sobota, 16 stycznia 2016

Czterdzieści dwa.




-Inga! Jak miło cię widzieć!-otworzyła mi Ania –Chodź, wejdź.
-Jest też Robert?
-Tak, właśnie skończyliśmy kolację. Może też chcesz zjeść? Zostało jeszcze trochę.
-Dziękuję kochana, nie trzeba. Chciałabym z wami porozmawiać.
-Coś do picia?
-Nie, naprawdę nie rób sobie problemu… A gdzie Lewy?
-Chyba poszedł podładować telefon. No, to o czym chciałaś pogadać? –modliłam się w myślach, żeby nie zobaczyła, że się denerwuję.
-Poczekamy na Roberta, okej?
-No dobra.-wzruszyła lekko zdziwiona ramionami –Robert, możesz przyjść?
-Idę, idę!-usłyszałyśmy go ze strony schodów –O! Guśka!-uśmiechnął się szeroko i przytulił mnie
-Inga chciała pogadać.-powiedziała tytułem wyjaśnienia Ania
-No to..Siadaj i gadaj!-zaśmiał się Lewy i usiadł na kanapie koło żony. Ja postanowiłam usiąść na fotelu z boku.
-Jest sprawa… Trochę nie wiem jak zacząć. Wiecie, że jesteście dla mnie jak rodzina. Jesteście dla mnie bardzo ważni… I nie chciałabym ukrywać przed wami bardzo ważnych rzeczy, które dzieją się w moim życiu..Żebyście dowiedzieli się wcześniej od całej reszty, albo z gazet…  Chciałabym, żebyście szanowali moje decyzje i mnie w nich wspierali…Nie wiem jak mam to powiedzieć…
-Cytując ciebie to prosto z mostu.-uśmiechnął się pokrzepiająco Lewy
-Czasami się tak nie da.-westchnęłam
-Zawsze się da, no dalej, Gusia, nie zjemy cię.
-Chodzi o to, że… Ja… Ja i Marco jesteśmy razem.-proszę bardzo, powiedziałam. Z prędkością światła ale powiedziałam. Popatrzyłam się na Lewandowskich. Ania pobladła, Lewy napotykając mój wzrok uśmiechnął się w końcu.
-No…-powiedział –No to szczęścia.
-Proszę, nie miejcie mi tego ani Marco za złe. Kocham go, a on kocha mnie. Jest nam ze sobą dobrze. Wiem, że w Malezji Marco zachował się tak a nie inaczej, wiem, że martwicie się o mnie, ale… Każdy człowiek popełnia błędy…
-Gdyby mu na tobie zależało nie zrobił by ci krzywdy.-odezwała się w końcu Ania tak chłodnym głosem, że poczułam lekkie ciarki na plecach
-Nie oceniaj go po tym. Był pijany.
-To co?! Jak będzie znowu pijany to cię uderzy i co, zwalisz na to że to nic bo był pijany?
-Nie mów tak. On taki nie jest.
-Skąd wiesz? Znasz go od przed chwili!
-Jak możesz tak mówić?!-coś we mnie pękło. Nie mogłam tego dłużej słuchać –Myślałam, że jesteś moją przyjaciółką, chcesz, żebym była szczęśliwa! A kiedy w końcu jestem robisz wszystko, żeby to szczęście zniszczyć! A moje szczęście jest zależne właśnie od Marco. I nie zmienisz tego. Ufam mu. I go kocham. Widzę, że bez sensu tu przychodziłam. Dobranoc.-wyszłam w pośpiechu z ich domu i ruszyłam biegiem przed siebie w kierunku galerii zadając sobie pytanie jak ona mogła. 
Nie zauważyłam nawet momentu, kiedy to wszystko się posypało. Kiedy już nie miałam siły biec usiadłam na ławce i zaczęłam płakać.


-Inga.-usłyszałam głos…Roberta. Podniosłam głowę. Stanął samochodem na drodze i otworzył drzwi pasażera. –Chodź.
Nie zostało mi nic innego jak wsiąść do samochodu..chyba jeszcze przyjaciela. Usiadłam, zamknęłam za sobą drzwi i spojrzałam załzawionymi oczami na Polaka. Wyjął chusteczkę z kieszeni i mi ją podał. Otarłam oczy i wydmuchałam nos.

-Chodź tu, mała.-rozłożył szeroko ręce a ja mocno go przytuliłam
-Robert…
-Przykro mi z powodu Ani. Nie wiem co w nią wstąpiło. Nawet mnie nie wysłuchałaś.
-Nie dawałam już rady, musiałam wyjść.
-Ja też.-zaśmiał się. –Chcę, żebyś wiedziała, że cieszę się, że jesteś z nim szczęśliwa… Jednak… Uważaj też na niego.
-Dlaczego?
-Po prostu…-zasępił się patrząc przed siebie. Nie rozumiałam kompletnie o co z tym chodzi. Watzke, Ania, teraz Robert. Co stało się takiego, że „mam na niego uważać”?  -Odwiozę cię do domu a potem wrócę pogadać z Anią… No bo cóż mi zostało.
-W domu jest gościnny.
-Nie kuś.-zaśmiał się –Muszę wrócić do żony. Tym bardziej, że gryzie.
-Może to ja za bardzo na nią naskoczyłam…
-Nie. Miałaś prawo się zdenerwować. Zrobiłbym tak samo na twoim miejscu… Tylko ciii…



Dziesięć minut później podjechaliśmy pod dom. Pożegnałam się z Robertem w naprawdę miłej i ciepłej atmosferze. Dał mi do zrozumienia, że zawsze mogę na niego liczyć i mieć w nim wsparcie.
Weszłam szybko do domu. Tata siedział w tym samym miejscu przeglądając jakieś papiery.

-Tak szybko?-nawet nie wyjrzał, czytał jakąś umowę.
-Tak, Robert mnie odwiózł. Pójdę do siebie na górę. I chyba wcześniej się położę.
-Okej, dobranoc.-powiedział i zaczął przeliczać coś na kalkulatorze
-Pracoholik…
-Słyszałem!
-Ciesz się, wczesne stadium!-zaśmiałam się pod nosem i popędziłam do mojego pokoju.

Wzięłam gorący prysznic, nasmarowałam się owocowym balsamem i przebrałam się w piżamę. Położyłam się w moim łóżku i próbowałam sobie wszystko poukładać. Mimo wziętego prysznica, który zwykle mnie odprężał napięcie, gniew i rozczarowanie jeszcze we mnie buzowały. Pod wpływem chwili chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do Marco.

-Już się za mną stęskniłaś?-usłyszałam jego ciepły głos
-Marco…-westchnęłam łamiącym się głosem i nie mogłam już powstrzymywać łez.
-Inga, co się stało?
-Ja… Byłam u Lewandowskich i…
-Aniele, uspokój się… Spokojnie, powiedz wszystko od początku.
-Nie, niepotrzebnie dzwonię, przepraszam. Nie martw się. Dam sobie radę. Śpij dobrze.
-Inga…
-Do jutra.-rzuciłam szybko i rozłączyłam się. Cichy płacz zamienił się w szloch. 
Wtuliłam twarz w poduszkę, żeby nie było słychać. Ania była dla mnie tak ważna…Jak siostra. I nadal jest… Nienawidzę się z nią kłócić. Jak mogła tak powiedzieć. Nie widzi, że jestem szczęśliwa?
Mój płacz nie miał końca. Czułam się jakby oderwana od świata. 

Podskoczyłam nagle jak poparzona czując czyjeś ręce na moich plecach.

-Ciiii…Proszę, nie płacz. –To był Marco. Przyjechał tu specjalnie dla mnie. Jeden przerwany telefon a on po kilkunastu minutach jest już przy mnie. Wdrapałam się na jego kolana i mocno się w niego wtuliłam. Zapach jego skóry połączonego z perfumami działał na mnie kojąco. Uspokajał mnie. Mój Marco. Zaczął głaskać mnie po włosach i plecach. –Spokojnie…-szepnął mi do ucha i pocałował je
-Marco…
-Kochanie moje… Jestem tu.
-Nie musiałeś.
-Chłopak nie jest tylko od chodzenia na randki. A przynajmniej ja.-uśmiechnął się delikatnie i pocałował mnie w czoło.
-Dziękuję, że przyjechałeś.
-Co się stało? Poszłaś im o nas powiedzieć?
-Tak… Robert przyjął to jakoś, nawet mi pogratulował, ale Ania… Zawsze była dla mnie jak siostra, ale teraz… Powiedziała, że nie jesteś odpowiednim facetem dla mnie, uważa, że mnie skrzywdzisz, i fizycznie i psychicznie. Powiedziałam jej, że cię bardzo kocham i że ty kochasz mnie ale jakby w ogóle to do niej nie dotarło. Mówiła zawsze, że chce mojego szczęścia… A kiedy je odnalazłam to ona… Po prostu mnie rani. I to tak boli. Nie chcę wybierać między nią a tobą. Jesteście dla mnie oboje ważni. Ona musi to zaakceptować, nawet nie wymagam, żeby cię wielbiła. Jesteś moim szczęściem, moją miłością i tak już zawsze będzie. Nie pozwolę, żeby ktoś to zniszczył. Chyba, że to wszystko pójdzie do samodestrukcji…
-Nawet tak nie mów. Kocham cię. I nie pozwolę, żeby ktoś cię ranił… Mam świadomość, że to przeze mnie…
-Nie!
-Gdybyśmy nie byli razem…
-To moje życie nie miało by sensu, radości i nie było by wypełnione miłością jaką od ciebie dostaję. Jesteś czymś najwspanialszym co mi się przytrafiło w życiu i dziękuję Bogu, że to właśnie ty stanąłeś na mojej drodze, arogancki, rudy, wkurzający do granic możliwości…a ja zdołałam pokochać cię taką miłością o jakiej istnieniu w życiu bym nie pomyślała.-wyznałam ze łzami w oczach. 
Marco uśmiechnął się i spojrzał na mnie z tak wielką miłością. Położył dłonie na moich policzkach, starł kciukami łzy i mocno pocałował. Oddałam jego pocałunek i założyłam dłonie na jego szyję. Marco popchnął mnie na poduszki pogłębiając pocałunek. Jego dłonie błądziły po mojej talii, brzuchu, biodrach, aż zjechał na pośladki i dość mocno je ścisnął, to już podziałało na mnie jak kubeł zimnej wody

-Nie.-szepnęłam i zaczęłam odpychać go rękami. –Nie, proszę..-powtórzyłam z paniką w głosie. Marco natychmiast ode mnie odskoczył i spojrzał na mnie z przerażeniem. Wstałam szybko z łóżka i oparłam się o chłodny parapet. Złapałam kilka głębszych oddechów i zacisnęłam mocno oczy. Wiedziałam, że Marco stoi tuż za mną. Nie podszedł bliżej, nie dotknął mnie.

-Inga, ja… Boże, przepraszam… Nie chciałem zrobić ci krzywdy, przepraszam.Inga…Powiedz coś, błagam…-odwróciłam się do niego i złapałam za dłoń. Widziałam w jego pięknych oczach ból.
-Spokojnie… Już w porządku.
-Co się… Ja…
-Chodź, usiądziemy.-pociągnęłam go za rękę na łóżko i przytuliłam mocno. –To ja przepraszam.
-Nie masz za co.
-Niepotrzebnie aż tak mocno zareagowałam. Po prostu to była chwila, impuls, przepraszam. Pewnie cię wystraszyłam.
-Dlaczego…
-Proszę, nie obwiniaj się za to. To nie twoja wina. To ja muszę się przyzwyczaić…
-Dotykałem cię wcześniej…
-Ale nie…
-Ach, rozumiem.-uśmiechnął się słabo.
-Marco, posłuchaj.-wdrapałam się na jego kolana i usiadłam na nich okrakiem –Wiedziałam, że to szybciej czy później może się wydarzyć… Po prostu… Ten facet… Jak miałam siedemnaście lat…Dotknął mnie tam i..próbował zgwałcić. Więc nie mam najlepszych wspomnień i po prostu muszę się przyzwyczaić, dobrze? Stopniowo. Zrozum ja…
-Rozumiem, kochanie, obiecuję, że już nie będę.-powiedział z ulgą i przytulił do siebie
-Ale ja właśnie próbuję powiedzieć, że chcę żebyś to robił…-powiedziałam, a moje zawstydzenie sięgało już granic.
-Nie rozumiem…-uśmiechnął się szeroko i złapał moją brodę by skierować tak, żebyśmy patrzyli sobie prosto w oczy.
-Po prostu rób to, tylko delikatnie i…na pewno nie dzisiaj. Mam już dość atrakcji jak na jeden dzień.
-Postaram się, aniele. Dołożyłem ci niepotrzebnych wrażeń.
-Ujęłabym, że bardziej urozmaiciłeś mój dzień. Kocham cię bardzo.-pocałowałam go delikatnie, a zaraz potem ziewnęłam
-Zmęczona?
-Trochę. Zostaniesz?
-A mam?
-A możesz?
-Zawsze.-zaśmiał się –Nie martw się Anią. Porozmawiamy z nią, zrozumie. Zrozum, że bardzo się o ciebie martwi.
-Wiem, ale nie powinna aż tak reagować.
-Chce cię chronić. Mówiła sama kiedyś, że jesteś dla niej jak młodsza siostra. Starsze siostry zawsze chcą chronić młodsze… Dobrze, że jestem chłopakiem.-zaśmiał się i pocałował mnie w czoło. –Wszystko się ułoży, zobaczysz.
-Cieszę się, że tu jesteś. Wiesz jak mi poprawić humor.
-Na dobrą sprawę to nie wiem, ale jak poprawiam to się cieszę.
-Po prostu jesteś. Chodź, idziemy do łóżka.
-Powiedz to głośniej, żeby twój tata usłyszał.-zaczął się śmiać jak opętany za co dostał ode mnie łokciem po żebrach.
-Chodź już.-weszłam na łóżko i przykryłam się kołdrą. Zrobiłam miejsce dla Marco i kawałek mu odchyliłam. Marco zdjął buty, odłożył telefon na szafkę i położył się koło mnie.
-Kocham cię. Bardzo. –złożył pocałunek na mojej szyi i oplótł moją talię dłońmi
-Jesteś tu samochodem?
-Yhym… Zaparkowałem na podjeździe, spokojnie.
-Przepraszam za to…
-Nie masz za co. Rozumiem. Powiedziałem przecież, że będę czekał ile będzie trzeba.
-I za to też cię kocham. –przytuliłam się do niego i oparłam głowę na jego ramieniu –Wygodnie ci?
-Bardzo. Z tobą mogę spać i w krzakach a i tak będę zadowolony.
-Mnie się jakoś nie widzi spanie w krzakach. –zaśmiałam się i ziewnęłam –Jadłeś kolację?
-Skąd takie pytanie?
-Bo ja nie jadłam.
-Chcesz teraz jeść?
-Nie.
-Mario zrobił jakiś popcorn i trochę zjadłem. Ale nie nazwę tego kolacją.
-Mario był u ciebie?
-Pewnie jeszcze jest.
-Jak to?
-Ma klucze, więc zamknie.
-Napisz mu chociaż, że nie wrócisz. Może będzie czekał.
-Jak się zorientuje, że nie wracam to pójdzie.
-Napisz mu.
-Uparciuch.-westchnął i odwrócił się do szafki nocnej. Po chwili wrócił do poprzedniej pozycji. Niestety z jakąś minutę później znów się odwrócił i odczytał wiadomość.

