sobota, 3 września 2016

Siedemdziesiąt dwa.

"Settle down with me
Cover me up,
Cuddle me in,
Lie down with me
And hold me in your arms.
And your heart's against my chest,
your lips pressed to my neck.
I'm in love now."



Nastąpił lipiec. Dni przelewały się przez palce. W kalendarzu zaznaczałam dzień po dniu do mojego najpiękniejszego dnia. Na trzy dni przed dostałam typowej ślubnej paniki. Przesiedziałam wtedy z Marco w ogrodzie trzy godziny czule się obejmując. Sam był oazą spokoju. Nie umiałam pojąć, że naprawdę się nie stresował. Może stres go złapie w dniu ślubu.
Suknia wisiała na drzwiach mojej szafy w specjalnym pokrowcu. Jest przesąd, że pan młody nie może widzieć sukni przed ślubem. Chyba nie ma nic o pokrowcu? 
Tego ciepłego dnia jak leżeliśmy na tarasie razem z Kloppsikiem i Emmą zebrało nam się na wspomnienia i filozofie, no i oczywiście moje uspokojenie.

-Poznaliśmy się rok temu. –zaczął poprawiając okulary przeciwsłoneczne i przesunął dłoń po moim udzie –A za kilka dni bierzemy ślub.
-Mądre spostrzeżenie. Co będzie po ślubie? Coś się zmieni?
-Będziesz moja. Będziesz moją żoną.
-A tak normalnie?
-Zamieszkamy razem.. Będziemy się kłaść na tarasie z twoim kotem i będziemy patrzeć w chmury. Zmieni się to, że bez psa. –zaśmiał się i położył na mnie. Lekki nie był.
-Zejdź ze mnie.
-Nie. Może chociaż tak cię zmuszę. –uśmiechnął się szeroko i wpił mi się w usta.
-Jesteś niewyżyty. Tydzień! Tylko tydzień. Cztery dni za tobą, trzy przed. Do nocy poślubnej.
-Będziesz spała w samolocie. Nie zmrużysz oka w nocy, chyba, że stracisz przytomność.
-Masz zbyt bujną wyobraźnię. A teraz złaź.
-Będę miał apodyktyczną żonę. I tak całe życie.
-Wahasz się?
-Nie.-uśmiechnął się czarująco i musnął wargami moje usta.
-Poważnie. Myślisz, że będę odpowiednia…-nie dokończyłam gdyż ten zatkał mi usta i usiadł na moich udach.
-A teraz słuchaj. Jeśli jeszcze raz będziesz miała jakąś wątpliwość, że ciebie nie chcę to zrywam tą twoją umowę, zabieram cię na górę i ci pokażę, że tylko ciebie chcę, okej?
-Okeej!-roześmiałam się jednocześnie go zrzucając z siebie.
-Kocham tylko ciebie i tylko z tobą chcę spędzić resztę życia. Mam nadzieję, że ty też.
-To najpewniejsza decyzja w moim życiu.
-Cieszę się. –uśmiechnął się i znów na mnie wpełzł.
-Gąsieniczy popęd.
-Wredota.


-Cześć dzieciaki.-przez drzwi balkonowe zajrzała do nas Ulla. –Przyniosłam trochę lemoniady.
-Dziękujemy. –uśmiechnął się szeroko mój przyszły mąż i zlazł ze mnie ponownie i z szarmanckim uśmiechem podziękował Ulli za picie.

-A kiedy przyszłaś?-zaciekawiłam się podnosząc z miejsca.
-Jakieś dwadzieścia minut temu. Nie chciałam wam przeszkadzać. Jak przed ślubem, stres?
-Skąd. –uśmiechnął się szeroko Marco
-Jaaasne. –mruknęłam nalewając lemoniady do szklanki. –Mój niedoszły mężu, też ci nalać?
-Widzisz co się z nią dzieje? –zwrócił się do Ulli skarżąc się. Blondynka roześmiała się i podnosząc ręce w geście kapitulacji weszła z powrotem do domu.  Z uśmiechem upiłam łyk napoju. Tego potrzebowałam.

-Marco?-rozejrzałam się dookoła siebie jednak nigdzie go nie mogłam znaleźć. Wyszłam na ogród co okazało się najgorszą z możliwych podjętych decyzji. Pisnęłam na pół okolicy czując jak jestem cała przemoczona przez lodowatą wodę z węża ogrodowego. Przegrałam bitwę ale nie wojnę. Ja jedyna nie będę ofiarą. Ulla z tatą jedynie stali w oknie i obserwowali nas z uśmiechami na twarzy.




***



Tego dnia mój pokój zamienił się w jakiś ul. Wstałam już z samego rana wciąć odprężającą kąpiel. Do tego przyjemny peeling, no i mniej przyjemna depilacja… Ale czego się nie robi? Założyłam bieliznę i dres. Włosy zostawiłam zawiązane w ręcznik, żeby lepiej się ułożyły. Kiedy zeszłam na dół zastałam tatę siedzącego przy stole zastawionym kanapkami. Przy nim też siedziała Ann i Yvonne.

-Cześć wam. –uśmiechnęłam się i  podeszłam po kolei do wszystkich witając się przytuleniem i pocałunkiem w policzek.
-Jak się czujesz? –zapytał tata odsuwając mi krzesło.
-Żyję. Chciałabym być już po.
-Za kilka godzin będziesz. –uśmiechnął się słabo tata i wziął kęs kanapki. Po salonie rozniósł się płacz małego dziecka.
-Lili?-zapytałam podnosząc się z miejsca i pobiegłam do salonu skąd dochodził głos mojej ukochanej bratanicy. Mała leżała w swoim maxi-cosi. Jak mnie zauważyła od razu się uśmiechnęła. Przez te kilka tygodni trochę już urosła. Wyjęłam ją z nosidełka i przytuliłam do siebie. Poszłam z nią do kuchni. Ann od razu się uśmiechnęła i pomachała do swojej córeczki.

-Zjedz coś, Inga. Ja się z nią pobawię. –uśmiechnął się tata i wziął na ręce swoją ulubienicę. Uśmiechnęłam się na ten widok. –Nie planujecie dla mnie wnuka?-zapytał poprawiając ją sobie w ramionach a ja zaczęłam się krztusić kanapką. Ann roześmiała się i poklepała mnie po plecach.
-Dobra, nie było pytania. Chodź, mała, pójdziemy do ogrodu, zostawimy dziewczyny same.
-Inga, to kiedy będę widziała bratanka czy bratanicę?-uśmiechnęła się zadziornie Yvonne.
-Dajcie mi zjeść, okej?
-Oczywiście.-potwierdziła Ann popijając herbatę.




Godzinę później Ann uśpiła małą, a państwo Götze przyszli ją odebrać. To był pierwszy raz, kiedy się spotkaliśmy, jednak mama Mario kiedy mnie tylko zobaczyła uściskała mnie i ucałowała w policzki. Powiedziała, że jestem przepiękna i że cieszy się, że ma taką przybraną córkę jak to określił sam Mario. Okazała się naprawdę ciepłą i serdeczną osobą. Cieszyłam się, że Marco postanowił ich zaprosić na ślub. Zabrali Lilianę do siebie do hotelu. Byli zakochani w swojej wnuczce. Kto by z resztą nie kochał tej małej? Pożegnali się z Ann i złożyli mi najlepsze życzenia. I po ich wyjściu stał się typowy rollercoaster.

Dziewczyny zagoniły mnie do pokoju i pomogły mi założyć suknię ślubną, która była specjalnie szyta na moje zamówienie. Była wręcz idealna i przekraczała moje najśmielsze wyobrażenia. U góry składała się z koronkowego gorsetu ozdobionymi kryształkami uwydatniającego mój biust, jednak nie był bardzo odważny. Był nawet dość zabudowany. Specjalnie zamówiłam taki model, żeby była z tyłu wiązana piękną wstążką. Marco naprawdę lubił je rozplątywać. Co prawda przy jej użyciu oddychało się trochę ciężej ale za to miałam cudownie podkreśloną talię. Dolna część była lekko rozkloszowana, powłóczysta z koronkowymi wstawkami kończąca się metrowym trenem. Tak jak mówiła Ann. Pokochałam ją od pierwszego wejrzenia.

