświetlił się komunikat:
„Usunąć wszystkie wiadomości?”

Pierwsze co zrobiłem to wybrałem „anuluj”. Dopiero później, kiedy zobaczyłem, że są to moje smsy z Ingą krew się we mnie zmroziła.
-Co miałaś na celu, żeby to zrobić?
-Ale…to przez przypadek mi się kliknęło.
-Więc nie przez przypadek grzebiesz w moich wiadomościach?
-To nie tak…Marco, nie bądź na mnie zły. Ja chciałam dobrze, dobrze dla nas. Ona musi zniknąć z naszego życia…
-Słuchaj mnie uważnie, nie mam ochoty powtarzać tego po raz trzeci. Nie ma czegoś takiego jak „nasze” życie. Jest twoje życie i jest moje życie. Inga jest nieodłącznym elementem mojego życia, więc nie myśl sobie, że rozdzielisz nas. Nawet jeśli usunęłabyś te smsy nic by to nie zmieniło. Nawet jeślibyś mnie zabiła.
-Nie pokochasz mnie? Jak sobie wyobrażasz? Jak mamy wychowywać nasze dziecko?
-Nigdy nie pokocham cię tak jak Ingę. Kocham tylko ją i tego nie zmienisz. Jeśli faktycznie jestem ojcem…
-Oczywiście, że nim jesteś!
-Postaram się pomóc ci w jak największy sposób. Teraz wychodzę.
-Chciałam z tobą spędzić wieczór…
-Nie rób sobie problemu. Nie wiem czy wrócę na noc. Muszę ochłonąć.
-Idziesz do niej?
-To moje życie. Cześć.-rzuciłem zdenerwowany i wyszedłem z mieszkania trzaskając drzwiami.
Żeby się wyładować postanowiłem zbiec po schodach aż na parking… W połowie musiałem przystanąć. Ostatni raz schodziłem po nich, kiedy starałem się zatrzymać Ingę. Gdybym zdążył teraz bylibyśmy razem. Gdybym nie pozwolił jej wtedy wsiąść do tego pieprzonego samochodu Götze… Byłoby łatwiej. O wiele łatwiej.



***


-Wiesz jak wyglądasz?-zapytał mnie raptem z tego ni z owego Götze, kiedy skończył grać „mecz” na playstation z Aubą. –Jak w dwutysięcznym dwunastym. Wyglądasz jak wrak człowieka. Ta historia zaczyna się powtarzać.
-Nie jesteśmy przecież razem. Ani nic między nami nie doszło.
-Ale wysysa z ciebie całą energię.
-Chciała dzisiaj usunąć moje smsy z Ingą. Jakbyś się nie mógł wściec? Powiedziałem jej, że nawet gdyby mnie zabiła i tak nie przestałbym jej kochać. -kiedy wypowiadałem ostatnie słowa moje spojrzenie skrzyżowało się z Lewym. Tak jak unikał mnie cały wieczór, tak teraz, stał pod ścianą z założonymi rękoma naprzeciwko mnie, a kiedy powiedziałem, że kocham Ingę przez jego twarz przemknął cień uśmiechu. Czyżby? Nie chce już mnie zabić?
-Patrzcie, patrzcie!-zaśmiał się Łukasz oglądając coś w telefonie. –O jeny, genialne. Marcel, weź podłącz telefon do rzutnika, ja znajdę jakiś tłumacz na niemiecki.
Kilka minut później na rzutniku pojawiła się postać Ingi. Mojej uśmiechniętej, Ingi. Tej Ingi, na widok której cały czas przyśpiesza mi serce.
Której musiałem dać spokój i najzwyczajniej w świecie…zostawić.


-Szuja-by opisać co to jest za typ. Szuja-kawał matrymonialnego zbója. Z pieszczot dwója-nieudana galareta z ryb.***

-Moja Guśka. To jest roast!-tarzał się ze śmiechu po podłodze Mario. Sam czułem szczęście. Czemu? Widząc ją, uśmiechniętą, powracającą do normalności. Nie była już załamana. Było z nią dobrze.
A to dla mnie najważniejsze.






/Inga/

Razem z Anią i Lisą poszłyśmy do jednego z dortmundzkich klubów. Zamówiłam jednego bezalkoholowego drinka i usiadłam razem z karateczką przy stoliku na uboczu. Lisa na chwilę zniknęła, ponieważ zauważyła w tłumie swojego kuzyna z jego narzeczoną.
Jakoś nie ciągnęło mnie na parkiet ale nie miałam nic przeciwko towarzystwu dziewczyną i piciu czegoś orzeźwiającego.
Kilka minut później Ania znieruchomiała. Zmrużyła oczy komuś wnikliwie się przypatrując.