-Czy zabrałeś gumki…-przeczytał łapiąc się za głowę.
-Oj tak, to mógł napisać tylko Götze. Chodź, śpimy.
-Twój tata mnie nie wygoni?
-Będziesz spał to cię nie wygodni.-zaśmiałam się i przytuliłam się do niego. –Dobranoc
-Dobranoc.




***




Z samego rana obudziłam się w o wiele lepszym nastroju. Jeszcze bardziej ucieszył mnie widok obejmującego mnie przez sen Marco. Wyplątałam jedną rękę z jego żelaznego uścisku i przeczesałam jego włosy. Marco uśmiechnął się i wymamrotał sennie moje imię.
-Budzimy się..-szepnęłam pstrykając go delikatnie w nos. Od razu otworzył oczy i uśmiechnął się do mnie szeroko.
-Dzień dobry.-powiedział i pocałował mnie na miły początek dnia… Bardzo miły.
-Wstajemy?
-Możemy trochę poleniuchować?
-Nie ma opcji. Idę robić śniadanie. Jestem głodna jak wilk.
-Pomogę ci.-wstał razem ze mną, założył buty i schował telefon. Zatrzymał się jeszcze przed lustrem, żeby poprawić swoją fryzurę.
-Jest idealnie.-cmoknęłam go w policzek i otworzyłam drzwi. Wyszliśmy w pokoju i zeszliśmy schodami na dół. W kuchni koło misek siedział już Kloppsik.
-Dasz mu tą saszetkę? Ja zrobię sałatkę.
-Mam mu dać jeść?
-Nie pogryzie cię. Wręcz przeciwnie. Kupisz go jedzeniem. Zobaczysz.
-Robię to dla ciebie.-pokiwał z rezygnacja głową i dał kotu jedzenie. Ja w tym czasie wyjęłam z lodówki fetę, sałatę lodową i warzywa.
-Co mam zrobić?
-Zieloną herbatę. Tylko wody nie przypal.
-Bardzo śmieszne.
-No mnie jakoś to jednak bawi.-zaśmiałam się pod nosem i wróciłam do krojenia sera –Potem możesz wziąć deskę i pokroić papryki w krótkie paseczki.
-Tak jest, szefowo.



Kiedy skończyliśmy przygotowywać śniadanie akurat zszedł tata.
-Dzień dobry, dzień dobry wszystkim. O! Jedzenie. Marco się do czegoś przydaje.-zaśmiał się i usiadł do stołu –Mogę już usiąść, czy jeszcze mam coś wam pomóc?
-Nie, wszystko gotowe, jeszcze chleb.-wzięłam koszyk z pieczywem i postawiłam je na środku.


Zjedliśmy śniadanie w bardzo miłej atmosferze. Tata albo Marco opowiadali coś śmiesznego. Ja sama cieszyłam się jak dwaj bliscy mojemu sercu mężczyźni zajadają się zrobioną sałatką i co chwila jej dokładają.
-Co tak się uśmiechasz?-zapytał tata
-Po prostu mam dzisiaj dobry humor.-powiedziałam spoglądając kątem oka na uśmiechającego się w moją stronę Marco.




-Ja już się muszę zbierać. Naprawdę czas mnie nagli.-stwierdził, kiedy skończyliśmy razem zmywać talerze.
-Musisz iść?
-Muszę. Ale zapraszam cię na obiad. Tym razem masz pole do popisu, nie musisz iść w krótkich spodenkach.-zaśmiał się i złapał mnie za rękę.
-O której będziesz?
-Piętnasta?
-Mi pasuje. Chodź, odprowadzę cię.



Marco pożegnał się z tatą a ja odprowadziłam go do samochodu.
-Jeszcze raz dziękuję, że zostałeś. I że w ogóle przyjechałeś.
-Nie mógłbym inaczej. Kocham cię, aniele.-przytulił mnie do siebie a potem czule pocałował.
-Zobacz.-zaśmiałam się wskazując na Kloppsika, który przyszedł do nas i zaczął ocierać się o nogi Marco –Przekupiłeś go.
-A więc to tak działają koty.-zaśmiał się –To do zobaczenia.
-Yhym…
-Kocham cię, pa.-pocałował mnie w czoło i wsiadł do swojego Astona teatralnie wcześniej strząsając kota z nogi. Zaśmiałam się i pomachałam odjeżdżającemu Marco. Ten mrugnął do mnie okiem, a wyjeżdżając z bramy zamrugał do mnie światłami samochodu.




Wróciłam do mojego pokoju, żeby się przebrać. Nie miałam planów na dzisiaj poza obiadem z moim cudownym chłopakiem, więc postanowiłam założyć dres. Tym razem swój. Kiedy już miałam się zastanawiać co zrobić zadzwonił mój telefon. Cathy, no proszę!

-Halo?
-Cześć kochana, pamiętasz o swoich starych koleżankach?
-Oczywiście, że pamiętam! Potrzebujecie jakiś leków? Chodzik?
-Paskuda jedna, z formy nie wychodzi!-usłyszałam głos Tugby
-Dużo was tam jest?
-Jeszcze jaaaa!-zawołała Lisa
-Ooo, no proszę. To już taka mała impreza.
-No, no, tylko po dziesiątej rano.
-Gdzie wygoniłyście swoich mężów?
-Do Gündogana!-zaśmiała się Silla.
-No proszę. A w jakiej sprawie do mnie telefonujesz?
-Jak to jakiej! Zapraszamy na naszą poranną imprezę bezalkoholową.
-A wiesz? Z miłą chęcią.  Wyślesz mi adres?
-No pewnie! Zaraz wysyłam!
-To do zobaczenia!
-Paaa!


Fakt, po chwili przyszedł do mnie sms z adresem. Szybko wzięłam z szafy czarną spódniczkę, do tego czarne conversy i luźny t-shirt. Szybki makijaż i gotowe. Zbiegłam na dół i akurat zastałam tatę na kanapie…znowu..i znowu przy papierach.

-Drogi pracoholiku, córka ci się wymyka z domu.
-O, tak?-wychylił się znad dokumentacji i spojrzał na mnie zaciekawiony –A gdzie to?
-Do dziewczyn, żon i narzeczonych twoich podwładnych.
-Może być.-zaśmiał się –O której wracasz?
-Nie wiem jak mi zejdzie. Umówiłam się z Marco na piętnastą. Pewnie wpadnę tu przelotem się przebrać. Wróciłabym wieczorem.
-Czyli cała chata moja. Oooo, cudownie.
-Jürgen Klopp robi imprezę?
-Nie jesteś na mojej liście gości. Wywieźć…znaczy…Podwieźć cię gdzieś?
-Nie trzeba. Pracuj sobie w ciszy i spokoju.
-Jak każesz. Baw się dobrze.
-Dzięki i wzajemnie.
-Zapowiada się uroczo.-westchnął w tym samym momencie, kiedy spał mu kalkulator na podłogę.
-Powodzenia!


Wyszłam z domu i postanowiłam przejść się na piechotę do galerii. Tam złapię jedną taksówkę z postoju i pojadę do…no właśnie. Prawdopodobne jest to, że Matsa. Ale mogły być u kogoś innego. Lato dopisywało w pełni. Słońce i błękitne, przejrzyste niebo. Czego chcieć więcej? Hmmm…Może jedynie Marco. Z takimi myślami doszłam pod samą galerię.
Zaczęłam rozglądać się za jakąś taksówką. Kiedy już zauważyłam jedną wolną zagrodził mi drogę jakiś mężczyzna. Odsunęłam się o krok do tyłu i zobaczyłam…Marca…mojego…brata.

-Dobrze, że cię spotkałem. Słuchaj no, ile chcesz pieniędzy?
-Nie chcę żadnych pieniędzy.
-Nie bądź taka. No już. Pół miliona może być? I raz na zawsze odczepisz się od mojej rodziny.
-Nie. Powtarzam to po raz kolejny i ostatni. Nie jestem tu dla pieniędzy. To też moja rodzina i musisz to zaakceptować.
-Nic nie muszę. Zniknij z mojego życia, rozumiesz? Inaczej gorzko tego pożałujesz.
-Grozisz mi? No i co mi zrobisz? Myślisz, że jak jesteś na studiach prawniczych to wszystko ci wolno? Chcesz szukać mojego nazwiska w kartotece? Proszę bardzo, jeśli wolisz legalnie to nawet pozwolę ci na dostęp. Tylko wiesz co? Jest pusta. Nic na mnie nie masz.
-Będę miał. Jesteś oszustką. Testy genetyczne cię zdradzą. I to już nie długo. Wylecisz z tej rodziny tak szybko jak do niej zawitałaś.
-Mylisz się.
-Jeszcze zobaczymy, cwaniarko.  

Wyminęłam go i wsiadłam do najbliższej taksówki. Podałam taksówkarzowi adres i wyglądając przez okno zaczęłam się uspokajać. Wpadłam na pewien pomysł. Wzięłam telefon i zadzwoniłam do taty.

-Halo?
-Cześć tato, wybacz, że przeszkadzam w twojej pracy ale mam pytanie, wiesz może kiedy możemy odebrać wyniki badań?
-Oj, za jakieś pięć dni z poślizgiem od tygodnia. Jeszcze nikt nie dał mi znać z terminem, w którym musimy się stawić. A o co chodzi?
-A nic…
-Gadaj. Natychmiast!
-Jakbyś się już dowiedział to czy mógłbyś wysłać to do Marca?
-Dlaczego?
-Uważa, że nie jestem twoją córką i te wyniki wszystko ujawnią. Chciałabym, żeby tam był i sam otworzył tą kopertę inaczej nigdy nie uwierzy.
-Spotkaliście się?
-Przypadkiem… Nie ukrywam, że to spotkanie nie zaliczało się do najmilszych… Ale nie martw się. Potrzebuje czasu.
-Osiwieję kiedyś przez tego chłopaka. Wierzę ci na słowo. Oczywiście, że możemy tak zrobić. A ty nie przejmuj się i baw się dobrze.
-Pewnie. To pracuj dalej, nie przeszkadzam.
-Paa!


Dziesięć minut później stanęliśmy pod pokaźnym domem. Zapłaciłam taksówkarzowi i wysiadłam z samochodu.
Podeszłam do furtki i nacisnęłam guzik. Po chwili usłyszałam jej bzyczenie. Przeszłam przez duży podjazd a kiedy miałam już pukać do drzwi te otworzyły się a w nich ukazały się twarze wszystkich dziewczyn
-Heej.-uśmiechnęłam się, a te z bananami na twarzach wciągnęły mnie do salonu. Tam stała jedna, olbrzymia kanapa w kształcie litery „U”. Na ścianie rozciągnięty był rzutnik a przed nim stał stolik z miskami popcornu, żelkami a także…maseczki, lakiery do paznokci i kilka kosmetyczek.

-No nieźle..
-No a jak! No chodź, siadaj. Najpierw film, potem salon urody.
-A zdążymy się z tym wyrobić przed piętnastą?
-A czemu tak?
-Muszę iść na obiad…
-Oj, Inga, odgrzejesz sobie.-machnęła ręką Lisa
-No właśnie nie, bo jestem umówiona na obiad…do restauracji.
-Z KIM?-wszystkie chórem zwróciły na mnie spojrzenia, tylko jedyna Cathy, która od początku była prawie pewna, że ja i Marco jesteśmy razem.
-Z chłopakiem. No, a teraz oglądamy ten film.-usiadłam na kanapie czując na sobie zdziwione spojrzenia dziewczyn. Cała piątka weszła mi przed ekran.
-No co?
-Z jakim chłopakiem?-wycelowała we mnie palec Tugba
-Moim. Własnym. Prywatnym, ukochanym. To jak, film?
-Znamy go?
-A kto nie zna Marco Reusa?-wzruszyła ramionami Cathy siadając koło mnie i dając mi kuksańca
-Ała…-spojrzałam na nią wilkiem ale zaraz obie się roześmiałyśmy.
-Wiedziałam. Gdzie wy byliście robiąc to zdjęcie?
-Na jachcie…
-Zabrał tam cię?
-Yhymm…
-I co? I co?-doskoczyły do nas wszystkie WAG’s  i usiadły dookoła
-No i powiedzieliśmy co do siebie czujemy i..złapaliśmy się za rączki jak na parę przystało.
-Oj, Reus chyba cię za rączkę nie łapał. –roześmiała się Silla –I ani buzi-buzi?
-Oj…Troszeczkę.-zaśmiałam się a na wspomnienie naszych pocałunków aż wyszły mi rumieńce.
-Widzę właśnie te troszeczkę. Zrobimy ci maseczkę, manicure paznokci, jakiś ładny kolorek sobie wybierzesz, potem makijaż…
-Sukienki mam w domu.
-Kochanie, mam tu pełno sukienek. Nic się nie martw. Rozmiar na pewno też będzie dobry.-uspokajała narzeczona Hummelsa.
-Reus padnie, zobaczysz.-uśmiechnęła się Tugba –Ej, tak w ogóle nie pogratulowałyśmy naszej nowej WAG!


