"Cause trying not to love you
Only goes so far
trying not to need you
Is tearing me apart
Can't see the silver lining
I'm down here on the floor
And I just keep on trying
But I don't know what for
Cause tying not to love you
Only makes me love you more"
trying not to need you
Is tearing me apart
Can't see the silver lining
I'm down here on the floor
And I just keep on trying
But I don't know what for
Cause tying not to love you
Only makes me love you more"
~Kilka dni później~
Tej nocy nie mogłam spać. Obudziłam się o czwartej i czułam,
że już nie dam rady zasnąć. Robert z Anią oraz chłopaki z ich dziewczynami
wylatują na wakacje. Sama już nie wiem, czy mam jechać… Z jednej strony bym
odpoczęła, odprężyła się, a z drugiej…wniosłabym poprawki do pracy
magisterskiej… Zaraz… O czym ja jeszcze myślę? Szansa zobaczenia Reusa na
piaszczystej plaży bez koszulki i siedzenie nad pracą magisterską? Wzięłam moją
walizkę i zaczęłam się pakować. Kostium kąpielowy, klapki, sukienka…
Zamykając walizkę stwierdziłam, że nie mam za wiele rzeczy
nadających się na upalną pogodę. Zawsze mogę przecież pożyczyć ubrania od Ani,
czy Cathy.
Nim się obejrzałam była już szósta. Postanowiłam schować
walizkę i zrobić im niespodziankę. Położyłam się do łóżka i wysłałam sms’a do
taty
„Dzień dobry. Mam nadzieję, że Cię nie obudziłam. Jednak jadę. Czy
mógłbyś mnie zawieść na lotnisko? Odlatują o siódmej.:)”
Chwilę później czytałam odpowiedź
„Właśnie kończę śniadanie. Cieszę się, że się zdecydowałaś. Jestem za
piętnaście minut!”
Usłyszałam pukanie do drzwi. Zza nich wychyliła się głowa
Ani, a tuż za nią Roberta.
-Hej kochana, my zaraz wychodzimy. Chcieliśmy cię
uściskać.-uśmiechnęła się szeroko
-No to chodźcie.-wstałam z łóżka i podeszłam do małżeństwa.
Oboje mocno mnie przytulili.
-Trzymaj się myszko. Masz swoje klucze?-zapytała Ania
-Tak, mam.-uśmiechnęłam się do przyjaciółki.
-No mała, będziemy tęsknić.-uśmiechnął się Robert
przytulając mnie. –Pamiętasz o umowie?-zapytał
Pokiwałam tylko głową i odprowadziłam ich do drzwi.
-Nie zdemoluj domu!-zawołał Lewy wsiadając do samochodu.
-Postaram się.-odpowiedziałam i pomachałam im, kiedy
odjeżdżali.
Kiedy czarny samochód zniknął z mojego pola widzenia
zamknęłam szybko drzwi i rzuciłam się pędem do ubierania. Już od samego rana na
zewnątrz było ciepło, więc założyłam krótkie, jeansowe spodenki, czarny t-shirt
i czarne trampki. Związałam włosy w kucyk i zrobiłam delikatny makijaż. Chwilę
później usłyszałam dzwonek. Zeszłam na dół i otworzyłam drzwi tacie.
-Gotowa?-przytulił mnie na powitanie.
-Tak, muszę tylko wziąć walizkę z góry.
-Ja wezmę. Nie będziesz dźwigać. –oznajmił i poszedł na
górę. Sprawdziłam w torebce, czy mam wszystkie potrzebne dokumenty i wzięłam z
niej klucze, żeby zamknąć drzwi. Po chwili pojawił się koło mnie tata z
walizką.
-Przepraszam, że cię tak wykorzystuje, ale…
-Inga, daj spokój. Cieszę się, że mogę się przydać. Rodzina
musi sobie pomagać.
-Głupio mi trochę…
-Nie masz powodu. Naprawdę. Przecież o tym rozmawialiśmy i
byłem przygotowany na taki obrót spraw. Przynajmniej mnie wyciągnęłaś z domu z
rana, bo miałem takiego leni, a muszę iść na zakupy.
-Niech ci będzie. Ale nic więcej w tym roku od ciebie nie
będę chciała.
-Jak wolisz.-zaśmiał się – Chodź do samochodu, bo nie zdążymy.
Dwadzieścia minut później stanęliśmy na parkingu lotniska.
Tata wyjął moją walizkę z bagażnika. Podeszłam do niego i mocno przytuliłam.
-Dziękuję. Mam nadzieję, że podjęłam dobrą decyzję z tym
wyjazdem.
-Jeśli chcesz się upewnić to też za tym byłem.
-No to ja idę.-uśmiechnęłam się, a tata jeszcze raz mnie
przytulił. –Uważaj na siebie i pilnuj chłopaków.
-Postaram się.-zaśmiałam się
-I jeszcze jedno.
-Tak?
-Baw się dobrze.-uśmiechnął się
/Marco/
Kiedy rano zobaczyłem wchodzących Lewandowskich na lotnisko
liczyłem, że razem z nimi będzie Inga. Niestety przeliczyłem się. Oparłem się o
zimną ścianę i przymknąłem powieki. Może powinienem zostać? Być przy niej?
-Inga?-zapytał Mario spoglądając na mnie. Pokiwałem tylko
głową.
-Może jeszcze przyjdzie-próbował mnie pocieszyć.
-Nie rozumiesz Mario…-westchnąłem. W tym samym momencie
podeszli do nas fani prosząc o autografy i zdjęcia. Podpisaliśmy kartki i
zapozowaliśmy do zdjęć. Kątem oka zauważyłem, że wszyscy już są. Oprócz niej. Spojrzałem
na zegarek. Powinni wyczytywać nasz lot.
-To powiedz mi, może zrozumiem.-odezwał się Mario stając
koło mnie
-Po prostu… Ten wyjazd… To była szansa.-spojrzałem na
przyjaciela. Mario tylko uśmiechnął się. Zmarszczyłem brwi
-To chyba nadal ją masz.-powiedział mój przyjaciel, a nim
się obejrzałem usłyszałem pisk dziewczyn, które biegły w jednym kierunku. Kiedy
zobaczyłem ją obejmowaną przez dziewczyny moich przyjaciół uśmiechnąłem się
szeroko, a mój kumpel poklepał mnie po plecach i sam ruszył w stronę brunetki.
Inga nie widywała się z nikim od czasu śmierci babci. Wydaje mi się, że lepiej
już się czuje. Uśmiechnąłem się na widok ściskającego ją Mario. Właściwie
duszącego. Powiedział coś do niej, na co dziewczyna uśmiechnęła się lekko i
przytuliła go. Chwilę później podeszli bliżej. Podszedłem do niej i z uśmiechem
mocno ją do siebie przytuliłem. Kochałem, kiedy ufnie się do mnie przytulała,
kochałem jej słodki zapach, jej spojrzenie, jej uśmiech… Pocałowałem ją w
czubek głowy
-Jak się trzymasz?
-Dobrze, dziękuję.-odpowiedziała rumieniąc się i spojrzała
zakłopotana w stronę Lewandowskich i przytuliła się do żony Roberta
-Wyczytują nasz lot.-stwierdziłem.
-No to co, przyjacielu, plaża, drineczki, piękne
dupeczki!-zaśmiał się Auba obejmując mnie ramieniem
-Ja dziękuję za takie atrakcje. Może Mario, ale nie ja.
-Ooo, czyż byśmy o czymś nie wiedzieli?
