sobota, 19 grudnia 2015

Trzydzieści osiem.




-Jak my to zrobiliśmy?- zapytałam padając tuż koło niego na łóżko w pokoju hotelowym chłopaków.
-Dzięki tobie. Przegląd techniczny helikopterów, lepiej bym tego nie wymyślił.
-Bardzo mi miło.
-Mam genialną dziewczynę.
-Oj tam… Jeszcze nigdy tak szybko nie biegłam.
-Ja raczej też nie.
-A na meczu?
-Na meczu tak, ale poza chyba nie.
-No proszę. Dziękuję za dzisiaj. Bardzo dobrze się dzisiaj bawiłam. I nie kłóćmy się więcej. –przekręciłam się na bok i położyłam rękę na jego klatce piersiowej. On chwycił moją dłoń i pocałował jej wnętrze.
-Inga…

-Wstawać z łóżka i zaprzestawać dziwnych różnych sytuacji, nie jesteście już sami!!! Czas się ubrać!-usłyszeliśmy krzyk Mario z salonu. Zaśmiałam się i zaczęłam podnosić się z łóżka. Marco jednak chwycił moją dłoń. Spojrzałam się na niego pytająco.

-Chyba po prostu byłem nią zauroczony. Ale nie czułem do żadnej kobiety czegoś takiego jak do ciebie.-wyznał szczerze, na co pojawił się uśmiech na mojej twarzy, a te cholerne policzki znów przybrały różową barwę.
-Misiaaczkiii!!! Wchoodzęę!-tym razem Marco zaczął się podnosić, a ja go przytrzymałam i pocałowałam obejmując za szyję
-O fuuu!!! A mówiłem, że wchodzę.-stanął w progu Götze i się na nas gapił. Marco wziął poduszkę zza siebie i rzucił w przyjaciela. Mario złapał i oddał Marco.
-Okej, to ja może lepiej pójdę do dziewczyn. Paa!-pocałowałam szybko Marco w policzek i uciekłam w stronę drzwi widząc kolejną lecącą poduszkę. Wyszłam z uśmiechem na korytarz i weszłam do pokoju naprzeciw.

-O! Inga! Jak się czujesz?-zapytała Cathy siedząca Matsowi na kolanach
-A już bardzo dobrze, dziękuję. A jak tam u was?
-Staliśmy chyba wieczność na straganie z owocami i przyprawami.
-Oj, nie prawda. Kupiłam trochę, jak będziemy wyjeżdżać to kupię więcej i w domu podziałam z kuchnią.-wyszła z łazienki Ania
-Trochę?-zaśmiałam się wskazując na średnich rozmiarów papierową torbę
-Oj tam, przecież mnie znasz.-zaśmiała się. Czyżby wróciła normalna Ania?
-Mogę zobaczyć?
-Jasne! Może postaw na tamtej szafce, nie będzie pod nogami stała.
Chwyciłam za torbę i zajrzałam do środka. Faktycznie, było tam kilka owoców, których w ogóle na oczy nie widziałam. Będziemy testować!
-Cześć wam!-do naszego pokoju weszli Auba, Marco i Mario.
-Hello!-odpowiedziałam z uśmiechem
-Co wy na to, żeby poświętować dzisiaj nasz koniec urlopu?
-Jestem za!-odezwał się Lewy
-No w sumie możemy.-godzili się Mats z Cathy, a po nich cała reszta.
-No to trzeba coś wykombinować!-z uśmiechem zatarł ręce Pierre i podszedł z Marco i Mario do Lewego. To dobrze nie wróży.





***




-Jak tu pięknie.-westchnęła Cat i wtuliła się mocniej w ramiona swojego narzeczonego.
Wybraliśmy się wieczorem na plażę całą paczką. Najpierw krótki spacer, potem postanowiliśmy usiąść sobie na piachu i popatrzeć na zachód słońca. Wszystkie pary siedziały przytulone do siebie. Tylko ja, Mario, Marco i Pierre siedzieliśmy razem. Marco sobie wymyślił i złapał mnie za rękę za plecami Mario, co wywołało cichy śmiech Götzego. Postanowił pobawić się w naszą „kryjówkową grę” jak sam to nazwał i zakopał nasze dłonie pod piaskiem.

-Te owoce były pyszne, Aniu.-stwierdziła Ewa
-Oj, muszę ich więcej kupić. Będzie tyle rzeczy do zrobienia…-rozmarzyła się i położyła się na piasku.
-Chodźcie zróbmy karaoke.-wypalił nagle Götze i wszyscy w jednym momencie popatrzeli się na niego jak na ostatniego barana.
-Ale super! Jestem za!-ucieszył się Auba
-My też!-powiedzieli równo Lewy z Matsem
-O nie… Ja w tym nie uczestniczę.-zaprotestowała Cathy
-Ja też nie!-wstawiłam się za nią
-Sorry, dziewczynki, mamy nad wami przewagę!-zaśmiał się Pierre i jako pierwszy podniósł się z piasku. Marco puścił moją dłoń i dołączył do Gabończyka.
-Ty też?-zapytałam patrząc błagalnie na chłopaka, na co moją odpowiedzą był jego cudowny uśmiech. Westchnęłam z rezygnacją.
-No to idziemy!-zawołał wesoło Mario i ruszyliśmy do naszego hotelu.

-Nie widzę tego dobrze.
-Oj tak, Cat, widzę to samo. Mamy tę samą umiejętność jasnowidzenia.-śmiała się Ewa




***



-Idziemy do was czy do nas?-zapytał Lewy na korytarzu stając pomiędzy drzwiami do dwóch pokoi.
-Chodźmy do nas. Mamy duży salon-stwierdziłam i wyjęłam z kieszeni klucz do pokoju. Przekręciłam zamek i weszłam parę kroków, by po chwili wybiec stamtąd i wpaść prosto w ramiona Marco. Przytrzymał mnie w talii i spojrzał pytająco
-Co tam tak do cholery wali?-zapytałam parząc na moje współlokatorki
-Jak wali?-zdziwiła się Ania lustrując jednocześnie wzrokiem mnie i Marco, który cały czas trzymał mnie w ramionach
-No wejdź i weź głęboki oddech.-zainteresowała się również Cathy, która weszła razem z Anką.  Jak weszły tak po chwili wyszły zakrywając nos w bluzkach.
-Szambo, czy co?-zdziwił się Mario. –Nawet na mnie nie patrz, Inga, nie zamierzam tam wejść.
-Śmierdzi jak jakimś rozkładającym się trupem.
-Niech zgadnę, jak przy stoisku z durianami?-spojrzał podejrzliwie na Roberta Łukasz. –Lewy, ty nie żartowałeś…
-No to tego… Zróbmy imprezę u nas w pokoju!-rzucił optymistycznie Lewy i wszedł z pośpiechem do pokoju chłopaków
-No ja cię zabiję Lewandowski! Ciuchy mi zaśmierdną!-Ewa powiedziała głosem, który nie wiem do końca czy brzmiał bardziej jak śmiech czy płacz.
-Były zamknięte drzwi do naszych pokoi. Są uszczelnione więc miejmy nadzieję, że nie przejdzie aż tak mocno.
-A jak już to kupimy jakiś pachnący proszek do prania.-dokończyłam myśl Ani jednocześnie wydostając się z uścisku Marco.





***




-Wsiadam w betę, daję dyla, mam na piersi krokodyla!-śpiewali razem Lewy z Łukaszem stojąc na stole przy okazji dobierając do tego odpowiednią charakteryzację, czyli porozpinane koszule, okulary przeciwsłoneczne no i tona żelu we włosach, coś mi się wydaje, że będą wisieć pudełeczko jakże tego ważnego specyfiku pełniącego ważną rolę w życiu piłkarza mojemu chłopakowi. –Na mej ręce rołli błyszczy każda laska dziś zapiszczy. Do klubu wchodzę bez kolejki. Bramkarzom płacę cześć i dzięki! Przyjmuję pozę, parkiet skanuję a tam mnie już ktoś obserwuje!-zakończyli pierwszą zwrotkę, a my z Ewą i Anią umierałyśmy już ze śmiechu. -Ona czuje we mnie piniądz! Wystroiła się jak Beyonce! Patrzy na mnie drinka pijąc, bo wyczuła we mnie piniądz!
-Szepnęła do mnie: jestem Inga.-Piszczu wyciągnął rękę w moim kierunku w celu wciągnięcia mnie do nich na stół
-Zapomnij!-pisnęłam wycierając łzy
-Forsa działa na nią jak magnes!-dokończył wers ze śmiechem Lewy. –Stawiam jej szota, ona go pije, kopalnię złota dziś odkryję…
-Aaaaaaaa!-zapiszczałam wymachując nogami, kiedy poczułam jak Łukasz bierze mnie na ręce i wnosi do nich na stół.
-Na parkiet wbijamy na pełnym lansie!-zaśpiewał do mnie i obrócił dookoła. Nawet nie musieli patrzeć na tekst na ekranie. Nie chcę wiedzieć skąd oni znają te teskty. –Do góry skakamy podoba to nam się!
-W jej oczach już widzę dwa złote lampiony, wyczuła już we mnie grube miliony!-odbił mnie od Łukasza Lewy i zaczął ze mną tańczyć.
-Ona czuje we mnie piniądz!...





-Ja nie mogę. Jeny, brzuch ze śmiechu boli.-cały czas śmiałam się i nie mogłam przestać
-Czekaj!-zatrzymał mnie Mario kiedy chciałam schodzić ze stołu i wskoczył do mnie
-O nie, nie wrobisz mnie w to.-zaprzeczyłam i za wszelką cenę próbowałam się wymknąć. Wśród „publiczności” rozbrzmiały gromkie brawa-Mats, dajesz!-krzyknął do bruneta, który wybierał piosenkę. Coś zatwierdził, wziął trzy mikrofony, oczywiście niedziałające i wskoczył do nas. Spojrzałam na Marco jako na moją ostatnią deskę ratunku. Niestety ten już przygotowywał telefon do nagrywania. Nie, błagam.

-Do której kamery mogę?-zapytał Götze do mikrofonu głosem niskim jak jakiś prezenter telewizyjny. Albo magik wprowadzający człowieka w hipnozę. Rozpoczęły się pierwsze takty piosenki do „I’m a barbie girl” –Z dedykacją dla naszego trenera.-skierował do telefonu Marco.
-Nie, o nie, wypisuję się z tego.
-Skądże, wręcz zaczynasz!-zaprotestował Mats i wskazał na ekran telewizora, a ja o mało co nie padłam na widok treści piosenki.
-To nasz Papa Smerf, to nasz Papa Smerf, on wie wszystko gdy jest blisko.-wydusiłam śmiejąc się
-Każdy z nas gra fair, bo nasz Papa Smerf jest najsilniejszy i jest najmądrzejszy!-dokończyli Mats z Mario. Lizusy.
-Słuchać dzieci przebój leci!
-A, a, a, yeah!-odkrzyknęli Auba, Lewy i Piszczu
-Słuchać dzieci przebój leci!
-Uouu Uouu!-zaśpiewali tym razem w towarzystwie dziewczyn. Czas na drugą zwrotkę. Trzymajcie mnie ludzie! Znowu zaczynam!
-Robi nam wszystko sam. Zdolny jest Papa Smerf…-przerwał mi Mario
-Szyje też, chyba wiesz, nam porteczki.-a ja jak i cała nasza widownia ryknęłam niepohamowanym śmiechem
-Takich rad słucha świat taki jest Papa Smerf, cmoka nas kiedy czas do łóżeczka.-dokończył za nas Mats, a ja jeszcze bardziej zanosiłam się śmiechem. Lewandowscy i Piszczkowie byli w podobnym stanie. Mats i Mario niewzruszenie kontynuowali
-Gdy się gdzieś dzieje źle to on wnet pojawia się! Uoouu!
-To nasz Papa Smerf, to nasz Papa Smerf on wie wszystko, gdy jest blisko. Każdy z nas gra fair bo nasz Papa Smerf jest najsilniejszy i jest najmądrzejszy!-dałam radę dołączyć do chłopaków na refren.
-Błagam, kończmy to…-złapałam się za głowę, ale nikt mnie nie usłuchał. Mario z Matsem uskuteczniali kolejną zwrotkę piosenki. Lewy i Auba weszli do nas na stół i za nami tworzyli własny układ choreograficzny. Że jeszcze stół się nie rozpadł!
-Gdy go brak świat jest jak… jest jak talia bez kart i jak kolce bez róż i jak kijki bez nart!-zaśpiewał lirycznie Mario
-No bo cóż jeden jest Papa Smerf każdy wie. Kocha was, kocha mnie, kocha dzieci! Gdy się gdzieś dzieje źle, to on wnet pojawia się!- ostatni refren zaśpiewaliśmy całą piątką. O mój ty smutku. Nigdy więcej z nimi nie śpiewam.



 Zeszliśmy ze stołu. Podeszłam do Marco.
-Weź to usuń, błagam.-zaśmiałam się żałośnie i usiadłam koło niego.
-Za późno. Nagranie już zdobi tablicę Mario na facebooku.
-Żartujesz!
-I jak? Wstawiłeś?-w tym samym momencie podszedł do nas uśmiechnięty szeroko Mario
-Zaplanowaliście to mendy!
-Njeee!-odpowiedzieli równo.
-Oj wy uważajcie na siebie w najbliższej przyszłości.-pogrodziłam im palcem ale jednocześnie się zaczęłam śmiać –Mario, kogo masz w znajomych?
-No…trochę osób z reprezentacji…
-O mój Boże…-schowałam twarz w ramieniu Marco. Nie obchodziło mnie w sumie czy się patrzą czy nie. I tak kiedyś to wyjdzie, prędzej czy później.
-Wymieniać dalej?-zapytał ze śmiechem Götze.
-Nie…-westchnęłam i spojrzałam na niego załamana
-Oj, Guśka, będzie dobrze. To przecież twój tata, zrozumie.
-No właśnie. Kompromitacja na całej linii.
-Już bardziej widzę to jak ochrzania nas, że mu psujemy córeczkę.
-Marco!-zawołał Mats z drugiego końca pokoju.
-Idę!-odkrzyknął i wstał z miejsca. –Trzymaj.-podał mi telefon nie wiadomo czemu. Mario ulotnił się razem z Marco tak, że zostałam sama na kanapie. Odblokowałam telefon, oczywiście z naszym zdjęciem na tapecie i weszłam na jeszcze niewylogowany profil Mario. Znają hasła do swoich Facebooków? Muszą mieć do siebie wielkie zaufanie. Zerknęłam na post „Z dedykacją dla @Jürgen Klopp”. Szanse na to, że tego nie zobaczy są nikłe. Zerknęłam niżej. Ludzie.
-Ej!-krzyknęłam na cały pokój. Wszyscy spojrzeli się na mnie ze zdziwieniem.
-Pep Guardiola lubi to.-oznajmiłam. Po chwili ciszy i posyłania po sobie spojrzeń wszyscy ryknęliśmy śmiechem.




***



Butelka kolejny raz kręciła się i wszyscy czekali w napięciu na kogo padnie. Zastanawiałam się jak to może się dziać, że bez alkoholu można zachowywać się jak niejedna banda schlanych idiotów. Ewa, Ania i Cathy zostały zmuszone do zaśpiewania piosenki z High School Musical. Może się nie wydaje, ale było to przekomiczne. Ewa zmuszona była zaśpiewać partię Troya. Cathy robiła za Sharpey. Biedactwo.