-Co jest?
-Ja chyba mam zwidy. Widzisz to co ja?-wskazała na parkiet, gdzie tańczyło pijanych kilku osób. Nie wiedziałam do końca o co jej chodzi jednak w końcu zrozumiałam. Najbardziej na boku tańczyła z jakimś wysokim, postawnym, ciemnoskórym mężczyzną Carolin. Nie dość, że z drinkiem w ręku to jeszcze taniec tańca nie przypominał a raczej ocieranie i prężenie się na wszystkie strony, jakby mieli zaraz tu na środku sali rzucić się na siebie zdzierając jednocześnie ubrania.
-Caro? Co ona tu…
-Mi się wydaje, że tu się szykuje coś grubszego. Pewnie chce go złapać na kasę…
-Poobserwujmy ją. –powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
-Mamy czas, ale jaki będzie sens?
-Nie wiem. Zobaczymy.-odpowiedziałam ściskając nerwowo kieliszek.


Kilka minut później nadarzyła się idealna okazja. Caroline skierowała się w kierunku toalet. Powiedziałam Ani, która coś przeglądała na swoim telefonie i podjęłam decyzję, że muszę pójść i sobie z jaśnie księżniczką pogadać.

-Inga! Czekaj. –zawołała Ania, kiedy ruszyłam za blondynką. –Weźmiesz moją torebkę? Chciałam iść poszukać Lisy.
-Jasne, potrzymam ją.

Minutę później weszłam do łazienki. Oparłam się o kamienną umywalkę  i czekałam, aż wyjdzie z kabiny. W końcu to nastąpiło. Nie zauważając mnie podeszła do umywalki, dopiero kiedy chciała podejść wytrzeć ręce stanęłam jej na drodze.

-O, cóż za spotkanie!-zaśmiała się kpiąco.
-Urocze, prawda?
-Co tu robisz i czego chcesz?
-Ja? Ja przyszłam z przyjaciółkami, a ty? Nie wydaje mi się, że to miejsce dla kobiety przy nadziei. Marco wie, że tu jesteś?
-Nie wtykaj nosa w nieswoje sprawy. Marco i ja jesteśmy razem, ufamy sobie. Będziemy mieli dziecko, nie zniszczysz tego, co jest między nami.
-Dziecko…. Nie musisz przede mną udawać, Caroline.




***



Kolejnego dnia obudziłam się po południu. Po długiej i jakże ciekawej rozmowie z Caro nie mogłam jeszcze długo spać. Pogubiłam się w tym wszystkim, zbyt mocno. To jego życie. Ja mam teraz swoje własne.  I muszę wreszcie stanąć na nogi mimo wszystkich i mimo wszystko.
Przywitałam się z tatą na dole i zrobiłam sobie sama coś na kształt lżejszego obiadu.
Wzięłam długą, orzeźwiającą kąpiel z olejkiem cytrynowym i przebrałam się w strój do biegania. Zanim poszłam biegać postanowiłam jeszcze naładować mój telefon. W tym czasie weszłam na portale społecznościowe. Na portalu plotkarskim zobaczyłam, że pojawił się już artykuł ze mną na spacerze z Emmą. Coś fascynującego, jednak co mnie zdziwiło, ten artykuł był najbardziej popularny na tej stronie. Sam też odsyłał do zdjęć zrobionych przez paparazzi, kiedy Marco mnie pocałował przed restauracją, a potem, kiedy byliśmy na spacerze w parku. Nie byłabym sobą, gdybym ich nie zapisała na komputerze. Kilka było naprawdę ślicznych…tyle, że łamały mi serce. Byłam wtedy tak szczęśliwa… Wiedziałam to, że byłam szczęśliwsza, choć nie pamiętam już tak dobrze tego stanu. Powinnam już o nim zapomnieć na zawsze.
Poszłam napić się wody z cytryną, zabrałam telefon do saszetki na bok i wyszłam biegać.
Zapięłam mocniej bluzę. O tej porze na zewnątrz już zaczynało się robić chłodniej…no i ciemniej. Gdyby nie latarnie na ulicy byłoby trudno się połapać.
Kiedy zaczęłam już odczuwać zmęczenie zaczęłam iść trochę wolniej. Nie wiedziałam do końca gdzie się znajduję, więc postanowiłam podejść do pani, która zaczęła wychodzić z domu.
Po drugiej stronie ulicy stał biały, sportowy Opel. Nie zwróciłabym na niego większej uwagi, gdyby drzwi nie zaczęła otwierać mała dziecięca rączka. Byłam coraz bliżej domu naprzeciwko samochodu. Na zewnątrz wyszły dwie kobiety. Jedna z nich kogoś mi przypominała, jednak nie mogłam do końca jej skojarzyć.
Nagle wszystko zaczęło się dziać jakby w zwolnionym tempie.
Z dala ulicy zaczął jechać rozpędzony samochód.
Mały chłopiec otworzył drzwi samochodu i wysiadł na ulicę. Kiedy tylko usłyszałam jego głosik wołający „mamo” serce mi się zatrzymało. Samochód z daleka zaczął zbliżać się z sekundy na sekundę, coraz bardziej przyspieszając. Nie miał nawet w myśli się zatrzymać.
Malec zaczął biec w kierunku Melanie. Przez sam środek ulicy. Nie mogłam na to pozwolić.