Usiadłam na krześle i pozwoliłam fryzjerce robić swoje. Tak naprawdę tylko lekko podsuszyła włosy i jeszcze bardziej podkręciła, bo po suszeniu zwykle się lekko prostowały i nie miałam typowych loków. Włosy sięgały mi za ramiona, od poprzedniego obcięcia trochę odrosły. I dobrze, teraz były naprawdę idealne. Dwa kosmyki z przodu zostały związane do tyłu, co stworzyło to naturalną, delikatną fryzurę. Na tej samej wysokości został wpięty welon sięgający mi do pasa. Kiedy Ann miała mnie już zacząć malować przeprosiłam ją na chwilę i podeszłam do dzwoniącego telefonu. Uśmiechnęłam się szeroko widząc moje ukochane zdjęcie na wyświetlaczu. Poszłam do łazienki, żeby odebrać, bo tylko tam było spokojnie.

-Cześć Marco.
-Hej. Chciałem usłyszeć twój głos.
-Usłyszałeś.
-I powiedzieć, że cię kocham.
-Panie Reus, czy pan właśnie się stresuje?
-N-nie. Coś ty. Tak tylko dzwonię, żeby upewnić się, czy wszystko w porządku.
-Oczywiście, że tak. Kocham cię.
-Ja ciebie też. Jak tam przygotowania?
-Została mi jeszcze kosmetyczka. Ann mnie pomaluje, zaraz miała to właśnie robić. A u ciebie?
-Jestem z Mario i André. W sumie jesteśmy gotowi. I tak, mam obrączki, nie musisz się martwić.
-Mam wrażenie jakbyśmy o czymś zapomnieli…
-Mamy dopięte wszystko na ostatni guzik. Przyjedzie po ciebie czarna limuzyna przyozdobiona sercem z czerwonych róż na masce i jeszcze jakimiś ozdobami.
-Jesteśmy zbyt sentymentalni, nie uważasz?
-To tylko limuzyna. Będę na nią dzisiaj czekał z taką samą niecierpliwością i ekscytacją jak tamtej nocy.
-Mam nadzieję, że André i Mario nie siedzą teraz koło ciebie bo się spalę. Tu nie chodzi tylko o limuzynę. Róża jak na tatuażu, czerwona, kolor miłości, te same dałeś mi na urodziny razem z łańcuszkiem, który zakładam, wiązanie mojej sukni…
-Tak, siedzą… Czekaj, zaraz! Jakie wiązanie sukni?
-Wiesz, że ją projektowałam i pomyślałam, że..
-Że..-w słuchawce słyszałam jak przełyka głośno ślinę.
-Że spodoba ci się to. Zawsze to na ciebie działało.
-Chcesz mnie ośmieszyć w kościele?
-Chcę, żebyś dotrzymał swojej obietnicy o moim mdleniu.
-Cholera, Inga. Kończmy to bo nie wytrzymam.
-Do zobaczenia w kościele, mały.
-Pa, diablico.
-Co z „Aniele”?
-Dawno i nieprawda. Oszukiwałem sam siebie. Jesteś czerwona jak ogień. Płoniesz. A ja razem z tobą.
-Do zobaczenia, Marco. Kocham cię.-uśmiechnęłam się i rozłączyłam. Wróciłam do pokoju, gdzie zastałam rozkładającą wszystko co potrzebne Ann. W jednej sekundzie obie spojrzały na mnie z Yvonne przenikliwym wzrokiem.

-Masz wypieki!-zaśmiała się Ann patrząc na mnie.
-Seks telefon z moim bratem? Tak dzieci nie zrobicie.
-Dziewczyny! Już mnie lepiej możecie pomalować.
-Humorki, zachcianki…-wyliczała na palcach Brömmel  a potem obie zgodnie spojrzały na siebie z Yvonne.
-Kocham was i nienawidzę. –zaśmiałam się i usiadłam na przygotowanym krześle.
-I wahania nastrojów!-wyszczerzyła się Yvonne. Na całe szczęście ich upierdliwe wiercenie dziury w brzuchu przerwał tata, który zawołał przez drzwi, żeby nam nie przeszkadzać i nie psuć sobie niespodzianki co do mojej sukni.

-Inga, muszę pojechać po Ullę, bo dzwoniła do mnie, że jej się zepsuł silnik. Wrócę jeszcze, pojedziemy razem. Zdążę, nic się nie bój.
-Dobrze, pospiesz się, bo zejdę na zawał jak nie ze stresu to przez te dwie wiedźmy!
-Postaram się być szybko.

Ann z Yvonne już nic nie mówiły tylko posyłały do siebie znaczące uśmiechy.
Ann wykonała kawał dobrej roboty. Mój makijaż był naprawdę przepiękny. Delikatny, naturalny w odcieniach piaskowych. Usta miałam pomalowane malinową szminką. Kolor wpadał w czerwień jednak wciąż z dodatkiem delikatności różu. Może to nie był malinowy kolor a różany? I znów czerwona róża.

Do ślubu zostało czterdzieści minut. Ręce mi zaczęły drżeć. Ann z Yvonne pożegnały się i pojechały wcześniej do kościoła sprawdzić, czy wszystko było na swoim miejscu. Zakładałam jeszcze delikatne złote kolczyki z łańcuszkiem, na którym zwisały w kolejności od największego do najmniejszego mieniące diamenciki. Wzięłam w dłonie łańcuszek z zawieszką w kształcie serca, który Marco dostał od babci. Próbowałam go zapiąć jednak ręce mi odmawiały zupełnie posłuszeństwa.

-Pomóc ci?-usłyszałam ciepły, kobiecy głos. Lekko przestraszona odwróciłam się, jednak tą osobą okazała się Ulla. –Przepraszam, że cię wystraszyłam, pukałam…-powiedziała speszona
-W porządku. Byłam trochę zamyślona. –uśmiechnęłam się i podeszłam do niej łapiąc za kawałek sukni, inaczej bym się przewróciła. Ulla miała na sobie prześliczną różową, satynową, przylegającą sukienkę, do czego założyła beżową marynarkę i tego samego koloru szpilki.

-Wyglądasz przepięknie..-powiedziała z uśmiechem bacznie mi się przyglądając.
-Dziękuję ci. Zapięcie cały czas aktualne?
-Jasne. Usiądź. Śliczny wisiorek.
-Od zmarłej babci Marco. On mi go dał.
-Ma dla niego duże znaczenie?
-Dla nas oboje.-uśmiechnęłam się i odwróciłam delikatnie odgarniając welon z włosami. Po chwili odwróciłam się do niej z powrotem i zobaczyłam łzy w jej oczach.
-Nie płacz…
-Tyle nocy w moim życiu nie przespałam i płakałam. Myślałam jak wyglądasz, do kogo jesteś podobna i jakie stopnie w szkole dostajesz. Marzyłam, żebyś miała poukładane i szczęśliwe życie. Wyobrażałam sobie twój ślub, ciebie w pięknej sukni i męża tak wspaniałego jak twój tata koło twojego boku. Nigdy za to nie przypuszczałam, że będę przy tym obecna. –wzięłam głęboki oddech i chwyciłam ją za ręce. Kiedy zobaczyła jak moje się trzęsą i od razu mocniej je ścisnęła.
-Posłuchaj. Zawsze marzyłam mieć mamę. Mówiłam kiedyś Marco. Chciałam być księżniczką, żeby tata mnie odprowadzał do ołtarza, a mama miała płakać w ławce. A ty płaczesz teraz.
-Wszystko zepsułam.-zaśmiała się szeroko i popatrzyła na mnie z czułością.
-Zepsułaś bycie mamą dla mnie. Schrzaniłaś na całej linii. Nie pozwolę ci, żebyś nią dalej nie była. Od teraz masz być najlepszą żoną dla taty, który cię szalenie kocha, najlepszą mamą dla mnie, bo cię potrzebuję i najgorszą teściową dla mojego męża.
-Obiecuję, kochanie. Jestem z ciebie taka dumna. Tak bardzo cię kocham, córeczko. Tak bardzo..
-Też cię kocham mamo.-odpowiedziałam. Jej oczy się powiększyły a po chwili rozpłakała się jeszcze mocniej. Ostrożnie przytuliła mnie do siebie. Stałyśmy tak jakiś czas, nic nie mówiąc. Ta chwila była nam potrzebna jako matce i córce.


-Inga, już czas! –do pokoju wszedł tata ale stanął w bezruchu widząc nas razem. –Nie chcę przeszkadzać ale za dwadzieścia minut zaczyna się twój ślub.
-Poczekaj, poprawię jej makijaż i pojedziemy. –oznajmiła Ulla ocierając oczy i wzięła w ręce pozostawione przez Ann kosmetyki. –Pięć minut. Marco jak kocha to poczeka.