-Wiedzielibyście… a w sumie… Gdyby coś było powiedziałbym
wam, ale dużo dużo później.
-No dzięki.-odparował jak zwykle zgrywając wielce obrażonego
Mario
Skierowaliśmy się wszyscy do odprawy. Przeszliśmy przez
szklany korytarz i weszliśmy na pokład luksusowego samolotu. Na moje
niezadowolenie Inga zajęła miejsce w potrójnym siedzeniu z Lewandowskimi. Razem
z Mario zajęliśmy miejsca dwa rzędy przed nimi. Auba usiadł chyba do Matsa.
Kiedy wkładałem słuchawki do uszu usłyszałem aksamitny głos córki trenera
-To miejsce jest zajęte?- spojrzała na mnie i mojego
przyjaciela, a ja nie mogłem z siebie wykrztusić słowa. Na szczęście wyręczył
mnie Goetze.
-Siadaj, pewnie, tu jest wolne.-i w tym momencie mu
zazdrościłem, że siedzi pośrodku.
-Nie siedzisz z Lewym i Anią?-zapytałem w końcu
-Nie. Na chwile się dosiadłam. Koło Anki usiadła Cathy. Ploteczki,
wiecie.
-No tak.-zaśmiał się Mario
-Ej… A tak w ogóle…To gdzie jedziemy?-zaśmiała się
dziewczyna
-Niespodzianka.-uśmiechnąłem się
-No to sobie poczekam. Minutę.
-Jak minutę?
-No zaraz będzie przecież pani zapowiadać to się
dowiem.-uśmiechnęła się szeroko.
/Inga/
No to okazuje się, że lecę na okrutnie drogą wycieczkę na
piękne Borneo. Nawet mi się nie śniło, żebym tam mogła lecieć. Co dopiero z
zawodnikami Borussii Dortmund. Mimo tych kilku dni spędzonych samotnie…z
odrobiną towarzystwa Lewandowskich… Wychodziłam praktycznie tylko na posiłki.
Miałam wiele spraw do przemyślenia i poukładania sobie w głowie. Jestem córką
trenera Borussii Dortmund. Moja najukochańsza babcia zmarła. Mam wspaniałych
przyjaciół. I mam moją pierwszą platoniczną…a bardziej planktoniczną miłość. Przemyślenia w sam raz na cały, długi lot.
W samolocie siedziałam koło Goetzego. Sama chciałam na początku
usiąść koło Marco, ale zaczepiła mnie Ania, więc po prostu nie zdążyłam zająć
miejsca. Tak, nawet siedzenie przy nim dałoby mi satysfakcję. Trochę czułam się
jak taka zakochana nastolatka z jakiegoś filmu… W sumie też nie miałam co
narzekać, przecież był dwa miejsca koło mnie. A przy Goetze przecież nie było
źle. Mario stał się takim moim bratem. Wbrew pozorom to zupełnie inne uczucie
jak te do Ani czy Roberta. Nie chodzi o siłę uczucia, ale o rodzaj. Tata,
Mario, Ania i Robert stali się najbliższymi i najważniejszymi osobami w moim
życiu. No i jeszcze jest Marco, który z jednej strony mógłby być kimś znacznie
więcej, a z drugiej cieszę się, że mam tak wspaniałego przyjaciela, którego po
prostu kocham.
-Inga, kontaktujesz?-usłyszałam głos Mario
-Już tak.
-Co sądzisz o wycieczce?
-Poza tym, że musieliście wydać na mnie kupę kasy to spoko.
-Inga, daj spokój z pieniędzmi. Uwierz, że nikt nas nie
zbiednieje. Pewnie gdybyśmy nawet od byle kogo tutaj wyciągnęli taką sumę z
konta to by nie zauważył. Chcesz zobaczyć nasze wyciągi?-zapytał Reus
-Nie, dziękuję. Nie chcę, żebyście pomyśleli, że jestem tu
dlatego, że za mnie zapłaciliście, czy chcę… Po prostu nie przyjaźnię się z
wami ze względu na to, że dużo zarabiacie.
-Rozumiemy przecież. Dałaś nam o tym wystarczająco znać. Nie
musisz bardziej udowadniać.-tym razem odezwał się Mario.
-Kiedyś wam jeszcze te pieniądze oddam.
Zobaczycie.-pogroziłam palcem
-Ty lepiej tego magistra najpierw zrób.-wyszczerzył się mój
ulubiony grubasek
-Powiedział… Magister Goetze.-
-No ba!-wypiął dumnie pierś
-Nie chwaliłeś się! Z czego tego magistra zrobiłeś?-śmiał
się Reus
-No z tego… Filozofii fizjonomii…anatomii.-powiedział, a my
wszyscy zaczęliśmy się śmiać.
Lot strasznie się dłużył. Marco włożył słuchawki i oparł się
o szybę zamykając oczy. Może śpi? Mario
uciszyła gazeta plotkarska… A ja byłam głodna.
-Mario?
-Hmmm?-nawet nie spojrzał na mnie. No tak, Kim Kardashian
jest przecież bardziej fascynująca.
-Myślisz, że ktoś tu ma jakąś bułkę czy coś?
-Pewnie Lewa.-odpowiedział pochłonięty lekturą.
Wstałam z miejsca, chyba można i skierowałam się do Ani.
Rozmawiała o czymś zawzięcie z Cathy.
-Hej, dziewczyny, macie coś do jedzenia?-zapytałam
-Ja mam! Zrobiłam lunchboxy!
-A będziesz miała też dla siebie?
-Pewnie, zrobiłam dwa więcej.
-Ooo, to super.-uśmiechnęłam się, a Ania wstała do swojej
torby podręcznej i podała mi jedno z pudełek.
-Lewy, idź usiądź na chwilę do Mariooo.-uśmiechnęłam się
szeroko do przyjaciela
-Pięknie się uśmiechasz, ale mi się nie chce. A co robi
Mario?
-Samotnie ogląda Karashianki w kolorowym pismaku.
-O! To jednak zmieniam zdanie!- uśmiechnął się od ucha do
ucha i poderwał się energicznie z miejsca. Na odchodne dostało mu się klapsa od
żony. Zaśmiałam się i usiadłam na jego dawnym miejscu pod oknem.
-No to o czym tak panie zawzięcie plotkują?
-Na początku o Reusie…i tobie.-uśmiechnęła się Cat- potem o
mnie i Matsie, no i Mario i Ann.
-No to bardzo ciekawie. I co tam wymyśliłyście?
-No to tak…-zaczęła Cathy- Po pierwsze ty i Marco…
-Przewiń do po drugie.-przerwałam jej szybko.
-Co za uparciuch.-westchnęła Anka
-To co z tobą i Matsem?-zapytałam nabierając na widelec
sałatkę
-Mats chce, żebyśmy jeszcze w tym roku się pobrali.
-O jeny! To cudownie! Gratuluję!-ucieszyłam się i
przytuliłam dziewczynę.
-Tylko wiesz… My w prawdzie jesteśmy razem już te kilka lat,
tylko wiesz… Marzą mi się zaręczyny. Tak
jak to wszyscy robią. Która dziewczyna nie chciałaby dostać pierścionka
zaręczynowego…
-Wszystko przed tobą kochana. Może właśnie na tym wyjeździe?
Plaża, zachód słońca…
-Inga ma rację. Cierpliwości. Mats prędzej czy później ci
się oświadczy. Nie musisz się o to martwić.
-Myślisz?
-Wiem. Mats nie jest taki głupi…
-Dzięki kochana!-usłyszałam głos przechodzącego akurat koło
nas Matsa.