-Nico!-zerwałam się na równe nogi.

Wbiegłam na ulicę osłaniając siostrzeńca Marco własnym ciałem przed samochodem. Poczułam jak zaczęłam lecieć a spadając na ziemię dotarł do mnie oszałamiający ból. Docisnęłam chłopca do siebie z całej siły nie chcąc, żeby coś mu się stało. Ogłuszający pisk hamulców i przeraźliwy wrzask Melanie. Nie mogłam otworzyć oczu. Miałam czarny obraz, który coraz bardziej odpływał.
Ostatnie co usłyszałam nim straciłam przytomność to płacz Nico.
Nic mu się nie stało.

Dzięki Bogu.







~~~

*Elvis Presley-"Love me tender"
**The Pointer Sisters - "I'm so excited"
***Irena Kwiatkowska - "Szuja" 

Jestem świadoma, że mam przechlapane za zakończenie... Chyba już Was przyzwyczaiłam do takich po niespełna 60 rozdziałach ;D
Dziękuuję Wszystkim za komentarze. Ostatnio mam tak wielką ochotę do pisania, że wow:D Dziękuję!!!  Każdy jest dla mnie na wagę złota:)
Za tydzień kolejny!:))
Ściskam mocno!<3

sobota, 30 kwietnia 2016

Pięćdziesiąt pięć.

Zuzie Lewandowskiej...
zakładam, że jeśli jeszcze kiedyś nie będę miała pomysłu na rozdział
 to znowu się o coś z tobą zakładam;))







Kolejny tydzień minął tak szybko, że nawet się nie obejrzałam. Dzisiaj znowu Borussia grała mecz. Z Agatą stawiałyśmy tym razem na wygraną, nie głupi, bezbramkowy remis. Kuba znów grał w podstawowym składzie, a Marco…znów nie grał.

Komentatorzy powiedzieli, że ma kontuzję, lecz mnie coś nie chciało się w to wierzyć. Musiałam o to zapytać Błaszczykowskiego jak tylko wróci.
Usiadłyśmy z Agatą i Oliwką na kanapie z lodami truskawkowymi z galaretką. Tak to mecz ja oglądać mogę.

Przez ten cały czas zrobiłam większość zaplanowanej roboty nad moją pracą magisterską. Naniosłam poprawki,  dopisałam kilka stron a wczoraj oddałam do ponownego druku i oprawienia. Już w przyszłym tygodniu miał się zacząć rok akademicki. Nie wiem, czy będę musiała się przeprowadzić do taty, czy zostanę jeszcze u Błaszczykowskich. Chyba oni byli dla mnie najlepszą „terapią” jak wrócić do świata normalności. A przynajmniej pomóc uporać się sama ze sobą.

Nie jest tak, że nie tęsknię za tatą. Tęsknię ogromnie. Tylko dwa razy rozmawialiśmy, a to było zdecydowanie za mało. Ta rozłąka pokazała też mi jak bardzo jest dla mnie ważny i przez ten niepozornie krótki czas szalenie za nim tęskniłam. Nie zauważyłam jak mimo mojego krótkiego pobytu w Dortmundzie bardzo się z sobą zżyliśmy i obdarzyliśmy silnym uczuciem tworząc początki więzi relacji ojca z córką. Choć wydawało się to z początku tak odległe okazało się tym, co przyszło samo. I stało się naszą siłą.

-Tata!-krzyknęła radośnie blondyneczka wyrywając mnie z zamyślenia. Faktycznie, na ekranie telewizora byli pokazywani kolejno wszyscy piłkarze na stadionie.
-Wygrają. Zobaczycie! –powiedziała kończąc swoją porcję lodów Agata. –Inga, będziesz jeść?
-Ależ proszę cię bardzo, smacznego.-podałam blondynce moją miskę z uśmiechem. Kobiecie w ciąży nie odmówisz.



***



Piętnaście minut po meczu pozmywałyśmy z Agatą wszystko co zostało na stoliku. Dochodziła już dwudziesta, więc Oliwka stała się trochę śpiąca. Przykryłyśmy ją kocem w salonie. Stwierdziłyśmy obie, że najlepiej będzie, kiedy Kuba przyjdzie i zaniesie ją do łóżeczka. Agata i tak nie może dźwigać, a ja sama wolałam nie ryzykować.