Podczas gry w butelkę nie udało mi się usiąść koło Marco. Siedzieliśmy za to naprzeciwko siebie. Nie wiem, czy czuł to samo, ale ja miałam nagłą ochotę rzucenia się na niego i poczucia jego cudownych ust na moich. Oh, tak…
-Marco.-usłyszałam głos Mario, który przywrócił mnie do teraźniejszości. Tak, padło na mojego chłopaka. Bardziej jednak się obawiałam co wymyśli Götze.  –Przebiegniesz się z Ingą na parter i potem na górę, schodami. Kto pierwszy będzie mógł odmówić wykonania zadania.
-Okej, wchodzę w to. Inga?-spojrzał na mnie błyszczącymi oczami. Ja znałam to spojrzenie. Bardzo dobrze.
-Rozumiem, że chcesz przegrać.-podniosłam się z miejsca i ruszyłam w stronę drzwi.
-To się jeszcze zobaczy.-dorównał mi kroku i razem dotarliśmy od drzwi.
-Gotowi? Start!-krzyknął Mario, a my ruszyliśmy długim korytarzem. 
Nie chciałam dawać tej satysfakcji Marco i biegłam ile sił w nogach, choć doskonale wiedziałam, że Marco zmówił się z Mario co do tego zadania i ma zupełnie inne plany niż bieganie. Kiedy już dobiegałam do schodów prowadzących na dół poczułam pociągnięcie za ramię. Marco. Popchnął mnie wprost do otwartej windy i usadził na srebrnej belce. Oplątałam nogami jego biodra, a on
zachłannie wpił się w moje usta. Poczułam jak winda powoli jedzie w dół, ale to było nieistotne. Założyłam ręce na szyję Marco i poddawałam się jego cudownym pocałunkom. Wplotłam dłoń w jego aksamitne włosy i delikatnie pociągnęłam, co spotkało się z cichym mruknięciem blondyna.
Do naszych uszu na nieszczęście dobiegł cichy dzwoneczek, który sygnalizował, że właśnie znaleźliśmy się na parterze. Marco niechętnie oderwał się ode mnie i spojrzał mi w oczy. Położyłam dłoń na jego policzku i przejechałam palcami po jego delikatnym zaroście. Oparłam czoło o jego by na spokojnie złapać trochę powietrza. Czułam dobrze tą energię między nami, przez którą czułam się, jakbym miała zaraz zemdleć. Decyzja mogła być tylko jedna. Wcisnęłam przycisk zamykania drzwi i drugie piętro. Marco zaskoczony spojrzał na mnie, a ja nic nie wyjaśniając pocałowałam go. Wyczułam jego uśmiech. Przygryzł delikatnie moją wargę i pogłębił pocałunek.




-No to do biegu.-westchnęłam cicho odrywając się od niego i pobiegłam korytarzem, którym biegłam kilka minut temu.
O dziwo jako pierwsza dobiegłam do pokoju chłopaków i to z taką zadyszką jakbym przebiegła maraton… A to tylko pocałunki z Marco. Tylko? Chyba aż!
-Pierwsza!-oznajmiłam, a Mario wyłączył stoper w telefonie jednocześnie wyszczerzając swoje ząbki w moją stronę.
-No, szybko, szybko.-oznajmił, a chwilę później zjawił się u mojego boku Marco.
-Wygrałam.
-Bardzo miło było się z tobą zmierzyć.-spojrzał na mnie z taką miłością…O rety. Zajęliśmy swoje miejsca.
-To kto kręci?-zapytałam
-Ty. Wygrałaś. –mimo tego, że tego nie było w naszych zasadach zakręciłam. Nie w głowie mi było wszczynać jakiś sprzeczek z Marco. Kocham windy. Kocham Marco. Kocham się całować z Marco w windach. Wypuściłam głośno powietrze i zerknęłam na Marco. Ten uśmiechnął się do mnie szeroko i puścił oczko.
Zakręciłam butelką i padło… Na Lewego.
-Noo…-uśmiechnęłam się szeroko
-Bojem się.-udawał wielce przestraszonego i przytulił się do Ani. W sumie… Słusznie się bał
-Drogi Robercie… Zapylasz teraz w tej chwili do naszego pokoju i zjadasz swojego durianka.
-Nieee!
-Taaaaak!-odpowiedzieli mu wszyscy chórem. Mogłabym się założyć, że usłyszałam z jego ust ciche przekleństwo, ale przecież mogło mi się to także wydawać. Bo jak Robert Lewandowski chodząca klasa i elegancja mógłby przeklinać?


Robert nie wracał od pięciu minut.
-Myślicie, że coś mu się stało? Może zemdlał w tym smrodzie?-zaczęłam się martwić
-Dobra, ja idę zobaczyć co z nim.-podniosła się z miejsca Ania, a ja razem z nią. Dołączyli do nas Marco i Mario. Wyszliśmy na korytarz i Ania otworzyła drzwi. Ku naszemu zaskoczeniu Lewy siedział z wyciągniętymi nogami i zjadał łyżką duriana jakby był to najcudowniejszy owoc świata.
-Dobra, nie potrzebie się martwiliśmy, to cześć.-zaczęła się wycofywać Ania zatykając nos
-Jak już tu się siedzi to się tego nie czuje. A durian za dziesiątym kęsem jakoś wchodzi.
-Robert, przecież tu jest smród jak na wysypisku.
-Swój do swego ciągnie.-zaśmiałam się pod nosem, a Marco zaczął się głośno śmiać. Ania spojrzała na mnie z wielkim uśmiechem i sama się zaczęła śmiać. Mario śmiejąc się wrócił do pokoju zapewne uspokoić przejętych stanem kumpla kolegów.
-Z czego się śmiejecie?
-Nie, nic, smacznego. Otwórz sobie okno, żeby się wywietrzyło coś i możesz tu iść spać. Już nawet wracać nie musisz.
-Okeej!-odpowiedział z pełną buzią i pomachał nam.





Po godzinie plotek postanowiliśmy się zbierać do spania. Ania zasnęła na kanapie z Cathy jak jeszcze gadaliśmy, więc Łukasz przeniósł obie dziewczyny na jedno łóżko. Sam położył się z Aubą na jednym wspólnym. Ja udałam się do pokoju Marco, gdzie blondyn siedział sam na łóżku i patrzył na niesamowity, nocny widok.

-Hej.-szepnęłam, a on natychmiast odwrócił się w moją stronę –Przestraszyłam cię?
-Nie.-pokręcił głową i posadził mnie sobie na kolanach i mocno przytulił.
-Hej, co jest? Widzę, że coś nie gra.-spojrzałam w jego oczy i położyłam dłoń na jego policzku.
-Bardzo cię kocham. Czasami sam siebie nie poznaję, kiedy po prostu mam takie momenty, że rzucił bym się na ciebie nie zważając na całe otoczenie, żeby tylko poczuć twój dotyk, twoje usta, twoje ciepło, twoją miłość, której tak wiele mi dajesz.-położył głowę na moim ramieniu i pocałował mnie w szyję.
-Miałam dzisiaj to samo uczucie. Kocham cię, Marco.
-Idziemy spać, juto czeka nas wylot.
-Masz rację.-uśmiechnęłam się i dałam mu buziaka. Ten jednak przytrzymał mnie i pogłębił pocałunek. Oplótł mnie rękoma w talii i przyciągnął do siebie. Nawet nie wiem kiedy znalazłam się pod nim, a on składał pocałunki wzdłuż mojej szyi, by potem dotrzeć znów do moich ust i znów pocałować. I nagle puścił mnie i wziął kołdrę by mnie ją przykryć. Złapałam jednak za jego rękę i spojrzałam w jego zabłąkane spojrzenie.
-Boję się, że zbyt bardzo mnie kiedyś poniesie. Nie powstrzymam się. Nie chcę ci zrobić krzywdy.
-Obiecuję, że jak będzie tylko coś nie tak to ci powiem, okej? Nie masz się o co martwić. A jak już będziesz bardzo uparty w swoich działaniach to znam trochę karate.-zaśmiałam się i przytuliłam się do niego. –Chodźmy już spać.-cmoknęłam go w policzek i ułożyłam się wygodnie na jego łóżku. Marco położył się koło mnie i się do mnie przytulił. Kiedy już zasypiałam usłyszałam głos Mario

-Nie zapomnieliście o kimś?-zapytał, a chwilę później wcisnął się między nas w swojej piżamce z logiem Borussii.
-Policzymy się, Götze. -zagrodził Marco. -I ani mi się waż tknąć choć palcem mojej dziewczyny.
-Tak jest.-odpowiedział z uśmiechem i położył się na wznak. A ja robiąc na złość Marco przytuliłam się do Mario.
-Inga…-usłyszałam jego głos i charakterystyczne w nim niezadowolenie.
-Dobranoc kochanie.-powiedziałam z uśmiechem, a zaraz potem uświadomiłam sobie co powiedziałam. Pierwszy raz powiedziałam do Marco „kochanie”. Hmm… Czy to nie głupie? Może przereklamowane? Nieodpowiednie? Dobrze, że było już ciemno.
-Dobranoc.-usłyszałam od Marco i Mario w tym samym czasie, a chwilę później ciche „ałaa” Götzego. Odwróciłam się do nich plecami i naciągnęłam kołdrę. Co z tego, że przez to zabrałam im? Musi być mi przecież ciepło… Pomijając to, że są tropiki za oknem. Kołderka musi być.




Zamrugałam powiekami i w końcu otworzyłam oczy. Uśmiechnęłam się szeroko widząc przytulonego do mnie Marco. Spał z głową tuż koło mojej, a jego dłonie oplatały mnie w pasie. A gdzie się podział Mario? Podniosłam głowę by cokolwiek zobaczył, ale Marco chyba zaczął się budzić. Mruknął coś niezrozumiałego pod nosem i mocniej mnie do siebie przyciągnął. No pięknie.

-Marco…-szepnęłam mu do ucha i przygryzłam delikatnie jego płatek
-Mhmmm…-mruknął, a jego ręce zaczęły zjeżdżać coraz niżej. Niebezpiecznie niżej. Cudem wyplątałam jedną rękę z jego żelaznego uścisku i złapałam za jego ręce. On od razu zmarszczył brwi z niezadowolenia, a po chwili otworzył oczy.
-Dzień dobry.-uśmiechnął się szeroko i pocałował w czoło
-Dobry, dobry… Proszę mi tu takich rzeczy nie uskuteczniać. Wiem dobrze, że robisz to z pełną świadomością.
-W pół świadomością. Ze świadomością zrobię to…-szepnął a po chwili poczułam jego usta na swoich
-Yhymm.-uśmiechnęłam, kiedy oderwaliśmy się od siebie.
-Uwielbiam takie przebudzenia.
-Ja też. A gdzie jest Mario?
-Co nim się tak przejmujesz?
-Bo to mój przyjaciel. Twój o ile się orientuję twój też.
-W nocy jak spał to go lekko odsunąłem od ciebie i…zamieniliśmy się miejscami.
-Zazdrośnik.-zaśmiałam się pod nosem
-Oj, żebyś ty tu zazdrosna nie była za chwilę.
-Mam o co?
-Zobaczymy.-mrugnął z szerokim uśmiechem

-Już się mną nie interesujecie, gołąbeczki?-usłyszeliśmy raptem głos Mario. Tylko gdzie on jest? Ach tak… Na podłodze.
-A mam być szczera czy miła?-zapytałam z uśmiechem, kiedy Götze wskoczył koło nas na łóżko.
-Miły to może być Maro. Co to za kultura zrzucać z łóżka przyjaciela, ba, podobno brata! Choć ja tam z nim żadnego pokrewieństwa nie mam, no wiesz… Ale jak tam chce.-wzruszył ramionami, a ja zaczęłam się chichrać jak nastolatka. Jak ja ich kocham.
-Nie chcę nic mówić, ale z tym bratem to twoje słowa…-wtrącił Marco
-To nic nie mów.-wyszczerzył się Mario i rzucił się znienacka by poczochrać mu włosy. Chłopcy jak to chłopcy, zaczęli się siłować. Nie mam na nich czasem siły. Wstałam niezauważona i poszłam zajrzeć czy Ania, Ewa i Cathy jeszcze śpią. Zastałam tam jedynie śpiące Ewę i Cat. Może Ania poszła biegać? Bardzo prawdopodobne. Ewa spojrzała na mnie spod przymkniętych powiek

-O, hej, która jest?
-Z tego co mi się wydaje to już dość późna.
-Trzeba wstawać…-rozejrzała się po pokoju i leniwie podniosła się z łóżka. W tym czasie obudziła się również narzeczona Matsa i zaspana do nas dołączyła
-Jak tam tak dalej śmierdzi…-westchnęłam kiedy wychodziłyśmy
-To ja może lepiej tu zostanę.-oznajmiła Cathy
-Chciałabyś.-zaśmiała się Ewka i zamknęła za sobą drzwi do pokoju chłopkaków
-Chciałabym! Przynajmniej się z tym nie ukrywam!-spojrzała ze śmiechem na mnie
-Ale się obnosisz.-wzruszyłam ramionami i postanowiłam otworzyć drzwi… Weszłam. Na kanapie spał jeszcze w najlepsze Lewandowski. Oddychał, więc w smrodzie się nie udusił… Tylko że smrodu nie było.
-Okna otworzył szczwany lis.-pokręciła głową Ewa



-Lewy, wstajemy.-powiedziałam nachylając się lekko nad brunetem
-Mmmm… Jeszcze chwilka, mamo.
-Spóźnisz się do szkoły. Masz przecież pierwszy w-f.
-Trudno.-wymamrotał i przełożył się na drugi bok. Coś to dzisiejsze budzenie mężczyzn mi nie wychodzi. No cóż, sam się o to prosił.
-Robert Lewandowski pędzi niczym burza przez boisko. Mija wszystkich zawodników! Kibice wstają i zaczynają głośno krzyczeć, ach, co oni tam krzyczą! Tak, dokładnie, krzyczą „Gdzie piłka!”. Proszę państwa Lewy biegnie bez piłki! Piłka znalazła się już dawno w bramce Reprezentacji Polski. A on dalej biegnie! W końcu! Zdruzgotany Lewandowski pada na murawę. A nie, przepraszam, on potknął się o własne nogi.-udawałam komentatora sportowego, a kiedy skończyłam zobaczyłam Lewandowskiego wpatrującego się we mnie z głupkowatym uśmiechem.
-Wierzysz w moje możliwości.
-Zawsze.-odpowiedziałam mu z uśmiechem. –Miło, że wywietrzyłeś.
-Ależ nie ma sprawy. To co, przebierajcie się na plażę. Mamy trochę czasu przed wylotem. Ja idę do chłopaków.-wstał i pocałował Anię w czoło



-Dobry pomysł z tą plażą.-stwierdziła Ania
-Oj tak, zajmuję w związku z tym łazienkę.-oświadczyłam i poszłam do szafy po mój strój kąpielowy. Wybrałam klasyczny, jednoczęściowy, czarny bez ramiączek. Już widzę minę Marco. Włosy związałam w wysoką kitkę. Na kostium założyłam białą sukienkę, a na głowę biały kapelusz. Kiedy wyszłam z łazienki dziewczyny były już gotowe. Postanowiłyśmy nie czekać na chłopaków i wybrać same dobrą miejscówkę na plaży.  
Nie szłyśmy zbyt długo, żeby łatwiej nas znaleźli. Dziewczyny rozłożyły się na słońcu. Ja położyłam mój ręcznik za nimi kryjąc się w delikatnym cieniu egzotycznego drzewa.  
Zdjęłam sukienkę i kapelusz i owinęłam się moją chustą. Po kolei zaczęli się schodzić Lewy, Łukasz i Mats. Po nich Mario i Auba. Gdzie Marco?  Podniosłam się do pozycji siedzącej i…