I tak wszystkie przytuliłyśmy się niczym takie miśki.
Dziewczyny włączyły film, ale żadna się na nim nie skupiała, bo padłam ofiarą nakładania maseczek i piłowania paznokci. W momencie, kiedy wszystkie miałyśmy nałożone maseczki Cat zrobiła nam selfie i wstawiła na Instagrama.
-Teraz paznokcie. Jaki kolor?-postawiły przede mną paletę kolorów a ja zupełnie zgłupiałam. Jeszcze przycięły mi paznokcie na kształt migdałków.
-Wiecie co, może najpierw sukienka?



Wszystkie się uparły na czerwoną sukienkę przed kolano, czarną marynarkę i czarne szpilki…Wysokie niczym wieża Eiffla. Do tego czarna kopertówka. Jednogłośnie stwierdziłyśmy, że najbardziej odpowiedni lakier to będzie czarny. Kiedy już myślałam, że to koniec „tortur” z ich strony… Zagnały mnie do łazienki, gdzie Silla w przeciwieństwie do moich obaw zrobiła mi naprawdę piękny makijaż. Okazało się, że robiła kiedyś kurs dla makijażystek. Sama nie mogłam się poznać w lustrze. Włosy, mimo, że miałam naturalnie kręcone to jeszcze delikatnie podkręciłyśmy lokówką.

-Wow.-powiedziałam jedynie przeglądając się w lustrze.
-No, no, no…-pokiwały wszystkie głowami z aprobatą. –Marco padnie. Mówię ci.
-Chyba wcześniej ja padnę przez te szpile.
-Dasz radę.
-Dziękuję wam, jesteście cudowne. Czuję się jak Kopciuszek, co dobra wróżka przebrała ją w piękny strój na bal.
-Teraz Kopciuszek, ostatnio było Piękna i Bestia.
-Oj tam, to drugie nadal aktualne.
-Widzisz? Teraz twoje życie to bajka!
-W pięćdziesięciu procentach. Mam nadzieję, że się procent podniesie.
-A coś się dzieje?
-Braciszek się dzieje. Długa historia. Nie będę sobie psuć nastroju przed randką.
-Otóż to.
-Inga, wiesz która godzina?
-Oświeć mnie, Cat.
-Za pół randka.
-Słucham? Już!?
-Tak.

-Kochanie, wróciłem na chwilę!... Cat, jesteś?-usłyszałyśmy z dołu wołanie Matsa.

-Jesteśmy na górze!-odkrzyknęła mu.
-Muszę napisać sms’a.-oznajmiłam i wyjęłam telefon z pożyczonej kopertówki Cathy. Pierwszy do taty.

„Przebrałam się u Cathy, będę wieczorem!:)”

A drugi do Marco.
„Gdzie się spotkamy?”


-Hej dziewczyny… Inga, wow, zjawiskowo wyglądasz!-uśmiechnął się szeroko wysoki brunet i objął mnie. –Wybieracie się gdzieś?

-Inga ma randewu z Reusem.-wytłumaczyła mu narzeczona –Podwieziesz ją?
-Nie trzeba, Cat, dam radę, wezmę taksówkę. Nie będę Matsowi głowy zawracać.
-Daj spokój. I tak zaraz jadę to cię podrzucę. –puścił do mnie oko i wyszedł z pokoju.
-No to co, pozostaje nam życzyć ci dobrej zabawy.
-Dziękuję. Na pewno będzie. –w tej samej chwili dostałam sms’a od Marco


„Podwiozę cię. Mogę teraz przyjechać?”


„Nie ma mnie w domu, napisz adres!:)”


Wysłałam sms’a a chwilę później dostałam odpowiedź.

„Rheinische St. …z kim jedziesz?”

„Z przystojnym, wysokim, ciemnookim brunetem. Do zobaczenia!”

„Proszę sobie ze mnie nie żartować!”

„Jestem jak najbardziej poważna. Nie masz się co martwić, nie jest w moim typie. Wolę rudych…tzn.blondynów!:) Kocham cię.”


Uśmiechnęłam się zadowolona z siebie i schowałam telefon.  Zeszłyśmy na dół, gdzie kończył coś właśnie jeść Mats.
-Możemy jechać?
-Jasne, masz adres?
-Mam.
-No to jedziemy. Pa kochanie.-objął swoją narzeczoną i pocałował. Uśmiechnęłam się szeroko na ten widok i wręcz nie mogłam się doczekać aż to Marco mnie pocałuje. Pożegnałam się z dziewczynami i poszłam z Matsem do jego samochodu.

-Dojedziemy na piętnastą?
-Będziemy punktualnie.-uśmiechnął się szeroko i ruszyliśmy spod jego posiadłości
-Masz ładny dom… Ba, piękny.
-Dzięki, chociaż to zasługa Cat. Dałem jej wolną rękę przy wyborze. A tak w ogóle, mogłabyś mi wysłać oryginalne zdjęcie co zrobiliście z Marco jak się zaręczaliśmy?
-Jest na telefonie Marco ale myślę, że nie ma problemu.
-To dobrze.
-Chcesz oprawić w ramę?
-Aż tak jestem przewidywalny?
-Nie, to będzie świetny prezent. Jestem tego pewna.
-Mam nadzieję, że się ucieszy
-Nie ma innej opcji.



Pięć minut później dojechaliśmy pod wskazany adres. Mats zatrzymał się w sumie na pobliskim parkingu. Zaczęłam rozglądać się przez okienko ale nigdzie nie mogłam zobaczyć swojego chłopaka czy chociaż jego samochodu.

-Tam.-wskazał na drugą stroną, gdzie faktycznie szedł Marco ubrany w czarne jeansy i białą koszulę z nonszalancko przerzuconą marynarką przez ramię. Uśmiechnęłam się szeroko i od razu chwyciłam za klamkę, żeby otworzyć drzwi.
-Ja ci otworzę, pozwolisz, że będę gentelmanem.
-Proszę cię bardzo, stwarzaj pozory.
-Dzięki.-zaśmiał się, a kiedy wysiadł przywitał się z Marco i wymienili kilka zdań. No tak, pozory. Zapomnieli o mnie. Miło. Jednak chwilę później Marco sobie jednak o mnie przypomniał i otworzył mi drzwi.
-Wow…-spojrzał na mnie od dołu do góry i z powrotem na dół.
-Mi również miło cię widzieć.
-Wyglądasz… Wow… Niesamowicie.
-Podziękuj dziewczyną, to ich sprawka.-uśmiechnęłam się ujmując jego dłoń.
-Prędzej Jürgenowi i Ulli. Jesteś przepiękna. A ta sukienka pasuje do ciebie idealnie.
-Dziękuję.-uśmiechnęłam się zarumieniona. Chwała makijażowi Silli, który ukrywał moje rumieńce.


-Nie będę już wam przeszkadzał. To do jutra Marco… Inga, będziesz?
-Gdzie?
-Na treningu!
-To już? Jutro?
-Będzie.-odpowiedział za mnie Marco i objął mnie w pasie.
-Skąd wiesz? Może nie będę miała ochoty?
-Będzie.-potwierdził z uśmiechem Reus. Przewróciłam oczami i pomachałam odjeżdżającemu Matsowi.

-Dla ciebie.-usłyszałam głos Marco przy moim uchu, a kiedy się odwróciłam zobaczyłam bukiet różowych róż.
-Dziękuję. Wiesz, że nie trzeba było?
-Zasługujesz na najpiękniejsze kwiaty. Jesteś głodna?
-Trochę.
-To idealnie się składa.


Szliśmy w ciszy jakieś pięć minut i weszliśmy do naprawdę ekskluzywnej restauracji. Marco miał już zarezerwowany stolik. Kelner nas do niego zaprowadził i podał menu. Cała restauracja była utrzymana w beżach i brązach. Była bardzo kameralna. Nasz stolik znajdował się najbardziej na uboczu. Długie zasłony i świece nadawały wyjątkowego uroku temu miejscu. Marco siedział naprzeciwko mnie i przeglądał swoje menu.

-Już wybrałaś?
-Nie, zapatrzyłam się na ciebie.
-I co we mnie takiego interesującego?
-Wydajesz się na zmęczonego.-ujęłam jego dłoń na stole i delikatnie przejechałam kciukiem po jej wierzchu.
-Miałem dość… Zabiegane popołudnie. Musiałem pojechać do Kolonii.
-Dzisiaj? Przecież to daleko.
-Mój menager tam ma siedzibę, biuro, dom. Wybierz sobie termin.-uśmiechnął się szeroko znów spojrzał w kartę.
-Coś nie tak?
-Już wszystko w porządku. Przy okazji poinformowałem go, że mam dziewczynę.
-Biedak… Jak to zniósł?-zapytałam z udawanym zmartwieniem, a Marco parsknął śmiechem
-Będzie miał na głowie szturm mediów. Ja mu współczuję.
-Myślisz, że będzie aż tak źle?
-Dla nas nie, menagerowie od tego są.
-I co będzie mówił?
-Wszystkim to samo. „Nic nie wiem na ten temat”.
-Może nie dowiedzą się zbyt szybko.
-Wręcz przeciwnie. Na dworze, naprzeciwko restauracji koło drzewa stoi z aparatem paparazzi. I właśnie nam robi zdjęcia. Możesz się uśmiechnąć, żeby lepiej wypaść. Tylko się nie odwracaj. To co zamawiamy?
-Może pójdziemy?
-Daj spokój. Mamy oddalony stolik, zdjęcia też nie będą wyraźne. Spokojnie, musisz przywyknąć.
-No nie wiem…-westchnęłam


-Czy mogę już przyjąć państwa zamówienie?

-Tak, poprosimy dwa razy kaczkę z sałatkami dla mnie czarną herbatę, a dla ciebie, Inga?
-Zieloną, jeśli macie.
-Oczywiście, dziękuję.

-Może nie lubię kaczki.-spojrzałam na Marco, kiedy kelner już się oddalił
-Zaufaj mi, tutaj mają pyszną.  Ale i tak mi się wydaje, że lubisz.





Obiad okazał się naprawdę pyszny. Marco oczywiście nie pozwolił mi zapłacić za siebie… Uparciuch.
Korzystając z okazji, kiedy do dziennikarza spod drzewa zadzwonił telefon opuściliśmy restaurację. Marco zabrał mnie do dortmundzkiego ogrodu. Piękne alejki kwitnących kwiatów, gatunków, o których nigdy nie słyszałam. Ukradkowe spojrzenia spacerowiczów wprawiały mnie w lekkie zakłopotanie, jednak potem przerodziło się w rozbawienie. Marco cały czas trzymał mnie za rękę. Rozmawialiśmy o typowych błahostkach, czasem w ogóle nie rozmawialiśmy tylko wsłuchiwaliśmy się w szum drzew i śpiew ptaków.
Z ogrodu przeszliśmy do normalnego parku i zaczęliśmy powoli kierować się do parkingu, gdzie zaparkował samochód. Kiedy skręciliśmy w ostatnią uliczkę parku zobaczyliśmy biegnących znad przeciwka Lewandowskich.

-Marco…-spojrzałam na niego nerwowo.
-Porozmawiaj z nią.
-Myślisz, że w jeden dzień zmieniła decyzję?
-Myślę, że tak.
-Chyba nie masz z tym nic wspólnego?-spojrzałam na niego podejrzliwie, a on tylko uśmiechnął się tajemniczo i pocałował mnie delikatnie.
-Powiedzmy, że ich dom stał na drodze do Kolonii.
-Oszalałeś.
-Chciałbym przedstawić cię moim rodzicom. –powiedział ni z tego ni z owego. Zaskoczył mnie tym. –Po treningu.


-Dobry, dobry! Co za spotkanie!-uśmiechnął się szeroko Lewy i przytulił mnie do siebie, a potem przywitał się z Marco. Ania stała trochę za nim. –Chodź stary, nie uwierzysz, jaką świetną patelnię do grilla kupiłem!-pociągnął go za ramię w drugą stronę zostawiając mnie z Anią sam na sam.