Kiedy żona Błaszczykowskiego oznajmiła, że idzie zrobić kolację wyraźnie akcentując słowo „sama” postanowiłam usiąść grzecznie na fotelu z książką w ręku w oczekiwaniu na Kubę, który przyczynił się do dzisiejszej wygrywającej bramki Piszczka.

Zatopiona w lekturze nie usłyszałam nawet, że ktoś wchodzi do domu. Zorientowałam się dopiero, kiedy Oliwka sennie wymruczała „Tata”. Kuba podniósł ją z kanapy i zaczął wnosić ją na górę po schodach.

-Mam dla ciebie niespodziankę.-powiedział półszeptem będąc prawie na górze. Zmarszczyłam brwi nie rozumiejąc o co mu chodzi. Wygrana Borussii? To jest ta niespodzianka?
Chwilę później moje wątpliwości się rozwiały, kiedy w progu salonu stanął Łukasz lekko chrząkając, dając jednocześnie znak o swojej obecności. Od razu na mojej twarzy pojawił się wielki uśmiech i nie czekając chwili dłużej podbiegłam do Polaka rzucając mu się prosto w ramiona.

-Dusisz młoda!
-Trudno, stary!-zaśmiałam się i pocałowałam go w policzek na przywitanie. –Gratuluję brameczki.
-Dziękuję, dziękuję.

-A mnie to już nie przywitasz?-usłyszałam głos…
-Mario!-pisnęłam i mocno go przytuliłam. –Tak bardzo tęskniłam.
-Ja też, mycho. –nie puszczał mnie z uścisku ale za to zaczął kołysać nas na boki.
-No ja też cię uwielbiam, ale puuuść.
-Za żadne skarby.


-Chodźcie, zrobiłam pierogi!-zawołała Agata. No to Mario mam z głowy.
-Z czyyym?-zawołał idąc do kuchni.


-Za żadne skarby, jedynie za pierogi.-podsumowałam śmiejąc się z Piszczkiem

Pierogi, które przekupiły Mario były naprawdę pysze. Cała trójka piłkarzy wcinała aż im się uszy trzęsły.
Kochane, że zmęczeni po meczu postanowili do mnie przyjechać… Może nie przyjechali do mnie tylko na pierogi. Ha.

-Zróbmy sobie polski wieczorek.-wymyślił Łukasz mówiąc jeszcze z zapchaną buzią.
-Przypominam o obecności Mario.
-Eee tam, Mario, wiesz co to znaczy „rusz dupę”?
-No pewnie. Nawet umiem powiedzieć „Kurde”.
-No to mamy Polaka!-zaklasnął ze śmiechem Błaszczykowski i poszedł szukać jakiś filmów.
-Posprzątam. –powiedziałam zabierając talerze ze stołu.


Wyniosłam je do kuchni, powkładałam do zmywarki nastawiając ją na krótki program.
Kiedy tylko weszłam do salonu zastałam uradowanych Kubę i Łukasza, którzy wkładali właśnie płytkę do wieży. Z radością małych dzieciaków zwiększyli głośność. Kilka sekund później z głośników popłynęła rytmiczna melodia. Skądś ją znałam… Niestety.

-Kochanie, to miał być polski wieczór, a nie polska wieś.-zaśmiała się Agata zakrywając dłońmi twarz.
-Będzie polski przypał. Co ty na to?-zapytał poruszając brwiami, a kiedy tylko wokalista zaczął śpiewać poderwał ją z kanapy i zaczął na swój sposób tańczyć.
W jednym momencie Łukasz z Mario się na mnie spojrzeli.
-Zapomnijcie. Ja do Kombii nie tańczę.
-Nie to nie.-skwitował Łukasz i zaczął tańczyć z Mario przytulańca i zaczął zaciągać razem ze Skawińskim.

-Ze stu snów ten jeden chcę naprawdę przeżyć. Ze stu twarzy twoją chcę naprawdę mieć!
-Urocze. –zaśmiałam się siadając na kanapie.
-Nasze randez vous, tylko w wyobraźni, randez vous, moich snów!-zaszczytnie na refren postanowił dołączyć do niego i sam Kuba, obracając swoją żonę dookoła.