-Podsłuchiwałeś?-wbiłam w niego spojrzenie
-Ależ gdzież bym śmiał! Rzucacie tu jakieś uroki, wszyscy
się boją, ja tylko próbowałem niezauważalnie przejść do toalety, ale…
-Ale musiałeś się odezwać, kiedy usłyszałeś swoje
imię.-dokończyła za mnie moja przyjaciółka
-No bo mówiłyście Mats. A Mats to ja!
-Co ty nie powiesz kochanie…-zaśmiała się Cat.
-Od dwudziestu sześciu lat!-odpowiedział jej uśmiechem i
czule ja pocałował, na co uśmiechnęłyśmy się z Anią do siebie.
Jakiś czas później oddałam puste pudełko Ance, a w tym samym
czasie wrócił Robert twierdząc, że gazetka się skończyła, a Marco z Mario za
mną tęsknią. Cóż mi innego zostało, jak nie wrócić do stęsknionych panów.
-Jestem.-oznajmiłam zajmując swoje miejsce. Wracając
zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam, że poza naszą grupą w samolocie są jeszcze
tylko trzy osoby. Właściwie to rodzina. Kobieta i mężczyzna z jak mniemam ich
córką. Rozkapryszona dziewczyna, która działała mi na nerwy. Zrobiła sobie już
z pięćset selfie, cały czas kazała sobie coś zamawiać, nałożyła już setną warstwę
pudru i szminki. A najgorsze było to, że cały czas wpatrywała się w Marco.
Wrgh!
-Wreszcie!-uśmiechnął się szeroko Mario
-Musiałam zjeść śniadanie, bo nie jadłam i przy okazji
poplotkowałyśmy z dziewczynami.
-Nie zjadłaś śniadania w domu?-powiedzieli równo jak w
zegarku. Chciało mi się śmiać, ale widząc ich srogie miny powstrzymałam się.
-No jeny, przecież teraz zjadłam. Nic się nie stało.
-Dobrze, że zjadłaś chociaż teraz.-stwierdził Marco
-No właśnie. Chyba nie chcesz się odchudzać.
-Nie mam zamiaru. Obiecuję, że teraz będę jeść ile wlezie.
-No ja myślę!-uśmiechnął się Goetze.
-Razem z tobą oczywiście.
-No ba! Mario lubi jeść! A ty, mój przyjacielu? Lubisz
jeść?-zapytał Goetze Marco na co zaczęłam się śmiać. Blondyn uśmiechnął się
szeroko
-Z kim ja siedzę. Idę do Auby po mojego laptopa. Już widzę
jak mi wirusy ściąga.-wstał z siedzenia, przeszedł koło nas i skierował się na
przód w kierunku Pierre’a, Kevina i Matsa. Kiedy szedł głupia blondi spojrzała
się na niego spod przymrużonych powiek i przejechała językiem po wardze. No ja
jej zaraz dam! Co za smarkula. Zacisnęłam ręce w pięści.
-Ej, spokojnie.-usłyszałam głos Goetzego
-Nie widzisz jak ona się na niego patrzy?!
Idiotka!-odpowiedziałam głośnym szeptem przyjacielowi. Mario zaśmiał się pod
nosem.
-Marco ją widział, sam się śmiał, bo dość niedyskretnie
strzelała niezłe pozy. Nie masz co być zazdrosna.
-Jasne. Łatwo ci mówić. Poza tym ja wcale nie jestem
zazdrosna!-warknęłam cały czas zabijając spojrzeniem dziewczynę. Widząc, że
Marco będzie wracał nałożyła ostro czerwoną szminkę, popsikała perfum i odpięła
trzy guziki opinającej jej ciało koszulki.
O matko… Coś takiego jak stanik to rzecz jej obca. Jej cycki, daję
stówę, że powiększone, o mało co nie wypadły zza dekoltu. Ścisnęłam mocniej brzeg
mojego fotela. Marco odwrócił się i zaczął iść w naszą stronę. Blondyneczka w
jednym momencie poderwała się z miejsca… No tak, jeszcze mini, która prawie nie
zasłania pośladków. Pogratulować córki, nie ma co. Kiedy Marco był już blisko
ona to, niby przypadkiem wypychając swój biust, wpadła na niego tak, że jej
piersi zderzyły się z jego klatką. Miałam ochotę podnieść się ze swojego
miejsca i wyrwać jej te rozjaśniane blond kudły, ale na szczęście przed tym
haniebnym czynem uratowała mnie postawa Marco. Wcale się na nią nie spojrzał.
Nawet na jej cycki, które gdyby mogła postawiła je tuż przed jego oczami.
-Ups! Ale ze mnie niezdara hihi.-powiedziała wymuszonym,
słodkim głosikiem wachlując dziesięć razy na sekundę swoimi doklejanymi
rzęsami.
-Współczuję.-wzruszył ramionami Marco wymijając ją i
przeszedł koło mnie i Mario zajmując swoje miejsce pod oknem. Wypuściłam głośno
powietrze.
-Dobrze już?-zapytał Mario chichrając się pod nosem.
Spojrzałam na niego wilkiem. –Zazdrośnica-dodał
Wstałam z miejsca i poszłam do samolotowej łazienki. Na ten
samolot chłopaki musieli wydać fortunę. Łazienka była tak elegancka, jak w
pięciogwiazdkowym hotelu. Może i właśnie do takiego leciałam. Stanęłam przed
wielkim lustrem podświetlanym przez halogeny wmontowane w sufit. Moje oczy
iskrzyły się jeszcze resztkami gniewu. Chwała Bogu, że postanowiłam użyć
dzisiaj pudru, bo miałabym twarz poczerwieniałą jak burak. Właściwie to
pomidor. Pisnęłam cicho i tupnęłam nogą, żeby choć trochę móc wyładować swoją
frustrację. A niech to. Zazdrość! Oczywiście, że zazdrość. Jestem zazdrosna,
cholernie zazdrosna! Nikt nie ma prawa przystawiać się do mojego Marco. Nikt!
Co jeśli Marco znajdzie sobie kiedyś dziewczynę? Będę musiała patrzeć jak
bardzo są szczęśliwi i wyjadają sobie z dziubków, a jednocześnie miałabym
ochotę posiekać ją na drobną kosteczkę. Sama nie chcesz, innej nie pozwolisz,
Mazur. Znaczy Klopp. No po prostu Inga. Dlaczego nie chcę? Bo się boję. Bo on
nic do mnie nie czuje. No chyba nic. Oczywiście, że nic! Koniec robienia sobie
nadziei z tym, co się stało w hotelu. A czy chcę? Chcę. Dlaczego chcę? Bo go
kocham. Dwa minusy do jednego plusa. Pod zsumowaniu wszystkiego wyszedł jeden
minus. Czyli-NIE. Nie będę z Reusem. Nie pocałuję go. Nie będę go przytulać.
Nie będę z nim chodzić na spacery za rękę. Nie będziemy chodzić na randki. Nie
będziemy patrzeć sobie w oczy i mówić jak bardzo siebie kochamy… Poczułam łzy
spływające po moich policzkach. Nie będziemy razem. Taka jest prawda. Marco
traktuje mnie jak przyjaciółkę. Ja sama mu powiedziałam, że chcę żebyśmy byli
tylko przyjaciółmi. Ja głupia. Zaczęłam płakać. Co się ze mną dzieje? Czy
zakochanie nie miało być pięknym odczuciem? Moje zakochanie przeradza się w
najzwyklejsze cierpienie. Boli mnie moja niemoc, boli mnie brak odwagi, żeby mu
wyznać co do niego czuję. Jeszcze bardziej bolałoby odrzucenie mnie i wyśmianie
z jego strony. To by mnie zabiło. Babciu, i jak ja mam sobie dawać radę sama?