Szedł zdejmując podkoszulek przez środek plaży niczym Mitch Buchannon ze słonecznego patrolu. Brakowało mu jedynie pomarańczowej deski ratownika. Mogłabym być teraz zwykłym topielcem…Albo Pamelą Anderson. Wszystkie kobiety wpatrywały się w niego jak jakiegoś greckiego boga. Jedne zsuwały okulary z oczu, inne otwierały szeroko buzie. Drogie panie, on jest mój.
Wstałam z ręcznika i podeszłam do niego.
-Czy to, że jestem twoją dziewczyną upoważnia mnie, żeby zakazać ci się tak seksownie ubierać?-zapytałam szeptem patrząc w jego oczy
-Nie wierzę, że to powiedziałaś.-zaśmiał się- Takie komplementy z twoich cudownych ust to miód dla moich uszu.
-To czas je umyć.
-Oj, ktoś tu jest chyba jednak zazdrosny. Hmm?
-Ty?
-Ty.-uśmiechnął się szeroko
-Jesteś pewny?-nie mogłam dać mu wygrać, oj nie. Odwiązałam supeł mojej chusty i teatralnie rzuciłam ją na mój ręcznik. Uśmiechnęłam się z triumfem czując jego wzrok na moim ciele. Spojrzałam na niego pytającym spojrzeniem. Praktycznie słyszałam jak głośno przełyka ślinę.
-Nie wiem czy masz świadomość.-odchrząknął –Ale wszyscy faceci dookoła się na ciebie patrzą.
-No cóż. Niech patrzą. Nie wiem czy masz świadomość, ale na ciebie patrzą wszystkie kobiety, a teraz przepraszam…-wyminęłam go niby to przypadkiem ocierając się o jego ramię. Po chwili zatrzymał mnie.
-Gdzie się pani wybiera?
-A, tamci mili chłopcy zaprosili mnie do gry w siatkówkę. Strasznie się nudzę, więc…-uśmiechnęłam się szeroko do niego i zaczęłam iść w stronę boiska. Nie minęło pół sekundy jak poczułam, że unoszę się do góry. Uśmiechnęłam się szeroko i objęłam dłońmi szyję Marco. Zaczął biec w stronę wody a ja zaczęłam się śmiać opierając głowę o jego bark. Wbiegł z impetem do morza i zaczął kręcić mną dookoła, a kiedy oboje znaleźliśmy się trochę głębiej nachylił się i szepnął mi do ucha

-Złap dużo powietrza.- nie wiedziałam do końca o co mu chodzi ale spełniłam jego prośbę. Tuż po chwili znaleźliśmy się pod wodą, a Marco zaczął składać na moich ustach długie pocałunki.
Położyłam dłonie na jego policzkach i oddawałam je kolejno. W końcu zabrakło mi powietrza. Marco w tej samej chwili odbił się i wyciągnął nas na powierzchnię. Pod wodą oplotłam nogami jego biodra, przytuliłam go i pocałowałam go dyskretnie w policzek. Uśmiechnął się szeroko.
-Zapewniłem ci wystarczająco atrakcji czy dalej się nudzisz?
-Z tobą nie da się nie nudzić.-stwierdziłam i odpłynęłam kawałeczek na bardziej płytkie wody.
-Będziesz jeszcze pływać?-podpłynął do mnie
-Pójdę chwycić ostatnie promienie malezyjskiego słońca. Potem jeszcze pewnie przyjdę.
-Okej.

Wyszłam z wody i ruszyłam ku naszym ręcznikom. Kiedy już byłam przy naszych kocach zauważyłam dziwnie patrzących się na mnie Łukasza, Roberta i Aubę. Mats nie był jakoś specjalnie zdziwiony, chyba podejrzewał po tym sms’ie z gratulacjami, że jesteśmy razem. Mario, kiedy na niego spojrzałam ułożył z dłoni serduszko i zrobił słodki dziubek z ust. Pokiwałam głową ze śmiechem i ułożyłam się na moim kocu. Dziewczyny na to wyglądało, że nic nie zauważyły. Wszystkie leżały plackiem wystawiając się na słoneczko. Postanowiłam pójść w ich ślady i się odprężyć.





***




Przedpołudnie minęło nam w cudownej atmosferze. Ania jak się okazało zrobiła dla nas przekąski i ze smakiem zjedliśmy je na świeżym powietrzu. Nie było, niestety, więcej akcji z moim Mitchem, aczkolwiek przyjemność to było na niego patrzeć. A jeszcze jak przeczesuje włosy… W Słonecznym Patrolu dostał by bezsprzecznie główną rolę.



Po obiedzie zaczęliśmy się pakować. Praktycznie wszyscy siedzieli w swoich pokojach i się pakowali. Sama skończyłam pakowanie na równi z Anią.
-Mogłabyś mi…przysiąść na klapie?-zaśmiała się Lewandowska patrząc na tradycyjnie niedomykającą się jej walizkę.
-Przecież to już tradycja.-odpowiedziałam jej z uśmiechem i wlazłam na walizkę
-Idealnie.-uśmiechnęła się zamykając
-Oczekuję rewanżu.
-Przecież to tradycja!-powiedziała wesoło


Po sprawdzeniu czy wszystko zabrałyśmy postawiłyśmy walizki przy drzwiach. Przygotowałyśmy potrzebne dokumenty i czekałyśmy na chłopaków, którzy zadeklarowali się wziąć nasze bagaże.
-To był cudowny urlop.-westchnęła Cat rozkładając nogi na kanapie
-Oj tak…-potwierdziłam puszczając do niej oczko
-Na lotnisku kupujemy gazetki z sukniami ślubnymi!-oznajmiła Ania
-Myślisz, że będą?
-Muszą!
-Chyba tylko tubylczych projektantów.
-Inga, trochę więcej wiary!-śmiała się Ewa




-Przybyli wasi czterej muszkieterowie!-zakrzyknął Lewandowski wchodząc do naszego pokoju razem z Marco, Matsem i Łukaszem.
-Wydaje mi się jednak, że było ich trzech.-poprawiłam go ze śmiechem wstając z oparcia kanapy
-Hmm… O, no to Marco może sobie iść. My tu do żon przyszliśmy i narzeczonych.-stwierdził Mats. Dobrze wiedziałam, że chciał sprowokować sytuację, żebyśmy się wygadali
-Przecież ja też muszę mieć jakiegoś  wielbłąda co za mnie ponosi mój bagaż.-wybrnęłam uśmiechając się szeroko do Hummelsa.


Podzieliliśmy się na dwie tury. Lewy, Mats, Ewa, Cathy i Anka z walizkami dziewczyn oraz ja, Marco i Łukasz, który musiał zwieźć jeszcze swoją walizkę, bo jak się okazało wszyscy chłopacy już swoje znieśli.

Kiedy tylko weszliśmy do windy zapanowała dość nietypowa atmosfera. Marco spojrzał na mnie w tym samym momencie co ja na niego. Obojgu nam chyba przypomniał się nasz ostatni pobyt w windzie. Uśmiechnęłam się delikatnie czując rumieńce na policzkach i lekko spuściłam głowę.
-Jesteście razem, prawda?-nagle usłyszeliśmy głos Łukasza. Od razu spojrzałam na niego próbując wykryć czy nas podpuszcza, czy mówi serio. –Dobra, już nie patrzcie tak na mnie, nie było pytania.-zaśmiał się Polak
-Prawda.-odpowiedział w końcu Marco posyłając do mnie uśmiech
-No to wszystkiego co najlepsze! Szczęścia!-uśmiechnął się szeroko i przytulił najpierw mnie, a potem przybił sztamę z Marco i objął go po kumpelsku. –A, tak, wiem, top sercert!-puścił do nas oczko, kiedy drzwi windy zaczęły się otwierać.




***



Ostatnie widoki Malezji przemykały mi przed oczyma. Wracaliśmy wszyscy tym samym autokarem, który zawoził nas pod hotel. Towarzyszyła nam także Merry. Oczywiście zaprosiliśmy ją do Niemiec.
-Fajnie, że udało nam się ciebie wyciągnąć.-stwierdził Mario, który siedział na fotelu koło mnie
-A ja się cieszę, że mnie wyciągnęliście. Gdyby nie ten wyjazd pewnie nie wychodziłabym spod kołdry z brakiem chęci do życia. Przywróciliście mi szczęście, chyba na dobre.
-No i gdyby nie pewien pasożyt.-zaśmiał się Götze –Czekaj…-wyjął telefon z kieszeni i uśmiechnął się szeroko czytając wiadomość. Pokazał mi ją.


„SŁYSZAŁEM.”


Zaśmiałam się i położyłam głowę na jego ramieniu
-Chyba będę spać w samolocie.
-Użyczę ramienia. Bo przywry mają ciało nieczłonowane. Więc nawet ramienia nie znajdziesz.-zaczął się śmiać głupkowato. No i jak można było się nie śmiać? On najzwyczajniej zarażał tym śmiechem.



W końcu stanęliśmy pod lotniskiem. Kiedy już miałam wysiadać zawołała mnie Merry. Podeszłam do niej z uśmiechem
-Inga, wiem, że nie powinnam się wtrącać, ale chodzi… chodzi o Tobiasa.
-Coś się stało?-zaniepokoiłam się
-Nie, skądże znowu. Po prostu to mój brat, jesteśmy ze sobą bardzo blisko, jesteśmy bardzo zżyci ze sobą. Mówimy wszystko sobie. Nie miej mu tego za złe…
-Co ty, rozumiem. A o co chodzi?
-Nie powinnam o to pytać, ale… Czy na pewno nic do niego nie czujesz?
-Merry, domyślam się, że powiedział ci, że się we mnie zakochał…-chwilę później aż obie podskoczyłyśmy słysząc głośny trzask drzwi. Jasna cholera. Marco.
-Przepraszam, o matko, nie zauważyłam go, byłam pewna, że wszyscy poszli. Tak bardzo cię przepraszam…-zaczęła wpadać w lekką histerię.
-Hej, spokojnie, nie szkodzi.
-On jest twoim chłopakiem?
-Mam nadzieję, że jeszcze jest…-westchnęłam patrząc jak Marco wchodzi twardym krokiem na lotnisko, a za nim pędzi Mario.
-Przepraszam…
-Już mówiłam, że nic się nie stało. Widzę przynajmniej, że w kwestii zaufania mamy trochę do pracy. A wracając do Tobiasa, to nie, nie czuję nic do niego po za sympatią, przyjacielską sympatią. Powiedziałam mu to, wymieniliśmy się numerami. Wydaje mi się, że zrozumiał. Ja jestem bardzo szczęśliwa z Marco…
-Wiem, powiedział mi, że nic między wami nie będzie i kibicuje ci, żebyś była z nim szczęśliwa… Ale wiesz, siostra jak siostra. Chciałabym, żeby znalazł sobie jakąś porządną dziewczynę.
-Rozumiem cię. Tobias jest świetnym facetem i z pewnością znajdzie swoją drugą połówkę.
-Dzięki. I jeszcze raz…
-Przestań, Merry!-zaśmiałam się i objęłam brunetkę. –Muszę lecieć, zaraz mi samolot ucieknie. Mam nadzieję, że do zobaczenia wkrótce.
-Jesteś cudowna. Do zobaczenia.-odpowiedziała i pomachała mi przez szybę, kiedy wysiadłam. Podeszłam do reszty grupy, która na mnie czekała i wspólnie skierowaliśmy się na lotnisko.
Jak się okazało Marco i Mario siedzieli już w samolocie. Zabolał mnie widok, kiedy Marco gestem ręki przywołał Pierre’a na ostatnie wolne miejsce koło niego. Stanęłam w miejscu i wzięłam głęboki oddech na rozluźnienie.