-Eej, a ja rozumiem Randez vous!-pochwalił się Götze. –Co to w ogóle za zespół?
-Wiesz Mario… -zaczęłam, kiedy usiadł koło mnie na kanapie. –Jest taki okrutnie przystojny wokalista. Wszystkie laski na niego lecą…
-Mohery tak zwane.-dodał Łukasz na co przewróciłam tylko oczami próbując się nie roześmiać.
-Mo..co?
-Mohery, Mario.
-Co to?
-Laseczki. A któż by inny. Powinieneś się wystylizować na Skawę i wszystkie twoje.
-Nie gadaj…
-Mówię ci… Jak tak na ciebie patrzę, to masz coś z niego.
-No jak laseczki, to ja mogę się wystylizować. Co muszę założyć?
-Zamknij oczy i sobie wyobraź…-zrobiłam lekką przerwę pozwalając mu to uczynić. Kuba z Łukaszem i Agatą powstrzymywali śmiech… Ledwo ledwo. –Wyobraź sobie…Miliony piszczących dziewczyn…
-Nie tak szybko Inga, bo się jeszcze nam podnieci!-parsknął śmiechem Piszczek
-Cicho bądź, nie znasz się. Może ten cały Skawa to będę ja w przyszłości.
-Będziesz, jestem tego pewna. Musisz mieć czarne okulary…
-Cudownie!-wyszczerzył się nie otwierając nawet oczu
-Nosił super ciuchy…
-Oczywiste.
-Tatuaż…
-Ma tatuaż?
-I to na głowie.
-Kurde. Ale z niego rebel.-pokiwał z uznaniem.
-I musisz być łysy.
-NIE!-krzyknął na pół domu podnosząc się z kanapy. –Tylko nie moje włosy!-pisnął  z przerażeniem jak mała dziewczynka. Niewiele mu brakowało w tym krzyku do Oliwki. Nikt z nas już nie mógł wytrzymać i po chwili wszyscy pokładaliśmy się ze śmiechu.

-Ale wiesz Mario. Nic stracone!-ciągnął dalej Piszczu –On jest gejem, więc wiesz, masz szanse.
-He, he, he. Bardzo śmieszne, ja nie jestem.
-A czemu z Ann zerwaliście?
-Nie układało się po prostu…-odpowiedział mu wzruszając obojętnie ramionami
-A czemu się nie układało? No? No? Bo wolisz panów.
-Jesteś głupi.
-Ale byście do siebie pasowali… Taki gorący, międzynarodowy romans. Wielki, cudowny, wspaniały romans stulecia. Romans Wspaniałego Stulecia. –roześmiał się a po chwili oberwał od Götze poduszką. Odsunęliśmy się z Agatą i Kubą wiedząc co się zapowiada. Jeden drugiemu oczywiście zaczął czochrać włosy. Poduszkami. Takie duże dzieci. Cóż więcej powiedzieć.
Kiedy już padło hasło „rozejm” obaj panowie podnieśli się z podłogi poprawiając swoje fryzury.


-Mario, nie ruszaj się!-krzyknął nagle Kuba, przez co Götze zastygł w bezruchu. –Patrzcie tak teraz z profilu… Tylko jeszcze wąs… Młody Krawczyk jak ta lala.
-A idźcie mi wszyscy!-zaprotestował na nasz kolejny wybuch śmiechu. –Co, kolejny „rebel” z tatuażami?
-Tak, tylko osiem lat starszy.
-Ile ma, czterdziestkę?
-Siedemdziesiątkę.
-Jesteście głupi. –stwierdził siadając z założonymi rękoma udając obrażonego.  –Wszyscy.
-Ty też. –stwierdziłam, kiedy usiadłam koło niego i objęłam ramieniem.
-W końcu rodzina, nie? Genetyczne!-roześmiał się i zaczął mnie łaskotać po brzuchu. Gdzie ja żyję?




***



Koło dwudziestej drugiej wymknęłam się z salonu, gdzie beztrosko wszyscy sobie rozmawiali. Weszłam do pokoju i zabrałam z łóżka piżamę. Nawet nie wiem, kiedy stałam się tak śpiąca.
Kiedy tylko wyszłam na korytarz zderzyłam się z Mario.

-Chcesz, żebym zawału dostała?
-Nigdy!-uśmiechnął się szeroko podając mi górę od piżamy, która upadła podczas naszego małego zderzenia.