/Marco/


-Luudzie! Lama się żeni! –do sypialni wszedł roześmiany Götze ubrany w elegancki, czarny garnitur.
-Takie to dziwne?-zaśmiałem się poprawiając mankiet od koszuli.
-Noo..
-Zupełnie jak to, że masz dziecko.
-Bardzo śmieszne.
-Że wiedziałeś jak to się robi!-zaśmiałem się wytykając język przyjacielowi.
-Uważaj, żebyś ty nie zrobił. O ile już nie zrobiłeś.
-Zrobię w swoim czasie. Ja w odróżnieniu od siebie mam wszystko pod kontrolą.
-Dobra, dobra. Żarty żartami. My z Mario pośmiejemy się ostatni jak ci panna sprzed ołtarza ucieknie!-dołączył do nas André, również w tym samym stroju co Mario.
-Nie ucieknie. Rozmawialiśmy.
-Zaraz potem zamknął się w łazience. Hm! Chyba płakał!-roześmiali się oboje, a je jedynie przewróciłem oczami. Czasem nie było na nich mocnych.
-Jedźmy już, bo chyba nie zamierzasz się spóźnić.-poganiali mnie. Podszedłem do lustra i poprawiłem garnitur. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Dzisiaj był najpiękniejszy dzień w moim życiu.


Pod kościół pojechaliśmy dwoma samochodami. Ze mną został André, a tuż za nami jechał Mario swoim samochodem, w którym było zamocowane specjalne łóżeczko dla małej panny Götze. Na ulicy było naprawdę sporo dziennikarzy. Musieli wywęszyć, że tyle osób się zjeżdża. Chcieliśmy na początku urządzić skromne wesele jednak po zapisaniu wstępnej listy gości okazało się, że nie ma na to szans. Kiedy wysiadłem z samochodu w aparaty wstąpiło drugie życie. Razem z Mario i Andre przeszliśmy szybko przy pomocy ochrony do zaludnionej katedry. Podeszliśmy na plebanię uzgodnić wszystko z księdzem, a kiedy nastąpił odpowiedni czas wyszliśmy z powrotem przed ołtarz w oczekiwaniu na jeszcze moją narzeczoną. Organista zaczął grać, jednak jej wciąż nie było. Zacząłem się denerwować a po głowie rozchodziły się niczym echo słowa Mario o tym, że ucieknie. Muzyka skończyła się, a wśród gości zapanował cichy pomruk.

-Przyjdzie. Kocha cię nawet bardziej od swojego kota. –klepnął mnie po ramieniu Mario uspokajając. Jego mama stała z boku w nawie i kołysała wózek, w której zasypiała Liliana. Agata i Kuba Błaszczykowscy siedzieli niedaleko niej, także mając z boku zostawiony wózek dla ich najmłodszej córki, która siedziała na kolanach swojej mamy i bacznie się wszystkiemu przyglądała. Jej siostra razem z córką Piszczka także siedziały obok trzymając kwiatki, której pewnie później nam wręczą..  

-Są. –szepnął Schürrle kiwając głową na otwierane drzwi. Przeszła przez nie posyłając wszystkim radosny uśmiech Ulla. Szła dumnie krocząc przez kościół do pierwszej ławki, gdzie przywitała się skinieniem głowy z moimi rodzicami, a następnie przeniosła wzrok na mnie i posłała mi ciepły uśmiech. Ann z Yvonne zajęły swoje miejsca naprzeciw mojej drużby, organista ponownie zaczął grać marsz weselny tym razem dużo głośniej i z nowym zapałem. I w tamtym momencie wszystko zaczęło się dla mnie dziać jak w zwolnionym tempie. 
W drzwiach stanęła moja Inga. Cała w bieli. Wyglądała jak księżniczka. Nie, jak królowa. Moja królowa, królowa mojego serca. Ta sama, którą pierwszy raz zobaczyłem smutną i zapłakaną. Dziś promieniała ze szczęścia. Uśmiechała się do mnie a ja do niej. Ktoś może powiedzieć, że rok to zbyt mało, żeby wszystko wiedzieć o drugiej połówce. Ja tylko wiedziałem jedno. Że chcę z nią spędzić całe swoje życie.






/Inga/


Kiedy podjechaliśmy we trójkę limuzyną zobaczyłam naprawdę tłum reporterów dookoła. Byli jednak trochę oddaleni. Nie dość, że ochrona ich powstrzymywała, to jeszcze zostały ustawione metalowe barierki. Do drzwi kościoła został poprowadzony czerwony dywan. Ulla wyszła pierwsza całując mnie uprzednio w policzek zapewniając, że jest pewna, że będzie ze mnie idealna żona. Tata wysiadł po niej i otworzył mi drzwi pomagając wysiąść. Jego twarz nie wyrażała nic, była wręcz posągowa. Czasem naprawdę skrywał w sobie masę uczuć.

-Gotowa?-zapytał uśmiechając się powściągliwie i podał mi rękę.
-Tak.-uśmiechnęłam się i pewnie chwyciłam jego dłoń. Poprawiłam jeszcze suknię i welon zanim zaczęłam zmierzać do dortmundzkiej katedry. Starałam się nie zwracać uwagi na paparazzi. Moje myśli zajęło to, że za tymi drzwiami czeka mój przyszły mąż. Nie przyjaciele, rodzina, koledzy z klubu, czy nawet jego zarząd. Liczył się jedynie on.

Ochrona otworzyła nam dwuskrzydłowe, rzeźbione drzwi. Do moich uszu dobiegł grany marsz. Przy ołtarzu stał mój perfekcyjny mężczyzna. 
W białej koszuli zapiętej do ostatniego guzika z zawiązaną muszką. Włosy jak zwykle nienagannie ułożone. Musiał spędzić naprawdę szmat czasu przed lustrem, żeby doprowadzić je do takiego stanu. Pewnie będzie mnie to wkurzało przy wspólnym mieszkaniu, ale będę się umiała przyzwyczaić. Dlaczego? Bo go kocham. Bo od dziś będę mogła go nazywać mężem i już do końca życia będziemy My.

-Tato.-szepnęłam, kiedy już znajdowaliśmy się bliżej ołtarza.-Poczekaj.
-Wiejemy?-zapytał uśmiechając się zadziornie.
-Nie. Musimy pogadać.
-Teraz? Podczas twojego ślubu, na środku kościoła?
-Tak. Właśnie teraz. –powiedziałam pewnie i posłałam uspokajające spojrzenie do Marco, który zaczął już się martwić. –Nie rozmawialiśmy o moim ślubie.
-Rozmawialiśmy. Mówiłem przecież, że jestem z ciebie dumny i bardzo się cieszę waszym szczęściem.
-To zbyt mało. Chciałabym, żebyś wiedział jedną rzecz. Myślę, że zbyt mało razy ci to mówiłam. Może jak na ojca i córkę mamy mały staż. Może z Marco na męża i żonę też… Ale wiem jedno. Że kocham ciebie całym sercem. Razem z tym tam rudym co na mnie czeka… Jesteście dwoma najważniejszymi mężczyznami w moim życiu. No i jeszcze jest Götze. Ten ślub nic między nami nie zmieni. Nadal będę twoją małą, nieporadną córeczką, którą się musisz opiekować. Nadal będę potrzebowała przyjść do ciebie i pogadać przy herbacie przed włączonym telewizorem, w którym i tak nic nie leci. To jest moje życie. Ono się nie dzieli na bycie żoną i bycie córką. Ja jestem jedną Ingą. Ingą Klopp, którą oboje kochacie i ona kocha was.
-Dziecko… Słońce… -powiedział łamiącym się głosem a po jego policzku spłynęła samotna łza. Honorowa. Ojcowska.
-Kocham cię, tatusiu. Jesteś najlepszym tatą. Lepszym niż ten, o którym zawsze marzyłam. Jesteś moim wzorem, autorytetem… I najukochańszym tatą przede wszystkim.
-A ty najukochańszą i najmądrzejszą córką. –uśmiechnął się ocierając łzę i przytulił mnie mocno do siebie. Wtuliłam się w niego niczym w dużego niedźwiedzia.
-Przytyłeś.-szepnęłam mu na ucho.
-Ty też. Ta sukienka cię poszerza. Wyglądasz fatalnie.
-To w porządku.-zaśmiałam się głośno i pocałowałam go w policzek. –Idziemy?
-Idziemy. A, jeszcze jedno. Kłamałem. Wyglądasz cudownie. Jak moja księżniczka. To twój dzień, zasłużyłaś na niego. Zasłużyliście oboje.

Podeszliśmy z uśmiechami na twarzy do Marco. Ten zszedł do mnie dwa stopnie i wielkim uśmiechem i przejął moją dłoń od taty.