Gdzie są moi przyjaciele? No tak. Byliby, gdybym otworzyła drzwi do tej
przeklętej toalety. Cudowne miejsce na rozważanie swojego życia. Jak mogę
patrzeć na Marco jako na przyjaciela? Nie potrafię. Choćbym nie wiem jak się
wysilała, to nie dam rady. Bo kiedy na niego patrzę nie czuję już przyjaźni
tylko tę przeklętą miłość. Spojrzałam się w lustro. Oczy miałam czerwone i
zapuchnięte. Tym razem makijaż nie pomagał. Wzięłam ręcznik jednorazowy i
wytarłam łzy z twarzy, żeby nie rozmazać tuszu. Wrzuciłam go do kosza i
zaciskając powieki przekręciłam zamek w drzwiach i otworzyłam je. Przeszłam
dość szybko. Wydaje mi się, że Ania nic nie zauważyła i ominie mnie jej
przepytywanie. Zajęłam swoje miejsce w ciszy. Mario na nieszczęście nie robił
nic konkretnego i od razu zobaczył, że coś się stało.
-Jezus, Maria… Inga, ty płakałaś?-zapytał zasmucony.
-Ciiiszej.-wydusiłam tylko. Nie chciałam, żeby w tym
momencie wszyscy się tu zlecieli
-Co się stało? To przez Marco?
-Wszystko okej.-odpowiedziałam łamiącym się głosem
powstrzymując łzy pod powiekami
-Inga, siostrzyczko kochana.-westchnął Mario i podnosząc
mnie z mojego fotela przeniósł na własne kolana. Położyłam głowę na jego
ramieniu i przytuliłam się mocno. Mario gładził mnie ręką po plecach.
Usłyszałam głos Marco pytający co się stało. Mario nic nie odpowiedział. Nie
wiedziałam co do końca się dzieje dookoła mnie. Płakałam cicho w ramię mojego
braciszka i zaciskałam oczy. Poczułam dłoń Marco na mojej talii.
-Inga, co się stało?-zapytał. Znowu czułam smutek w jego
głosie. Zrozumiałam, że takim zachowaniem krzywdzę siebie i jego. A to jest
ostatnie czego bym chciała. Postanowiłam przestać płakać. Podniosłam głowę z barku Mario i spojrzałam
na Marco przez zeszklone oczy. Jezu, jak ja go bardzo kocham.
-Już jest okej. Chwila słabości. Nie mówiłam, że będzie wam
łatwo ze mną na tym wyjeździe.
-Wiemy. Dobrze, że jesteś.-uśmiechnął się i złapał mnie za
rękę. Zamknęłam na chwilę oczy czując jak gładzi kciukiem wierzch mojej dłoni.
Tę chwilę przerwał nam głos stewardessy proszący nas o zajęcie swoich miejsc i
zapięcie pasów. Uwielbiam turbulencje, uwielbiam… Westchnęłam z niezadowoleniem
i zeszłam z kolan Mario puszczając dłoń blondyna. Zapięłam pasy i oparłam głowę
na ramieniu Goetze.
-Mamo! Ja my nie umrzemy, prawda?-usłyszałam głosik blond
lali, która siedziała na równoległych do naszych siedzeniach.
-Nie kochanie. Tatuś zapłacił jeszcze z nadwyżką za te
bilety, więc my wyjdziemy cało.-odpowiedziała uspokajając córkę. Zaśmiałam się
pod nosem.
-A my?-zwróciłam się do chłopaków, którzy zapewne też
słyszeli tę wymianę zdań. Oboje zaśmiali się
-My nie zapłaciliśmy z nadwyżką, ale tatuś chyba zapłacił
taką sumkę, że i nas uratują.-odpowiedział z uśmiechem Reus
-Ufff.
***
Jakieś półtorej godziny później wylądowaliśmy na względnie
małym lotnisku wyspy. Byłam na siebie trochę zła, bo zasnęłam przed lądowaniem
i nie zobaczyłam jej z lotu ptaka. W
sumie i tak bym nie zobaczyła, bo przy okienku siedział Reus… ale gdybym
usiadła mu na kolana? Ahh… Pod tym względem byłam jeszcze bardziej zła.
Ucieszyłam się, kiedy miałam już ziemię pod stopami.
Malezyjskie powietrze było o tej godzinie nadzwyczaj gorące. Co tu się dzieje w
południe? To ja się boję wyobrażać. Podeszłam do Ani i Roberta.
-Byliście tu kiedyś?
-Tutaj jeszcze nie. Specjalnie wybraliśmy to miejsce.
Jeszcze nikogo z nas tu nie było.-wyjaśnił Robert
-Wydaje mi się, że spędzimy tu wspaniały urlop. Masz jakieś
przewiewne ciuchy? Średnia temperatura wynosi tu trzydzieści dwa
stopnie!-uśmiechnęła się szeroko Ania. Ona lubi taki klimat.
-Na dobrą sprawę to liczyłam na ciebie i na dziewczyny. Do
ostatniej chwili zastanawiałam się czy jechać. Postanowiłam na trzy godziny
przed wylotem, więc nie miałam dostatecznie czasu, żeby się przygotować.
Wzięłam najcieńsze rzeczy jakie mam, ale przydałoby się coś przewiewnego.
-Spokojnie, coś dla ciebie znajdziemy. Jeny! Już chcę wyjść
z tego lotniska! Chcę trochę pozwiedzać, spróbować potraw regionalnych,
nakupować przypraw…-przerwał jej Robert, który namiętnie wpił się jej w usta.
Kiedy się w końcu od siebie odkleili Ania już nie miała nic więcej do
powiedzenia.
-Tak to się załatwia.-uśmiechnął się Robert.
Wzięliśmy swoje
walizki i wyszliśmy przed lotnisko, gdzie czekał już na nas autokar z napisem „The Danna Langkawi” . Jak się domyśliłam
była to nazwa naszego hotelu. Podszedł do mnie elegancko ubrany mężczyzna
prosząc o moją walizkę. Kątem oka zobaczyłam, że drugi podchodzi do Ewy, a ta
mu podaje swój bagaż. Zostało mi uczynić to samo. W autokarze Marco, Mario,
Auba i Lewy zajęli tyły. Ja z Anią usiadłyśmy razem na miejscach bliżej końca.
Kiedy wszyscy już wsiedli autokar ruszył.
-Mieliśmy opcję polecieć helikopterem do naszego hotelu, ale
raz trzeba by było rozdzielić nas na dwie tury, a dwa tak przynajmniej będziemy
mieli postój w stolicy. O! Tam kupimy jakieś przewiewne ciuchy dla
ciebie!-oznajmiła szczęśliwa Lewandowska. Chwilę później usłyszeliśmy z
głośników głos naszej przewodniczki.