-Dzięki. Co ty tu właściwie robisz?
-Przyszedłem się pożegnać i podziękować za miły polski wieczór. Zapamiętam to sobie na długo. Dobrze cię było widzieć, znowu taką uśmiechniętą. Według mnie jeszcze to nie było sto procent twojego pięknego śmiechu, ale mam nadzieję, że niedługo będzie taki, jaki wszyscy pamiętają.
-Nie wróci mi ta radość, która była podczas… Kiedy byłam z Marco. Tylko przy nim…
-Wiem. –szepnął i mocno mnie do siebie przytulił. –Myślisz, że uda nam się to odzyskać?
-Potrzebuję czasu.
-Masz go ile tylko chcesz. Wiesz, że wszyscy cię kochamy.
-Wiem. I dziękuję wam za to.
-Nie masz za co, młoda. –dołączył do nas Piszczek. –Ja po to samo co Götze. –wytłumaczył i mocno mnie przytulił.

-Idziemy, Kombii. Daj już Ini spokój. Jeszcze ją nie raz odwiedzisz.
-No ba. Ja to wiem. To jak, do zobaczyska?
-Pewnie. I dalej wygrywajcie te mecze. Dzisiaj było cudownie.
-Dzięki, dzięki. –Uśmiechnął się szeroko. –A ty dalej się tak pięknie uśmiechaj i…no. Oby tak dalej.-prychnął śmiechem i jeszcze raz mnie przytulił i pocałował w czoło. –Do zobaczenia. Wpadnij do nas na trening.
-Wpadnę. Dziękuję, że przyszliście.
-Czysta przyjemność. Do zobaczenia.

Pożegnałam się z dwójką piłkarzy i poszłam przebrać się do łazienki. 
Wróciłam padnięta do mojego pokoju,  przykryłam się kołdrą i zapaliłam nocną lampkę, żeby mieć chociaż jakieś światło do czytania. Kiedy otworzyłam w miejscu, gdzie ostatnio skończyłam do pokoju wszedł nawet bez pukania Kuba.

-Co za niespodzianka.-zaśmiałam się pod nosem i odłożyłam książkę na bok.
-Właśnie miałem mówić to samo. Co za niespodzianka. Jestem z ciebie dumny. –powiedział z uśmiechem i rzucił się na łóżko tuż koło mnie.






/Marco/

Kolejny dzień. Ten dzień będzie inny. Inny niż wszystkie od czasu rozstania z Ingą, inny niż te, przed rozstaniem, inny nim zaczęliśmy być razem.
Obiecałem zarówno sobie jak i Kubie walczyć. Walczyć o siebie. Jeśli znów uwierzę w siebie, odzyskam formę, wszystko się ułoży. Nie mogłem teraz zwątpić. Ani w to, że nie jestem ojcem dziecka Caroline, ani w to, że Inga nadal podziela moje uczucia.

-Marco? A co ty tak wcześnie tu robisz?
-Jem. –odpowiedziałem biorąc kolejny kęs kaszy jaglanej z przepisu Anki Lewandowskiej.
-Myślałam, że będziesz jeszcze spał. Pamiętasz? Zawsze spaliśmy do południa.-uśmiechnęła się i przysiadła na boku stołu.
-Przestań proszę, to już przeszłość.
-Nie wydaje mi się. To przyszłość. Marco. Wiesz, że możemy zacząć wszystko od początku. Zwłaszcza, że... –oplotła dłonią moją szyję i usiadła na moich kolanach… Nawet w takich drobnych zachowaniach widziałem różnicę między nią a Ingą, którą musiałem sam ciągnąć na swoje kolana a ona, udając na początku obrażoną posyłała mi szeroki uśmiech i całowała w policzek.
Odłożyłem widelec i zdjąłem blondynkę z kolan.

-Wyjaśnijmy coś sobie, Carolin. Jesteś tu tylko dlatego, że nie masz mieszkania. Uparłaś się, że nie chcesz, żebym ci kupił nowe. W porządku, jesteś w ciąży, rozumiem… Ale musisz wiedzieć, że zaraz po urodzeniu dziecka chcę zrobić testy na ojcostwo.
-Słucham? Nie wierzysz mi?
-Mam wiele powodów, żeby ci nie wierzyć, nie uważasz? Skoro jesteś tak pewna co stoi na przeszkodzie? –zapytałem odkładając talerz do zmywarki.