-Patelnię do grilla.-zaśmiałam się pod nosem. 








~~~

I taki oto 42:)
Chyba znowu trochę przydługi?
Dzisiaj chłopaki z BVB wrócili do Dortmundu mając za sobą dwa wygrane mecze w Dubaju (4:0, 4:1) Oby tak wyglądała cała Bundesliga i Liga Europy:D
Komentujcie proszę, to bardzo motywuje! <33
Za tydzień pojawi się 43 (postaram się znów na ostatnią chwilę wyrobić.:P )
Buziaki!


sobota, 9 stycznia 2016

Czterdzieści jeden.


-Jeszcze raz. –złapałam się za głowę siedząc w gabinecie Hansa Joachima Watzke. Koło mnie na skórzanym fotelu siedział tata i patrzył na mnie rozbawionym wzrokiem. Moja mina musiała być bezcenna. Pan Watzke siedział naprzeciwko mnie i ze stoickim spokojem wszystko tłumaczył. –Mam być psychologiem Borussii ale tylko na rozpoczęcie sezonu?
-Dokładnie na miesiąc.-odpowiedział z uśmiechem. –W sierpniu Jürgen ze sztabem no i piłkarzami rzecz jasna jadą na obóz przygotowawczy, po nim jest oficjalne rozpoczęcie sezonu.
-A potem małe przyjęcie z tej okazji.-dokończył tata
-Nie mieszaj już dziewczynie.-zaczął się śmiać, a po chwili odchrząknął i wrócił do tłumaczenia –Borussia na chwilę obecną nie ma psychologa. Będziemy mieć problemy z UEFA jak się wczytają w dokumentację i przyczepią do tego faktu. Miałabyś w sumie z miesiąc na przeczytanie dotychczasowych opinii psychologów o graczach, tak wiesz, powierzchownie, zrobienia krótkiego wywiadu wśród piłkarzy i sztabu i na tej podstawie wreszcie napisać przemowę na rozpoczęcie Bundesligi, którą być wygłosiła przed drużyną i przedstawicielami z innych klubów i jeszcze tam jakimiś szychami. Oczywiście nie za darmo, dostaniesz pensję z dużym „ekstra”. Wymaga to jednak trochę czasu, pracy, poświęcenia. Rozumiem, że masz teraz wakacje, czas na odpoczynek, spędzanie czasu ze znajomymi…
-Chłopakiem.-dodał tata z szatańskim uśmiechem
-No wiesz!-spojrzałam na niego z wyrzutem i pokręciłam głową
-No proszę, nie chwaliłaś się.
-Nie ma czym.-odpowiedziałam ze śmiechem
-Któż dostąpił tego zaszczytu? Znam go?
-Znasz, znasz. Nijaki Reus. Marco Reus.
-No proszę! Marco. Nie spodziewałbym się.
-Że będzie mieć dziewczynę, czy, że to akurat ja nią będę?
-Nie, że… A nie ważne z resztą. Gdzie maniery, gratulacje. Dużo szczęścia.
-Dziękuję…-powiedziałam analizując jego słowa. Coś wie. Kurcze, tylko co? –Może wróćmy do tego psychologa.
-Teraz akurat miało być miejsce na twoją wypowiedź co o tym sądzisz.
-To szalone.
-Z pewnością.-zaśmiał się i wyjął jakąś teczkę z szuflady.
-Zarząd o tym wie?
-Zarząd to ja!-zaśmiał się i wyjął z teczki jakieś dokumenty. –A na poważnie to wszyscy wiedzą i uważają to za naprawdę dobry pomysł.
-Czy ja jestem do tego odpowiednia?
-Nie mam co do tego wątpliwości.
-Jak to?
-Lewandowscy trochę o twoich osiągnięciach poopowiadali i zarząd już złożył podpisy na umowie.
-Jak…-tak, byłam w ciężkim szoku. Wzięłam umowę do ręki i spojrzałam na już uzupełnione dane. Inga Klopp. Znowu to nazwisko. Nie mogę się przyzwyczaić.
-Widzę, że jesteś zaskoczona. Weź tą umowę i na spokojnie poczytaj sobie w domu. Jest trochę tu przeciągniętych faktów, musi tak być zapisane, umowa jest sporządzona przez naszego prawnika, żeby się wszystko w dokumentach pokrywało.
Otworzyłam umowę na ostatniej, trzeciej stronie i podjęłam naprawdę spontaniczną decyzję. Wzięłam pióro z przybornika i złożyłam mój podpis w wykropkowanym miejscu koło podpisów dyrektorów, prezesów i jeszcze innych władz Borussii. Odłożyłam pióro i zamknęłam zatyczkę. Podałam umowę panu Watzke, który patrzył się na mnie z zaskoczeniem podobnie jak tata.
-To szalone.-stwierdzili cytując mnie z przed chwili
-Lubię szalone wyzwania.-zaśmiałam się  -Od kiedy zaczynam pracę?
-Masz elastyczny terminarz. Wyrobimy ci plakietkę, że jesteś pracownikiem, dostaniesz własny gabinet w Idunie.
-Gabinet… No, no… Szkoda, że na miesiąc.
-Możemy negocjować potem przedłużenie jeśli będziesz chciała.
-O nie, nie. Inga potem ma studia nie będzie pracować.
-Tato, to kwestia dyskusyjna. To praca elastyczna.
-Dyskusja została zamknięta. Idziemy na dół. Nie ładnie tak naciągać.
-Nie naciągam!
-No właśnie!-stanął w mojej obronie Watzke śmiejąc się pod nosem. –To jak z tymi studiami?
-Właśnie miałam się pytać do kiedy składać dokumenty…
-Musimy najpierw załatwić dowód osobisty.-westchnął tata wymijając mnie w przejściu.
-Pewnie pójdzie sprawnie. Dokumenty byle do rozpoczęcia roku. Pojedziemy razem do Andreasa i damy mu dokumenty i świadectwa. Też sam nie wie na który rok cię przydzielić. Bo powinnaś iść na trzeci ale może też na ostatni. Nie wie jak znasz program.
-Znam cały. Dla mnie nie będzie różnicy gdzie będę. Muszę i tak zdać egzaminy i tak.
-No to mu przekażę jaką Jürgen ma zdolniachę.-odpowiedział z uśmiechem
-Oczywiście!




***



U państwa Watzke spędziliśmy resztę wieczoru. Było naprawdę miło. Pani Kristine poczęstowała nas pysznym ciastem własnej roboty i ciepłą herbatą. Wróciliśmy koło dwudziestej pierwszej. Emma jak się okazało bawiła się z owczarkiem niemieckim pana Watzke. Kiedy wróciliśmy do domu od razu poszła położyć się do swojego posłania na tarasie. Sama poszłam do pokoju, rozłożyłam matę i zaczęłam ćwiczyć. Czas się w końcu wziąć za siebie. Czułam ostatnio, że moja forma siada. Jak na tej nieszczęsnej wspinaczce z Marco na Borneo.
Nim zauważyłam na dworze się ściemniało. Miałam w planach zadzwonić jeszcze do Marco, ale może już spał? Wzięłam prysznic, przebrałam się w piżamę i stwierdziłam, że pójdę spać, a do Marco zadzwonię rano. Zapukałam jeszcze do sypialni taty.

-Proszę!-usłyszałam jego serdeczny głos
-Hej, chciałam powiedzieć dobranoc.-powiedziałam wchodząc do pokoju i zastałam dość niecodzienny widok-tata czytający książkę. To dość niecodzienny widok. Piłkarz z lekturą… A może?
-Dobranoc, dobranoc. Idź odpocznij, to był ciężki dzień.
-Oj był…
-A właśnie, masz jakieś plany na jutro?-zapytał odkładając książkę na bok
-Chciałam się spotkać na pewno z Marco. A tak to raczej nie.
-A możemy się tak umówić, że rano pojedziemy do urzędu zrobić te całe testy genetyczne żeby wyrobić ci dowód i starać się o obywatelstwo?
-Obywatelstwo też?
-No a nie? Dłużej na nie poczekamy ale już za jednym razem się papierzyska złoży. To jak?
-Mi odpowiada.
-No to super. Dobranoc?
-Dobranoc.-odpowiedziałam z uśmiechem –A widziałeś może Kloppsika?
-Zbyt długo przeciągasz „P” moja panno.-pogroził mi palcem śmiejąc się. –Nie, nie widziałem sierściucha.
-Skąd ta wojna między wami?
-Ja chciałem psa to mam Emmę. Ulla chciała kota to ma… Kloppsika. On wie, że ma panią i był zazdrosny kiedy Ulla poświęcała więcej uwagi mi a nie jemu. Zaczęło się syczenie i warczenie.
-Ciekawe czemu na mnie nie syczy.
-A kto tam te koty wie. Ty je lubisz to przynajmniej sobie pogłaszczesz.
-A no właśnie. Dobranoc po raz ęty.
-Dobranoc po raz ęty-pierwszy.


Wróciłam do swojego pokoju i zastałam tam…no właśnie. Leżącego na mojej poduszce Kloppsika machającego ogonem to w jedną to w drugą stronę. No proszę. Tu cię mam.



***


Rano załatwiliśmy sprawę z urzędem. Pani, która pobierała od nas próbki śliny była dość zdziwiona widokiem samego Jürgena Kloppa. Stres zdradzały trzęsące się dłonie. Oczywiście urzędnik zapewnił nas o dyskrecji i jak największej anonimowości. Cóż, zostało nam tylko wierzyć na słowo. Marco napisał rano do mnie sms’a o treści: „Porywam Cię dzisiaj na randkę. Nie przyjmuję odmowy. ”

Czekałam w swoim pokoju jak na szpilkach na jakąkolwiek wiadomość od Marco. Co pięć minut sprawdzałam czy nie mam jakiejś wiadomości. Nie wiedziałam nawet jak mam się ubrać. Elegancko? Na sportowo? A może normalnie? Stanęłam przed szafą i patrzyłam na to, co mogłabym potencjalnie założyć, gdy nagle poczułam czyjeś ręce na moich biodrach, a do moich nozdrzy dotarł tak dobrze znany mi zapach. Ręce po chwili przeniosły się z bioder na moją talię oplatając ją. Na ramieniu poczułam wbijający się podbródek.  Nie było innej opcji niż Reus. Nawet tatuaż na ręku go zdradzał.

-Dzień dobry.-szepnął do mojego ucha.
-Teraz to już idealny.-odwróciłam się do niego i złożyłam czuły pocałunek na jego ustach.
-Mmm…-wyczułam, że się uśmiecha –Idziemy?
-W co mam się ubrać? Elegancko czy…
-Tak jest idealnie.
-Obawiam się, że krótkie spodenki i luźny t-shirt nie będą odpowiednie jeśli zabierasz mnie do restauracji.
-Dla mnie wyglądasz idealnie. Uwielbiam twoje nogi.
-Marco!
-Słucham? I nie zabieram cię do restauracji. Chyba, że masz ochotę.
-Nie, nie mam.-westchnęłam i odwróciłam się do komody żeby zamknąć szufladę. Poczułam jak łapie mnie za łokcie i odwraca do siebie.
-Masz piękne nogi i lubię, kiedy je eksponujesz. Nie ma tu się czego wstydzić.-szepnął mi na ucho i pocałował namiętnie wplatając palce w moje włosy.

-Tyko włosy uczeszę.-szepnęłam w rozchylone wargi Marco
-Nie musisz…
-Właśnie dość brutalnie mi je rozczochrałeś. Wołają o szczotkę.
-Nie słyszę.-stwierdził przekornie i ponownie wpił się w moje usta. Uśmiechnęłam się i znów wplątałam palce w jego aksamitne włosy. Uwielbiałam to robić. Zwłaszcza, że miałam tę jakże niebywałą okazję dotknięcia jego świętych, nietykalnych włosów.
-No to ja też poproszę.
-Hmmm?-wyrwał mnie ze stanu latania pod sufitem z jednoczesną chęcią osunięcia się ledwo przytomna z przyspieszonym oddechem na podłogę.
-Jak już pójdziesz się uczesać to mi też możesz przynieść grzebień.. No już, zaraz się spóźnimy.
-Nie moja wina.
 -Doprawdy?
-A niby moja?
-Przy tobie nie umiem się powstrzymać. Sądzę więc, że po części tak.
-Wezmę ten grzebień.-bąknęłam pod nosem czując rumieńce na moich policzkach




Przed domem stał zaparkowany czarny Aston Martin. Trzeba było przyznać, że ten samochód robił niesamowite wrażenie.
-Zapraszam.-powiedział otwierając da mnie drzwi.
-Dziękuję.-uśmiechnęłam się i zajęłam jak mi się wydaje z gracją miejsce pasażera. Po chwili Marco usiadł na miejscu kierowcy i włożył kluczyki do stacyjki.
-Jedziemy?
-Na randkę?-uśmiechnęłam się szeroko. Prawdziwa randka z Marco…
-Nie. –Jak to? –Najpierw w jeszcze jedno miejsce, ucieszysz się.-powiedział tytułem wyjaśnienia i zapalił prawie niesłyszalny silnik.
Jechaliśmy z piętnaście minut ulicami Dortmundu. Marco konsekwentnie nie chciał mi udzielić choć odrobiny informacji. No cóż. Zostało mi podziwiać widoki za oknem i rzucać spojrzenie kiedy nie widział jak wymieniał z kimś sms’y na światłach. Niestety robił to w taki umiejętny sposób, że widziałam jedynie tylną obudowę jego iPhone’a.
W końcu stanęliśmy pod jakimś dużym domem. Marco nie zgasił silnika. Spojrzałam na niego pytająco, na co odpowiedział mi jedynie uśmiechem. Po chwili brama zaczęła się otwierać a Marco wjechał na teren posesji. Przy drzwiach stały dwie walizki. Na podjeździe stał jeszcze jeden samochód z otwartym bagażnikiem. Nic nie rozumiałam. Może to dom jednej z jego sióstr? Odwiedzamy jego rodziców? Blondyn zgasił silnik i odblokował drzwi. W tym samym momencie zobaczyłam wychodzącego przed dom Kubę. Otworzyłam pospiesznie drzwi i wybiegłam pośpiesznie z samochodu, by po chwili mocno przytulić Polaka.

-Jeny, jak ja się za tobą stęskniłam!-powiedziałam wzruszona i jeszcze mocniej go ścisnęłam
-Oj, mała, tylko mi tu nie płacz. Chyba jesteś szczęśliwa, co?
-Dzięki tobie.
-Nie, dzięki sobie. Co ja niby takiego zrobiłem?
-Oj, przecież wiesz. Wspierałeś mnie jak nikt inny.
-To nie ja poszedłem na randkę z Marco i wyznałem swoje uczucia.
-I lepiej nie chodź. Z resztą, nie zaproszę cię.-dobiegł do nas radosny głos Marco.
-Sorry, stary, wolę pójść na randkę z moją żoną.-odpowiedział mu z uśmiechem i objęli się po przyjacielsku. –Wyglądacie… Hmm. Inaczej. Lepiej. Uśmiechnięci.
-Yhym!-Przytaknęłam uradowana. Ku mojemu zdziwieniu Marco złapał mnie za rękę. Jak prawdziwa para. Ścisnęłam ją delikatnie i przejechałam kciukiem po jego knykciach. Spojrzał na mnie i złożył krótki pocałunek na moim czole.
-Chodźcie do domu. Napijecie się czegoś?
-Ja podziękuję. Jest Agata?
-Jest, kładzie spać Oliwkę, a ty, Marco?
-Ja też dziękuję, zaraz jedziemy dalej.
-Inga!-zawołała radośnie ze schodów Agata. Podeszłam do niej i mocno uściskałam
-Kwitniesz, kochana! Jak ty się zmieniłaś!
-Ty też, kochana kwitniesz! Wypiękniałaś! Jak ja dawno cię nie widziałam, chodź pójdziemy zrobić herbaty…
-Agatko, nie fatyguj się, kochana. My z Marco i tak tylko na chwilkę wpadliśmy.
-Marco?-zdziwiła się i zajrzała mi przez ramię. –Patrz, nie zauważyłam cię!-skierowała śmiejąc się do mojego chłopaka. Marco wstał z kanapy i przytulił na powitanie żonę Kuby i pocałował ją w policzek