-Marco…-zaczął tata i odkaszlnął przywołując swój łamiący głos do porządku. –Wiesz… Byłeś dla mnie jak syn, od dzisiaj nim będziesz oficjalnie. –zaśmiał się pod nosem razem z Marco. –Masz u swojego boku najcenniejszy skarb.
-Jestem tego świadom. Będę go strzegł i uszczęśliwiał.
-Bo jak nie..
-Po mnie.
-No właśnie! ..Kocham was dzieciaki. I jestem przeszczęśliwy widząc was w tym miejscu razem. –uśmiechnął się i przytulił Marco, a potem raz jeszcze mnie całując w czoło.

-Ingo..-uśmiechnął się czarująco blondyn i pocałował mnie w dłoń.
-Marco.-odpowiedziałam uśmiechem i ściskając jego dłoń weszliśmy razem na najwyższy stopień, gdzie przygotowane były dla nas krzesła. Msza się rozpoczęła. Cały czas nasze dłonie były złączone w uścisku. Położyłam bukiet czerwonych róż uformowany w kulę na klęczniku, który również został obity tym samym materiałem co krzesła, na których siedzieliśmy.

Po wzruszającym kazaniu nastał czas na przysięgę małżeńską. Ann jako pierwsza druhna podeszła do mnie i wzięła bukiet, żeby mi nie przeszkadzał. Wyminęliśmy nasze miejsca i stanęliśmy dokładnie po środku przed ołtarzem. Nasze prawe ręce zostały oplątane beżową stułą. Marco delikatnie gładził mnie kciukiem po powierzchni dłoni. Zanim zaczął powtarzać słowa przysięgi odczytałam z ruchu jego warg „kocham cię”. Odpowiedziałam mu to samo, jednak już po chwili usłyszałam jego naturalny, pewny głos wypowiadający słowa do mikrofonu.

-Ja Marco, biorę sobie ciebie Ingo Elizabeth Klopp za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz, że nie opuszczę cię aż do śmierci.

W jego głosie nie było ani krzty zająknięcia. Spijałam te słowa z jego warg niczym najcenniejszy eliksir. Chciałam go naprawdę już przytulić. Jego spojrzenie cały czas na mnie spoczywało. Nawet nie spojrzał na księdza ani na ministranta, który trzymał mikrofon. Wielbił mnie. To było dokładnie to spojrzenie. Znałam je tak dobrze, tyle razy mnie nim obdarowywał. Nawet po naszych kłótniach i rzucaniu w siebie ze złości poduszkami. On był moim Aniołem.

-Ja Inga, biorę sobie ciebie, Marco Jamesie Reusie za męża i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci. –miałam ochotę wpaść w histerię śmiechu słysząc swój głos, który miał zupełnie nienaturalny ton. Zrozumiałam, że płakałam dopiero wtedy, kiedy Marco starł mi opiekuńczo łzę z brody. Nie słuchałam nawet słów księdza. Chyba wspomniał o obrączkach, bo podszedł do nas Mario z eleganckim pudełeczkiem. Odchodząc strzelił w naszą stronę swój szeroki, firmowy uśmiech, czym zaraził nas oboje. Po poświęceniu złotych obrączek ksiądz podał je nam na tacy. Pierwszy był Marco. Chwycił jedną, jednak zaraz potem odłożył, bo zabrał nie swoją. Zaśmiałam się cicho. Puścił mi oczko i złapał moją prawą dłoń.

-Ingo, przyjmij tę obrączkę na znak mojej miłości i wierności, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. –powiedział nakładając ją na moją drżącą rękę, którą ucałował w miejsce nałożenia obrączki. 
Spojrzałam na swoją rękę. Mój serdeczny palec zdobiły teraz dwa pierścionki. Zaręczynowy i piękna, błyszcząca obrączka. Już ją kochałam. Po nałożeniu przeze mnie obrączki na dłoń Marco spojrzeliśmy na siebie szczęśliwi z pełną miłością i oddaniem. W naszym małym świecie. Czekaliśmy jeszcze na te wyjątkowe słowa.

-Jesteście mężem i żoną. Marco, możesz pocałować pannę młodą.
Uśmiechnęłam się szeroko zatapiając się w jego promieniejącym spojrzeniu. Marco zbliżył się do mnie o dosłownie dwa kroki.

-Żono…-szepnął zbliżając swoją twarz do mojej.
-Mężu.. Koch..-nie dokończyłam, ponieważ poczułam jego wargi na moich. Po kościele rozniosły się gromkie brawa i gwizdy. Objęłam mocno mojego Męża i poddawałam się najcudowniejszemu i najsubtelniejszemu pocałunkowi na świecie. Zaśmiałam się, kiedy teatralnie przechylił mnie tak, że welon leżał cały na trenie sukni. Zaśmiałam się przerywając pocałunek i popatrzyłam na niego.
-Kocham cię, Aniele… Żono. –powiedział pomagając mi wstać i raz jeszcze musnął moje usta.
-Kocham cię, mój mężu. –odpowiedziałam i przytuliłam się do niego.  Chwilę później zajęliśmy już miejsca razem, jako małżeństwo. Posłałam uśmiech do dziewczyn, które odpowiedziały mi również tym samym. Yvonne też ocierała łzy. Jej brat się ożenił. W jej oczach widziałam ogromną dumę i miłość. To samo mogłam też wyczytać u jej brata, który trzymał mnie za rękę i wpatrywał się w nasze obrączki. Na jego twarzy cały czas gościł uśmiech. To był nasz dzień, nasze święto. Święto naszej miłości.

Na koniec uroczystości, kiedy wszyscy powoli zaczęli wychodzić z katedry musieliśmy się podpisać z Marco pod aktem zawarcia związku małżeńskiego. Podeszliśmy razem z całą drużbą złożyć podpis. Najpierw Marco, potem ja. Zatrzymałam się na nazwisku.

-Reus. Inga Reus. –powiedział Marco i pocałował mnie w policzek oplatając ręką w talii. Uśmiechnęłam się i wpisałam dobre nazwisko. Przesunęliśmy się, żeby zrobić miejsce dla Ann, Yvonne, André i Mario. Na sam koniec ksiądz nam pogratulował, a w tym samym czasie nasza najwspanialsza drużba najzwyczajniej w świecie się zmyła.

Kiedy mieliśmy wychodzić kościół był już cały pusty. Wszyscy już czekali na nas przed nim, żeby złożyć nam życzenia.

-Poczekaj. –zatrzymał mnie Marco. Odwróciłam się do niego z pytającym spojrzeniem. Ten pocałował mnie i nagle poderwał z ziemi. Tradycji stało się zadość, zostałam przeniesiona przez próg. W niebo wystrzeliły serpentyny i konfetti z wyrzutni, które odpalili André z Mario. Zdziwiłam się, kiedy zostaliśmy obrzuceni ryżem, to przecież polski zwyczaj. Ktoś go musiał sprzedać. Niespodzianka się udała.

-Mamy coś dla was! –powiedział radośnie Mario dźwigając małą, drewnianą skrzynkę. Skąd on ją wytrzasnął?
-Waszych zaobrączkowanych braci.-dodał wesoło André. W skrzynce siedziały dwa białe gołębie.
-Będę trzymać gołębia!-zaśmiałam się do Marco. Włożyłam dłonie do uchylonej klatki, razem ze mną Marco. Podrzuciliśmy na raz lekko ptaki, które razem odleciały w swoim kierunku. Obserwowaliśmy je przez chwilę, a potem Marco nie sprzeciwiając się naciskowi tłumu raz jeszcze mnie pocałował. Przesunęliśmy się kawałek dalej i zaczęliśmy przyjmować życzenia od naszych gości. Do mnie jako pierwsi podeszli rodzice Marco, do mojego męża moi.

-Witaj w rodzinie, kochanie. Wyglądasz dziś niesamowicie.-rozpływała się pani Manuela delikatnie gładząc materiał sukienki.
-Marco ma przy sobie najlepszą osobę, jaką mógłby mieć. Czekałem na twoje „tak”. Ono mnie zapewniło, że nie muszę się już w najmniejszym stopniu obawiać o swojego syna. –dodał tata Marco i przytulił mnie mocno do siebie. –A i to prawda, wyglądasz bajecznie. Jeszcze pogoda wam pięknie sprzyja.
-I to ja dużo gadam? Ah, przesuń się. Też muszę ją ucałować.-skarciła swojego męża popychając go łokciem i podeszła do mnie i pocałowała w oba policzki.
Kiedy rodzice Marco podeszli pogratulować swojemu synowi ja razem z mamą i tatą zrobiliśmy po prostu bez żadnych słów grupowego przytulańca.