-Inga, chodź do nas!-zawołała Ania. Cóż mi zostało innego. Usiadłam koło Lewandowskiej w miejscu pod oknem. Cathy siedziała na trzecim fotelu od strony przejścia.
-Czyżby znowu fochy z Marco?-zaśmiała się Helthy –Mówię ci, wy się będziecie kłócić do końca życia i jeszcze dłużej.
Spojrzałam na chwilę w okienko, a potem napotkałam współczujący wzrok przyszłej pani Hummels.
-To co, oglądamy katalog z sukniami ślubnymi? Jeny, jak wy się z Matsem kochacie.-uśmiechnęła się szeroko Ania.
Zabolało. Kłótnie do końca życia… Może ma rację? Może ten związek nie ma przyszłości? Nie będziemy umieli ze sobą żyć, spędzać czasu? A może pomyliłam miłość ze zwykłą fascynacją? A może to tylko jakieś „zauroczenie” typu C. Jak Caroline.
-Inga, zobacz, co sądzisz o tej koronkowej?-zapytała brunetka.
-Zdrzemnę się jeśli pozwolicie. -odpowiedziałam i położyłam głowę na okienku, by po chwili odpłynąć w sen, który jak zawsze okazuje się pomocnym rozwiązaniem.










~~~


No i znowu trochę przesadziłam z długością. Cieszę się, że też lubicie takie "mody na sukces" innymi słowy "Niekończącą się opowieść", ale tak-jeśli to czytasz, możesz się cieszyć-to już koniec:D
Ostatnia część przed Świętami, także chciałabym Wam życzyć zdrowych, spokojnych, radosnych świąt spędzonych w gronie rodzinnym, uśmiechu na twarzy, wiele miłości i wieele prezentów pod choinką!:) 26 mimo, że 2-gi dzień świąt to kolejny rozdział będzie, zarezerwujcie sobie czas..no chyba, że nie chcecie w ogóle i next w 2016?:) Jestem otwarta na propozycje (oczywiście uprzedzając, nie, wcześniej się nie pojawi;)))
Ściskam mocno kochane!!<3
PS. Czy Wam też tak strasznie brakuje śniegu? :(

sobota, 12 grudnia 2015

Trzydzieści siedem.

„Dziś właśnie ja patrzę w twoją twarz
I dobrze wiem to, kim jesteś.
Nie ważny jest świat
Nie ważny jest czas
To ty jesteś mym powietrzem.”





Obudziły mnie rozmowy dziewczyn z salonu. Zaraz, Marco nie miał mnie wcześniej obudzić? Poderwałam się z łóżka i wzięłam telefon do ręki. Jedna nowa wiadomość.


„Byłem ok.6,30 ale nie chciałem cię budzić. Zbyt słodko spałaś. Za to zyskałem śliczne zdjęcie na tapetę;)
PS. Możesz udawać, że ci niedobrze? :D”


„Oszalałeś?! Już widzę jak Ania mówi, że jestem w ciąży… I USUŃ TO ZDJĘCIE!”


Jak mógł.. No nie.. Zdjęcie. I to na tapecie! Jak śpię. Pewnie jeszcze się ślinię. Albo leżę jak mumia. I o co mu chodzi z tym udawaniem?! On coś knuje, tylko cholera jasna co?


„W sumie też nie byłoby źle. Zdjęcie jest MOJE^^. Inaczej plan nie wypali.. Musimy się od nich wymknąć nie zdradzając, że jesteśmy razem. Mogę na ciebie liczyć?”


Nie byłoby źle? Źle z czym? Z ciążą? On się upił. Jak nic się upił. Nie słychać w prawdzie romantycznych piosenek biesiadnych, ale upił się.


„Rozumiem, że masz plan..?”


„Najlepszy. To jak?”


„Idę do dziewczyn. Działaj.”

Wysłałam i wstałam z łóżka. Nie miałam bladego pojęcia co on kombinuje. Cóż. Czasem trzeba zaufać. Przeczesałam palcami włosy i weszłam do salonu, gdzie wszystkie dziewczyny siedziały na kanapie.

-Hej wam-przywitałam się z uśmiechem i usiadłam z brzegu koło Ewy Piszczek
-Hej kochana!
-Co tak plotkujecie od rana?
-Aaa, nasza kochana Cat wróciła nie wyobrazisz sobie, ale pół godziny temu.-powiedziała celując w nią palcem pani Piszczek
 -Właśnie Cat! Pokaż pierścionek!-uśmiechnęłam się szeroko, ale po chwili zobaczyłam zaskoczenie na twarzach Ewy i Ani. –O matko, nie powiedziałaś im? Przepraszam… Jak ja czasami coś palnę…
-Nie szkodzi. Właśnie miałam dziewczynom powiedzieć, bo już zbyt długo mi dziurę w brzuchu wierciły.-uśmiechnęła się podchodząc do mnie i uściskała mnie mocno.
-A co tam u ciebie?-zapytała z błyskiem w oku. Dobrze wiedziałam, że jest ciekawa co z Marco.
-A, wiesz co…Coś mi niedobrze. Chyba się czymś zatrułam.
-O jeny, to niedobrze…-typowo udawała zmartwioną. Dobrze wiedziała jaki jest tego cel. Zacisnęła usta, żeby się nie roześmiać.
-Nie ma się co mną przejmować, pogratulujcie lepiej Cathy!-skierowałam do Ani i Ewy. Te odzyskały optymizm i wyściskały blondynkę.
-To zostało nam teraz wybieranie sukienki.-uśmiechnęła się świeża narzeczona
-Zostawimy to na samolot, teraz się przebierzemy, bo chłopaki nam tu za chwilę wparują.-oznajmiła Ewka. 
Wszystkie udałyśmy się do naszych pokoi. Weszłam pierwsza, za mną Ania. Stanęłam przed szafą i zaczęłam wybierać ubrania na dzisiaj. Wybór padł na spodnie od Ani, które kupiła dla mnie w stolicy. Do tego czarna bokserka i czarne sandały.

-Będziesz się przebierać tutaj czy w łazience?-zapytałam. Brunetka spojrzała na mnie wyrwana z jakiegoś zamyślenia
-A ty?
-Mi obojętnie, mogę tutaj.-odpowiedziałam zmieszana.
-Okej.-odpowiedziała i zaczęła iść do drzwi. Jednak zatrzymała się przed nimi.
-Kolejne kwiaty…-wskazała na frezje przy moim łóżku. Jeszcze nigdy nie było tak napiętej atmosfery między nami
-Tak, pogodziliśmy się.-wytłumaczyłam przestępując z nogi na nogę.
-To dobrze.-uśmiechnęła się blado i wyszła z pokoju. Wypuściłam głośno powietrze i rzuciłam się na łóżko. Dobrze wiedziałam, że jak Lewa się uprze to trudno nią jest. No nic. Przebrałam się w wybrane rzeczy, pomalowałam rzęsy i delikatnie musnęłam usta truskawkowym błyszczykiem. Kiedy kończyłam usłyszałam głosy chłopaków. Musiał być tam też Marco.  Od razu na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Wyszłam jak na skrzydłach do naszego salonu. Był tam. Stał koło Mario. I jak zwykle wyglądał bosko. Jeansowe spodenki do kolana i t-shirt z nadrukiem, perfekcyjna fryzura i uśmiech skierowany w moją stronę. Odwzajemniłam go i skupiłam się na tym, żeby nie być w niego ślepo wpatrzona. Jeszcze by się przestraszył i uciekł.

-Hej, Hej!-przywitał się ze mną Mats obejmując mnie po przyjacielsku
-Hej, jeszcze raz gratulacje.
-Dzięki.-puścił oczko i podszedł do swojej narzeczonej
-Kochani, tak już oficjalnie, żeby wszyscy byli poinformowani.-spojrzał z czułością na swoją narzeczoną. –Zaręczyliśmy się.-oznajmili razem, a po pokoju rozeszły się gromkie brawa. Wszyscy potem im gratulowali. Oparłam się o ścianę i ukradkiem obserwowałam Marco.
-To jak, jedziemy dzisiaj do stolicy!-zakrzyknął wesoło Lewandowski, a ja dopiero zorientowałam się, że Marco stał już oparty o ścianę tuż koło mnie.
-A właśnie, Inga, jak ty się czujesz? Dasz radę z nami jechać?-zatroszczyła się Ewa
-Wiecie co, chciałabym z wami jechać, ale może lepiej będzie jak zostanę… Jeszcze by mi się gorzej zrobiło i byście musieli przeze mnie wracać.-umiejętności aktorskie na pięć.
-Niech może lepiej ktoś z tobą zostanie.-tym razem zabrał głos w sprawie… Mario. Marco musiał go wtajemniczyć.
-Dobry pomysł. Znając twoje uparcie, to nie będziesz grzecznie leżeć w łóżku i pić herbatę.-przytaknęła Mario ledwo powstrzymując śmiech Cathy
-To ja mogę zostać.-zgłosił się na ochotnika Reus
-Cóż za wielkoduszność.-zaśmiałam się pod nosem
-Nie musisz, Marco, ja zostanę.-odezwała się Ania. No nie, teraz też ma zamiar mnie „bronić” przed Marco? Cudownie.
-Aniu, daj spokój… Nic mi się nie stanie jak zostanę z Marco. Chciałaś przecież kupić przyprawy i owoce. To może być jedyna dobra okazja. –czuły punkt-zdrowa żywność. Zobaczyłam w jej oku cień zawahania. Chwila ciszy. Zgódź się! No dalej…
-Dobra. –skapitulowała i podniosła ręce w geście poddania.
-No to możemy iść na śniadanie.-zatarł ręce Auba i jako pierwszy opuścił nasz pokój
-To może Inga nic nie jedz, trzeba cię na głodówce przetrzymać.-stwierdził poważnie Mario. Zamurowało mnie. Kątem oka zauważyłam jak Marco zasłania usta i prycha śmiechem
-Ty już się o moją dietę nie martw. O swoją zadbaj.
-Zjesz po prostu coś lekkiego… Jakąś bułkę z masłem i jajko na twardo.-wtórowała Goetzemu Cathy.
-Dobrze. Możesz mi nawet na talerzyk nałożyć.-pokręciłam głową, podczas gdy wszyscy zaczęli wychodzić. W pewnym momencie zostaliśmy w końcu tylko Marco, Mario i ja. Marco zaszedł mnie od tyłu i oplótł dłońmi moją talię, a głowę położył na moim ramieniu.
-Przed Mario rozumiem się nie kryjemy?-spojrzałam na niego z uśmiechem.
-Nie.-odparł dumnie. Złożył krótki pocałunek na mojej szyi i podszedł do przyjaciela.
-Dzięki Mario za głodówkę.
-Nie ma sprawy, ty wiesz, że ja dla ciebie chcę jak najlepiej. A właśnie, nie pogratulowałem ci posiadania życiowej przywry!-uśmiechnął się szeroko i mocno mnie przytulił-Ałaa!-krzyknął do mojego ucha. Momentalnie od niego odskoczyłam
-Co jest?
-Kopa dostałem!-wycelował oskarżycielsko palec na Marco
-Za tą przywrę!
-Co chcesz od przywry? To takie malutkie zwierzątko o ciele płaskim, nieczłonowanym, opatrzonym przyssawkami. Gębową i brzuszną…
-I jest pasożytem.-dokończył za niego Reus
-Rasista. Czy to czworonóg, pajęczak, bakteria czy pasożyt trzeba być tolerancyjnym!
-Jeny, ja z was nie mogę. Chodźcie już na to śniadanie.-śmiałam się i skierowałam do drzwi. Za mną kroczył Mario. On to do śniadania pierwszy. A właściwie to drugi, bo tuż za mną. –Chodź moja przywro.-zawołałam Marco otwierając drzwi
-Nie gadam z wami!
-Założymy się?
-Nie.-podbiegł do mnie a mijając dał mi szybkiego buziaka w usta.
-Mario?
-No?
-Skąd ty tyle wiesz o przywrach?-znów zaczęłam się śmiać
-Uczyłem się z Feliksem do jego ostatniego testu z biologii.
-Brawo, że zapamiętałeś.
-Bo ja mądry jestem!-wyszczerzył się wypinając dumnie pierś, a my z Marco ryknęliśmy śmiechem.



Do hotelowej jadalni weszliśmy jako ostatni. Nie wiedziałam gdzie usiąść. W porę dostrzegła mnie Cathy i pociągnęła do stołu, przy którym siedział już Mats oraz Piszczkowie.

-Tam widziałam jakieś bułki.-wskazała na jeden ze stołów
-Dzięki kochana, poradzę sobie.-spiorunowałam ją wzrokiem i ruszyłam przed siebie słysząc za sobą chichot dziewczyny. Podłamana podeszłam do stołu i zaczęłam nakładać sobie moje dietetyczne śniadanie.

-Hmm..Słabo coś dzisiaj.-skomentował Mario oceniając mój talerz. Sam nałożył sobie pełno sałatek, kiełbaski, jajecznicę, pasty… O ludzie. A ja? Bułka, masło i jajko.
-Jeszcze ci się kiedyś za to odwdzięczę.
-Nigdy nie oderwiesz mnie od jedzenia!
-Tego nie powiedziałam. Możesz biegać za to karne kółeczka na treningach, jak się całkiem przypadkiem trener dowie o twoich tutejszych posiłkach.
-Nie zrobisz tego.
-No nie wiem. W końcu jakieś tam chody mam.
-Wiesz ty co…
-Przepraszam, ale muszę iść zjeść moje jajko póki mam gorącą miętową herbatę.-ze sztucznym uśmiechem wyminęłam bruneta i wróciłam do mojego stołu, by zjeść cudowne śniadanie.




-Chyba musimy się zbierać.-spojrzał na zegarek Mats, kiedy skończył swój posiłek
-To ja polecę do pokoju po plecak.-wstała od stołu Cat. Rozejrzałam się dookoła. Wszyscy powoli już się zbierali.
-Inga..-usłyszałam za sobą głos Roberta.
-Tak?-wstałam od stołu i stanęłam koło niego
-Dasz sobie radę?
-Dam. Nie jestem też sama. Nie masz się co martwić.
-No tak…-westchnął i spojrzał za siebie. –Lepiej coś się czujesz?
-Odpocznę, a jak wrócicie będę już do życia.
-Oby. To trzymaj się.-uśmiechnął się słabo, a po chwili postanowił mnie przytulić, miło, choć wyraźnie czułam, że to bardzo niezręczny uścisk
-Bawcie się dobrze.
-Dzięki.-odpowiedział i ruszył w stronę wyjścia. Usiadłam z powrotem na moje miejsce przy okazji pożegnałam moich sąsiadów ze stolika. Westchnęłam ciężko i zamknęłam oczy. Po chwili poczułam czyjeś dłonie na moich ramionach. Uśmiechnęłam się, kiedy poczułam mieszankę jego perfum i żelu do kąpieli.
-Wszyscy poszli?-zadarłam głowę do góry, by spojrzeć w jego piękne oczy.
-Yhym… Jesteś smutna?-zapytał z troską, a już po chwili siedział koło mnie. Złapał mnie za rękę, położył ją sobie na udzie i gładził kciukiem wierzch mojej dłoni. –Przez Roberta?
-Wszystko się psuje…-powiedziałam łamiącym głosem.
-Chodź tu.-pociągnął mnie za rękę i posadził sobie na kolanach. Wtuliłam się w niego jak małe dziecko
-Możemy o tym porozmawiać w pokoju?
-Jasne
-Tylko sobie zrobię normalną kanapkę…
-Ja ci zrobię, a ty idź. Zaraz będę.
-Dziękuję. Jesteś aniołem.
-Raczej ty jesteś aniołem. Moim kochanym aniołem.-uśmiechnął się delikatnie i pocałował mnie w czoło.
-No to idę.-westchnęłam i podniosłam się z jego kolan.

Wolnym krokiem udałam się w kierunku wind.
Kiedy weszłam do pokoju poszłam się położyć na moje łóżko. Wtuliłam się w moją mięciutką kołdrę. Zamknęłam oczy i poczułam, że powoli zasypiam. 
Po chwili jednak poczułam lekkie ugięcie się materaca.

-Obudziłem cię?-zapytał Marco
-Nie, nie… Tak jakoś..mnie zmuliło.-zaśmiałam się  cicho. –Hmm! Kanapka!-uśmiechnęłam się na widok pięknej kanapki  z sałatą, serem, wędliną i Bóg wie czym jeszcze. Nieźle się postarał.
-Na bogato.-zaśmiał się podając mi talerzyk. Faktycznie, wyglądała trochę jak taki wysoki burger.
-Na bogato.-odpowiedziałam i wzięłam kęs. –Pyszna. Dziękuję.
-No to co się dzieje, hmm?-rozłożył się na wpół leżąco i oparł o moją poduszkę.
-Nie mów mi, że nie widzisz jak Lewandowscy są wściekli.-westchnęłam z rezygnacją i wzięłam kolejny gryz pysznej kanapki dla ukojenia nerwów.
-No… Ania dała mi dosadnie, że mam łapki trzymać przy sobie.-zaśmiał się i oparł o moją rękę.
-Nie żartuj proszę.