-Ej, bo Inga będzie zazdrosna!-dała mu kuksańca w bok. Oboje uśmiechnęli się serdecznie. –Właśnie, gratuluję kochani. Już wam gratulowałam przez telefon ale tak osobiście też trzeba!-objęła dłonią Marco i wyciągnęła drugą rękę do mnie. Objęła nas mocno i pocałowała mnie w policzek.
-Jeny, widać ci już brzuszek!-zreflektowałam się i jeszcze raz objęłam przyjaciółkę –Już się nie mogę doczekać aż mała..albo mały przyjdzie na świat.
-Mam nadzieję, że podtrzymujesz decyzję odnośnie bycia mamą chrzestną?
-Oczywiście!-uśmiechnęłam się szeroko. Obejrzałam się za siebie. Marco i Kuba siedzieli na kanapie pochłonięci rozmową. Jakby wyczuł, że go obserwuję odwrócił się w moją stronę i pocałował wnętrze mojej dłoni.
-A ty?-zapytała mnie po polsku. Zmarszczyłam pytająco brwi. –Myślałaś kiedyś o dzieciach?
-Nie… Ale chyba mam czas, prawda?
-Masz… Lubisz dzieci.
-Pewnie, że lubię.
-Wyobrażasz sobie mieć kiedyś dzieci z Marco?
-Pytasz czy chcę mieć dzieci czy , czy z Marco? Bo jeśli to drugie, to ja… Ja po prostu nie widzę przyszłości z nikim innym. –wyznałam i przytuliłam mocno przyjaciółkę.
Kiedy tylko puściłyśmy się spojrzałam na chłopaków, którzy akurat zamilkli. Kuba spojrzał na mnie z ciepłym uśmiechem, a Marco za to z lekką konsternacją, jak zawsze z resztą, kiedy rozmawia się przy nim w języku, którego nie rozumie. Usiadłam na jego kolanach i złapałam jego dłoń
-Spokojnie, tylko trochę cię poobgadywałyśmy.
-Muszę się trochę w tym twoim polskim podszkolić.
-Dobrze, znajdziemy sobie jakiś inny język, prawda Agatko?
-Oczywiście!-zaśmiała się przytulając do Kuby.
-To co, zbieramy się?-zapytał mnie z czułością przytulając do siebie.
-Jeśli musimy…
-Już nie chcesz iść na randkę?
-No to idziemy!-uśmiechnęłam się szeroko i podniosłam się z jego kolan



***


Jechaliśmy już dwadzieścia minut. Marco jak można było się tego spodziewać nic mi nie powiedział. Położyłam dłoń na jego udzie i zaczęłam wodzić paznokciami w górę i w dół. W pewnym momencie Marco wziął moją dłoń, pocałował knykcie i odłożył na moją nogę.

-Pięć minut.-oznajmił dalej patrząc na ulicę lecz nie zabrał swojej dłoni i zaczął robić to co ja jemu przed chwilą.
Jak w zegarku, pięć minut później stanęliśmy na drodze w lesie.
-Zabrakło paliwa?-zdziwiłam się
-Nie, jesteśmy prawie na miejscu…Kurczę.. To jest dobra droga?-zabrał rękę z mojej nogi i położył na kierownicy. Zajrzał przez okno koło mnie –Dobra.
Ruszyliśmy znowu długą drogą, aż w końcu zatrzymaliśmy się przy jeziorze.
-Jesteśmy.-uśmiechnął się i pocałował mnie delikatnie –Możemy wysiadać.
Wysiedliśmy z samochodu. Weszłam na piach i nie mogłam nacieszyć oczu. Plaża dookoła jeziora w samym centrum lasu. Nikogo na niej nie było. Cała plaża dla nas. Marco podszedł do mnie od tyłu i objął w pasie.
-Zapraszam panią na randkę.-pocałował mnie w policzek i poprowadził na środek plaży. Tam ku mojemu zaskoczeniu rozłożył duży koc i postawił na nim wiklinowy koszyk z jedzeniem.
-Piknik!-ucieszyłam się i usiadłam na kocu. Zaraz potem przysiadł się koło mnie Marco i zdjął buty. Rozprostował nogi i spojrzał na mnie z przeogromną miłością. Przysunęłam się do niego i wtuliłam jak w pluszowego misia. Marco założył swoje okulary przeciwsłoneczne, w których wyglądał hmm… Cudownie.
-Co mi się tak przyglądasz?-mruknął w moje włosy
-Jesteś taki przystojny…-westchnęłam –I wybrałeś sobie…mnie.
-Najpiękniejszą kobietę na świecie.-powiedział i położył się na kocu ciągnąć mnie za sobą. –Dlaczego uważasz, że nie jesteś atrakcyjna?
-A jestem?
-Nawet nie wiesz jak bardzo.
-Co jest we mnie takiego? No wiesz. Nie chcę, żebym teraz zmuszała cię, żebyś mnie wychwalał ale… Ja stając przed lustrem widzę zwykłą, przeciętną dziewczynę jakich wiele a ty mówisz mi, że jestem piękna…I czuję się…dziwnie i…
-Nie umiesz przyjmować komplementów. Nie umiesz dostrzec jak bardzo piękną kobietą jesteś? Nie było na wakacjach mężczyzny, który by się za tobą nie obejrzał.
-Nie widziałam…
-Nie zwracałaś uwagi po prostu. I całe szczęście. A co jest w tobie pięknego? Poza tym, kim jesteś, twoim cudownym charakterem, poza twoim uczuciem, którym mnie darzysz i sprawiasz, że jestem najszczęśliwszym facetem na świecie to… To tak, panno Klopp…- Podniósł się i usiadł okrakiem na moich nogach.- Masz niesamowicie seksowne nogi…-zaczął przesuwać powoli dłońmi ku górze i położył dłonie na moich kościach biodrowych. Nachylił się nad moim uchem i szepnął –Nieziemski tyłek…
-Marco!-roześmiałam się i chciałam się już przekręcić na bok ale on cały czas trzymał nieustępliwie na moich biodrach tak, że nie mogłam się ruszyć.
-Mówię poważnie.-stwierdził –Uwielbiam twoją talię. –podciągnął palcami moją bluzkę i zaczął składać pocałunki w linii od mojego pępka do talii i z powrotem. Oh… Jakie to cudowne uczucie…
-Dość…-westchnęłam i przekręciłam nas tak, że to ja leżałam na nim.
-Nie skończyłem.
-Ale ja tak.-stwierdziłam pewnie i pocałowałam go  -A teraz chcę coś zjeść. Pokaż co przywiozłeś.
-Oj, Inga, Inga.-zaśmiał się i podniósł się do pozycji siedzącej. –Frykasów nie ma… Kanapeczki, owoce i świeżo wyciskany sok pomarańczowy.
-Mmm…-uśmiechnęłam się i wyjęłam szklaneczki a potem butelkę z sokiem. Rozlałam dla nas a w tym czasie Marco wyjął na plastikowe talerzyki małe kanapki. –Z czym są?
-Różne. Z mięsem, sałatą, z serem, i z rybą.
-Słyszałam  kiedyś, że nie lubisz ryb ani sushi.
-I dobrze słyszałaś.
-No to masz problem, panie Reus, bo ryby są bardzo zdrowe.-pogroziłam mu palcem ze śmiechem –I musisz je jeść, żeby być zdrowym i mieć dobrą formę.
-Masz gadane jak sam Jürgen Klopp. To, że nie lubię to znaczy, że nie jem. Raz na jakiś czas zjem, ale nie pałam do nich gorącym uczuciem.
-No ja myślę, bo bym była zazdrosna.
-O rybę?
-A nie mogę?-zapytałam poważnie  i ugryzłam kanapkę, żeby się nie roześmiać.
-Oh, oczywiście, że możesz. Fajnie, że jesteś zazdrosna… No a jeśli jesteś zazdrosna akurat o rybę…-stwierdził równie poważnie i sam zaczął konsumować przygotowany przez niego posiłek a kiedy już przełknęliśmy oboje parsknęliśmy śmiechem
-Oj, Inga.-nie mógł przestać się śmiać i objął mnie ramionami. Położyłam głowę na jego ramieniu i dokończyłam kanapkę.
-Ale gorąco…-westchnął. Tak, było gorąco, choć zastanawiało mnie czy to przez słońce, czy jednak przez tą bliskość, która aż elektryzowała. Westchnęłam pod nosem, a Marco na chwilę mnie puścił i zdjął koszulkę. O kurczę. Zebrałam całą moją silną wolę, żeby się nie odwrócić i nie gapić  na jego idealnie wyrzeźbiony tors. Patrzyłam się w jeden punkt na jeziorze. Po chwili poczułam przyciągające dłonie blondyna na mojej talii i oparł mnie sobie o swój nagi tors. Mięśnie…Same mięśnie.
-Muszę zacząć ćwiczyć.-mruknęłam pod nosem
-Nie musisz… Masz idealną sylwetkę.-stwierdził i pocałował mnie w policzek
-Wprawiasz mnie w kompleksy swoimi mięśniami.
-Mogę dla ciebie przytyć. I mieć taki duży brzuch jak kobieta w ciąży.
-Nie! Nawet o tym nie myśl. To nie pasuje do ciebie… Ale jeśli na starość ci się trochę przytyje…To i tak cię będę kochać, ale będziesz miał przymusową siłownię.
-A więc myślisz już o naszej starości? –czułam że się uśmiecha..a ja znowu musiałam palnąć jakąś głupotę. Podniósł się z miejsca i stanął przede mną wyciągając rękę. Ujęłam ją niepewnie i stanęłam koło niego. –Kocham cię.-powiedział i przytulił mnie do siebie. –Jesteś moim największym szczęściem, pamiętaj o tym.  –uśmiechnęłam się i jeszcze mocniej wtuliłam się w niego. W jednej chwili złapał mnie w talii i zaczął kręcić dookoła w powietrzu.
-Postaw mnie! Marcoo!-pisnęłam kurczowo łapiąc się jego barków.
-Nigdy.-zaśmiał się radośnie i podrzucił mnie tak, że wylądowałam wprost w jego ramionach. Zaczął biec w stronę pomostu, a potem wskoczył do chłodnej wody jeziora. Na nic zdawały się wtedy moje piski i wierzganie nogami na wszystkie strony.
Wynurzyliśmy się z wody. Złapałam się mocno chłopaka
-Chodźmy proszę na bardziej płytką.
-Boisz się pływać na głębokiej?
-Ja nie umiem pływać na głębokiej.-powiedziałam oplątując nogami jego biodra.
-Serio?
-Jak nie mam dna to się topię. Możemy już?
-Oczywiście.-uśmiechnął się i nie wiem jakim cudem ze mną uczepioną niczym koala podpłynął bliżej brzegu.
-Uduszę cię.
-Dlaczego?
-Nie mam nic na przebranie.
-Musisz zdjąć mokre ubrania bo się przeziębisz.
-Co ty nie powiesz…
-..A że nie masz nic…
-Zboczeniec!-chlusnęłam go wodą i zaczęłam uciekać w stronę plaży
-Zboczeniec, który ma na twoim punkcie fioła.-usłyszałam jego głos tuż przy uchu.
-Muszę się przebrać.
-Mam ciuchy w samochodzie.
-Z pewnością.
-Ingaa…-podbiegł do mnie i złapał mnie za rękę. –Nie dąsaj się już.-zatrzymał mnie i złożył słodki pocałunek na moich ustach.
-No dobra. Daj już te ciuchy.-uśmiechnęłam się szeroko i złapałam go za rękę.
Poszliśmy do jego samochodu. Wyjął z bagażnika firmową torbę Borussii.
-Mój dres. Pewnie wszystko będzie za duże.
-To mogę?
-Pewnie. Proszę bardzo. –wręczył mi ją do ręki.
-Masz jakiś koc?
-Po co ci koc?
-Żebyś mnie nim zasłonił.
-Przecież nikogo tu nie ma.-stwierdził z głupkowatym uśmiechem
-To jak z tym kocem?
-Mam.


Przebrałam się w szary dres. Swoje trampki na szczęście zdjęłam przed wrzuceniem do jeziora, wiec cudem jako jedyne ocalały. Usiedliśmy z powrotem na kocu. Marco wytarł się kocem, którym wcześniej mnie osłaniał i założył swój t-shirt. Przeczesałam palcami włosy, żeby szybciej wyschły.
-Chcesz coś jeszcze zjeść?
-A co masz?-uśmiechnęłam się na widok jego pięknych, błyszczących oczu.
-Mam pomysł!-oświadczył i przestawił koszyk bliżej nas. –Chodź, połóż się.
Zaczęłam kłaść się na kocu jednak kiedy już miałam położyć głowę Marco się zaśmiał i złapał mnie pod rękoma i przekręcił tak, że głowę miałam na jego udach.
-Tak się połóż. –uśmiechnął się i wyjął z koszyka czerwone winogrona. –Lubisz?-zapytał na co tylko pokiwałam twierdząco głową. Zerwał mi jedną kuleczkę i włożył do buzi. Ja niczym zahipnotyzowana zaczęłam przeżuwać patrząc w jego oczy.
-Jeszcze?-zapytał a ja znów pokiwałam głową –Coś mało rozmowni dzisiaj jesteśmy.-zaśmiał się i podał mi kolejną. –Dobre? Hm… Zaraz sprawdzimy.-nachylił się nade mną i pocałował namiętnie.
-I jak?-szepnęłam nabierając oddechu
-Wspaniałe w połączeniu z tobą.-odpowiedział schodząc ze mnie i położył się tuż obok.
Położyłam się na boku i położyłam rękę na jego torsie.
-Skąd znasz to miejsce?
-Podoba ci się?
-Jest niezwykłe…
-Przyjeżdżałem tu z rodzicami i siostrami jako dziecko. Mama rozstawiała nam namiot i czytała książkę, a my budowaliśmy babki z piasku. Tata miał grilla i jedliśmy też tu obiad. Zawsze było tu mało osób, często się zdarzało, że byliśmy tu sami, jak my teraz. Niewiele osób zna to miejsce.
-Dziękuję, że mnie tu zabrałeś.
-Ależ nie ma za co. Cieszę się, że jesteś tu ze mną. Wiesz, chyba powinniśmy powoli wracać.
-Już?
-Długo już tu jesteśmy, zobacz, osiemnasta.
-Nie pomyślałabym.
-Ja też nie. Obiecuję, że jeszcze nie raz cię tu zabiorę.
-Zapamiętam. To co, weź koszyk ja złożę koc.





***



Pół godziny później stanęliśmy pod domem.
-Wejdziesz?
-Dziękuję, ale może innym razem, dobrze?
-Okej. A… Kiedy się zobaczymy?
-Jutro. Chyba, że masz mnie już dość.
-Nigdy!-zaprotestowałam i złożyłam czuły pocałunek na jego ustach. –A więc do jutra. Będę tęsknić.
-Ja też. Weź może jakąś ciepłą kąpiel żebyś się nie przeziębiła po tym jeziorze.
-Dobrze tatusiu.
-Ja ci dam. Idź już. I wygrzej się, mówię poważnie.-pocałował mnie jeszcze raz i dopiero wtedy odblokował drzwi od Astona.
-Dziękuję za dzisiejszą randkę. Była wspaniała. I cieszę się, że zabrałeś mnie do Kuby.
-Cieszę się, że się cieszysz.
-Do jutra.
-Do jutra, pa.-ścisnęłam nasze złączone dłonie i wysiadłam z samochodu.



Weszłam do domu i zdjęłam trampki. W salonie zastałam tatę przed laptopem.

-Hej, wróciłam!-wyjrzał zza laptopa i spojrzał na mnie jak na kosmitę
-Co ci się stało?
-Mnie? A co się miało by stać?
-Spójrz w lustro.-tak zrobiłam. Stanęłam przed lustrem i… No tak, dres Marco, w którym wyglądałam jak w worku. Spodnie ledwo mi się trzymały, bluzka jeszcze jako tako.
-To ja się przebiorę.-zaśmiałam się do swojego odbicia
-A wychodzisz gdzieś jeszcze?
-Myślałam nad tym, chyba tak. Wiesz jak mogę dojść stąd do galerii? Tej takiej dużej w centrum.
-Bardzo prosto, wytłumaczę ci szybko. A co, zakupy?
-Nie, punkt orientacyjny.
-Dokąd?

-Lewandowskich!-odpowiedziałam wchodząc na piętro. Tak, muszę im w końcu powiedzieć. Nie było by fair, żeby dowiedzieli się razem ze wszystkimi. Czeka mnie trudne zadanie. 