-Witamy serdecznie w Malezji. Nazywam się Merry Wetter i
będę państwa przewodnikiem. Za dwie godziny znajdziemy się na miejscu. Przedtem
planowany jest pół godzinny postój w Kuala Lumpur. Jest tam wiele sklepów, uprzedzam
drogie panie, że jest tam ich tyle, że dzisiejszy postój nie wystarczy, żeby
wszystkie obejść. W każdej chwili jednak możecie się państwo wybrać spod
naszego hotelu helikopterem wprost do centrum miasta. Wystarczy zadzwonić na
recepcję. W hotelu dostępne są trzy duże helikoptery, więc nie ma problemu z
ich dostępnością. Hotel jest usytuowany na drugim końcu wyspy. Otoczenie jest
bardzo spokojne, wręcz mogę powiedzieć, że hotel jest odizolowany od reszty
wyspy co zapewnia większą prywatność naszym gościom. Hotel otacza las. Jest
oddalony o pięć minut od plaży. Dziesięć minut drogi zajmuje dostanie się do
innych kompleksów hotelowych, dwadzieścia zaś do małego centrum, gdzie jest
wiele stoisk z między innymi tradycjonalnym jedzeniem, czy przyprawami. –kątem
oka patrzyłam na uradowaną Lewandowską, której uśmiech nie schodził z twarzy.
Sama stwierdziłam, że hotel musi być naprawdę luksusowy… i naprawdę drogi.
Słuchałam jednak dalej przewodniczki. –Chwilę drogi zajmuje dojście do
rezerwatu przyrody. Występuje tam wiele większych czy mniejszych
wodospadów, atrakcyjnością cieszy się
ogromna grota. Oczywiście nie było by to atrakcją, gdyby nie można było do niej
wejść. W środku rezerwatu znajdziecie państwo Jaskinie Batu. Na końcu parku tuż
przy odizolowanym brzegu plaży znajduje się rezerwat naszych żółwi, których nie
sposób tam nie dostrzec. Niecały kilometr od hotelu znajduje się miasto. Nie
jest ono tak wielkie jak stolica, ale jest przystosowane dla turystów. Pod
względem towarów w sklepach jest bardzo
porównywalne do Kuala. Jest tam wiele restauracji, klubów, kawiarni i dyskotek.
W tym miasteczku są najlepsze herbaty zapewniam, że najlepsze jakiekolwiek
państwo pili, warto spróbować. Teraz za niecałe dwadzieścia minut będziemy w
stolicy. Jeśli macie państwo jakieś pytania to proszę pytać. Odnośnie posiłków
powiem, kiedy będziemy się zbliżać do hotelu. Dziękuję.
-Dziękujemy.-odpowiedzieli niektórzy. My z Anią
uśmiechnęłyśmy się szeroko i piszcząc radośnie przytuliłyśmy się do siebie.
-Kochana, to będą wspaniałe wakacje! Tyle do
zobaczenia!-ekscytowała się przyjaciółka
-Co wy na to dziewczyny, żeby poświecić jeden dzień na
spa?-odezwała się Cathy
-Za!-odpowiedziałyśmy chórem
-A my?-zapytał Łukasz
-Wy będziecie na nas
czekać!-odpowiedziała mu jego żona uśmiechem
Jak powiedziała nasza przewodniczka tak zatrzymaliśmy się
dwadzieścia minut później w Kuala
Lumpur. Miasto był przepełnione drapaczami chmur. Aż ciężko uwierzyć, że na takiej niepozornej wysepce mogą znajdować się takie budynki. Przez jego środek przebiegał długi, podświetlany most, który oddzielał bogatszą sferę miasta od tej biedniejszej. Miasto pod dwóch stronach mostu różniło się diametralnie. Gdybym nie wiedziała, stwierdziłabym, że to jakaś osada pod miastem. Jak się okazało w tych wioskach mieszkają rdzenni mieszkańcy-malajowie. Dużo z nich ma też własne domy w rezerwacie. Podczas rozmowy z Merry dowiedzieliśmy się, że pochodzi z Niemiec, lecz kiedy miała osiemnaście lat przyjechała tu na wakacje, zakochała się i już została. Miłość do chłopaka z czasem wygasła, ale wzmocniła się miłość do tego kraju i od jedenastu lat tu mieszka. Nie poznała wcześniej piłkarzy, ponieważ rzadko szuka jakiś newsów ze swojego kraju. Mieszkała w Kolonii, całkiem niedaleko Dortmundu. Myślała coraz częściej, żeby odwiedzić swoją rodzinę, bo zazwyczaj to oni do niej przyjeżdżali. W stolicy weszłyśmy do sklepu. Ani wpadła w oko wzorzysta, długa, jedwabna sukienka. Mała szerokie rękawy do łokcia i delikatny sznureczek do przewiązania w talii. Wzięła ją w ręce, przyłożyła ją do mnie, a nim się obejrzałam trzymała ją zapakowaną w torbę. Nie chciałam nawet patrzeć na cenę. Urodziny mam dopiero za miesiąc ale oświadczyłam Ani, że prezent na moje urodziny ma już z głowy. Brunetka teatralnie przewróciła oczami. Potem chodziłam koło Roberta i Łukasza udając focha na Anię, choć obie dobrze wiedziałyśmy, że to udawanie coraz gorzej mi wychodzi.
Lumpur. Miasto był przepełnione drapaczami chmur. Aż ciężko uwierzyć, że na takiej niepozornej wysepce mogą znajdować się takie budynki. Przez jego środek przebiegał długi, podświetlany most, który oddzielał bogatszą sferę miasta od tej biedniejszej. Miasto pod dwóch stronach mostu różniło się diametralnie. Gdybym nie wiedziała, stwierdziłabym, że to jakaś osada pod miastem. Jak się okazało w tych wioskach mieszkają rdzenni mieszkańcy-malajowie. Dużo z nich ma też własne domy w rezerwacie. Podczas rozmowy z Merry dowiedzieliśmy się, że pochodzi z Niemiec, lecz kiedy miała osiemnaście lat przyjechała tu na wakacje, zakochała się i już została. Miłość do chłopaka z czasem wygasła, ale wzmocniła się miłość do tego kraju i od jedenastu lat tu mieszka. Nie poznała wcześniej piłkarzy, ponieważ rzadko szuka jakiś newsów ze swojego kraju. Mieszkała w Kolonii, całkiem niedaleko Dortmundu. Myślała coraz częściej, żeby odwiedzić swoją rodzinę, bo zazwyczaj to oni do niej przyjeżdżali. W stolicy weszłyśmy do sklepu. Ani wpadła w oko wzorzysta, długa, jedwabna sukienka. Mała szerokie rękawy do łokcia i delikatny sznureczek do przewiązania w talii. Wzięła ją w ręce, przyłożyła ją do mnie, a nim się obejrzałam trzymała ją zapakowaną w torbę. Nie chciałam nawet patrzeć na cenę. Urodziny mam dopiero za miesiąc ale oświadczyłam Ani, że prezent na moje urodziny ma już z głowy. Brunetka teatralnie przewróciła oczami. Potem chodziłam koło Roberta i Łukasza udając focha na Anię, choć obie dobrze wiedziałyśmy, że to udawanie coraz gorzej mi wychodzi.
Kiedy obejrzeliśmy miasto wróciliśmy do naszego autokaru.
Usiadłam na swoim miejscu i rzuciłam ostatnie spojrzenie na stolicę tego
państwa.
-Jak ci się podoba?-usłyszałam głos Marco, który przysiadł
się na chwilę
-Bardzo. Tu jest cudownie. Nie mogę się doczekać, co będzie
na miejscu. Chciałabym zobaczyć tą niewielką wioskę. No i jaskinie! I nie
wyjadę stąd dopóki nie będę miała żółwia na rękach.-uśmiechnęłam się szeroko,
na co Marco odpowiedział tym samym. Uwielbiam ten jego uśmiech. –A tobie?
Podoba ci się?