-Nie możesz mnie denerwować. Jeśli tak dalej będzie będziesz miał własne dziecko na sumieniu.
-Tylko mówię prawdę. Teraz wychodzę.
-Gdzie idziesz? Nie masz przecież treningu.
-Wychodzę. –powtórzyłem zakładając buty i wyszedłem z mieszkania.



Pojechałem samochodem prosto na Singnal Iduna Park, gdzie mieliśmy własną siłownię.
Mimo to, że dzisiaj mieliśmy dzień wolny postanowiłem się wziąć za siebie. Koniec użalania się, koniec smutku…Czas na walkę.

Wziąłem klucz do szatni, poszedłem się przebrać a potem już prosto na salę treningową.
Po dwóch i pół godziny solidnego treningu stwierdziłem, że na dzisiaj już więcej już nie dam rady. Wytarłem pot z czoła, a kiedy już miałem wychodzić w drzwiach stanął trener.

-Marco? Musiałem aż przyjść i zobaczyć jak mi powiedzieli, że tu jesteś. Miło cię tu widzieć.
-Biorę się za siebie. Nie mogę kopać pod sobą coraz większego dołu.
-Cieszę się. Ja właśnie też jadę do domu. Papierkowa praca… A właśnie… Wiem, że to nie jest odpowiedni moment…
-Transfery?
-Tak. Przyszły pierwsze propozycje od Manchesteru, Realu i Milanu. Podobno ma ciebie w dalszym ciągu na oku Bayern... Nie wątpię, że na dniach i ich oferta powinna się pojawić. Nie wiem co chcesz zrobić, ale nie pozwolę ci podjąć decyzji teraz. Może masz już mnie dość, ale nie pozwolę. Będę walczył z menagerem i nawet dyrektorami sportowymi tych klubów. Musisz sam dojść do ładu z sobą, a transfery są ostatnią rzeczą, o której musisz myśleć. Mówię poważnie.
-Wiem. Nie rozumiem jeszcze, czemu masz do mnie tyle cierpliwości? Powiedziałeś mi kiedyś, że jak ją zranię to po mnie…
-Dotrzymam słowa. Kiedyś tam dotrzymam.
-Dziękuję za wszystko… Wszystko co dla mnie robisz.
-Dowalam ci z ławką rezerwowych a raczej jej brakiem?
-Z wiarą we mnie.
-Największą robotę odwalasz ty sam. I tą najczarniejszą. Poradzisz sobie.
-A co z Ingą? Lepiej?
-Lepiej. Błaszczykowszcy czynią cuda, Inga podobno zaczyna się uśmiechać. Wiem, że to może idiotyczne, ale cieszę się jakby Inga była małym dzieckiem i stawiała pierwsze kroki. Tęsknię za nią, ale ta przerwa dobrze jej robi. Jest silniejsza niż nam wszystkim to się wydawało.
-Gdybym miał chociaż trochę tego szczęścia co ma ona?
-Pojedź do Götzego, albo zróbcie sobie jakiś męski wieczór..bez pań oczywiście.
-Może to będzie dobry pomysł.
-Będzie, będzie. Idź pod prysznic bo jesteś cały spocony.
-Tak zrobię. Dzięki za wszystko. I do zobaczenia na treningu.
-Pewnie. Cześć.



***



-Marco? Cześć, nie mówiłeś, że będziesz.
-Sorry, jakoś nie pomyślałem teraz zadzwonić. Nie możesz teraz?
-Dla ciebie zawsze mogę… A jak nie mogę to przez nogę, i znowu mogę, no nie?
-No tak!-zaśmiałem się i wszedłem do domu przyjaciela.
-Byłem wczoraj z Piszczem u Ingi. Naprawdę było fajnie. Porównała mnie do jakiegoś polskiego skwarka…
-Starszego mężczyzny.
-No mówię! A potem jeszcze mówiła, że byśmy do siebie pasowali, rozumiesz? Rozumiesz?
-Wreszcie. Nawet nie wiesz jak ogromnie się cieszę. –na mojej twarzy wreszcie pojawił się uśmiech, a z tej odrobiny szczęścia czułem jak moje serce rośnie. Objąłem go mocno wypuszczając głośno powietrze.
-Cieszysz się, że jestem gejem?