-Po prostu martwią się o ciebie.
-Nie muszą aż tak bardzo! Przecież wiedzą, że cię kocham.
-A więc wszyscy wiedzieli, a ja musiałem się o tym ostatni?
-No prawie. Marco, to przecież przeze mnie ucierpiała twoja przyjaźń z Lewym.
-Albo dopiero teraz zobaczyłem jaki jest. Nie ma do mnie zaufania. Jak taka to przyjaźń…
-Chciałabym, żebyście się pogodzili…
-Ja też bym chciał, żebyś się z nimi pogodziła. Powinniśmy z nimi pogadać razem.
-Tak, to chyba będzie najlepsze wyjście. Ale to już w Dortmundzie, dobrze?
-Kiedy tylko chcesz. A teraz zjadaj już tą kanapkę, czas nas nagli.
-A więc jesteśmy gdzieś umówieni?
-Zobaczysz.-uśmiechnął się. –Idę iść się przebrać. Będę za pięć minut.
-Dobra.-uśmiechnęłam się i odprowadziłam wzrokiem mojego przystojnego chłopaka. Cholera, wpadłam w tym zakochaniu jak śliwka w kompot. Po mnie.

Dokończyłam moją pyszną kanapkę i popiłam herbaty. Wtedy akurat wszedł Marco. Równie wspaniale wyglądający.
-Na co się tak piękna panienka zapatrzyła?-uśmiechnął się zniewalająco i położył się koło mnie.
-Raczej na kogo…
-To na kogo?
-Na bardzo przystojnego pana…-uśmiechnęłam się i przytuliłam się do niego.
Marco uśmiechnął się szeroko, aż pojawiły się śliczne zmarszczki w kącikach jego oczu
-Mam prośbę…
-Dla ciebie wszystko.-odpowiedział intensywnie parząc się w moje oczy
-Możesz zrobić…-cholera, wkopałam się. Wzięłam głęboki oddech –Możesz zrobić to co wtedy w hotelu?
-Kiedy w hotelu?-zmarszczył brwi tak samo jak zawsze wtedy, kiedy się zastanawia
-No wiesz… Wtedy, kiedy babcia… Kiedy zasnęliśmy razem i…-odwróciłam głowę w stronę okna. Zapanowała chwilowa cisza. Niepotrzebnie to mówiłam
-Dlaczego wtedy nic nie powiedziałaś? Nie zareagowałaś…-usłyszałam w końcu jego głos
-Chciałam, żebyś to zrobił. Podobało mi się to.
-Podobało, tak?-wyczułam, że się uśmiecha. Chwycił za moją brodę i skierował w swoją stronę. Nie miałam jakoś śmiałości spojrzeć mu w oczy. Teraz leżeliśmy dokładnie tak samo jak w hotelu. Ja wtulona w niego, a on powoli obrysowuje palcem moje usta. –Tylko, że to nie miało się tak skończyć.-szepnął nachylając się do mojego ucha. Kończąc podróż po mojej dolnej wardze delikatnie pociągnął ją w dół, a zaraz potem poczułam jego wargi na swoich. Oddałam każdy z jego słodkich i delikatnych pocałunków. Uśmiechnęłam się, kiedy oderwaliśmy się od siebie, by w końcu nabrać powietrza.
-Szkoda, że nie postanowiłeś wtedy zrealizować swojego planu do końca.
-A co by się wtedy stało?-uśmiechnął się i objął mnie rękoma
-Gdybyś spróbował to byś zobaczył.
-Coraz bardziej mnie zaskakujesz.
-Ja? Dlaczego?
-Jak cię poznałem byłaś dla mnie chodzącą zagadką. Potem dowiedziałem się o twojej przeszłości, ale ty cały czas byłaś bardzo zamknięta. Mimo, że dobrze dogadywałaś się z powiedzmy Mario, czy Lewandowskimi, to trzeba cię naprawdę poznać, żebyś była taką prawdziwą sobą. Bez żadnych sekretów…
-Celne spostrzeżenia. Po prostu muszę kogoś dobrze poznać i zaufać, żeby on poznał mnie. Przykro mi, jeśli zawiodłam cię…
-Nie. Może to głupie, oklepane i dziwne, ale z każdą minutą spędzoną z tobą coraz mocniej cię kocham. Choć nie wiem jak to może się dziać.
-Mam to samo. Idziemy?
-Masz coś, żeby okryć ręce? Zapowiada się strasznie gorąco.
-Mam!-z uśmiechem zeskoczyłam z łóżka i podeszłam do szafy. Wyjęłam z niej chustę, tą, którą dała mi Ania, lecz chyba mówiła, że to nie ona ją wybrała. Ciekawe kto.
-Inga?
-Hmm?
-Komu ufasz?-zapytał stając naprzeciw mnie.
-Tacie, Kubie i tobie.-odpowiedziałam szybko i ruszyłam do salonu. –Spakuję jeszcze tylko torebkę.





***




Ku mojemu zaskoczeniu wybraliśmy się na wycieczkę w góry. Szlak nie należał do najłatwiejszych. Szliśmy już ponad godzinę. Po połowie drogi zaczęłam odczuwać zmęczenie. Teraz sobie mogłam myśleć „a gdybym więcej ćwiczyła..”. Marco szedł z przodu pewnym krokiem. No tak, ma kawał krzepy. Ćwiczy. W odróżnieniu… Będę musiała wziąć się za siebie i zacząć ćwiczyć, bo z takim chłopakiem, to daleko nie zajdę. Dosłownie.

-Daleko jeszcze?
-Kawałeczek.-posłał mi swój wspaniały uśmiech, przez co zyskałam nowe pokłady gdzieś tam ukrytej energii. Dam radę. Przecież nie stanę sobie na drodze i nie powiem „dalej nie idę”.
-Gdzie my właściwie idziemy?
-Zobaczysz.
No i tyle po naszej rozmowie. Była fantastyczna. Taka prawdziwa, szczera i wzruszająca.  Po piętnastu minutach drogi dotarliśmy na szczyt.

-Zobacz.-pokazał na przeedługi most łączący ze sobą dwa szczyty gór.
-Niesamowity.
-Sky Bridge. Jak będziemy szli przez tą pierwszą połowę, do pierwszego szczytu będzie piękny widok na Malezję. Potem będzie prowadził do najwyższego z tych trzech szczytów. Po obu stronach będą chmury.-wyjaśnił z zapałem. Domyślam się, że planował tę wyprawę odkąd tu przyjechaliśmy.
-Wow. Aż trzy szczyty?
-Yhym-odpowiedział z uśmiechem –Idziemy?
-Marco, a możemy na chwilkę usiąść? Przerwa na jabłko.
-Okej.-zaśmiał się i usiedliśmy razem na pieńku drzewa przerobionym na ławeczkę dla dwóch osób.
Wyciągnęłam z torebki jabłko i zaczęłam jeść.
-Chcesz też? Wzięłam drugie.-spojrzałam na Marco, który cały czas mnie obserwował. Nie spuszczając ze mnie wzroku chwycił za rękę, w której trzymałam owoc i ugryzł miejsce, które ja przed chwilą gryzłam. Patrzyłam jak zahipnotyzowana na ruch jego żuchwy, na kształt jego ust.
-Pyszne.-odpowiedział, kiedy w końcu przełknął. Nachylił się nade mną i pocałował z namiętnością. –Pyszne.-powtórzył odsuwając się ode mnie. –I kocham twoje rumieńce.
-Idźmy już.-odpowiedziałam zbaczając z niewygodnego tematu
-Dokończ, tam nie będzie śmietników. –tak jest. Skoro tak mówisz. Wzięłam szybkie trzy kęsy i wyrzuciłam ogryzek do kosza.

Podniosłam się z ławki, a w moje ślady podążył Marco. Trzymając się za ręce weszliśmy na ten wyjątkowy most. Zapatrzeni byliśmy w niesamowity widok Malezji. Na horyzoncie widzieliśmy stolicę. Niesamowity, zapierający dech w piersiach. Zatrzymaliśmy się w połowie drogi. Marco podszedł do barierki i zapatrzył się w dal. Widać było w jego oczach tą ekscytację. Taką ekscytację małego chłopca. Obejrzał się na mnie.

-Chodź.-w uśmiechem wyciągnął do mnie rękę.
-Mam lęk wysokości.
-Dlaczego nie powiedziałaś wcześniej? Zanim weszliśmy?
-Dopiero teraz to u siebie zdiagnozowałam.- Marco zaczął się śmiać
-Chodź, ze mną nic ci nie grozi.
-Powiadasz…
-Yhym. No chodź.-wziął moją rękę i pociągnął tak, że stałam przy barierce, a on oplatał dłońmi moją talię.
-Wiesz, znalazło by się kilka przypadków, że nic mi tak niby nie grozi.
-Jakich?-zaciekawił się i położył brodę na moim ramieniu. Nie ułatwia. Westchnęłam pod nosem. Choć dobrze wiedziałam, że się teraz uśmiecha.
-Zacznijmy od początku…
-Czyli zapowiada się dłuższa lista?
-No w miarę. A więc. Na początku zamach na moją bluzkę poprzez ka…
-Temat zamknięty. Nie moja wina.-oświadczył, a nim zdążyłam zaprzeczyć poczułam jego usta na swoich. Wygrał. Za takie rzeczy to ja mogę brać winę na siebie
-Coś jeszcze?-zapytał ponownie opierając się na moim ramieniu.
-Yhym… Pociągnąłeś mnie do basenu.
-Popchnęłaś mnie. Jesteśmy kwita.-przewróciłam oczami. Będę musiała uczyć się na nowo trzymania swojego zdania i pewności, bo kiedy jestem z nim jakoś to ucieka.
-Pocałowałeś mnie w klubie.
-I to było zagrożenie?
-Prawie dostałam zawału i pierwszy raz w życiu upiłam się tak, że ciężko mi było cokolwiek sobie przypomnieć.
-A, to przepraszam, że się upiłaś.
-Marco to nie jest śmieszne.
-A skąd!
-No i pocałowałeś mnie ostatnio koło klubu.
-Inga.-westchnął ciężko i odwrócił mnie przodem do siebie. –Jeszcze raz przepraszam za tamto. Mogłem być bardziej delikatny…
-Mogłeś, ale ja się nie gniewam. Siniak schodzi, a ja mam najpiękniejszą bransoletkę na świecie.
-Nie powinienem był tego robić.
-Byłeś pijany. Człowiek robi różne rzeczy jak jest pijany. Jedni użalają się nad facetami przy wódce z winem inni tańczą wolnego z wieszakiem.-zaśmiałam się i przytuliłam się do niego. Przyłożyłam ucho na wysokości jego serca i słuchałam jak bije. Po chwili poczułam jego ręce na moich plecach i głowę na mojej.
-Przepraszam… Jeszcze ta sytuacja z tą dziewczyną.
-Ale przecież do niczego nie doszło.-uśmiechnęłam się pokrzepiająco i spojrzałam na jego kochaną twarz.
-Nie… Znaczy ona pocałowała mnie w szyje, ale byłem tak pijany…Gdyby nie Mario…
-Zaliczyłbyś glebę i zasnął.-zaśmiałam się. –Umyłeś tą szyję?-zapytałam poważnie
-Tak.-odpowiedział próbując ukryć rozbawienie
-No to dobrze.-stwierdziłam i odwróciłam się znów w stronę pięknego widoku. Marco znów przyjął pozycję jak poprzednio obejmując mnie. Złożył pocałunek tuż przy moim uchu.
-Kocham cię, wiesz?-usłyszałam, co podziałało jak miód na moje serce. Uśmiechnęłam się i oparłam głowę o jego ramię. Po kilku chwilach poczułam jego usta na moim policzku. Kiedy otworzyłam oczy było już za późno. Zadowolony ustawiał sobie tapetę na telefon.
-Marco…
-Nie mogę mieć tapety z moją piękną dziewczyną?
-Przynajmniej nie będziesz miał tego zdjęcia gdzie śpię i się ślinię. Chodźmy już.-ruszyłam przed siebie, a po chwili Marco dorównał mi kroku.
-Tamto mam na ekranie blokady. I nie ślinisz się. Wyglądasz słodko.
-Tylko się od tej słodyczy czasem nie porzygaj.
-Wysiliłabyś się czasem na odrobinę romantyzmu.
-Mówiłam ci, że nie mam zbyt wielkiej praktyki co do bycia romantycznym.
-Wczoraj byłaś bardzo romantyczna.-odpowiedział z uśmiechem, na co wspomnienie moje policzki przybrały kolorów. Na szczęście uratował mnie dzwoniący telefon. Wyciągnęłam go z torebki i kiedy zobaczyłam od kogo od razu odebrałam.

-Hej Kubuś!-uśmiechnęłam się szeroko, na co Marco odpowiedział tym samym chwytając moją wolną dłoń
-No, no, no! Mamy dobry humorek. Nie dzwoniłem wczoraj, myślałem, że będziesz jeszcze dzwonić ale chyba wasze randewu się udało z tego co słyszę.
-Jak możesz to słyszeć?
­-Emanujące szczęście cię zdradza. To jak? Jak tam było?
-Wiesz co Kubuś, może zadzwonię za powiedzmy półtorej godzinki?-zaśmiałam się pod nosem, kiedy Marco zaczął składać pocałunki na mojej szyi
-Rozumiem, że nie jesteś sama.
-No tak jakby…
-Czyli potwierdzasz?
-Nie zaprzeczę.-odpowiedziałam z uśmiechem, a po drugiej stronie usłyszałam głośny pisk żony Kuby-Co tam się dzieje? Coś się stało? Rodzi?
-Nie, tylko się cieszy!-śmiał się Błaszczykowski –O mój Boże, Ingusia! Nawet nie wiesz jak się cieszę! Jak tylko wrócisz muszę cię uściskać. No i tego twojego Marco! Od jak dawna jesteście razem? Co ja się pytam, pewnie od niedawna…
-Agunia, oddychaj!-zaczęłam się śmiać –Też się bardzo cieszę.-westchnęłam spoglądając na Marco, który przypatrywał mi się bacznie. –Jeszcze doby nie ma jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć.-przeszłam na polski, na co Marco delikatnie zmarszczył brwi. Haha. No proszę. Zapamiętam sobie na przyszłość. Będę mogła kupić mu prezent na urodziny i rozmawiać o nim tuż koło niego!
­-Nawet nie masz pojęcia jak się cieszę! Inni chyba też, co?
-Inni nie do końca wiedzą. Poza tym mamy tutaj jeszcze jednego newsa, więc spokojnie…
-Jakiego newsa? Któraś z was jest w ciąży?
-Nie! Coś ty. Ale będziesz pozytywnie zaskoczona.
-Kochanie, daj już ten telefon. Nie będziemy im w randce przeszkadzać.-usłyszałam przytłumiony głos Kuby –Rety! Zapomniałam! Przepraszam, że zajmuję wam tyle czasu!
­-Ale nie szkodzi! Zadzwonię do ciebie wieczorkiem to pogadamy, okej?
-Zadzwoń rano, bo waszym wieczorkiem, to będzie u nas noc.
-Oj tam.-zaśmiałam się
-To ja jeszcze daję na chwilę Kubę. Szczęścia! Ściskam was mocno!
-My też i ucałuj Oliwcię!
-Pewnie! Paa! –pożegnała się i ponownie usłyszałam Kubę –Dasz mi jeszcze na moment Marco? Chciałbym sekundkę wam jeszcze przeszkodzić.
-Okej. Nie ma problemu.-odpowiedziałam i podałam Marco mój telefon.
-Kuba do ciebie. Mógłbyś mi dać swój telefon, bo chciałabym jeszcze do kogoś zadzwonić.
-Pewnie.-wyjął swój telefon z kieszeni i podał mi go, a ja jemu swój.
Zatrzymaliśmy się niedaleko szczytu środkowej góry. Marco poszedł do barierki po drugiej stronie, a ja usiadłam na ławeczce i wybrałam na telefonie Marco numer do taty. Po kilku sygnałach odebrał.

-Halo? Marco?
-Nie, tu Inga. Dzwonię z telefonu Marco
-Inga! Miło, że dzwonisz. Coś się stało z twoim telefonem?
-Nie, Marco przez niego rozmawia… Taka tam wymiana.
-Rozumiem…Powiedzmy. Cóż cię do mnie sprowadza?
-Masz ogólnie chwilę czy odpoczywasz gdzieś towarzysko?
-Jestem akurat w odwiedzinach u mamy, ale mów śmiało, mam czas.
-Może kiedy indziej…
-Teeeraz.-przeciągnął ze śmiechem
-No okej. Wiesz co, skoro już zostaję w Dortmundzie to pomyślałam sobie, że powinnam wynająć sobie jakieś mieszkanie. Odzywał się ktoś w sprawie kupna domu babci?
-Odezwała się rodzina. Małżeństwo z dwójką małych dzieci. Zależy im na tym domu, podoba im się okolica. Chcą zapłacić taką cenę jaką podaliśmy, nawet się nie tagują. Powiedziałem im, że muszę jeszcze z tobą skonsultować. Na pewno chcesz go sprzedać?
-Tak. Zgódź się na sprzedaż. To dobry dom dla dzieci. Będą tam miały szczęśliwe dzieciństwo.
-Żebyś potem nie żałowała…
-Nie będę. Niech im służy.