~~~

Dziękuję kochane za wszystkie komentarze!<3 To naprawdę motywuje ->motywujcie, proszę dalej!:)
Trochę przesłodzę przez następne rozdziały, coś wplotę co się zacznie rozwijać i..zobaczycie co się stanie:)
Marco znów w Dubaju...takiemu to dobrze..
No i wygrana Auby!! Nie było przecież innej opcji!:)

Za tydzień kolejny!
Buziaki!:**


sobota, 2 stycznia 2016

Czterdzieści.



/Marco/

Zadzwoniłem do domu trenera. Czułem się jak ostatni dupek. Bo w sumie tak się zachowałem. Przerażenie sięgnęło zenitu, kiedy napisała mi, że wyjeżdża. Nie wybaczyłbym tego sobie, gdyby wyjechała na zawsze z Dortmundu przeze mnie. Przełożyłem bukiet róż do ręki i kiedy ponownie chciałem nacisnąć przycisk dzwonka drzwi otworzyły się a w nich stanął Klopp.

-Dobry wieczór, jest…
-Jest.-odpowiedział  i przepuścił mnie w drzwiach. Wszedłem do przedpokoju i obejrzałem się za siebie. Zamknął drzwi i spojrzał się na mnie wzrokiem, z którego nie mogłem nic wyczytać.
-Chodź do kuchni.-rzucił krótko. Tam jest Inga? Obawiam się, że czeka mnie długa rozmowa z trenerem i nie będzie miała ona podłoża zawodowego.
Przeszliśmy bez słowa przez salon i usiedliśmy w kuchni przy stole. Na blacie położyłem róże.
-Ja…-zacząłem nie do końca wiedząc co powiedzieć
-Chcesz się czegoś napić? Woda, herbata, sok?
-Może woda.
-Akurat nie ma.-stwierdził i usiadł naprzeciw mnie. Spojrzał na mnie spode łba a chwilę później roześmiał się głośno. –Twoja mina była bezcenna. –klepnął dłonią stół nadal się śmiejąc i wstał nalać mi wody. Sam zaśmiałem się z siebie.
-Inga mi powiedziała, więc nie musisz układać sobie przemowy. –powiedział stawiając przede mną szklankę z wodą.  –Ale i tak mamy do pogadania. Bo powiedziała mi też o tym co się stało. I wisisz mi koszulę bo mam kołnierzyk ubrudzony tuszem do rzęs.
Spuściłem głowę i zupełnie nie wiedziałem co powiedzieć. Płakała. Przeze mnie. Co za głupia sytuacja.
-Mogę do niej pójść?
-Nie.-stwierdził pewnie. –Zależy ci na niej?
-Bardzo. Nie spałem przez całą noc. Jestem na siebie cholernie zły przez to co sam z resztą odwaliłem. Zamiast z nią porozmawiać obraziłem się jak głupie dziecko. Nie mam pewności przecież, że miedzy nią a tym całym Tobiasem się coś wydarzyło. Powinienem jej całkowicie ufać i nie czuć się zazdrosnym, ale… Tak bardzo mi na niej zależy, że swoim zachowaniem wszystko psuję. Jeśli ona mi nie wybaczy to…
-Marco. Popełniacie błędy. Oboje. Z tego co wiem Inga też powiedziała coś głupiego i do teraz ma sobie za to złe i myśli, że to przez to cała ta sytuacja. Nie zamierzam bawić się tu w pośrednika, jesteście dorośli i takie rzeczy powinniście wyjaśniać sobie sami, ale… Widzę, że jesteście w sobie oboje bardzo zakochani i bardzo wam na sobie zależy. Tobie na Indze i na odwrót. Do wszystkiego podchodzicie zbyt emocjonalnie. To widać. Zacznijcie powoli, na spokojnie. Musicie się wiele o sobie nauczyć. Nie mam oczywiście tutaj nauki anatomii nie myśl sobie, Reus. –pogroził mi palcem powstrzymując uśmiech. –Chodzi mi o wasze charaktery, zachowania, przyzwyczajenia. Pogadajcie szczerze, o wszystkim co wam leży na sercu. Inga nigdy nie miała chłopaka, jeśli idzie coś nie tak to ona myśli, że to już koniec. Myślę też, że ma strasznie niską samoocenę i nie do końca czuje, że naprawdę jesteś tym jej chłopakiem… Jak już musisz.-dodał przewracając oczami, co wywołało u mnie cichy śmiech, ale zaraz znowu powróciła powaga. –Musisz z nią porozmawiać…
-Rozmawialiśmy o tym.
-Musisz jej to powtarzać. Musicie stworzyć taką więź, której nic nie rozerwie. Na razie widzę zwykłą niteczkę, która może za mocniejszym szarpnięciem pęknąć.  Musicie zacząć od tego sznurka aż będzie sznur, drut czy stalowy pręt… Poetycko, no nie?
-Ymm… Oczywiście.-odparłem z uśmiechem.
-No. Marco, posłuchaj.-podrapał się po głowie myśląc o czymś –Bądź dla niej dobry. Nie zrań jej. Ona potrzebuje bliskości. Straciła bardzo ważną osobę i…
-Wiem. –przerwałem mu. –Inga jest bardzo ważną osobą w moim życiu, kocham ją i chcę być przy niej zawsze. Zrobić wszystko żeby była szczęśliwa, bo jej uśmiech jest dla mnie największą nagrodą i szczęściem.
-Oj, Marco. –wstał z miejsca, postanowiłem zrobić to samo. –Ty wiesz, że jesteś dla mnie jak syn. Chcę dla ciebie jak najlepiej. Ale wiesz… Inga to córka.
-A.. No tak.-zaśmialiśmy się oboje
-Nie chciałbym stawać nigdy po jednej ze stron. Chcę waszego szczęścia. A jeśli to ma skutkować twoim ciągłym nachodzeniem…
-Mogę ją zabierać do siebie, żeby ciągle nie nachodzić.
-Ależ w życiu! Bo ja wiem co tam będziecie wyprawiać. Tu mam większą kontrolę.
-Przecież wiesz, że…
-Oj wiem, próbuję odtworzyć rolę zgorzkniałego ojca stającego na straży swojej córki. Ostatnio i tak mi wytknęła, że zrzędzę jak baba po dziewięćdziesiątce, więc niech ma. Siarę przed chłopakiem.-zacząłem się śmiać. Tylko Inga mogła tak powiedzieć.
-Nie chcę jej skrzywdzić, nie masz się o co martwić.
-Wiem. Powodzenia.-z uśmiechem objął mnie, a potem popchnął w stronę schodów. –Idź idź, bo ci księżniczka uśnie. A z tym wychodzeniem…
-To żartowałeś.-odpowiedziałem na co trener zaśmiał się i puścił oczko.


Stanąłem w korytarzu tylko… Który to pokój Ingi? No tak, debilu, może te drzwi, spod których wychodzi lekkie światło.





/Inga/

Stał tam. Ubrany w podkoszulek i narzuconą na nią koszulę w kratę i jeansy. Czyli jak zwykle cudownie. Idealnie ułożone włosy i jego piękne, błyszczące oczy. Podszedł do mnie kilka kroków a ja patrzyłam się w niego jak najpiękniejszy obrazek świata.

-Hej.-nawet nie wiem kiedy wydobyło się z moich ust. Nie spuszczałam z niego wzroku. Przysiadł powoli koło mnie na łóżku, a potem przysunął się. Złapał moją dłoń i mocno ją ścisnął. Chwilę później poczułam jego rękę na mojej szyi i nachalnie wpijające się jego usta w moje. Zaskoczyło mnie to, a zarazem obudziło do reszty. Objęłam rękoma jego szyję i przyciągnęłam do siebie, a on odbierając to za zielony sygnał pogłębił pocałunek i delikatnie gładził językiem moje podniebienie. Czułam, że znowu mam nogi jak z waty. I nie tylko nogi. Cała czułam się jak jedna wielka wata. Wata uzależniona od jego pocałunków. I poddana tylko im. Kiedy mi brakowało już oddechu zaczął schodzić pocałunkami niżej na szyję, potem ramiona. Jego ręka sunęła wzdłuż mojej talii i pozostawiała ognisty ślad na moim ciele. Czułam się jakby ktoś mnie wrzucił do wrzątku. Jego dłoń wślizgnęła się pod bluzkę, położył ją na wcięciu mojej talii i gładził ją palcami sprawiając, że czułam się jakbym miała zaraz stracić przytomność.

Po kilku minutach najcudowniejsze pocałunki świata skończyły się, a my leżąc na sobie łapaliśmy oddechy.