-Chciałabym, żebyście z takimi uśmiechami i szczęściem i miłością sercu jak dziś przeszli całe życie.-powiedziała blondynka łącząc dłoń Marco z moją.
-Tak będzie, mamo.-uśmiechnęłam się. Zarówno tata jak i Marco byli ogromnie zaskoczeni. Tata porwał mnie w swoje objęcia zamykając w szczelnym uścisku.
-Jestem z ciebie dumny, słońce. Twoja babcia w niebie też. Wiem to. Patrzy teraz z góry na was z uśmiechem i dumą.
-Dziękuję.-uśmiechnęłam się wzruszona opierając się o ramię mojego męża.
-Ciocia, wujek!-podbiegł do nas mały Nico. Marco od razu wziął go na ręce. –Do dla ciebie ciociu, ode mnie i Mii.-powiedział podając mi bukiet polnych kwiatków.
-Sam zbierałeś?
-Tak! Jak byłem wczoraj z mamą i tatą na spacerze.
-Dziękuję ci bardzo. Są przepiękne.

Mimo swojej obecności paparazzi nie przeszkadzali. Ochrona bacznie ich pilnowała, i my i goście mieliśmy pewien komfort prywatności, ponieważ byli oddaleni na wystarczającą odległość. Kiedy do Marco podeszli Robin i Marcel i jeszcze dwójka jego kolegów, których zbytnio nie kojarzyłam do mnie podeszły uśmiechnięte niczym Kot z Cheshire Ann-Kathrin z Yvonne.

-Coś knujecie. –powiedziałam, zanim te zaczęły mi sztucznie składać życzenia i przytulać. W końcu przeszły do rzeczy i mogłam sobie pogratulować, że wiedziałam, że coś się święci.
-I mamy mały prezent dla ciebie. Wspólny. –podała mi białą torebkę w złote wzroki.
-Boję się go zobaczyć.
-Wyjmij najlepiej.-roześmiała się siostra Marco.
Zacisnęłam oczy i z lekką obawą zajrzałam do torebki nie chcąc wyjmować zawartości.

-WIEDŹMY!-parsknęłam śmiechem widząc cztery opakowania różnych testów ciążowych.
-Tak na przyszłość. –wyszczerzyła się Yvonne.
-Idźcie mi to zapakować do limuzyny. Gdzieś pod kwiaty. Głęboko pod.
-Poradzimy sobie!-zaśmiała się panna Brömmel i poszły do samochodu śmiejąc się głośno. Pokiwałam głową niedowierzając. Kiedy?!

Przyjęłam gratulacje i życzenia od całej grupki kolegów Marco. Kątem oka zauważyłam Anię i Roberta rozmawiających z Marco. W tym samym czasie podeszli do mnie Błaszczykowscy, więc nie miałam jak do nich podejść.

-Inga… Jedyne co możemy ci życzyć to jeszcze więcej szczęścia i miłości. –powiedział Kuba z uśmiechem. –Dalej możesz do mnie dzwonić po porady ale myślę, że chyba już nie będzie trzeba.
-Ewentualnie do mnie po te macierzyńskie!-zaśmiała się Agata i przytuliła mnie zaraz po Kubie.
-Ty też w zmowie z moimi szanownymi druhnami?
-Nie, a co? Dziecko ci wmawiają? Nie przytyłaś.
-Cudownie mi to słyszeć!-uśmiechnęłam się jeszcze przytuliłam Oliwkę i malutką Lenę.


-Kochanie, będziemy się zbierać.-na moich biodrach poczułam dłonie mojego męża. Odwróciłam się do niego i pocałowałam w policzek.
-Już?
-Tak. Jeszcze część osób nam złoży życzenia ale już na miejscu wesela. Tu jest za duży upał i nie ma cienia..
-Dobrze.
-Wiesz, że mamy cały bagażnik w kwiatach i prezentach?
-Musimy włożyć kwiaty do wazonów. Albo oddać je komuś w opiekę jak wyjedziemy… A gdzie Ania i Robert?
-Właśnie rozmawialiśmy. Chyba poszli…-zaczął się rozglądać, a po chwili pokazał mi rozmawiającą parę kilka metrów od nas.
-Poczekasz?
-Nie, dojedziesz taksówką. –roześmiał się blondyn dając mi buziaka. –Idź.
-Zamów mi.-uśmiechnęłam się i chwyciłam materiał sukienki oraz tren, żeby iść szybciej, na ile pozwolą mi moje szpilki.

Kiedy się do nich zbliżałam oboje przenieśli na mnie swój wzrok.

-Hej. Nie widziałam was w kościele.
-Siedzieliśmy z tyłu. –wytłumaczył Robert wyjmując ręce z kieszeni spodni. –Gratulacje.-powiedział z lekkim uśmiechem i podszedł mnie przytulić.
-Zostawisz mnie z Anią?-szepnęłam mu na ucho. On z lekką niepewnością kiwnął potakująco głową.
-Pójdę do samochodu. –powiedział do Ani i odszedł zostawiając nas. Spojrzałyśmy się na siebie i żadne z nas nie wiedziała co ma powiedzieć. Nie widziałyśmy się od czasu moich zaręczyn z Marco.

-Cieszę się, że przyjechałaś.-powiedziałam pierwsza. Ania wciąż spięta wydusiła lekki uśmiech.
-Dziękuję, że mnie zaprosiłaś..
-Jak miałam cię nie zapraszać? Ania.. Brakuje mi ciebie.
-Mi ciebie też. Wiem o tym, że zawaliłam. Nie rozumiałam tego… Wiem o tej sytuacji z Robertem. Nie mam mu tego za złe. On… My jako małżeństwo gdzieś zbłądziliśmy. Nie wiem, co będzie z nami dalej.. Niby już jest lepiej ale nie wiem, czy to co było wróci.. Przepraszam, nie o mnie… Nie chcę psuć ci twojego dnia. Jestem szczęśliwa, że wzięliście ślub. Naprawdę. Zawaliłam na całej linii jako przyjaciółka, nie powinnam prosić cię o przebaczenie..
-Aniu..-westchnęłam i przytuliłam ją do siebie. Byłam naprawdę szczęśliwa, że jest ze mną w tym ważnym dniu. Po prostu, że jest. –Nie musisz mnie prosić o wybaczenie. Nie jestem na ciebie zła. Po prostu tęsknię…
-Naprawdę? Ja.. Nie wiem czy może nam wyjść przyjaźń przez tyle kilometrów.
-Wychodziła nam przez cztery lata.
-To prawda. –roześmiała się i przytuliła mnie raz jeszcze.
-Przyjedźcie do nas do Dortmundu jak wrócimy z podróży. Będzie kilka dni zanim Marco wyjedzie na zgrupowanie.
-Robert wyjeżdża wcześniej.
-Tym lepiej. Zrobimy babski wieczór. Co ty na to?
-Dziękuję ci. Oczywiście, że będę.

Objęte razem w pasie poszłyśmy w kierunku Marco. On od razu widząc nas razem uśmiechnął się szeroko.

-Widziałeś gdzie zaparkował Robert?-zapytała Ania podchodząc do Marco.
-Chyba tu na lewo od parkingu. Tak mi się wydaje.
-Dzięki. Do zobaczenia na weselu. –uśmiechnęła się i pobiegła na swoich wysokich sandałkach w tamtym kierunku.

Plac przed kościołem powoli pustoszał. Na parkingu wręcz trwało pobojowisko na wycofywanie samochodów. Grupa piłkarzy stała jeszcze pod kościołem czekając aż się trochę przerzedzi. Paparazzi zaczęli do nas krzyczeć, żebyśmy dla nich zapozowali. Jednemu się nawet wyrwało, co dziwne, że nam gratuluje.

-Idziemy do samochodu?-zapytał Marco podając mi mój bukiet.
-Skąd go miałeś?
-Mario ci ukradł.
-Kiedy?-zaśmiałam się. Marco z uśmiechem wzruszył ramionami. Podał mi rękę, przez którą przełożyłam swoją i ruszyliśmy do naszej limuzyny. –Kocham cię w tej sukience…
-Podoba ci się?
-Zacznijmy od tego, że ty mi się podobasz.
-A sukienka?
-Wyglądasz w niej niesamowicie. Kiedy weszłaś do kościoła nie umiałem złapać oddechu. Ale..-otworzył mi drzwi do limuzyny. Wsiadłam i razem z Marco poprawiliśmy moją suknię. Kiedy już miał zamykać za mną drzwi nachylił się do mojego ucha. –Ale nie mogę się doczekać aż ją z ciebie zdejmę. Zdejmę wszystko poza wisiorkiem i kolczykami.
-Jak będziesz mi tak dalej mówił to nie pojedziemy na wesele tylko od razu do domu do sypialni. 
-Składasz kuszące propozycje, ale musisz jednak zjeść, bo potrzebujesz dużo siły. –uśmiechnął się szeroko i zatrzasnął drzwi a chwilę później dołączył do mnie na siedzenie obok. Skradliśmy sobie krótki pocałunek, a potem Marco zabrał z mojej przygotowanej białej kopertówki swój telefon i zrobił nam całą serię zdjęć. Na tapetę poszło te, na którym oczywiście się całujemy. Miałam podobne zdjęcie w telefonie ustawione na zdjęcie kontaktu. Kiedy już kładłam głowę na jego bark ten pochylił się ponownie biorąc moją torebkę i wyjął mój telefon.