-Dobrze, podpiszemy umowę jak wrócisz. A odnośnie tego mieszkania, to może jednak przystaniesz na moją propozycję i zamieszkasz u mnie?
-Tato, nie chcę ci robić problemu. Nie dość, że zwaliłam ci się na głowę z moimi problemami, zmieniłam twoje życie, małżeństwo… To jeszcze mam się wprowadzać i mieszać jeszcze bardziej?
-Ile razy mam ci mówić, że nie jesteś dla mnie problemem? Jesteś moją córeczką. Potrzebujesz bliskich, opieki, ciepła. Chciałbym ci to jako ojciec zapewnić. Jesteś dla mnie najważniejsza, tak samo jak Marc. I nie jest wcale tak, że jego wolę bardziej. Oboje jesteście moimi dziećmi, najlepszym, co mnie w życiu spotkało. I choć nie znamy się długo, od początku twojego istnienia, to kocham cię, jakbym znał cię od zawsze.­- to wyznanie mnie złamało. Po policzkach pociekły mi łzy. Tata mnie kocha i jestem dla niego ważna, Marco mnie kocha, Kuba jest moim wspaniałym przyjacielem, oparciem…
-Czym ja sobie zasłużyłam na taką miłość? Na to, jak odmieniło się moje życie, na szczęście?-zapytałam przez łzy ścierając je niezręcznie z policzków.
-Oh, słoneczko, nie płacz. Na miłość nie trzeba sobie zasługiwać. Ona po prostu przychodzi i jest. I od niej nie uciekniesz. –słyszałam w jego głosie, że też jest tym poruszony
-Inga, wszystko w porządku? Co się stało?-ukucnął przede mną Marco. Chwycił moją dłoń obiema rękoma i złożył na niej pocałunek.
-Wszystko w porządku, Marco.-uśmiechnęłam się przez łzy i pogładziłam go wierzchem dłoni po policzku
-Tato, jeśli to nie będzie faktycznie problem to możemy tak zrobić, dopóki nie znajdziemy innego rozwiązania.
-Bardzo się cieszę. To ja nie przeszkadzam…
-Przecież wiesz, że nie przeszkadzasz.
-Dobra, dobra. I tak muszę kończyć, ciasto przyszło.
-Widzę, że nie tylko tutaj sportowcy się obżerają.
-Ja im dam obżeranie!
-Smacznego, trenerze drogi!-powiedział do słuchawki siedzący przy mnie Marco
-Reusowi pojęcie dieta zawsze było obce. Z Goetze w parze. Rzuć mu tam jakąś ciętą ripostę ode mnie.
­-Wedle życzenia.
-To do usłyszenia! Wypoczywaj ile się da.
-Postaram się, chodź to czasem trudne.
-Rozumiem cię doskonale. Spróbuj.
-Postaram się. To do usłyszenia.
-Pewnie. Paa.

Rozłączyłam połączenie i oddałam Marco jego telefon.
-Co się…-nie dokończył, bo poczułam nagłą chęć przytulenia się do niego. Objął mnie ramionami i pocałował w głowę
-Mówiłam ci już, że dobrze, że po prostu jesteś?-zadarłam głowę i spojrzałam mu w oczy. Od razu się uśmiechnął
-A mówiłem, że też jestem z tego powodu ogromnie szczęśliwy?-zapytał i mocno mnie do siebie przytulił.
-Idziemy dalej?-zapytałam, po dłuższym czasie, kiedy trwaliśmy w uścisku na ławce
-Już wszystko w porządku?
-Tak.-pokiwałam głową z uśmiechem i wytarłam zaschnięte łzy i wstałam z miejsca.-Chodźmy.-pociągnęłam go za rękę i ruszyliśmy w dalszą podróż
-Co tak długo z Kubą ci zeszło?
-Powiedzmy, że dostałem ojcowskie kazanie.-zaśmiał się
-O proszę. Od Kuby? Nie spodziewałam się…
-Że jest twoim ojcem?
-Wiesz, może już mnie takie rzeczy nie powinny dziwić?-zaczęłam się śmiać
-Rozmawiałaś z tatą?
-Tak, ale nie powiedziałam mu o nas…
-Dlaczego?
-Nie bądź zły.-ścisnęłam mocniej jego dłoń widząc jego niepewność i może zdenerwowanie. –Wolę mu powiedzieć o tak ważnej rzeczy w cztery oczy. Jeśli chcesz to też możesz przy tym być.-uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek. –A ty? Nie dzwoniłeś się chwalić do mamusi?
-Nie.-oznajmił z uśmiechem i wpił się namiętnie w moje usta
-To może trzeba powiedzieć, co?
-Poczekają.-uśmiechnął się i wziął swój telefon do ręki. Zgiął swoją rękę w łokciu i zrobił zdjęcie naszych spleconych dłoni.
-Oby nie Instagam.
-Możesz być spokojna. Media i tak się kiedyś dowiedzą, musisz być na to przygotowana.
-Podobno my damy sobie ze wszystkim radę.-odpowiedziałam
-Oczywiście, że tak. –posłał mi jeden z cudownych uśmiechów –Mela i Yvonne, mam nadzieję, że nie będziesz zła.
-Skąd! Pewnie Yvonne się ucieszy.
-A właśnie, chyba ci nie mówiłem. Nico będzie miał rodzeństwo.-oznajmił dumnie
-Mela jest w ciąży?-uśmiechnęłam się szeroko
-Yhym.-przytaknął radośnie. Widać było, że ogromnie się cieszył.
-Gratulacje dla wujka!-objęłam go i pocałowałam w policzek.
Usłyszałam sygnał jego przychodzącej wiadomości. Marco wyciągnął telefon i odczytał wiadomość śmiejąc się przy tym.
-Zobacz.-podał mi swój telefon. Wyżej było zdjęcie naszych dłoni z podpisem „Pozdrowienia z Malezji!:)” Oryginalnie. Widomość od Yvonne mnie rozśmieszyła


„Brat, jeśli ta ręka nie należy do Ingi to masz ode mnie porządną zjebkę i dołożę starań o wydziedziczenie cię z rodziny!”

-No nieźle... Wydziedziczenie z rodu Reusów… O, kolejna wiadomość!
-Przeczytaj.-uśmiechnął się nastawiając twarz do słońca. A w mojej głowie zaczaił się iście szatański plan.
-Słodziaku, dziękuję za cudownie spędzoną noc, byłeś najlee…-nie skończyłam, bo ten już wyrwał telefon z moich rąk i przeczytał wiadomość
-No bardzo śmieszne!
-A co, spodziewałeś się takiego sms’a?
-Nie! Oczywiście, że nie! Inga…-spoważniał na widok mojej smutnej twarzy, niestety ja nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. –Chyba zaraz ktoś tu dostanie porządną zjebkę.-pokręcił z niedowierzaniem głową, a ja wzięłam nogi za pas i zaczęłam biec przed siebie. Nie słyszałam, żeby biegł za mną, ale postanowiłam nie zwalniać. Znając jego szybkość, nawet gdyby teraz wystartował to za ułamek sekundy byłby…

-Aaaaaaaaa!-wrzasnęłam na całe gardło czując jak z impetem poderwałam się z ziemi. Jednak krzyk został stłumiony przez intensywny pocałunek Marco. Oplotłam nogami jego biodra i rękoma szyję. W skrócie wyglądałam jak typowy koala. Jakbym już to gdzieś słyszała. „Wisisz jak koala”-Robert Lewandowski. Ehh… Robert.
-A więc to taka zjebka?-zapytałam niechętnie odrywając się od jego ust po długim pocałunku
-Ktoś tu ma zadyszkę.-zaśmiał się
-Nie dość, że biegłam, to jeszcze musiałeś mnie pocałować, że już w ogóle nie mogłam złapać oddechu, więc pozwól mi złapać trochę powietrza.
-Musisz się nauczyć. Kwesta wprawy.
-Ach, no tak, kwesta wprawy i doświadczenia, zapomniałam. Praktyka czyni mistrza.-westchnęłam schodząc na ziemię i ruszyłam przed siebie
-Inga…-podbiegł do mnie i chwycił za rękę. Wyszarpnęłam ją i założyłam jedną za drugą. –Nie powinienem tak mówić.
-Ile miałeś w sumie dziewczyn?-zatrzymałam się i spojrzałam na niego
-Nie chciałbym o tym rozmawiać w tej chwili.
-A, przepraszam, za bardzo weszłam w twoje życie prywatne. Porozmawiajmy, jak ci się gra jako prawy pomocnik?
-Do jasnej cholery nie o to chodzi! Dobrze o tym wiesz.
-Może jestem jednak głupia, oświeć mnie.
-To nie jest dla mnie łatwy temat, zrozum proszę. Nie chcę ci teraz tego opowiadać, może za jakiś czas.
-No jasne, wielkie, mroczne sekrety idealnego Marco Reusa.-wzięłam głęboki oddech aby uspokoić nerwy
-Przepraszam pana, mogłabym prosić o wspólne zdjęcie? Jestem pana fanką od trzech lat, nie chcę przeszkadzać, ale…
-Nie ma sprawy.-przeszkodziłam nastolatce w jej wywodach i ruszyłam w stronę barierki.
-Inga…-zrobił dwa kroki za mną
-Idź do tej dziewczynki, bardzo jej zależy. Ja nie mam zbyt bardzo gdzie uciec.-westchnęłam i poszłam do poręczy. Cholerna kłótnia. Nienawidzę się z nim kłócić. Dlaczego musi być tak dobrze, a potem się wszystko chrzani. Odwieczny schemat mojego życia.


Poczułam dotyk jego dłoni na plecach.
-Przepraszam za to, co powiedziałem. Wiem, że nie miałaś nigdy chłopaka i się nie całowałaś, co uwierz mi jest urocze i słodkie i nie miałem prawa wtedy tak powiedzieć. Nie to miałem na myśli, nie chciałem żebyś to tak odebrała... Nie pomyślałem nad tym. Nie chciałem w żadnym wypadku cię tym zranić.
-O co chodzi z tymi dziewczynami? Rozumiem, że to przeszłość. Ja mogłabym ci nie mówić, że nie miałam nigdy chłopaka, ani, że miałam takie a nie inne dzieciństwo, choć na dobrą sprawę dowiedziałeś się o tym przypadkiem. Ale ja już nie wiem co mam myśleć? Nie wiem, zabawiałeś się z prostytutkami, czy miałeś ich z dwadzieścia czy trzydzieści.
-Dobry Boże, nie. Inga…-przeczesał nerwowo palcami włosy. –Nie… Po prostu miałem kilka kobiet…
-Naście?
-Kilka.-westchnął –To był trudny okres w moim życiu.
-Ania mnie przed tym ostrzegała. Nie wiem co mam myśleć.
-Chodź, usiądziemy na chwilę.-widziałam u niego lekkie niezadowolenie, ale musiałam dokończyć ten temat –Co ci mówiła dokładnie Ania?
-A co chcesz mi ty powiedzieć?
-Nie bierz mnie pod włos.
-Jakżebym śmiała. Włosy Marco Reusa są nietykalne.-uśmiechnęłam się lekko, na co piłkarz odpowiedział mi tym samym
-To było dwa lata temu.
-Caroline?
-Po tym jak zerwaliśmy. Miałem wtedy kiepski okres.
-To zrozumiałe, kochałeś ją.
-Nie.
-Ależ oczywiście, że tak. Gdyby nie, to byś się jej nie oświadczał, myślałeś, że jest tą jedyną.
-Jezus, Inga, jesteśmy parą nawet nie od całej doby a musimy poruszać tematy moich byłych?!
-No właśnie, jesteśmy parą nawet od nie całej doby a już się kłócimy. Czy to ma w ogóle sens?
-Nie mów tak. Oczywiście, że ma. Kocham cię i nie pozwolę ci odejść. Nie chcę, żebyś odchodziła. Może to banał, ale zmieniłem się gdzieś tam odkąd powiedziałaś co do mnie czujesz. Jestem szczęśliwy, bardzo. Nie wyobrażasz sobie jak. Sprawiłaś, że więcej się uśmiecham, że jak wstaję rano to nie chcę już zabijać budzika, tylko chcę wstać, zobaczyć twój uśmiech i poczuć twoje słodkie usta. Wiem, że będziemy się kłócić pewnie nie raz, to normalne, że ludzie się kłócą. Nawet ja i Mario. Nie wiesz nawet ile razy potrafiliśmy się do siebie nie odzywać na przykład przez tydzień. Potem ze wzruszeniem wpadaliśmy sobie w ramiona…-uśmiechnął się lekko i chwycił mnie za ręce.
-Nie powinnam była tego drążyć.
-Rozumiem cię, to nie twoja wina. Po prostu daj mi trochę czasu. Chcę ci naprawdę wszystko opowiedzieć, ale wolałbym w jakimś cichym miejscu, gdzie będziemy sami, dobrze? Zaufaj mi. Daj chwilę czasu. Oczekujesz ode mnie cierpliwości i ja cię proszę o to samo. Nie chcę mieć przed tobą żadnych sekretów.
-Ja też nie.
-Nie wymagam od ciebie, żebyś mi wszystko opowiadała. Wiem, jakie dla ciebie to trudne.
-Też nie powinnam tego wymagać. Po prostu… Powiedziałeś to w taki sposób… Po prostu… Dotknęło mnie to, źle zareagowałam, nie powinnam, przepraszam.
-To będziemy się tak teraz jeszcze przepraszać nawzajem, czy będę mógł cię wreszcie pocałować, hmm?-uśmiechnęłam się i wstałam z ławki.
-Chodź, najpierw chcę stanąć głową w chmurach.-zaśmiałam się i pociągnęłam go za rękę. 

Tak, znaleźliśmy się właśnie na odcinku, w którym szło się mając po obu swoich stronach białe obłoki. Było tu chłodniej niż na dole, do tego cudowny wiatr. Otuliłam się chustą na ramionach. I ruszyłam do przodu. Po środku drugiej połowy mostu zatrzymaliśmy się przy barierce i podziwialiśmy chmury.
-Teraz mogę powiedzieć, że chodzę z głową w chmurach.
-A ja teraz mogę cię pocałować?-odwrócił mnie do siebie i zatopił się w moich ustach. Wtuliłam się w niego i próbowałam mu przekazać całą swoją miłość
-Nie kłóćmy się.-szepnęłam między pocałunkami
-Yhymm…-usłyszałam w odpowiedzi


-Będzie cudowna tapeta.-uśmiechnął się zwycięsko pokazując mi zdjęcie z przed chwili.
-Jak… Kiedy?
-Trzeba cię tylko pocałować tak, że zapominasz o bożym świecie i tyle.
-Nie musisz się specjalnie wysilać, zawsze tak jest. A z nóg mam galaretę.
-Dobrze wiedzieć.-uśmiechnął się szeroko ustawiając zdjęcie. –Nie ciesz się, zdjęcie jak śpisz zostaje.-mrugnął do mnie
-Nie możesz mieć trzech tapet!
-Nie, ale mogę mieć zdjęcie kontaktu.
-Nigdy do ciebie nie zadzwonię.
-To ja będę dzwonił. Chodź już moja galareto.-pocałował mnie przelotnie w policzek i pociągnął za rękę
-Ej!
-Nie chcę nic mówić, ale też masz ciekawe zdjęcie w telefonie…
-Przeglądałeś…
-Dałaś mi sama kiedy dzwonił Kuba. Chyba nie muszę ci tłumaczyć, że jak się kończy połączenie…
-Okej… Tak w ogóle, gdzie jest mój telefon?
-Ja go mam.
-Daj…
-Nie. Popatrzę sobie jeszcze jak wrócimy na tą uroczą tapetę. Kto zrobił to zdjęcie?
-Ania.-przewróciłam oczami, na co odpowiedział mi zduszony chichot chłopaka. Na tapecie miałam zdjęcie, kiedy przytulał mnie w ogrodzie Lewandowskich, a na ekranie blokady nasze selfie z obozu.-Wyślesz mi to zdjęcie?
-Które?
-To z chmur.
-Ah tak, pocałunek w chmurach.
-A więc piłkarz, florysta, romantyk i poeta. Co się jeszcze za tobą skrywa?
-Pięćdziesiąt twarzy.-poruszał brwiami, na co oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
-O co chodzi z kwiatami? Nie widziałam przecież, żeby Mats dawał je Cat na plaży.
-Wynajął pokój w sąsiednim hotelu, który był cały w różach.
-Jakie to kochane… I słodkie.
-Mogę ci kupić tyle róż ile tylko będziesz chciała. Coś nam dzisiaj spokoju nie dają.-westchnął i wyjął swój telefon i odczytał wiadomość. –Cholera!
-Co się stało?-zaniepokoiłam się widząc jego minę
-Wracają.
-Jak to! Tak szybko!
-Cztery godziny. Nie wiem czy tak szybko.
-Co teraz?
-Jak to co, biegniemy!
-Przecież tam jest wyciąg krzesełkowy.
-Z górki będzie szybciej!-uśmiechnął się szeroko i oboje zerwaliśmy się do biegu.





„I nie zastanawiaj się
Chcę żebyś zaskakiwał mnie”