-Przepraszam.-szepnął w zagłębienie mojej szyi, a potem pocałował to miejsce. Przeczesałam kolejny raz jego włosy i jeszcze mocniej się w niego wtuliłam
-Za pocałunki, czy tą całą sytuację?-zapytałam
-Nigdy nie przeproszę cię za pocałunki.-szepnął mi do ucha i wstał ze mnie po czym złapał mnie i posadził sobie na kolanach. Objęłam go w pasie i położyłam głowę na jego piersi.
-Przepraszam za tą chorą sytuację. Mogłem porozmawiać z tobą, wiem. Nawet powinienem. To co usłyszałem. Zapytała czy na pewno już nic do niego nie czujesz… Ja…
-Nie, Marco.-przerwałam mu- Zapytała czy nic do niego nie czuję. Bez już. A moja odpowiedź była przecząca, bo kocham tylko ciebie. Powinieneś to wiedzieć. Mnie nasza cała jednodniowa rozłąka jeszcze bardziej w tym uświadomiła. Kocham cię.
-Ja też ciebie kocham, przepraszam. Po prostu boję się, że mogę cię stracić. Panicznie. To moja największa słabość. Ty jesteś moją największą słabością. Może to za szybko dla ciebie na takie wyznania, ale chcę żebyś wiedziała, że nie wyobrażam sobie innej codzienności niż z tobą przy boku. Jesteś dla mnie cholernie ważna. Nie chcę cię skrzywdzić, nie chcę cię zranić. Nie wiem, czy na pewno mogę się posunąć do stopnia jaki bym chciał, żeby nie wyrządzić ci żadnej krzywdy.
-Musisz mi powiedzieć, czego ty po mnie oczekujesz. Chcę, żebyś był... Nie wiem jak to ująć… Zadowolony?
-Inga… Uwierz mi, że wystarcza mi to co mi dajesz.
-Zwykłe pocałunki?
-Kocham je i nie są one zwykłe. Teraz na przykład zrobiliśmy coś więcej niż zawsze. Nie mam jak cię pytać, bo nie wiem czasami co chcę zrobić w danej chwili i nie umiem czasem tego opisywać, ale ty mi nie przeszkodziłaś, więc…
-To przed chwilą mi się szalenie podobało.-uśmiechnęłam się i pocałowałam go w usta.
-Nawet nie wiesz jak mi też.-szepnął mi do ucha i je przygryzł, a zaraz potem przycisnął delikatnie nabrzmiałą męskość do mojego uda. –Widzisz, co ty ze mną robisz?-zapytał i złapał moje policzki obiema dłońmi, by znowu mnie pocałować, a ja zupełnie nie wiedziałam co powiedzieć. Po prostu zatkało mnie.  
-Ja nie…-westchnęłam i wtuliłam się w niego
-Wiem i szanuję to. Nie będę cię naciskać ani do niczego zmuszać. Rozmawialiśmy o tym.
-A jeśli długo… No wiesz.-czułam, że moje policzki stają się czerwone jak buraki. Jeszcze mocniej wtuliłam się w niego mając nadzieję, na ukrycie twarzy.
-Inga.-na nieszczęście pociągnął za moją brodę i nakierował tak, że nasze spojrzenia się spotkały.-Kocham cię. I będę czekać ile tylko będzie trzeba. Choćby i sto lat. Chcę mieć pewność, że będziesz gotowa. Nie przejmuj się tym. Serio. Nie tylko o to chodzi w związku.
-Wiem.-spuściłam wzrok i uśmiechnęłam się delikatnie.
-Nie chcę cię do niczego ponaglać. To przyjdzie samo. Zobaczysz.-uśmiechnął się i pocałował mnie w dłoń. –Kocham cię, a teraz chodź, pogadamy.-zabrał mnie z kolan i usadził na poduszkach –Jak to mówił twój tata trzeba zacząć od nitki żeby skończyć na stalowym drucie.
-Rozmawiałeś z tatą o nas?-zdziwiłam się
-Yhym.
-I co?
-Dopóki będę grzeczny będzie ok. A teraz mamy kilka kwestii do obgadania.
-Okej… Rozumiem, że chcesz wiedzieć co z Tobiasem.-zaczęłam nerwowo  skubać róg poduszki
-Jeśli nie chcesz to nie musisz, bardziej chodziło mi…
-Między nami nic nie zaszło. Nawet mnie nie pocałował.-przerwałam mu –Chcę, żebyś to wiedział. Pewnie nurtuje cię to. I nie zaprzeczaj. Powiedział, że mnie kocha. Ale ja mu nie powiedziałam tego samego. Powiedziałam, że moje serce należy do kogoś innego. –spojrzałam na niego niepewnie i chwyciłam za jego dłonie. –Do ciebie.
-Tak?
-Tak. Jestem tylko twoja, o ile mnie chcesz.
-Pytanie.-zaśmiał się jak nastolatek i przytulił mnie do siebie –A ty zechcesz mnie?
-No jacha.-odpowiedziałam na co oboje głośno się roześmialiśmy. –Kocham cię.
-A ja ciebie. –odpowiedział i pocałował mnie w czoło. –Chciałem ci powiedzieć, że zależy mi na tym, żebyśmy zawsze ze sobą szczerze rozmawiali i mówili o wszystkim, nie robili jakiś niepotrzebnych tajemnic. Nie chodzi mi od razu, że musisz mi zdawać relacje co gdzie robiłaś, chociaż też możesz mi o tym opowiadać, ale głównie chodzi mi o takie ważniejsze sprawy, żebym potem nie musiał się czuć jak debil.
-Tyczy się obydwu stron.
-Oczywiście.
-To chyba muszę ci coś powiedzieć.-spojrzałam w jego zaciekawione oczy



-Eeem.-usłyszeliśmy chrząknięcie dobiegające ze strony drzwi. Oboje się odwróciliśmy. Zza nich wystawała ręka trzymająca bukiet róż.
-Ooo, zapomniałem.-poderwał się z łóżka Marco i podszedł odebrać kwiaty. –Dzięki.
-Mogę na chwilę?-zapytał tata na co Marco pokiwał mu przytakująco głową. Wszedł dwa kroki do pokoju i spojrzał się na mnie-skuloną na poduszkach z błyszczącymi oczami i rumieńcami na policzkach.
-Inga, wychodzę na zakupy, bo w lodówce już w ogóle zostało światło.
-Będą jeszcze otwarte?
-Będę godzinę przed zamknięciem, mniej ludzi, mniej fanów, mniej autografów, więcej spokoju.
-Okej.
-Grzecznie mi tu, dobra?-pogroził palcem Marco i wyszedł za drzwi.


-Kwiaty dla ciebie.-podszedł wyciągając do mnie bukiet czerwonych róż.
-Dziękuję. Dołożę do tych z Malezji, zwiędły, ale mam…-nie dokończyłam, ponieważ w tym samym momencie zauważyłam pięknie kwitnące kwiaty od Marco. –Odżyły…-powiedziałam nie dowierzając patrząc na oba bukiety.
-Jak nasza miłość.-szepnął mi do ucha i delikatnie przygryzł jego płatek.
-Romantyk…-zaśmiałam się pod nosem i wstawiłam bukiet czerwonych róż do wazonu z pomarańczowymi.

Odwróciłam się i zobaczyłam półleżącego, podpierającego się na łokciach Marco na moim łóżku.
-Nie za wygodnie ci?
-Wygodniej by było gdybyś leżała koło mnie..albo..pode mną.-wyszczerzył się w szerokim uśmiechu i poruszał znacząco brwiami.
-Niewyżyty…-pokręciłam głową i podeszłam tak, że stałam tuż przy krawędzi łóżka i spojrzałam na niego. –Właściwie… to powinnam ci zrobić niezłą awanturę, wiesz?
-Yhymm…-potwierdził wędrując wzrokiem po moim ciele
-Marco.
-Yhym?-podniósł się do pozycji siedzącej i zadarł głowę, by spojrzeć prosto w moje oczy.
-Nawet nie próbuj. Wiem dobrze co robisz.
-Co robię?-położył dłonie na zgięciach moich kolan nie odrywając wzroku
-Próbujesz mnie uwieść tym swoim spojrzeniem oraz tym co robisz i jednocześnie mieć z głowy moje awantury i wyrzuty.
-Doprawdy?-podciągnął ręce na moje uda i jednym pchnięciem sprawił, że poleciałam wprost na niego
-Tak.-odpowiedziałam patrząc na jego kuszące usta
-No dalej, panno Klopp. –jedną ręką przeciągnął wolno w górę mojego uda, po pośladku aż do talii, a drugą zaczął kreślić koła na moim udzie. –Skrzycz mnie.
-Do jasnej cholery, co ja się z tobą mam, Reus.-westchnęłam i wpiłam się namiętnie w jego usta
czując jak uśmiecha się zwycięsko. Wplotłam dłonie w jego włosy i pogłębiłam pocałunek, na co usłyszałam jego zduszony jęk. Przekręcił mnie tak, że leżałam pod nim, a nasze pocałunki stawały się coraz zachłanniejsze…Stęsknione… Bardzo stęsknione.
-Marco…-szepnęłam w jego rozchylone wargi a on odpowiedział mi cichym mruknięciem –Nie mogę oddychać.-zaśmiałam się i oderwałam się od jego ust i położyłam głowę na jego klatce. Marco objął mnie i zaczął bawić się moimi włosami.
-Miauu-usłyszeliśmy znad naszych głów. Uśmiechnęłam się szeroko i zeszłam z Marco by usiąść na łóżku i wziąć na nogi kochanego kociaka. Prawie bym o nim zapomniała.
-Kot?-zaśmiał się Marco i usiadł koło mnie
-Kloppsik.-wyjaśniłam i zaczęłam głaskać go za uszkiem.
-Serio?-prychnął śmiechem patrząc to na mnie to na kota –Trener to słyszał?
-Słyszał wersję bez jednego „P”. Z tym podwójnym to może być ksywka.
-Yhym… Czyli co, Klopsik „Kloppsik” Klopp?
-Dokładnie.-uśmiechnęłam się szeroko i wzięłam kota na ręce i przytuliłam go jak małe dziecko.
-Chyba czuję się zazdrosny.
-Cóż ja ci na to poradzę?-zapytałam i pocałowałam kota w główkę –On przynajmniej nie strzela durnych fochów.
-Inga…
-Teraz ja mam focha.
-Serio?-zaśmiał się i spojrzał na mnie spod byka
-Nigdy nie wątp w focha kobiety. A teraz wybacz, pójdę się przebrać w piżamę.
-Znudziłaś się moją obecnością?
-Nie moja wina, że przyszedłeś o tak późnej porze. –wstałam z łóżka i położyłam Kloppsika koło Marco. Wybrałam piżamę z komody i ruszyłam w stronę drzwi, żeby przebrać się w łazience.
-Kobiety…-usłyszałam ciche westchnięcie Marco
-Mówiłeś coś?
-Skąd.
-To dobrze.-uśmiechnęłam się sztucznie i wyszłam na korytarz, a zamykając za sobą drzwi usłyszałam krzyk Marco

-Przeklęty poduszkowiec! Użarł mnie!
-Wykrwawiasz się na śmierć?-krzyknęłam do niego z korytarza
-Prawie by mi przegryzł tętnicę.
-W palcu?
-A żebyś wiedziała!


***


-Idź już spać.-powiedział kończąc nasz cudowny, długi pocałunek
-Cieszę się, że wszystko sobie wyjaśniliśmy.
-Ja też. I kocham cię, nigdy w to nie wątp. Nawet jeśli czekają nas długie rozstania.
-Z mojej strony nie będzie zbyt wielu rozstań. –uśmiechnęłam się bawiąc się palcami jego dłoni. Popatrzył na mnie zdziwionym wzrokiem. –Nigdzie nie wyjeżdżam.
-A uczelnia?
-Zostaję w Dortmundzie, Marco.-powiedziałam powoli widząc jego szczęśliwie błyszczące oczy
-Na zawsze?
-Na zawsze.-odpowiedziałam z uśmiechem. On pogładził dłonią mój policzek i pocałował w czoło. Objął mnie mocno delikatnie zsuwając z nas kołdrę.
-Nawet nie wiesz jak jestem szczęśliwy.
-Wiem. Bo ja też jestem bardzo szczęśliwa.
-To mamy bardzo dużo czasu dla siebie.
-Teraz mało, niedługo jedziesz na obóz przygotowawczy.
-Wolę o tym nie myśleć. Nie wiem jak ja wytrzymam bez ciebie.
-Damy radę.-uścisnęłam jego dłoń i mocniej wtuliłam się w jego tors.
-Musimy. A teraz śpij.
-Nie wracasz do siebie?
-Wrócę jak zaśniesz. Dobranoc.
-Spotkamy się jutro?
-Nie wiedzę innej możliwości.
-Dobranoc Marco.



***



-Dzień dobry!-zbiegłam na dół słysząc gotującą się wodę
-Dobry.-odpowiedział mi z uśmiechem tata –Dobrze spałaś?
-Fantastycznie.
-Promieniejesz. Widać, że jesteś szczęśliwa.
-Bo jestem.-zaśmiałam się –Pomóc ci w czymś?
-Już wszystko gotowe. Muszę iść na zakupy znowu. Źle wczoraj jednak wymierzyłem czas i zamknęli sklep, gdzie zwykle robię zakupy, więc kupiłem tylko coś na śniadanie.
-A nie mówiłam?
-Smacznego.-pokręcił ze śmiechem głową
-Dziękuję i wzajemnie.



***



Tata pojechał na zakupy, a ja zostałam w domu. Nakarmiłam zwierzęta, przebrałam się w T-shirt i krótkie spodenki. Kiedy miałam już pisać do Marco co robi zobaczyłam wstawione na jego Instagrama zdjęcie z Mario i Pierre jak biegają w parku w sportowych strojach. Stwierdziłam, że nie będę im przeszkadzać i wzięłam się za odkurzanie domu. No bo jak już znalazłam odkurzacz… Za tym poszło mycie okien. Jedno, drugie, piąte, siódme… Mając dom trzeba się nieźle naharować. Kończyłam mycie okna w sypialni taty, mając nadzieję, że nie obrazi się, że weszłam bez zgody do jego sypialni ale też gabinetu...najpierw robię potem myślę…usłyszałam dzwonienie do drzwi. Tata zapomniał kluczy?  Kto by inny znał kod do bramki? Może tata zapomniał ją zamknąć? Zajrzałam przez wizjer. Niezbyt wysoki mężczyzna o jasnych, w miarę długich włosach i zielonych oczach ubrany w biały t-shirt i jeansy do kolan. Drugi raz zadzwonił i zapukał. A niech to… Otworzę, najwyżej zamknę mu drzwi przed nosem.
Otworzyłam je lekko

-Dzień dobry. W czymś mogę pomóc?
-Co pani tu robi?-spojrzał na mnie jakbym spadła z kosmosu
-Słucham? Chyba powinnam zapytać się o to samo. Nie uważa pan?
-Chyba jesteś śmieszna. Wynoś się z tego domu. Zaraz zadzwonię po policję.
-Nie przypomina mi się, żebyśmy przeszli na „ty”. I to pan jest śmieszny wyrzucając mnie z własnego domu.
-Tu mieszkają moi rodzice.
-Najwyraźniej musiał pan pomylić domy.
-Chyba do cholery wiem gdzie mieszkam!
-Proszę na mnie nie krzyczeć, bo zaraz to ja zadzwonię po policję. Pomylił pan domy.
-Kim ty jesteś? Ojciec sprowadził sobie jakąś dziwkę, czy co?
-Nie będę z panem kontynuować tej rozmowy. Proszę opuścić posesję jeśli chce pan uniknąć konsekwencji, żegnam.-zanim coś zdążył odpowiedzieć zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem z hukiem.