-Teraz na twój. –oświadczył z łatwością wpisując hasło.
-Eeej! Kiedy je zgadłeś?
-Nie zgadłem. Mam takie samo. Dzisiejsza data.
-Rutyna w ten związek się wkrada.
-Trzeba skoczyć na spadochronie.
-Chyba oszalałeś.
-Skoczymy kiedyś. Razem. Ty na dole ja na górze.
-Zawsze musisz być na górze?
-Jesteś straszna. –roześmiał się i przyciągnął mnie mocniej do siebie. –Dzisiaj pozwolę ci być chwilę.
-O, dziękuję łaskawco.-roześmialiśmy się oboje. Co dziwne chwilę później zasnęłam. Dopiero mój kochany mąż całując mnie po szyi obudził mnie, kiedy byliśmy na miejscu.

-Już?
-Tak.-uśmiechnął się głaszcząc mnie po policzku.
-Spałam całą drogę?
-Yhym.
-Przepraszam. Byłam naprawdę wyspana. Nie wiem czemu tak..
-Spokojnie, nic się nie stało. Teraz nie będziesz miała czasu na spanie. I to długo.
-W porządku.-uśmiechnęłam się i poczekałam, aż Marco otworzy mi drzwi z drugiej stronie.

Przeszliśmy przez przeszklone drzwi do obiektu, gdzie miało odbyć się wesele. Zdziwiłam się, że nie ma nikogo w środku. Marco jednak poprowadził mnie przez salę udekorowaną różami, w której czekały już kelnerki, jednak poszliśmy dalej, przez korytarz, którym wyszliśmy do ogrodu. Kiedy przekroczyliśmy próg rozbrzmiały gromkie brawa i goście zaczęli śpiewać nam sto lat. Na środku trawy położony był drewniany parkiet pomalowany na biało. Na końcu ogrodu stała scena, na której stało kilku muzyków ze skrzypcami, wiolonczelami i fortepianem. Przy nim siedział wokalista, w tle stał mały chórek.

-Przepraszam na chwilę.-szepnął mi do ucha Marco i pobiegł w kierunku sceny. Przywitał się uściskiem dłoni z mężczyzną siedzącym przy fortepianie. Ten wyjął mikrofon ze swojego statywu i podał mi mojemu mężowi.

-Chciałbym was prosić o chwilę uwagi. Postanowiłem, że wygłoszę pierwszy przemowę przed moim drużbą, żebyście dłużej zostali, bo wiadomo, jak Mario coś powie.. –uśmiechnął się puszczając oczko do Götze, który akurat wyjmował z wózka małą Lilianę. –Albo zrobi...-dodał na co wszyscy się roześmialiśmy na czele z Ann.  –A tak na poważnie. Chciałbym podziękować wam wszystkim za przybycie… Jednej osobie za przybycie dziękuję najbardziej, mojej żonie. Kamień spadł mi z serca jak zobaczyłem cię dzisiaj. Kłóciliśmy się o nasz pierwszy taniec. Dziękuję z góry, jeśli ktoś dał nam w prezencie nową zastawę.
Koło mnie stanęła Ania z uśmiechem słuchając Marco. Pokręciłam z niedowierzaniem głową słuchając go dalej.
-Z jednej strony mogło być dobre „I will survive”, jednak jest za szybka i nie da się do niej tańczyć. Poza tym to trochę nieaktualne, bo wiele razem przetrwaliśmy, małżeństwo to już dla nas pikuś. Po kilku nocnych godzinach szukania zorientowałem się, że to nie ten kierunek muzyczny, kiedy Rihanna zaczęła śpiewać „I’m friends with the monster that’s under my bed”…

-A szkoda!-krzyknął z tłumu Mario, na co wszyscy mocniej się roześmiali.

-Mogłem dłużej nad tym pomyśleć. Ale cóż, przeszedłem do czegoś innego. I znalazłem piosenkę. Snobistycznie, bo o sobie. O tym, że sprawiłaś, że stałem się lepszym człowiekiem. Sprawiłaś, że w momencie, w którym bym się poddał nie poszedłbym na łatwiznę. Poznałem życie, wiem, że może być gorzkie, może być dobre i złe. Ale kiedy jesteś przy mnie nie poddam się, będę walczył bo mam o co. Bo z tobą przy moim boku mogę osiągnąć wszystko. Twoja babcia napisała do ciebie w liście, że miłość i wiara przenosi góry. Jesteś moją miłością i moją wiarą. Mogę osiągnąć z tobą wszystko, przy tobie jestem lepszym człowiekiem. Proszę bądź przy mnie. W naszych wzlotach i upadkach. Bo na tym polega nasza siła. Ona jest w nas, w naszych sercach. A dzisiejszy dzień jest tego dopełnieniem… Udało mi się sprowadzić oryginalnego wykonawcę tej piosenki. Proszę, zrób mi tę przyjemność i zatańcz ze mną. –zakończył oddając mikrofon. 
Wokalista zaczął grać pierwsze takty piosenki na fortepianie. Stałam wmurowana niczym kamień. Po moich policzkach płynęły łzy. Męski głos rozbrzmiał w głośnikach śpiewając początek utworu. Marco podszedł do mnie i wyciągnął rękę lekko się kłaniając. Ja stałam jak ten osioł, sparaliżowana i nie byłam w stanie wykonać ani jednego ruchu. Dopiero potrzebowałam pchnięcia Ann i Ani, żebym poleciała wprost w jego ramiona. Marco uśmiechnął się promiennie łapiąc mnie w biodrach i sam mnie przeniósł na parkiet.
W końcu, kiedy mieliśmy zacząć tańczyć położyłam dłonie na jego policzkach i pocałowałam dziękując za te słowa. Co mnie zdziwiło to Marco przerwał pierwszy pocałunek. To się nieczęsto zdarzało.

-Posłuchaj.-szepnął w moje rozchylone wargi a po chwili obrócił mną w tańcu, bym z powrotem opadła na jego klatkę i zaczęliśmy razem tańczyć wsłuchując się w słowa piosenki.


„When I am down and my soul so weary;
When troubles come and my heart burdened  be.
Then, I am still and wait here in the silence,
Until you come and sit awhile with me.”


-Jest idealna.-szepnęłam mu na ucho delikatnie przygryzając jego płatek.
-Teraz najważniejsze..-odpowiedział cały czas dumnie prowadząc mnie w tańcu. Gdzie i kiedy on się nauczył tańczyć? Na boisku?

„You raise me up, so I can stand on mountains;
You raise me up, to walk on stormy seas.
I am strong, when I am on your shoulders,
You raise me up: To more than I can be”


-Tak, to nasza piosenka.-zgodziłam się wsłuchując w dołączające instrumenty smyczkowe, przez co piosenka nabrała jeszcze piękniejszego charakteru. –To co powiedziałeś… Było piękne. Pokazałeś siebie, całego. Swoje wszystkie uczucia. Dziękuję ci za to. Ja również cię potrzebuję. Cały ranek chciałam już być w twoich objęciach. W nich czuję się bezpiecznie.
-Kocham cię, moja żono.-uśmiechnął się i raz jeszcze pocałował co wywołało salwę braw u naszych gości. –Zobacz teraz w bok. –powiedział puszczając mi tajemniczo oczko i zmieniliśmy trochę kierunek tańca. Na parkiet wszedł Mario razem z Ann trzymającą na rękach córeczkę. Objął je obie i delikatnie kołysał. Obok, no proszę, Lewandowscy. Państwo Reus i…państwo Klopp. Tata delikatnie bujał w tańcu na boki z mamą. Oboje się do siebie uśmiechali.
-Wszystko tak, jak powinno być. –uśmiechnęłam się opierając o jego ramię.
-A nawet lepiej. –przyznał a ja po chwili dopiero się zorientowałam, kto skradł na siebie całą uwagę swoim pocałunkiem. Tata z Ullą. Wszyscy piłkarze z Borussii zaczęli wesoło gwizdać i klaskać. Tata lekko speszony zaśmiał się i pocałował jeszcze Ullę w policzek. Spojrzał na mnie nie spodziewając się, że także jest pod naszą obserwacją. Uśmiechnęłam się do niego i kiwnęłam głową dając znak mojej aprobaty.