~~~

Hej hej kochane! Przepraszam, że znów takie długie. Chciałam gdzieś urwać ale nie miałam zbyt bardzo gdzie. Obiecuję, że to ostatni taki długi, mam świadomość, że większość z Was tu zasnęła...ale to ostatni rozdział z tych, do których miałam wenę...także cieszcie się póki możecie, kolejne będą gorsze. W sumie kolejny, bo wstyd się przyznać, mam tylko jeden na za tydzień...Spokojnie, znajdę więcej czasu i będą kolejne!:)
Dziękuję za wszystkie pozytywne komentarze!<3 Tak motywuje...tylko kiedy ja mam pisać, no kiedy? :'( Idą święta to będę siedzieć na tyłku i pisać, nie ma to tamto!:)
Napiszcie, czy dotarłyście do końca!:)
Buziaki!;*


sobota, 5 grudnia 2015

Trzydzieści sześć.

"Zbyt mało czasu dla siebie dziś mam
Zbyt wiele jeszcze w sercu przeszłości ran
Lecz wiem, że życie zaskoczy mnie nie raz
Postaram się, by zawsze móc spojrzeć sobie w twarz."




-Nie mogę, Marco. –powiedziałam łamiącym się głosem. Nie chciałam na niego teraz patrzeć, bo dobrze wiem, jak zareagowałabym na jego smutne spojrzenie. –Zobacz tamte dziewczyny.-pokazałam na grupkę dziewczyn tańczących trochę dalej od nas na piasku. –Są śliczne. Wystarczy twoje jedno słowo, a która tylko chcesz będzie twoja. Po każdym względem. Ja nie miałam nigdy chłopaka, nie jestem też łatwą osobą, mam wiele zahamowań, nie jestem odpowiednią dziewczyną dla ciebie. Jest tyle dziewczyn na świecie, które wręcz marzą byś chociaż na nie spojrzał, jest tyle modelek, aktorek, piosenkarek, prezenterek… Jesteś tak wspaniałym facetem a zwracasz uwagę na zwykłą, szarą, przeciętną studentkę, która większość swojego życia nie zbliżała się do mężczyzn, wręcz się ich bała, ma mnóstwo problemów… Nie zasługuję na ciebie.
-To ja nie zasługuję na ciebie.-powiedział szeptem
-Marco…-jęknęłam cicho powstrzymując zbierające się pod powiekami łzy. Nie mogłam już ustać. Musiałam usiąść na ławce.
-Inga.-ukucnął przede mną –Możesz gdzieś jeszcze ze mną pójść? Potem będziesz mogła wrócić do hotelu, zamówię ci taksówkę, tylko proszę. Ostatni raz. Zrobisz to dla mnie?
Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego. Czułam ból, ale też nadzieję. Widziałam tę waleczność w jego oczach. On nie poddaje się łatwo. Jak się okazuje poza piłką również i w życiu.
-Proszę…-powiedział bardzo cicho. Pokiwałam tylko głową. Marco odetchnął. Podniósł się, ja zrobiłam dokładnie to samo. Ruszył przed siebie. 
Jedną rękę zacisnął w pięść. Albo jest zdenerwowany albo się boi. Kiedy ja tak prześwietliłam jego zachowania? Po jakiś mięciu, może dziesięciu minutach doszliśmy do przystani łodzi. Marco stanął przed jedną z nich i poczekał, aż dojdę. Wolałam iść odrobinę wolniej. W takim momencie byłam zdolna nawet do wywrócenia się. Moje ciało było jak sparaliżowane. Czułam się jak w pułapce. Pułapce swoich uczuć. Było ich zbyt wiele. 
Kiedy już dochodziłam wszedł do luksusowego jachtu i podał mi rękę, abym do niego dołączyła. Złapałam jego rękę i zrobiłam większy krok, by znaleźć się w środku. Niestety stopa mi się lekko zachwiała i wpadłam prosto na blondyna. Ten złapał mnie mocno w pasie i nie pozwolił, żebym upadła. Podniosłam na niego spojrzenie. Założył mi kosmyk włosów za ucho.

-Dzięki.-szepnęłam prawie niesłyszalnie. Stanęłam na własnych nogach i poprawiłam delikatnie sukienkę.
-Chodź.-powiedział i ruszył na przód jachtu. Uśmiechnęłam się, kiedy na ogromnym dziobie leżały rozłożone na sobie dwa grube koce.
-Zapraszam.-usłyszałam jego głos koło ucha. Postanowiłam zdjąć szpilki i usiadłam na miękkim kocu z wyprostowanymi nogami. Marco na chwilę gdzieś zniknął. 
Spojrzałam na ściemniające się niebo. Słońce chowało się na horyzoncie, a chmury zmieniały barwę na róż i pomarańcz. Nim zauważyłam, a pojawił się tuż obok mnie, a kiedy siadał na kocu nasza łódź zaczęła odpływać od brzegu. Oparłam się i patrzyłam na oddalający się ląd. Płynęliśmy bardzo szybko. Kiedy ląd już stawał się niewielką kreską na horyzoncie zwolniliśmy. Płynęliśmy powoli. Dookoła woda. Ciepły wiatr smagał po twarzy.

-Zamknij oczy.-usłyszałam szept Marco koło mojego ucha. Spełniłam jego polecenie. –I pozwól odpłynąć myślom. –uśmiechnęłam się lekko. Jednak nie jest takim złym uczniem. Tak jak kazał. Pozwoliłam wyrzucić wszystkie moje myśli buzujące w głowie. Byłam tylko ja, morze i jego cudowny zapach.
-Wiem już, co siedzi w twojej głowie.-usłyszałam znów jego głos. –Nie otwieraj oczu.-upomniał –Chcę wiedzieć, co jest tutaj.-szepnął i delikatnie położył dłoń nad moją lewą piersią. Zaczął gładzić kciukiem odsłoniętą przez sukienkę skórę. Rozpłynęłam się pod jego dotykiem. Wzięłam głęboki oddech. W tym samym momencie zabrał rękę. Nie. –Szczerze.-przypomniał. A więc o to chodziło z tą szczerością. Starałam się znów wygonić niepotrzebne myśli. Po kilku chwilach po moich policzkach znów zaczęły płynąć łzy. Wiedziałam, że je widzi. Domyślałam się, że siedzi i przypatruje mi się.
-Ja…-powiedziałam łamiącym się głosem. Chciałam na niego spojrzeć, lecz jakby odczytał moje intencje
-Zamknij.- westchnęłam cicho.
-Serce mówi, że się zakochało. Bez pamięci.-sprzeciwiłam się i otworzyłam oczy. Klęczał koło mnie, zwrócony w moją stronę. Patrzył na mnie z ogromnym żarem w oczach. –I nie tylko serce, ale ja cała. –dodałam –Proszę, powiedz coś.-spojrzałam na niego błagalnie. Zamknął na chwilę oczy.
-Dlaczego powiedziałaś, że nie jesteś dziewczyną dla mnie?
-To oczywiste.-westchnęłam tracąc całą pewność siebie. Zaczęłam nerwowo skubać materiał sukienki.
-Dla mnie nie.

Nastąpiła dla mnie krępująca cisza. Bardzo krępująca. Właśnie wyznałam mu, co do niego czuję, a teraz siedzę ze spuszczoną głową wpatrując się w moje paznokcie.

-Chodzi ci o seks, prawda?-usłyszałam w końcu jego głos. Cholera, musimy o tym teraz rozmawiać? Z pewnością bym się teraz zakrztusiła. Dobrze, że nie zaproponował mi czegoś do picia.
-Jesteś bardzo bezpośredni.-mruknęłam pod nosem
-Po prostu nazywam rzeczy po imieniu.-stwierdził pewnie. –Inga, proszę, popatrz na mnie. Nie musisz ukrywać też rumieńców, a jestem pewien, że je masz. Ślicznie ci z nimi.-podniosłam odrobinę głowę. –Troszkę wyżej.
-Dlaczego mnie od blisko dwudziestu minut mnie nie dotykasz pomijając fakt, kiedy niczym ostatnia ofiara wpadłam na ciebie?
-Ty też jesteś bardzo bezpośrednia.-uśmiechnął się z wyższością
-Zadałam pytanie.-zaczęłam kreślić paznokciem ósemki na moim kolanie
-Ja też.-odpowiedział pewnie
-Odpowiedz na moje, wtedy ja odpowiem na twoje.
-No dobrze, możemy się tak umówić. Dlaczego? Żebyś jasno myślała. Nie chciałem cię rozkojarzać, chciałem żebyś jasno myślała, żeby znać te prawdziwe odpowiedzi, a nie te, z impulsu. Teraz ty.
-Tak.
-Co „tak”?-uśmiechnął się pod nosem.
-Tak, chodzi o to.-odpowiedziałam cicho, na co Marco lekko się zaśmiał. –Strasznie śmieszne.
-Przepraszam.-odpowiedział jak najbardziej szczerze.
-Jeśli chodzi też o te „oczywistości” to zobacz, inne…
-Nie chcę innych. Chcę tylko ciebie. Jesteś dla mnie idealna. Jesteś piękna, mądra, zabawna, wrażliwa i masz ogromne serce. Jesteś wyjątkowa. Jedyna, którą kocham. I nie ma „innych”. –cholera, wie jak mnie wzruszyć. Wykorzystałam moment, kiedy podniósł się z kolan i niczym małe dziecko przysunęłam się do niego i mocno go przytuliłam. Położyłam głowę na wysokości jego serca i zaczęłam wsłuchiwać się w jego rytm.

-Nie umiem ci się sprzeciwić.-westchnął tuż przy moim uchu i mocno mnie objął
-To tego nie rób.
-Chcę wszystko z tobą wyjaśnić i musimy podjąć jeszcze jedną, ważną decyzję.
-Musimy?
-Yhym…-wyczułam, że się uśmiecha. Z niezadowoleniem puściłam go i usiadłam na swoim poprzednim miejscu.
-A wiec pozostaje temat „to”.
-Jeśli dalej mam być szczera, to mam ochotę pociągnąć ci z łokcia.
-Dobrze wiedzieć.-uśmiechnął się szeroko, a zaraz potem zebrał myśli zastanawiając się nad czymś.
-Marco… Ja się domyślam, że ty nie jesteś abstynentem, a co dopiero prawiczkiem…-zaśmialiśmy się oboje.- Ja rozumiem, że każdy facet ma jakieś tam swoje potrzeby, ale… Ale ja nie jestem gotowa. I nie wiem kiedy będę. To siedzi gdzieś we mnie. Mogę ci obiecać, że będę starała się tego strachu, paniki, zahamowań pozbyć, ale ja po prostu…nie powiem ci, że to się stanie za miesiąc, pół roku czy rok. Ja to bardzo przeżyłam. Ma to swoje piętno gdzieś w środku. Z pamiętnika babci dowiedziałam się, że miałam trzy przepłakane noce, nic nie jadłam… Ja nic nie pamiętam co się działo potem. Tylko szok, ból, przerażenie… Boję się, że ja ci się po prostu znudzę, że najzwyczajniej w świecie przestanę ci wystarczać, że może znajdziesz kogoś innego, kto spełni twoje potrzeby, a to mnie wtedy zabije…-skończyłam cicho znów wpatrzona we własne ręce. Jednak koło nich pojawiły się dwie inne. Chwyciły z delikatnością moje i gładziły kciukami knykcie. Zamknęłam oczy i zaczęłam uspokajać mój przyspieszający oddech.
-Dziękuję.-usłyszałam jego ściszony głos
-Za co?-zapytałam podnosząc głowę i marszcząc brwi.
-Za to, że jesteś ze mną szczera. Doceniam to. Wiem, że dla ciebie to krępujący temat, więc cieszę się, że powiedziałaś mi co o tym myślisz i przedstawiłaś swoje obawy. Z resztą niesłuszne. Odpowiadając na twoje pytanie to nie należę ani do jednych ani do drugich. Nie chcę i nie będę cię do niczego zmuszał. Chciałbym zdobyć twoje zaufanie. Wiem, że się boisz, ale poradzimy z tym sobie. My damy radę. Chcę być przy tobie i być dla ciebie wsparciem. To nie jest tak, że nie chcę z tobą iść do łóżka. Bo uwierz, cholernie cię pragnę. Jesteś tak piękną i seksowną kobietą… Chcę ci pokazać na wszystkie możliwe sposoby jak bardzo cię kocham. Ale jeśli nie jesteś na to gotowa to będę czekał ile tylko będzie trzeba. I zadowolę się wszystkim co mi dasz, nawet, jeśli miałoby to się ograniczyć tylko i wyłącznie do trzymania się za rękę. –tym razem sama się zaśmiałam
-Lubię kiedy mnie całujesz.-powiedziałam pewnie patrząc mu w oczy i przygryzając wargę.
-Doprawdy?-uśmiechnął się delikatnie i patrzył na mnie rozżarzonym spojrzeniem.
-Owszem. Nawet jeśli były to te skromne trzy razy.
-Skromne?-próbował trzymać powagę
-Bardzo.-stwierdziłam z przekąsem, by potem szeroko się uśmiechnąć
-Pani za to całuje bardzo nieskromnie.
-A pan wprowadza bardzo niezręczne sytuacje.
-Zupełne przeciwieństwo do pani pocałunków.-szepnął zbliżając się coraz to bardziej.
-A więc jakie są te moje pocałunki?
-Hmm… Mogę sprawdzić? Chyba zapomniałem.
-Co to będzie, jak będę w pańskim wieku…-pokręciłam głową, a Marco roześmiał się wesoło. Już dawno nie słyszałam jego donośnego, radosnego śmiechu, który…tak, który też kochałam.
-Inga…
-Hmm?
-Bardzo mi na tobie zależy.
-Mi też.
-Proszę, spróbujmy…-szepnął nachylając się nade mną
-Spróbujmy.-odpowiedziałam, by po chwili zatopić się w jego ustach. Ten pocałunek różnił się od innych. Był wyjątkowy. Był naszym pierwszym, prawdziwym pocałunkiem. Czułam w nim całe uczucie, którym darzył mnie Marco. Objęłam go mocniej i zaczęłam jeździć ręką w górę i w dół jego pleców. Mruknął cicho z zadowoleniem. Zaczął bawić się moimi włosami okręcając je wokół palców. Postanowiłam zaryzykować. Przesunęłam dłoń na jego kark, a następnie na włosy. Zawsze marzyło mi się przeczesać je dłonią. Marco zaczął się śmiać.
-A więc to tylko, żeby dotknąć moje włosy?
-Ciii…-szepnęłam w jego rozchylone usta i tym razem ja łapczywie wpiłam się w jego wargi.