-Bardzo. Chciałbym już wskoczyć do wody. Nie dość, że będzie
bardzo ciepła, to jeszcze ma piękny kolor.
-Myślisz, że będzie tu możliwa jakiegoś rejsu, czy jakaś
łódeczka do wypożyczenia?
-Na pewno. Lubisz pływać?
-Tak, to bardzo relaksujące. Pływałam takimi łódkami na
wycieczce w Polsce niedaleko Gdyni. Jak jestem na łodzi usuwam wszystkie myśli,
nie istnieje nic poza mną, wszystko znika, złe myśli odpływają. Mogę się
wyciszyć… i to kołysanie przez fale…
-Musisz mnie tak nauczyć.
-Postaram się.-uczyć Marco. Brzmi cudownie.
-Idzie Ania. Wracam do chłopaków.
-Jasne. Papa!-uśmiechnęłam się i odprowadziłam maślanym
wzrokiem przystojnego piłkarza.
-O, Inga. Masz jeszcze focha?-uśmiechnęła się szeroko Anka
siadając koło mnie
-Nie, skąd.
-To się bardzo dobrze składa. Kupiłyśmy dla ciebie z
dziewczynami śliczne sandałki, bluzkę i takie cudowne, luźne alladynki.
Spodobają ci się na bank. A i jeszcze ktoś wybrał ci śliczną chustę.
-Nie, Ania, tyle rzeczy? Nie musicie mi nic kupować…
-Ale chcemy!-uśmiechnęła się podając mi kolejną siatkę.
-Dziękuję, ale już nic nie kupujcie, okej?
-Postaramy się, ale wiesz, jak będzie coś ładnego to…
-To sama sobie coś kupię.-pokręciłam głową i przytuliłam
przyjaciółkę.
-Nie zapytasz, kto wybrał chustę?
-A powiesz mi?
-Nie.-wyszczerzyła się w pełnym uśmiechu
Po czterdziestu minutach drogi dotarliśmy pod nasz hotel.
Całą drogę zajęło nam podziwianie przyrody Malezji. Szczególne wrażenie na nas
wywarł najwyższy szczyt Kinabalu. Merry powiedziała nam, że mierzy on ponad
cztery tysiące metrów. Stwierdziłyśmy z Anią, że doskonale rozumiemy
przewodniczkę, która postanowiła tu zostać. Kiedy zatrzymaliśmy przed hotelem
nie wiedziałam co powiedzieć. Znajdował się tuż przy plaży. Nie dość, że cztery
minuty od plaży, to jeszcze przed nią stał ogromny basen. Z zewnątrz budynek był cudowny. Cały biały, trzypiętrowy.
Balkony były po drugiej stronie skierowane na plażę i błękitny ocean.
Odebraliśmy nasze walizki i ruszyliśmy ku wejściu do hotelu. Recepcja była
ogromna. Podeszli do niej Marco z Lewym. Rozmawiali chwilę z recepcjonistką. My
w tym czasie pożegnaliśmy się z Merry. Umówiliśmy się, że będzie pod telefonem
i z chęcią nas oprowadzi po nieznanych turystom zakamarkach tego pięknego
kraju. Kiedy nasza przewodniczka opuściła hotel podeszli do nas chłopacy z
kluczami do pokoi. Chłopacy wzięli dla siebie dwa trzyosobowe pokoje, a dla
nas, dziewczyn jest jeden czteroosobowy. Ruszyliśmy całą grupą do windy. Nasze
pokoje znajdowały się blisko siebie. Jeden z nich zajęli Marco, Mario i Lewy,
drugi Auba, Łukasz i Mats. Już się boję co się w tych pokojach będzie działo.
-Osz kurcze...
-Raj!-uśmiechnęła się szeroko Ania.
-U was też takie cudowne widoki?-wbiegła do nas szczęśliwa
Ewa –Widzę, że jeszcze zahipnotyzowane- zaśmiała się. Po chwili dołączyła do
niej Cathy. Spojrzałyśmy się po sobie i zaczęłyśmy piszczeć jak szalone.
Przytuliłyśmy się do siebie i zaczęłyśmy skakać w miejscu
-Dobra, dziewczyny, trzeba się rozpakować.-zarządziła Ania,
kiedy w końcu przeszłyśmy z wariactwa do stanu normalności. Miałyśmy z Anią na
nas dwie wielką na całą ścianę szafę przesuwaną. Łóżka były szerokości prawie
dwuosobowych. Wspaniały początek mojego „nowego życia”. Kiedy ułożyłam już
wszystko na półkach rzuciłam się na moje łóżko i wybrałam numer do taty. Po
kilku sygnałach usłyszałam jego głos.
-Inga! Już na miejscu?
-Tak! Nawet sobie nie wyobrażasz jak tu cudownie! Powysyłam
ci zdjęcia jak zrobię jakieś. Właśnie leżę na moim ogromnym łóżku i nie mogę
się napatrzeć na widok za oknem…
-Jacyś przystojni
panowie?
-Proszę cię… Ocean!
-Aaa, ocean. Nie jest
źle.
-No nie jest.-śmiałam się –A co u ciebie?
-Jestem z Emmą na
spacerze w parku.
-Oooo, wyślesz mi jej zdjęcie?
-Masz jak w banku. A
jak chłopaki, grzecznie się sprawują?-zapytał i dokładnie w tej samej
chwili wparowała szóstka chłopaków z bezprzewodowym głośnikiem, z którego na
fulla grało „Będzie, będzie zabawa,
będzie się działo…” i dodatkowo słowa piosenki było wykrzykiwane przez
dwóch Polaków. Reszta tańczyła nieokreślone dzikie tańce. Zaśmiałam się pod
nosem.
-Nie słyszysz?-zaczęłam się śmiać jeszcze głośniej, kiedy
Marco z Mario zaczęli tańczyć do tej piosenki wolnego przytuleni do siebie.
Zaczęłam płakać ze śmiechu
-Dobrze, że tego nie
widzę. Powodzenia z nimi.-słyszałam, że sam się śmiał.
-To papa, wyślę zdjęcia.-rozłączyłam się i poszłam do
naszego salonu.
Dziewczyny siedziały na oparciach kanapy i trzymały się za
głowy. Poczułam pociągnięcie za rękę. Auba. Zaczął kręcić mną jakieś piruety.
Na szczęście szybko uciekłam od niego i dosiadłam się do Ani. Nie mogłam
przestać się śmiać z wtulonych w siebie Marco i Mario. W kącikach oczy zebrały
mi się łzy ze śmiechu. Mario to zauważył i powiedział z przejęciem
-Ingunia, nie płacz, nie bądź zazdrosna.
-Ja po prostu…-udawałam płacz- Ja po prostu tak bardzo się
wzruszyłam, wy tak bardzo się kochacie.
-A no wiemyy!-uśmiechnął się szeroko Goetze. –Kiedyś
weźmiemy ślub, c’nie Marco?
-Obawiam się, że mógłbym uciec sprzed ołtarza.
-Cholera jasna! Wyłączcie tą piosenkę!-powiedziała głośniej
Ewka. –I Łukasz, drogi mężu, przestań drzeć mordkę razem z Lewandowskim, bo
zaraz nas z hotelu wywalą.
-My płacimy, my wymagamy!-odpowiedział Łukasz wypinając
dumnie pierś. –Ale poważnie, weźmy zmieńmy muzykę, bo mam już dość.