Na ostatnie słowa piosenki Marco delikatnie mnie od siebie odepchnął łapiąc mnie w talii i zaczął mną kręcić dookoła siebie w powietrzu. Zaśmiałam się, a w kolejnej sekundzie wręcz pisnęłam z przerażenia, kiedy zostałam podrzucona do góry. Wylądowałam na Marco, oplątując nogami jego biodra, co maskowała moja sukienka. Objęłam go ramionami za szyję.

-To more than I can be..-dokończył razem z wokalistą ostatni wers utworu ścierając łzy z moich policzków. Mój kochany mąż.



Po skończonym tańcu i kilku kolejnych pocałunkach weszliśmy razem na scenę i podziękowaliśmy Joshowi Grobanowi. Życzył nam wszystkiego dobrego i zrobiliśmy sobie wspólne, pamiątkowe zdjęcie, które potem chciał wstawić na facebooka. Zeszliśmy ze sceny objęci i poczekaliśmy na ubocze, żeby chwilę odetchnąć i pozwolić naszym gościom przejść do sali, w której miał być podany poczęstunek. Jako ostatni weszliśmy do sali. Zajęliśmy nasze honorowe miejsca. Marco odstawił mi krzesło a ja postarałam się złapać wszystkie warstwy sukni i usiąść wygodnie. Postawiono nam przystawki, które wybraliśmy na degustacji. Były do wyboru trzy-rybne, mięsne i wegańskie. Razem z Marco wybraliśmy łososia jednak ja pożałowałam tego wyboru.

-Nie jesz?-zdziwił się marszcząc brwi.
-Myślisz, że to świeże?
-Tak, pewnie. To pięciogwiazdkowa restauracja. Dla mnie pachnie i smakuje w porządku. Może wymienisz?
-Nie, dziękuję. Daruję sobie. –westchnęłam odkładając sztućce na talerz.
-Inga..
-Jest w porządku.-uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek. Kelner zabrał nasze talerze. W oczekiwaniu na danie główne Ann na chwilę opuściła nas, żeby oddać Lilianę pod opiekę swoim rodzicom, którzy specjalnie przyjechali do Dortmundu. Zanim podano do stołu głos postanowił zabrać pierwszy świadek. Bałam się tej przemowy sto razy bardziej niż on.

-A więc. Przydałoby się coś powiedzieć o tej dwójce. Lubię ją. –stwierdził i zaczął udawać, że siada. Marco złapał mnie pod stołem za rękę i zaczął się bawić moimi palcami. –Taki żarcik kosmonaucik pokroju pana młodego. Naprawdę cieszę się, że są dziś tutaj w wersji państwa młodych, bo na samym początku myślałem, że się pozabijają albo pogryzą.. Dzisiaj się gryzą w innej postaci.. Nie będę wnikał dla szacunku, ponieważ są tu ich rodzice. Pamiętam jak pierwszy raz spotkali się w Dortmundzie. Razem wrzuciliśmy Ingę pod lodowaty prysznic na SIP… Zimna woda a zakwitło gorące uczucie. Dobre, nie? Ktoś może zapisać, jeszcze się przyda. Tak sobie pomyślałem właśnie, że są jak Shrek i Fiona. Miłość od pierwszego wejrzenia, choć od początku o tym do końca widzieli. Tylko kurcze.. Nie pasuje, bo to Inga powinna być ruda..a jest na odwrót. Dobra, no to nie pasuje, nie było tematu.  Niech tworzą swoją własną bajkę. Uczucie między nimi rozkwitło, niektórzy przypuszczali inni nie mieli pojęcia. Mieli swoje wzloty i upadki, jednak niezmienna była ich miłość. Obydwoje zasługują na szczęście i miłość jaką siebie wzajemnie darzą. Nie chwaląc się, to wiedziałem, że to tak się skończy. Właściwie to lepiej, żeby się nigdy nie skończyło. I tego im życzę.

-Jaką masz bieliznę?-zapytał Marco nachylając się do mojego ucha. Zmarszczyłam brwi i stuknęłam go łokciem. –Gorset?
-Nie mam. –odpowiedziałam wracając do słuchania Mario.
-Zwykła koronkowa?
-Góry nie mam. –wyjaśniłam –W ogóle.
Nawet nie patrzyłam na niego, bo wiedziałam, że właśnie wbija we mnie swoje spojrzenie, które przybrało czarnego koloru.

-Żeby mimo swoich wiecznych docinek zawsze się kochali. Chyba już nic więcej mądrego nie powiem, także, zdrowie młodej pary!-uśmiechnął się unosząc swój kieliszek. Wstaliśmy wszyscy od stołu trzymając w rękach szklane kieliszki napełnione szampanem. Dopiero teraz odwróciłam się w stronę mojego męża, żeby delikatnie uderzyć swoim kieliszkiem o jego.

-Nasze zdrowie.-uśmiechnęłam się niewinnie, choć dobrze wiedziałam, że w środku się gotuje.
-Nasze zdrowie.-powtórzył ochryple i upiliśmy łyka szampana. Marco pocałował mnie delikatnie przygryzając moją dolną wargę. Kiedy chciałam zakończyć pocałunek ten jeszcze bardziej go pogłębił przelewając na mnie swoją frustrację.

-Lepiej?-zapytałam zajmując z powrotem swoje miejsce.
-Gorzej. Odbiję to w nocy. Wychodzimy o pierwszej.
-Oznajmiasz nie pytasz. To niemiłe.
-Przykro mi. Nie zamierzam w tej sprawie pytać cię o zdanie. Mam swoje wady i słabości, o których doskonale wiesz.
-Wiem. –zaśmiałam się i podziękowałam kelnerowi za przyniesione danie. Kaczka w pomarańczach i jabłkach była jedną z lepszych jakie jadłam. Moje ukochane buraczki i purée z koperkiem były wręcz marzeniem. Kiedy skończyłam jeść Marco dopiero był w połowie swojego steka.

-Mogę zrobić coś poza zasadami savouir-vivre’u? –zapytałam ze śmiechem Marco. On rozbawiony pokiwał głową i zaczął patrzeć co zamierzam zrobić. Wzięłam swoje sztućce i odkroiłam kawałek mięsa z jego talerza i nałożyłam do tego purée z groszku. Zanim się obejrzał porcja wylądowała w mojej buzi.

-Aż tak głodna?
-Będziesz mi wypominał? W końcu muszę mieć siły. Chyba, że już się wykręcasz, bo nie dotrzymasz obietnicy sprzed trzech dni.
-Oczywiście, że dotrzymam. –powiedział pewnie odkrawając kolejny kawałek mięsa i podał mi go na swoim widelcu.
-Upasę się tu dzisiaj ale obiecuję, że będę ćwiczyć.
-Masz jeść bo wciąż masz dwa kilo niedowagi.
-Czyli dwa kilo mogę zjeść?
-Smacznego.-roześmiał się Marco kręcąc głową i tym razem on zjadł kolejny kęs. Widząc moje maślane spojrzenie na kawałku mięsa roześmiał się i ukroił też dla mnie. –Mam być zazdrosny o mięso na moim talerzu? Na mnie dawno tak nie patrzyłaś…-westchnął smutno
-Im szybciej je zjemy tym krócej będę patrzyła.
-A więc jedzmy. Potem pójdziemy potańczyć. I weźmiemy coś ze szwedzkiego stołu, na który Mario patrzył z taką miłością przez ostatnie dwadzieścia minut.



Zaraz po tańcu z Marco zostałam przechwycona przez tatę. Uśmiechnęłam się do niego i wtuliłam tańcząc wolnego walca.

-Ulla się do ciebie wprowadzi?-zapytałam z ciekawością. Tata zmieszał się i nie wiedział do końca co ma odpowiedzieć.
-Nie wiem… To.. Skomplikowane.
-Nie widzę nic skomplikowanego. Kochacie się. Nie myśl, że za wcześnie, zaryzykuj.
-Ledwo co wyszła za mąż a już mi udziela małżeńskich porad. –westchnął załamany a po chwili się roześmialiśmy.