-Możesz być o ile nie zakochasz się we mnie. Cieszę się, że z Nią już lepiej.
-No dobra. Jest Felix. Zaraz mieliśmy oglądać film, chcesz z nami?
-Nie pozbędziesz się mnie tak szybko, SuperMario.
-Od kiedy tak słodzisz i szczerzysz się jak mysz do sera?
-Lama, bracie, lama do sera!-krzyknął z salonu Felix, a po chwili przyszedł do nas się przywitać. Czyżby wszystko powoli miało wracać na swoje tory?







/Inga/

Dzisiejszy dzień zapowiadał się zupełnie inaczej. Wstałam z uśmiechem. U-śmie-chem. Czymś, co było niespotykane od kilkunastu dni. Coś się we mnie zmieniło. Coś zaczęło żyć. Ponownie.
Zbiegłam po schodach i poszłam prosto do kuchni zrobić śniadanie. Postanowiłam na jajecznicę z paroma dodatkami co akurat mi przyszło na myśl. Do tego herbatka i tak zaniosłam śniadanie Błaszczykowskim do sypialni. Postawiłam tackę z jedzeniem na stoliku nocnym i lekko potrząsnęłam Kubę za ramię. Wymruczał coś niezrozumiałego pod nosem i przewrócił się na drugi bok.

-Kuubuś…
-Noo?-wychrypiał i lekko otworzył powieki.
-Mogę twój telefon? Chciałabym zadzwonić do Ani.
-Weź sobieee… Nie musiałaś mnie budzić. Hasło dwa tysiące jedenaście. -uśmiechnęłam się tylko. Hasło-rok, w którym urodziła się Oliwka...
-Dzięki. Na przekupkę mam dla ciebie śniadanie.
-Czuję..jajecznicę?
-Yhym.
-Uwielbiam cię!-podskoczył tak, że lekko obudził Agatę i  rzucił się na swój talerz. Ja tylko wzięłam jego telefon i poszłam do swojego pokoju.


-Inga! Próbowałam się do ciebie dodzwonić ale odebrał twój tata i powiedział, że mieszkasz chwilowo u Kuby i nie masz telefonu. Odchodziłam od zmysłów co się stało!
-Nie pomyślałam, żeby do ciebie zadzwonić. Przepraszam. Zupełnie się załamałam.  Nie miałam na nic ochoty, siły ani chęci. Twoje treningi też zawaliłam.
-No to co, mogę wpaść do ciebie i zrobimy razem Karate Cardio. Wchodzisz w to?
-No jasne.
-Będę za piętnaście minut.
-Co?
-Wiadro. Albo mango. Właśnie jem, też się rymuje. –zaśmiała się –No to za dwadzieścia. Szykuj się na wycisk.
-Może lepiej jak…
-Jak się przebierzesz. No już, rusz swoje zajebiste dupsko i idź się przebieraj!
-Yes, Sir.
-Kubę też możesz namówić. Będzie ciekawie.
-Kuba będzie miał sto jeden wymówek, więc może być ciężko.
-Warto próbować. Ja próbuję już od pół roku. Może tobie się uda.
-W sumie… Chętnie poćwiczę.
-Moja dziewczyna! To już, raz, raz. Zaraz będę.
-To do zobaczenia!





/Marco/

-Mario…-zacząłem ciężko, kiedy skończyliśmy już oglądać film i pożegnaliśmy się z Felixem.
-Coś taki już nie w humorze? Film ci się nie podobał?-zapytał przeżuwając jednocześnie ostatnią porcję popcornu z miski.
-Nawet nie oglądałem. Musiałem coś przemyśleć.
-Coś?
-Tak.
-I podjąłeś decyzję?
-Tak.
-Na temat?
-Chcę odejść z Borussii. To będzie najlepsze wyjście dla nas wszystkich.

I to był moment, w którym pierwszy raz w życiu mój przyjaciel zaniemówił. 





~~~

Morał-jeśli nie ma się pomysłu na rozdział podejmij wyzwanie głupiego zakładu :D
Dzisiaj weselej-mamy majówkę, słońce świeci..czego chcieć więcej? No i wcześniej (wyjątkowo?..czy wolicie już zawsze o takiej porze?:) )
Udanego odpoczynku!<3
Za tydzień kolejny!:)
Zachęcam do komentowania-to ogromnie motywuje! (a mi coś tej motywacji ostatnio brak..:< )
Buziaki:*