Lewy wziął telefon i czegoś szukał. Uśmiechnął się szyderczo
i włączył piosenkę. Z przenośnego głośniczka popłynęły pierwsze nuty melodii…
Zapowiadało się nie aż tak źle, ale…
-Z dedykacją dla mojej ukochanej przyjaciółki
Ingi.-powiedział niskim głosem stając na stoliku. I zaczął się koszmar…
-„Umiesz kręcić pupą i
fajnie ruszasz się. Obiektem pożądania właśnie stałaś sięęę”-zaczął śpiewać
na co Ania z Ewą i Łukaszem zaczęli płakać ze śmiechu. Reszta nie rozumiała
zbytnio słów, ale sam śpiewający Robert na stole z własnym układem
choreograficznym wyglądał przekomicznie. –„Pamiętam
ciebie małą, taki mały ktoś, a teraz już kobieta i patrzy w oczy me, a ja cały
drżę”-kontynuował. W jednym momencie doskoczył do niego Piszczek i robiąc z
ręki mikrofon zaczęli zawodzić z Lewym refren –„Bo ty jesteś zajebista to sprawa jest oczywista, wyrosłaś na mądrą
dziewczynę dla ciebie zabiję lub zginę”-śpiewając drugi raz refren porwali
swoje żony do tańca a ja kuliłam się na kanapie z Cathy ze śmiechu. W końcu
zakończyli swoją piosenkę.
-Widzisz Inga jak pięknie dla ciebie zaśpiewaliśmy? Samiusieńka prawda!-wyszczerzył się Lewy
-Ta, gdzie śpiewałeś, że jest twoim obiektem
pożądania?-spojrzała spod byka na swojego męża Ania, a ja znowu zaczęłam się
śmiać
-Nie, kochanie, że nasza Inga jest zajebista.-odpowiedział z
uśmiechem
-No ba!-zaśmiałam się
-Ej, tak w ogóle przyszliśmy do was z pomysłem!-odezwał się
Mats
-O! Cóż wymyśliliście?-zapytała Cathy przytulając swojego
chłopaka
-Jachty. Weźmiemy dla nas na powiedzmy dwie godziny.
Popływamy, dziewczyny się poopalają i w sam raz wrócimy na kolację.-wyjaśnił
wysoki brunet. –Kto za?
-Wszyscy!-odpowiedziała radośnie Ania
-To co, za dwadzieścia minut pod recepcją?
-Stoi!-zgodziła się Ewa i pocałowała swojego męża.
Postanowiłam podejść do Marco, który stał pod ścianą trochę na uboczu
-Niech zgadnę, twój pomysł?
-Twoja lekcja odprężania brzmi naprawdę obiecująco.
Aktualna?-uśmiechnął się zniewalająco, a moje policzki stały się różowe.
-Aktualne.-odpowiedziałam wślepiając się gdzieś w podłogę.
Marco natychmiast złapał mnie za brodę i skierował tak, że widziałam jego
piękne oczy…i te usta…
-Tak lepiej.-uśmiechnął się blondyn
-Chodź Marco, damy się im w spokoju przebrać.-pociągnął go
za rękę Auba. Kiedyś go zabiję z Goetze włącznie. Kiedy tylko chłopacy zamknęli
za sobą drzwi trzy przyjaciółki podeszły do mnie z wymalowanymi uśmiechami.
-A my wiemy jaka piosenka pasuje do ciebie. Pamiętasz bajkę Herkules?-uśmiechnęła się Cathy
-Wiem która…-uśmiechnęłam się pod nosem i zaczęłam śpiewać –Ofiarę złóżcie z głupiej kozy co sama sobie
winna jest. Myślałam jakoś się ułoży lecz między mity to muszę włożyć…
-Kogo chcesz czarować
skoro serce masz na wierzchu. Już straciłaś głowę, dostrzegamy to bez
przeszkód. Nie wstydź się to piękne poczuć nagle miętę i mieć w głowie pstro.-kontynuowały
dziewczyny z uśmiechem we trójkę. No nie. Tak to się wkręca człowieka w śpiewanie.
-Co to, to nie, ani
słowa a sio.
-Co z tego, każdy się
dowie o, o.
-Nie powiem, że
pokochałabym go.-dokończyłam z uśmiechem siadając na oparciu kanapy, a moje
przyjaciółki na niej dookoła mnie. –To
jakiś banał, lat przybywa, a serce coraz głupsze. Mój rozum krzyczy weź się w
karby, lecz serce głuche, gdy się uprze.
-Wzbraniasz się
nieszczerze, uczuć nie potrafisz wyznać. Nas tym nie nabierzesz, co dopiero zaś
mężczyznę!-tym razem śpiewała sama Ania, lecz po chwili do niej reszta
dołączyła –Popatrz prawdzie w oczy, on
cię zauroczył, kochasz go, go, go i już!
-Co to, to nie, ani
słowa, a sio.-zaśmiałam się
-Ty wiesz, on też.
Kocha cię, kochasz go!
-Na pewno nie powiem,
że kocham go.- pokręciłam głową ze śmiechem i ruszyłam w kierunku mojego
pokoju. Dobrze wiedziałam jak kończy się ta piosenka. Dziewczyny jednak nie
dawały za wygraną.
-Poczekaj, stań bez
dwóch zdań kochasz go!
-Co to, to nie, ani
słowa, a sio! Nie powiem, że pokochałam!
-Już dosyć hec, to nie
grzech kochać go!-śpiewały szczęśliwe, a ja usiadłam w siadzie skrzyżnym na
moim łóżku. Cała trójka spojrzała na mnie spod byka czekając na moje
dokończenie. Pokiwałam tylko przecząco głową, a dziewczyny westchnęły z
rezygnacją. Podeszłam do okna i oparłam się o szybę. Przypomniał mi się w tym
momencie jego uśmiech. Uśmiechnęłam się sama do siebie.
-Cichutko więc powiem,
że kocham go…-dokończyłam piosenkę, a przyjaciółki z piskiem rzuciły się na
mnie.
-No już bo mnie udusicie!-zaśmiałam się. Dziewczyny nie
odpuściły i jak szalone zaczęły skakać i się cieszyć tak, że w rezultacie
wszystkie poleciałyśmy na łóżko Ani.
-Kochasz go!-pisnęła Lewandowska i mnie uściskała
-Ale ani słowa… A teraz a sio, bo się muszę przebrać.-zaśmiałam
się i wygoniłam uszczęśliwione przyjaciółki. Na koniec podeszła do mnie Ania,
która raz jeszcze mocno mnie przytuliła.
-Wierzę w Was. I nie bój się, Marco to porządny chłopak. I
mam wrażenie, że ty też nie jesteś mu obojętna.
/Marco/
Kiedy weszliśmy do pokoju Lewy pociągnął mnie za rękaw i
popchnął mnie delikatnie na moje łóżko.
-O co chodzi?-spojrzałem się na Roberta i Goetzego stających
nade mną patrząc z wyższością
-My głupi nie jesteśmy!-zaczął Lewy
-No ba!-przytaknął mu dumnie Goetze, na co się zaśmiałem
-Dowiem się, do czego zmierzacie?
-Jak to do czego?! Do Ingi!-wyszczerzył się Mario w
głupkowatym uśmiechu
-Inga. I co w związku z nią?
-Ty, patrz, nawet jak mówi jej imię to się uśmiecha!-pokazał
na mnie palcem Lewy
-Dobra, chłopaki, chciałbym się przebrać w spokoju, a nie
marnować czas na waszym dziecinnym przesłuchaniu, a teraz wybaczcie zajmę
łazienkę.-wyminęłam ich i wybrałem spodenki do pływania, przewiewną koszulkę i
udałem się do łazienki. Przebrałem się i zacząłem poprawiać włosy za pomocą
„odrobiny” żelu. Usłyszałem pukanie do drzwi.