"Bo wielka miłość zdarza się nam tylko raz
Nie zamknij swoich oczu, gdy spojrzy Tobie w twarz"



-I jak?-zapytałam, kiedy łapałam oddech kładąc się na jego torsie. –Przypomniałeś sobie?
-Takiej ciebie jeszcze nie znałem.-zaśmiał się i mocno do siebie przytulił
-Jakiej?-zatrzepotałam rzęsami
-Inga…
-Gdzie się podziała twoja bezceremonialna bezpośredniość?
-Nieziemsko całujesz.
-Uczę się od najlepszych.-odparłam z dumą, na co Marco zmarszczył brwi w zastanowieniu.-Jesteś jedynym, który mnie całował, więc nie masz co się zastanawiać.-szepnęłam czym wywołałam uśmiech blondyna
-Całe szczęście..-uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło, a ja jeszcze mocniej wtuliłam się w niego.
-Wygodnie się na tobie leży.
-I co, zaraz powiesz, że mięciutko?-zaśmiał się
-Nie, chciałam powiedzieć, że masz kawał mięśni. A ty chcesz mi powiedzieć, że jestem ciężka jak tak na tobie leżę?
-Nie, chciałem powiedzieć, że jesteś leciutka jak piórko i lubię, jak na mnie leżysz.
-Hmm. W takim razie, jeszcze sobie tak poleżę.
-Poczekaj.-zabrał jedną rękę z moich pleców i włożył ją do kieszeni swoich spodni.-Mam coś dla ciebie.
-Dostałam już piękne kwiaty.
-Mam coś jeszcze.-mrugnął radośnie. –Ale chyba cię muszę zrzucić.
-Niee…
-Taak.-powiedział i pocałował mnie subtelnie. Westchnęłam
-To ja się już sama zrzucę.-uśmiechnęłam się szeroko i zjechałam z niego na koce.
Marco wyjął z kieszeni czarne, płaskie pudełeczko. Otworzył je i chwycił moją rękę. Wyjął przepiękną, srebrną, fikuśną bransoletkę z biało-bordowymi kryształkami. Kamyczki tworzyły niesamowite kształty. Założył mi ją na prawą rękę.
-Dla ciebie.-spojrzał na mnie badawczo
-Dziękuję, ale nie musiałeś. Srebro?-coś mnie tchnęło, żeby zapytać
-Białe złoto.
-A te kamyczki to cyrkonie?-Marco uśmiechnął się szeroko. Błagam, niech to będzie prawda.
-Diamenty i rubiny.
-O nie. Nie. Marco, to zbyt drogie. Nie mogę tego przyjąć.
-Nie jest dla mnie drogie.
-Ale dla mnie jest.
-I w związku z tym?
-Nie mogę jej przyjąć. Nie chcę, żebyś obsypywał  mnie drogimi prezentami. Nie zależy mi na twoich pieniądzach, nie dla nich z tobą jestem.
-Potraktuj to w takim razie jako nieodłączny gratis.
-Gratis do czego?
-Do mnie.
-Marco…
-No dobra, do wazonu.
-Czekaj, chyba nie powiesz, że kupiłeś mój wazon.
-Mogę nic nie mówić jeśli chcesz.
-Kupiłeś go!
-Tak.-uśmiechnął się szeroko.
-Jesteś niemożliwy. Ale…
-Już ci się nie podoba?
-Nie…
-Wazon czy bransoletka?
-I to i to jest piękne…
-No to po sprawie.-pocałował mnie przelotnie. –Pasuje do ciebie.
-Czasem nie mam na ciebie siły. Dziękuję.-przytuliłam go mocno do siebie
-Zszedł już siniak?
-Marco, nie zaczynajmy już tego tematu, zobacz…-podniosłam do góry prawą rękę. O nie… Nie. –Chyba nie kupiłeś jej po to, żeby zakryć siniak…
-Przynajmniej go nie widać.
-Jesteś wariatem.
-Zwariowałem na twoim punkcie.-zaśmiał się
-Jakie to oklepane.-ziewnęłam zakrywając usta dłonią
-Aż tak panią nudzę?
-Nie spałam pół nocy przez pana.-uśmiechnęłam się blado opierając się o klatkę piłkarza
-Zatem czuję się odpowiedzialny, aby dzisiejszy pani sen trwał wystarczająco długo, gdyż mam względem pani plany na jutrzejszy dzień.
-Hmm… A jakie?
-Czekaj.-uśmiechnął się szeroko i podniósł z miejsca. Podał mi rękę, żebym również wstała.-Patrz-wskazał na plażę. Na początku nic nie widziałam, lecz potem na mojej twarzy zagościł ogromny uśmiech. Niedaleko brzegu stała Cathy, a przed nią klęczał Mats trzymając pudełeczko z pierścionkiem w dłoni. Oparłam się o Marco, a ten objął mnie jedną ręką. Widziałam drżącą dłoń Cat, kiedy kapitan Borussii nakładał jej pierścionek na serdeczny palec. W tym samym momencie usłyszałam dźwięk migawki aparatu mojego chłopaka. Chłopak… Ach, jak to cudownie brzmi.
-Wyślemy im.-szepnął i pocałował mnie w czoło, a ja dalej wzruszona parzyłam jak Cathy szczęśliwa skacze swojemu narzeczonemu w ramiona i go całuje. Marco chwycił mój podbródek i pocałował mnie namiętnie w usta. –Uwielbiam cię całować.
-Kiedyś ci się znudzi.
-Nigdy.-odpowiedział pewnie i wrócił do poprzedniej czynności.




-A teraz już wyślę.
-Czekaj, trzeba je ładnie obrobić.-stwierdziłam. –Mogę?-wskazałam na jego iPhone’a
-Proszę bardzo-podał mi telefon, a ja przycięłam zdjęcie w specjalnym programie tak, że miało kształt serca.
-Gotowe.-uśmiechnęłam się i oddałam mu telefon.
-Pięknie. To wysyłam.
-Coś piszesz?
-Yhym..-odparł wystukując wiadomość, a ja znów patrzyłam na szczęśliwych Matsa i Cathy
-Myślała, że w ogóle jej się nie oświadczy.-powiedziałam opierając głowę na barku blondyna
-A on planował te zaręczyny odkąd zaplanowaliśmy ten wyjazd.-zaśmiał się. –Wysłałem.
Podał mi telefon do ręki, gdzie wyświetlała się napisana wiadomość pod zdjęciem

„Gratulujemy!
M&I”

-Fantastyczne. Lepiej bym tego nie ujęła.
-Prawda?
-Domyślą się, że może jesteśmy razem.
-Nie chcesz o nas nikomu mówić?
-Nie, po prostu… Nie chcę robić jakiegoś halo… Może po prostu jak wrócimy, nacieszymy się trochę sobą?
-Jak tylko będziesz chciała.
-A jak ty chcesz?
-Tak samo jak ty. Patrz, Mats bierze telefon.-pokazał na kapitana BVB.
Odpłynęliśmy już spory kawał od nich, więc nie było opcji, żeby nas zauważyli. Przeczytali oboje wiadomość i zaczęli rozglądać się dookoła.
-Chodź, usiądziemy jeszcze na chwilę, bo zaraz dopłyniemy.-pociągnął mnie za rękę i usiedliśmy razem przytuleni do siebie na kocu.

-Jestem szczęśliwa.-wyznałam patrząc w jego piękne, błyszczące oczy
-Ja też. Nawet nie wiesz jak bardzo.
-Ustawiłeś się u kapitana, córka trenera jest twoją dziewczyną… Nieźle, nieźle.
-Wiesz, że nie to miałem na myśli.
-Wiem.
-Nie jestem z tobą dlatego…
-Wiem.-ucięłam. –Mam ochotę coś zrobić.-powiedziałam nagle
-Oczy ci się święcą, przygryzasz wargę i stukasz palcem o moją rękę… Mam się bać?
-Może.
-Przekonałaś mnie. Jestem cały twój.-uśmiechnął się zawadiacko i przygryzł zębami dolną wargę.
-Cały…-szepnęłam –Mój…- on jest mój.. Mój. Mój Marco. Mój kochany Marco. Zachichotałam cicho i wskoczyłam na niego okrakiem. Położyłam dłonie na jego policzkach. Poczułam jak on kładzie ręce na mojej talii.
-Kocham cię, Marco.-szepnęłam do jego ust i złożyłam na nich długi pocałunek.
-Kocham cię.-odpowiedział pogłębiając pocałunek i przyciągnął mnie mocniej do siebie, tak, że nasze ciała stykały się ze sobą na całej powierzchni.




-Nie chcę przerywać…-wypowiedział między pocałunkami. -..ale stoimy już od dobrych kilku minut.
-To postoimy kolejne kilka.-odpowiedziałam i oddałam kolejny pocałunek. Marco zaczął się śmiać
-Uzależniłaś się…
-Od ciebie.
-Bardzo mnie to cieszy, też bym najchętniej tu z tobą został, ale…
-Ale?
-Nie jesteśmy tu sami.-szepnął mi do ucha. O matko. Zupełnie zapomniałam. Jacht sam nie pływa, istnieją na świecie ludzie poza Marco. –Mówiłem ci kiedyś, że uwielbiam kiedy się rumienisz?
-Na Idunie, dzień po naszym pierwszym pocałunku, kiedy pomogłeś mi z ochroniarzem.
-A, faktycznie.-uśmiechnął się szeroko i podniósł mnie z siebie. Wstał i podał mi rękę
-Dżentelmen.-zaśmiałam się
-A owszem.-przyjęłam rękę i wstałam. Marco ruszył ku wyjściu, a ja jeszcze schyliłam się po bukiet frezji.




Szliśmy w zupełnej ciszy do hotelu. Nie przeszkadzała nam. Miała w sobie taką swoją magię. Na dworze było już ciemno. Kilka gwiazd rozświetlało niebo i piękny półksiężyc. Idealna atmosfera na wyznanie sobie uczucia, bycia szczęśliwym… Wjechaliśmy windą na nasze piętro. Marco zatrzymał się pod drzwiami do mojego pokoju.
-Stwierdziłem dzisiaj…
-Tak?
-Że jesteś odważna.
-Na jakiej podstawie?
-Rzucania się na mnie.-zaśmiał się cicho
-Ja się na ciebie rzucam? Ja?
-Yhym..
-Kiedy?
-Na przykład wtedy, kiedy mnie pocałowałaś…i długo, długo całowałaś.
-Marco!-pisnęłam ze śmiechem i zakryłam twarz dłońmi, czując palące rumieńce. Wziął po kolei w swoje dłonie moje i dał mi krótkiego buziaka w usta
-Nie powinnam tak była robić? No wiesz, na pierwszej rance? Powinnyśmy byli zacząć od chodzenia za rączkę?
-Zaskoczyłaś mnie tym po prostu. Pozytywnie. I to nie ma się czego wstydzić, bo całujesz nieziemsko… Aczkolwiek jeśli chodzi o pierwszą randkę to chyba zawsze się coś o sobie opowiada. Tak jest w tych badziewnych komediach romantycznych.
-Znowu się wygłupiłam. Jestem idiotką.
-Nie jesteś. I nie wygłupiłaś się. Poza tym, wydaje mi się tego nie żałujesz.
-Szczerze?
-Yhym.-uśmiechnął się szeroko
-Marzyłam żeby cię całować od ponad trzech tygodni, więc nie żałuję. Od jutra możemy zacząć od chodzenia za rączkę i przytulanek.
-Od jutra?
-Tak.
-No to mamy jeszcze dwie godziny dzisiaj.-powiedział spoglądając na zegarek a zaraz potem czule mnie pocałował
-Wystarczy, muszę iść spać, bo chyba masz jakieś plany na jutro?
-Mam. Możliwe, że obudzę cię o szóstej.-mrugnął z uśmiechem na ustach
-Żartujesz?
-Nie. –oznajmił i znów mnie pocałował tym razem intensywniej, przypierając mnie do ściany.-Dobranoc.
-Dobranoc.-uśmiechnęłam się i weszłam cicho do pokoju by nikogo nie zbudzić. 
Weszłam do łazienki, przebrałam się w piżamę i zmyłam makijaż. Spojrzałam w swoje odbicie. Uśmiechnięta od ucha do ucha dziewczyna, szczęśliwa dziewczyna z błyszczącymi oczami. Fruwające motyle w brzuchu i bezgraniczne szczęście. Miłość. Jestem dziewczyną Marco Reusa. Kocham go, a on kocha mnie. To takie nierealne, niesamowite… Spotkam się z nim jutro. Tak bym chciała, żeby tu był… A więc to jest to zakochanie. Teraz nie chcę od niego uciekać. Chcę w nim trwać, jak najdłużej. Do końca życia…

Wyszłam z łazienki trzymając w ręku bukiet kwiatów i torebkę. Zabrałam z salonu jedną szklankę, napełniłam ją wodą i wstawiłam do niej bukiet. Postawiłam je przy łóżku koło pomarańczowych róż. Ania spała na łóżku obok. Będę musiała z nią porozmawiać. Nie wiem jak zareaguje na to, że jesteśmy z Marco razem. Bolało mnie, że go nie akceptuje. Jako przyjaciółka powinna mnie rozumieć, wspierać mnie i cieszyć się moim szczęściem. Bardzo bym tego chciała…
Weszłam pod kołdrę i otuliłam się nią szczelnie. Kiedy powoli zasypiałam usłyszałam wibracje mojego telefonu. Przekręciłam się na bok i podniosłam go z szafki nocnej. Nowa wiadomość. Uśmiechnęłam się widząc nadawcę. Otworzyłam ją szybko.

„Tak na dobranoc jako ciekawostka..:”

Niżej podany link. No dobra, sprawdźmy. Otworzyła mi się strona ze znaczeniem kwiatów. No proszę… 
Pomarańczowa róża oznacza fascynację i pożądanie. Będąc mieszanką żółtego i czerwonego, są często używane za pomost pomiędzy uczuciem przyjaźni symbolizowanym przez żółte oraz czerwone kojarzone z symbolem miłości. Podarowując pomarańczowe róże możesz zatem wyjawić pragnienie pójścia o krok dalej. Mowa kwiatów: Chcę czegoś więcej.

„No proszę, nie spodziewałabym się… Bawisz się we florystę-romantyka?:)”

Już widzę Marco szukającego znaczenia kwiatów. A właściwie to zupełnie nie mogę sobie tego wyobrazić.

„Mats szukał czegoś dla Cathy z Piszczem, to popatrzyłem mu trochę przez ramię.;)”

W to już uwierzyć mogę. Jeszcze jeden link. No niech będzie.
Białe frezje mówią „chcę być tylko z tobą”. Kurczę… Postarał się. Zaimponował mi tym.

„Bardzo ciekawa lektura. Dziękuję za piękne kwiaty, za przepiękną bransoletkę… I za to, że mnie kochasz, i jesteś mój… a to najpiękniejsze. Dobranoc.<3”
„Wzajemnie, dobranoc <3”

Nie mogłam pojąć jak bardzo jestem szczęśliwa. W moim życiu zaczęło się wszystko układać. Odnalazło drogę. Tak bardzo bym chciała, żeby babcia tu jeszcze była. Żeby poznała Marco. Na pewno by go pokochała jak swojego wnuka. Miała tak dobre serce.
Teraz mam tatę, przyjaciół, wspaniałego chłopaka, studia… Teraz wszystko wydaje się takie proste. Wtuliłam głowę w poduszkę i zaczęłam sobie przypominać ostatnio minione zdarzenia. Głównie te z łódki…Potem odpłynęłam w cudowny sen… Śniłam o nim…




"Bo jeśli spełniają się sny, to nie wiem już o czym mam jeszcze śnić"








~~~

The End.
...Żartuję!:D
Za tydzień next!:)
Może tym razem się zamknę i nic nie napiszę, możemy się zamienić i wy coś napiszecie:)))
Ściskam!<3
Ps.Dużo dużo mikołajkowych prezentów Wam życzę!:)