Co za pajac! Nie wyglądał na naćpanego. Zastanawiało mnie tylko jak on tu się dostał. Może system alarmowy się zepsuł? Muszę o tym porozmawiać z tatą.
Wysprzątałam jeszcze kuchnię i patrząc z dumą na efekty pracy uznałam, że zasługuję na chwilę odpoczynku. Poszłam do mojego pokoju i zaczęłam czytać jakąś pierwszą lepszą książkę, którą zabrałam z Polski.
Kwadrans później usłyszałam otwieraną bramę i radosne szczekanie Emmy. Wyszłam z pokoju i zeszłam po schodach słysząc wchodzącego do domu tatę.

-Tato, wiesz co, był tu jakiś facet…-zaczęłam i znieruchomiałam widząc właśnie jego wchodzącego do domu.
-Tato?-zapytał marszcząc brwi. Tata przejechał dłonią po czole i westchnął ciężko.
-Inga, to jest Marc, Marc, to Inga…twoja siostra. –O cholera. Cholera! Zaczęłam sobie odtwarzać naszą rozmowę sprzed kilkunastu minut. Dobra, nie poszła za idelnie… Nazwał mnie dziwką, a ja też na niego trochę najechałam. Cholera.
-Masz na to jakieś dowody? Testy DNA? Przecież to może być jakaś fanka, psychopatka, albo zwykła dziwka, naciągaczka, chce pewnie tylko twojej kasy! Nie zauważysz jak zaciągnie cię do łóżka, potem może jeszcze będzie cię naciągać na bachora. Jak mogłeś pozwolić się takiej dać omo…
-Dość!-krzyknął głośno na cały dom tata. Aż zbladłam. Jeszcze nigdy w życiu nie usłyszałam żeby tak głośno krzyczał. Zacisnął mocno pięści do tego stopnia, aż zbielały mu kostki. Marc też jakby się lekko spłoszył ale po jego wyrazie twarzy widziałam, że nie miał zamiaru ustąpić. Popatrzyłam to na jednego, to na drugiego i widziałam jak bardzo są do siebie podobni. Takie same rysy twarzy, choć inne usta, a tata był od niego dużo wyższy. Hmm, nawet ja chyba jestem od niego trochę wyższa.
-Albo rozmawiamy jak ludzie na poziomie albo nie mamy o czym rozmawiać.-wysyczał przez zaciśnięte zęby.
-Ja nie mam z nią o czym rozmawiać.-oznajmił równie twardo Marc.
-Nie zachowuj się jak rozwydrzony bachor. –popatrzył na niego z wyższością.
-Zostawię was samych.-szepnęłam i z powrotem weszłam po schodach na górę. 

Idąc korytarzem zauważyłam niedomknięte drzwi do sypialni taty. Kiedy miałam już je zamykać wpadło mi w oko zdjęcie w ramce tuż przy łóżku.
Weszłam zamykając za sobą drzwi i usiadłam na łóżku biorąc ramkę w ręce. Przedstawiało uśmiechniętych Kloppów z Markiem i siedzącą koło nich Emmę. Cała trójka szeroko uśmiechnięta. Szczęśliwa… Spojrzałam na wprost by przejrzeć się w lustrze, a potem znów na zdjęcie. Teraz mogłam zobaczyć jak jestem podobna do Ulli. Takie same, ciemne oczy. Dokładnie identyczny kolor. Uśmiech taty, teraz to mogłam dokładnie zauważyć. Rysy twarzy chyba jednak miałam coś z obojgu. Wysoka też byłam po nich. To w sumie pierwszy raz, kiedy mogłam na nich spojrzeć i porównać do siebie. To takie… Hmm… Z jednej może i normalne, wszystkie dzieci widzą swoje podobieństwo do rodziców na fotografiach, ja dopiero je znajdowałam. Patrząc na Ullę stwierdziłam, że jest naprawdę piękną kobietą. Tata ma gust. Zaśmiałam się sama z siebie. To jest tak nierealne, a zarazem niesamowite… Po tylu latach znaleźć rodzinę… Tyle, że teraz trzeba ją pogodzić. I ja muszę też sama się w tym uporać. Nikt nie powiedział, że będzie bajkowo.

-O, tu jesteś…-usłyszałam głos taty, który stanął w progu sypialni
-Ja…ja..przepraszam, to twoja sypialnia i nie powinnam…
-I nie powinnaś przepraszać, że tu weszłaś.-uśmiechnął się słabo i usiadł koło mnie
-Jak poszła rozmowa?-zapytałam niepewnie
-Nie na takiego faceta go wychowywałem. Myślałem, że jest dorosły, odpowiedzialny…
-Pogubił się. Spróbuj się postawić w jego sytuacji.
-Nigdy nie oskarżałbym własnego ojca o kobietę na boku, nie wyzywałbym obcej kobiety od dziwek. Rozumiem emocje, ale nigdy nie posunąłbym się do czegoś takiego. Braku jakiejkolwiek klasy, co dopiero mówić o kulturze.
-Czyli w sumie dalej jest przy swoim?
-Tak.-westchnął ciężko
-Daj mu czas. Musi sobie wszystko poukładać.
-Wiem, to samo powiedziała Ulla.
-Jest tu?
-Nie, zadzwoniłem do niej, żeby się nie zdziwiła jak przyjdzie.
-Aha…
-Inga, to nie jest twoja wina.
-Nic takiego nie powiedziałam.
-Ale jeszcze trzydzieści sekund i właśnie to by dobiegło do moich uszu.  Nie wiń się za nic. Należysz do tej rodziny i nic ani nikt tego nie zmieni. –powiedział pewnie i objął mnie ramieniem –Co tu masz?
-A… patrzyłam tak…
-Jesteś bardzo podobna do Ulli. No i do mnie też trochę. –uśmiechnął się szeroko –Zabrałaś z nas wszystko co najlepsze.
-Myślisz?
-Widzę!-zaśmiał się
-Poczekaj, zaraz przyjdę.-poderwałam się z łóżka i pobiegłam do pokoju po mój telefon. Chwyciłam go do ręki i wysłałam jednego sms’a


„Marco, przepraszam, nie dam rady się dzisiaj spotkać. Masz czas jutro? Kocham cię.”


Odłożyłam telefon na szafkę i wróciłam szybko do sypialni. Nadal tam siedział i wpatrywał się w zdjęcie, które to ja miałam ostatnio w rękach. Przysiadłam na kolanach koło niego i dotknęłam jego braku.

-Tęsknisz za nią?
-Za kim?
-Ullą.
-Tak.-westchnął i spojrzał na mnie –Ale dobrze nam zrobi ta przerwa.
-Nie rozwiedziecie się, prawda?
-Nie. Nie zamierzamy. Potrzebujemy od siebie odpocząć jakiś czas. Nie przeżywaj tak tego, Inga.
-Postaram się.
-Wszystko się poukłada, zobaczysz.-chwycił mnie za rękę  z pokrzepiającym uśmiechem –Tak w ogóle, mam wrażenie, jakby coś się czyściej w tym domu zrobiło. Twoja sprawka?
-No..Jak byłeś na zakupach to znalazłam przypadkiem odkurzacz, jak go odkładałam do ściereczkę i płyn do kurzu, a potem raptem jeszcze jedna ścierka to umyłam okna.
-Nie musiałaś.
-Lubię sprzątać.
-Po matce.-zaśmiał się –Masz jakieś plany na dzisiaj?
-Zrobię obiad, może będziesz miał ochotę obejrzeć jakiś film, możemy pójść na spacer z Emmą. Jeśli masz oczywiście ochotę.
-Pewnie, że mam. Czyli rozumiem, że nie wychodzisz nigdzie?
-Nie, dzisiaj mam dzień zarezerwowany dla ciebie.
-Bardzo mi miło. Podejdziemy na spacerze w jedno miejsce tylko muszę zadzwonić.
-Okej. Zrobię obiad.




Na obiad zrobiłam danie z warzywami, kurczakiem i dynią z aromatycznymi przyprawami przepisu Ani. Przysypałam wszystko serem i przykryłam miskami, żeby się rozpuścił.
-Tak, przyjadę…  No bardzo śmieszne, oczywiście, że przed świętami. Nie wielkanocnymi. –usłyszałam głośny śmiech taty dobiegający ze schodów. –Też cię kocham, pa.
Stałam i patrzyłam się przez chwilę na tatę.

-Dzień dobry. Tu ziemia.-zaśmiał się –Obiadek?-wskazał na talerze na stole
-Yhym. Nie wiem, czy lubisz ser…
-Kocham! To siadamy?
-Jasne.-zajęłam miejsce z boku i zdjęłam miskę z talerza
-Świetnie wygląda. Zapewne jeszcze lepiej smakuje.
-Dzięki.-uśmiechnęłam się i spróbowałam dania. Faktycznie, pyszne.
-Rozmawiałem z siostrą. Zaprasza mnie do siebie od wieków, a ja nigdy nie mam czasu.
-Chyba będziesz w końcu musiał.
-Po obozie szkoleniowym na weekend może wpadnę…
-Nie wiedziałam, że masz siostrę.
-Aż dwie!-zaśmiał się i zjadł kolejną porcję dania
-Jak Marco.-powiedziałam do siebie pod nosem
-Też ma dwie? No proszę. Wiesz, może też będziesz chciała pojechać.
-Gdzie?
-Do moich sióstr.-spojrzał na mnie niepewnie
-Nie chcę się wpraszać, daj spokój.
-Hm… Zapraszają cię.
-Słucham?-byłam w niemałym szoku.
-No wiesz… Po prostu… Opowiadałem im trochę o tobie. Siostrom, mamie. Przecież jesteś moją córką. Oczywiście wszyscy chcą cię bardzo poznać, ale nie naciskają, ani ja nie naciskam.
-Wow.
-Temat zostawiam luźno. Każda twoja decyzja będzie w porządku.
-Przemyślę. Twoja mama też wie?
-Yhym..-pokiwał twierdząco głową. –Ucieszyła się, że ma wnuczkę, ale stwierdziła, że nieładnie z mojej strony mieć dziecko przed ślubem.-zaśmiał się na co pokręciłam głową z niedowierzaniem.
-Faktycznie, nieładnie.



Po zjedzonym obiedzie obejrzeliśmy jakiś film co akurat trwał, a potem przebraliśmy się i zabraliśmy Emmę na spacer. Oczywiście niesamowicie wiele radości, jak małemu dziecku, sprawiło trzymanie psa na smyczy, chociaż jak się uparła i zaczęła ciągnąć to oddawałam smycz tacie. Nie miałam przy niej szans. Kiedy wyjmowałam telefon, żeby zrobić zdjęcie psu zobaczyłam, że mam dwa sms’y i jedno nieodebrane połączenie. Kurczę, od Marco.


„Coś się stało? Mogę Ci jakoś pomóc?”

„Nie odbierasz telefonu, martwię się. Proszę, jak przeczytasz-odpisz.”


Marco, Marco, Marco… Martwi się. Jakie to kochane. Uśmiechnęłam się do telefonu i poinformowałam tatę, żebyśmy się na chwilę zatrzymali, bo muszę odpisać. Usiadł na parkowej ławeczce, koło niego przycupnęła Emma i położyła mordkę na jego kolanach. Urocza psinka. Postanowiłam napisać do Marco.

„Wszystko w porządku… Prawie. Nie martw się, ze mną ok. Opowiem ci jutro,dobrze? Tęsknię. :*”

W drodze powrotnej ruszyliśmy tą samą drogą. Kiedy już weszliśmy w uliczkę, gdzie stał dom zatrzymaliśmy się przy drugim domu z rzędu.

-Chyba to nie tu.
-Mówiłem, że jeszcze gdzieś zajdziemy. –uśmiechnął się i zadzwonił do furtki. Po chwili usłyszeliśmy ciche bzyczenie, a furtka ustąpiła i weszliśmy do dużego ogrodu. Tata puścił Emmę ze smyczy, a ta radośnie pobiegła w głąb ogrodu. W drzwiach za to ukazała się postać kobiety w wieku około pięćdziesięciu lat.

-Zapraszam, zapraszam!-uśmiechnęła się sympatycznie a po chwili u jej boku stanął Hans Joachim Watzke. No tak, mogłam się spodziewać. „Przyjaciel mieszka niedaleko”.
-Dobry wieczór.-przywitałam się. Tata, który szedł przede mną uścisnął przyjacielsko  pana Hansa…a nie, wujka Hansa jak to ostatnio kazał do siebie mówić.
-Ty pewnie musisz być Inga.-powiedziała kobieta i podała mi rękę –Kristine Watzke, jestem żoną Hansa.
-Bardzo mi miło.
-O, jeszcze się z tobą nie przywitałem!-zaśmiał się pan Watzke i objął mnie ramieniem –Chodźcie, idziemy do środka, nie będziemy przed domem stać.
-Zrobić wam coś do picia?-odezwała się jego żona stając w progu kuchni
-Ja może wodę poproszę.
-Dla mnie również.-usłyszałam głos taty, który właśnie koło mnie stanął
-No to i ja nie będę odstawał. Idziemy do gabinetu.
-To ja zaczekam może w salonie, nie będę wam przeszkadzać.

-W twojej sprawie do gabinetu, moja droga. Zapraszam.-wskazał ręką na korytarz a ja stałam w totalnym osłupieniu. O co może chodzić?










~~~

To się nazywa "rozdział last minute"... Zupełnie nie miałam czasu i pisałam go aż do wczoraj wieczór...(Przepraszam za błędy z góry!) Zwykle o tej porze miałam już połowę jak nie cały kolejny..ale cóż. Magia świąt!:D
Postaram się szybko wyrobić z 41, żeby nie było żadnych przerw (poza jedną, którą planuję, ale jeszcze nie teraz-poinformuję Was o tym!:) )
Dziękuję za cudowne komentarze i również poproszę o nie dalej bo bardzo motywują!!! A ja cieszę się z każdego jak dziecko:)))

Szczęśliwego Nowego Roku 2016!!!
To zdjęcie..dostałam zawału..:)<3 <3 <3

Kolejny za tydzień!!:) Mam wolne do 7-go więc się wyrobię. (Chyba:)) )
Buziaki!:*