-Tak?
-No bo tego… Czemu jesteśmy dziecinni?-usłyszałem głos Robert
pod drzwiami
-Bo owijacie w bawełnę zamiast przejść do konkretów.
-To możemy zapytać o konkret?
-Czekam.-zaśmiałem się pod nosem i odłożyłem pudełko żelu.
Dopinałem guziki koszuli, kiedy usłyszałem mojego przyjaciela
-Czujesz coś do Ingi?- Spojrzałem w lustro. Tak, znowu się
uśmiecham. Z jednej strony tak bardzo ją kocham, nie jako przyjaciel, ale jak
mężczyzna kocha kobietę. Z drugiej wiem, co przeżyła i nie chcę jeszcze
bardziej komplikować jej życia. O ile dam radę dłużej się powstrzymywać.
Otworzyłem drzwi i stanąłem naprzeciw Polaka.
-Tak, ale wiedz, że nie chcę jej jeszcze bardziej mieszać w
życiu, więc nie musisz mi prawić morałów.
-Jak już to chciałem ci życzyć powodzenia, no ale cóż. Nie
wchodź do swojego pokoju, bo się tam Goetze przebiera. Widok może porazić.
-Dzięki za uprzedzenie.-odpowiedziałem i rzuciłem się na
kanapę w salonie. Włączyłem telewizor natrafiając na jakąś telenowelę
brazylijską. Patrzyłem się tępo w telewizor, co wydawało się jedynym racjonalnym
zajęciem. Chwilę później dosiadł się do mnie Mario.
-Fascynujące.-stwierdził patrząc na kłócącą się parę
-Prawda?-zaśmiałem się
-Nie myślałeś nigdy, że ona też coś do ciebie czuje?
-Inga?
-Nie, kurde, Maria Bernarda Dolores Chuanito. Oczywiście, że Inga.
-Nie wydaje mi się. Nie wiem. Z jednej stronie może, było by
naprawdę… Eh, Mario, nie wiem.
-Nie mówiłeś przypadkiem, że ten wyjazd to twoja szansa?
Skorzystaj z niej!
-Masz rację.
-Tylko powtarzam twoje słowa.
-Mam rację!-zaśmiałem się i objąłem przyjaciela. –Dzięki Mario.
-Nie ma za co. Trzeba pogonić Lewego, bo z tej łazienki za
Chiny nie wyjdzie.
![]() |
| musiałam je wstawić..ale wydaje mi się, że się za nie nie obrazicie:)) |
-Hej.-powiedziałem w końcu, kiedy nic nie odpowiadała.
Podskoczyła przestraszona
-Jeny, nie usłyszałam cię. Przepraszam.
-Twoje magiczne odstresowanie się?
-Tak.-uśmiechnęła się.- A więc mam cię nauczyć.
-Yhym.-pokiwałem głową wpatrując się w piękną dziewczynę.
-To na początku zamknij oczy.
-Okej.-wykonałem jej polecenie, aczkolwiek dość niechętnie.
Wolałbym dalej na nią patrzeć.
-Oprzyj się i postaraj się o niczym nie myśleć.- tak też
zrobiłem. Jednak nie potrafiłem. Po głowie cały czas chodziła ona. Mimowolnie
położyłem głowę na jej ramieniu.
-Jesteś słabym uczniem.-zaśmiała się.
-Cóż. Czekam na naganę.
-Sam tego chciałeś. Jako naganę idę sobie popływać, bo chyba
tu jest dość płytko, że się nie utopię.-oznajmiła z uśmiechem i podniosła się z
miejsca.
-Nieee.-jęknąłem i spojrzałam się na nią błagalnie
-Tak mi przykro. Możesz poćwiczyć spokój.
Powodzenia-uśmiechnęła się. –Lewy, idziemy pływać?-krzyknęła na drugi koniec
jachtu
-Pewnie. Jeszcze Dziewczyny i Mats idą.
-Nie utopię się?
-Nie powinnaś, tutaj jest płycej mimo, że jesteśmy dużo od
plaży.
-A to okej.-uśmiechnęła się i… zdjęła kapelusz, zaraz potem
zsunęła sukienkę z ramion. Słyszałem jak ktoś obok przechodził, ale nie
zaprzątałem się tym teraz. Dziewczyna ściągnęła sukienkę i położyła koło
siebie. Związała włosy w kucyk Odwróciła się bokiem tak, że mogłem podziwiać
jej ciało. Jej kształtne piersi idealnie uwydatniał kolorowy stanik, pośladki… Wysportowany
brzuch, smukłe nogi… O matko. Nie spoglądając w moją stronę wskoczyła zgrabnie
do wody, a kawałek dalej usłyszałem kolejne pluski po skokach reszty.
-Łap!-usłyszałem głos Mario, który rzucił mi…koc? Spojrzałem na niego jak na idiotę.
-Po co mi koc? Nie wystarczająco gorąco jest?
-Widzę, że Inga według ciebie wygląda bardzo gorąco, ale nie
wydaje mi się, że chcesz paradować z namiotem ze spodenek.-zaśmiał się.
Odpowiedziałem tym samym lekko się przykrywając się materiałem.
-No, nieźle cię na nią wzięło.-zaśmiał się mój przyjaciel
-Kocham ją. …Widziałeś ją?
-Rzuciłem spojrzenie. Ma to i owo.
-Mario-pogroziłem mu palcem-Ona jest moja i bardzo proszę
tutaj takich zwrotów nie używać.
-Jest?
-Będzie.-stwierdziłem z przekąsem.
-No to sobie mogę ją jeszcze po podrywać.
-Nie waż się!-zaśmiałem się
-Bo co, podejdziesz i nam przeszkodzisz?-zaczął śmiać się na
całe gardło, a ja dołączyłem do niego.
-Reus zakochany. Tego jeszcze nie grali.-pokręcił głową
-Gdyby tylko z wzajemnością…
-Co w tym trudnego. Podejdź do niej teraz i powiedz: Mała,
zobacz, podobasz mi się!-parsknął ponownie śmiechem
-Z kim ja się zadaję…-westchnąłem spoglądając na przyjaciela
i ponownie się histerycznie roześmialiśmy.
~~~
Kto nie zasnął-komentuje!:)))
Początek listopada, na dworze zimno, a ja tu was szczuję wakacjami...Ale pomyślmy sobie, że jeszcze 8 miesięcy i też sobie pojedziemy na Borneo...z Reusem:D Pomyśleć zawsze można, prawda? Ja właśnie wstawiam wam tą część i lecę piec sobie na jutro tort...Bo kto mi go zrobi jak nie ja sama? :D Wiem, że spora część z Was czekała na jakieś "wow" w tej części..mogę Wam powiedzieć napisać, że pewne "wow" dopiero będzie, aczkolwiek nie zdradzam, czy pozytywne, czy negatywne..Taka będę!:))
Zapłata golami za zeszłotygodniowy rozdział-jestem zadowolona:) ...ale niestety Marco złapał kontuzję na 2 tygodnie...taki mi prezent na urodziny zrobił :< (foch)
Ale cóż zrobisz..Oby jak najszybciej doszedł do siebie i grał!:)
Także kochane za tydzień 33!:)
Ale cóż zrobisz..Oby jak najszybciej doszedł do siebie i grał!:)
Także kochane za tydzień 33!:)
Buziaki:**