Po tańcu z tatą zatańczyłam z..drugim tatą. Tatą Marco. W sumie kolejka nie miała końca. Kuba, Łukasz, Mario, Auba, Neven, André, Ilkay, Robert, Marcel, Robin, Mats, Gregor… Wyliczanka nie miała końca. Złapałam się za głowę, kiedy Marco zdradził mi ile tak naprawdę czasu spędziłam na parkiecie. Dwie i pół godziny. On też sporo przetańczył, tyle że z żeńską częścią gości. Przeprosiłam go na chwilę i poszłam się dosiąść do naszych WAG’s, które wyrzuciły swoich mężów i narzeczonych z miejsc na rzecz kącika „loży szyderców”. 
Na plotkach spędziłyśmy kolejne półtorej godziny, póki nie przyszli po nas panowie naszych serc. Uprosiłyśmy ich, żeby zrobili nam wspólne zdjęcie. Wszystkie ustawiłyśmy się pod ozdobioną czerwonymi różami ścianą i zapozowałyśmy razem do zdjęcia. A była nas oj niezła grupka. Wyszły niczym zdjęcia klasowe z uwagi na naszą liczność.

-Nie czuję nóg. –westchnęłam dochodząc do swojego miejsca, przy którym czekał już na mnie Marco.
-Chcesz coś zjeść? Wypić?
-Jest jakaś sałatka? I zielona herbata?
-Rozbrajasz mnie czasem.-zaśmiał się i musnął moje usta. –Poszukam, ty odpocznij.

Dyskretnie zrzuciłam moje szpilki pod stołem i zamknęłam na chwilę oczy. Kilka minut później do moich nozdrzy dotarł ulubiony zapach zielonej herbaty. Na moich ramionach poczułam dłonie Marco. Na prawej czułam obrączkę. Uwielbiałam ją. Zaczął mnie masować delikatnie wciskając opuszki swoich palców w moje ramiona i kark.
-Jeszcze..-mruknęłam opierając głowę na jego podbrzuszu.
-Zbyt bardzo cię rozpieszczam. –zaśmiał się jednak nie zaprzestawał swojego masażu. –Liczę na rewanż.
-Podczas naszych miodowych dwóch tygodni chętnie ci kilka takich zafunduję. Powiesz mi jakie miejsce wybrałeś?
-To nie jest jedno miejsce. –uśmiechnął się tajemniczo i zajął miejsce koło mnie. Przede mną w miseczce stała sałatka grecka z fetą i prawdziwymi, włoskimi oliwkami, które były naprawdę wielkie no i oczywiście była też zielona herbatka.
-Dziękuję. A ty nic nie chcesz jeść?
-Najadłem się. Jedz, kochanie.-cmoknął mnie w żuchwę, położył dłoń na moim udzie i zaczął ją przesuwać to w górę, to w dół od czasu do czasu mocniej ściskając. Chciał mi odwzajemnić swoją frustrację. I się mu to udawało. Ledwo co skupiałam się na jedzeniu.

Do północy jeszcze sporo przetańczyłam. Wyszliśmy raz z Marco zaczerpnąć świeżego powietrza w ogrodzie. Przy okazji pokazał mi co podebrał ze stołu Mario-specjalny kijek do robienia zdjęć. Oznajmił mi wyniki swojego przeglądu sieci, że zdjęcia sprzed kościoła ma prasa, jedno jak razem tańczymy na weselu Cathy i Matsa już opublikował, więc uznał, że nie będzie publikował drugiego takiego samego, w szczególności, że Mario wstawił u siebie na wszystkich profilach podobne zdjęcie z naszego pierwszego tańca kiedy się pocałowaliśmy. Josh opublikował też selfie z nami na swoim fanpage’u, więc takim sposobem mój mąż stwierdził, że to właśnie musi być nasze zdjęcie zrobione za pomocą tego właśnie ustrojstwa. Wysunął swój telefon tak, że obejmował zieleń ogrodu na tle zachodzącego słońca. Objął mnie ramieniem przytulając do siebie.

-I co mam zrobić?-zapytałam go zerkając na ekran telefonu wyciągnięty przed nas. –Też masz na to koncepcję?
-A co byś chciała?
-To co ty. –odpowiedziałam odważnie drapiąc go po karku.
-Skakać na trampolinie?-zapytał z wariackim uśmiechem. Roześmiałam się opierając czoło o jego brodę, a Marco wykorzystał tę okazję i mnie pocałował..I zrobił zdjęcie.
-Nie chcesz skakać na trampolinie.
-Na materacu.
-To sobie poskaczemy całą noc na materacu. –zaśmiałam się.


-Matko bosko. Znów trafiłem na temat „zmięta pościel”?-zaśmiał się Mario dołączając do nas.
-Tak.
-Nie!-zaprzeczyłam Marco wytykając mu język.
-Tak.
-Nie.
-Nie.
-Tak.-powiedziałam a po chwili zakryłam usta orientując się, że podstępem przegrałam.
-Mogę dać wam wskazówki jak się robi śliczne córeczki.
-Mam dużo swoich sposobów. Inga je lubi, więc pozostaniemy przy nich.
-Marco!-skarciłam go zaciskając powieki.
-To może ty mi coś polecisz. Wiesz, może jeszcze synek?
-Myślę, że Inga ma za ostry i zawiły temperament. Trzeba wprawy i umiejętności. Za wysokie progi…

-AAAANN! –pisnęłam ze śmiechem i poszłam na salę znaleźć kogokolwiek normalnego, z kim można normalnie porozmawiać. Za sobą słyszałam donośny śmiech obu panów. –Reus, śpisz na kanapie!
-Zapomnij!-odkrzyknął cały czas się śmiejąc. Za kogo ja wyszłam?

O północy równo wjechał na salę dwupiętrowy tort. Wybraliśmy dość specyficzny smak. Był on moim pomysłem, Marco się przekonał kiedy spróbował. Tort śmietanowo-malinowy z miętową bezą. Lekki, w sam raz na lato. A ten smak wręcz kochałam. Wszyscy go zachwalali. Ja pozostałam jeszcze przy zielonej herbacie, na którą miałam ostatnio szalenie wielką ochotę. Po zjedzonym deserze wszystkie dziewczyny się zebrały pod sceną, na której stał wynajęty zespół, w tym czasie weszłam tam ja i rzuciłam bukietem. Po raz drugi złapała go Ann-Kathrin. Oby to był wystarczający impuls dla Mario! 
Pozamienialiśmy jeszcze kilka słów z naszymi najbliższymi i poszliśmy zatańczyć jeszcze ostatnią piosenkę. Położyłam głowę na jego ramieniu jednak kiedy nikt nie widział, a mój mąż się nie spodziewał zabrałam się za zrobienie mu malinki tuż przy kołnierzyku.

-Aż tak się nie możemy doczekać?-zaśmiał się Marco
-Ja tak. Ty nie?
-Gdyby nie twoja puszysta suknia to byś już to dawno poczuła.
-Jest już pierwsza?
-Nawet po..
-To co my tu jeszcze robimy?-zapytałam przygryzając wargę. Jego oczy rozbłysnęły jeszcze bardziej. 
Pociągnął mnie za rękę tak, że musiałam podbiec, żeby go nadgonić. Podeszliśmy do naszych rodziców, którzy akurat usiedli razem. Marco uprzejmie oznajmił, że musimy już się pożegnać, ponieważ wcześnie mamy samolot. Cała czwórka nas raz jeszcze uściskała. Mój mąż poszedł jeszcze do naszych przyjaciół oznajmić ten sam kit, jednak tym razem został szyderczo wyśmiany przez Mario, całe szczęście nie przy wszystkich. Dziewczyny przytuliły mnie na pożegnanie z uśmiechem, który wyraźnie krzyczał „nie nam te bajeczki”. Poszliśmy razem na parking, gdzie czekała już na nas limuzyna, którą przyjechałam pod kościół.

-Czemu nie ma dekoracji?
-Żeby media się nie skapnęły. Wszyscy pewnie gdzieś czatują. Na razie nie wiedzą gdzie mamy dom, więc niech tak zostanie. –uśmiechnął się i otworzył mi drzwi. Weszłam posłusznie do środka. Marco do mnie dołączył po chwili i od razu nacisnął przycisk, który stawiał czarną szybkę między nami a kierowcą. Widziałam już to jego spojrzenie.

-Chcesz się czegoś napić? Chyba mam tu szampana, wino dostaliśmy jakieś w prezencie, jest w bagażniku..
-Nie, możemy przejść do rzeczy. –zaśmiałam się i unosząc materiał sukni wdrapałam się mu na kolana.
-Czekałem, aż to powiesz. –uśmiechnął się  a po chwili zaatakował moje usta z utęsknieniem. Droga do domu zajęła niecałe dwadzieścia minut. Ulice były puste, więc nie musieliśmy nigdzie stać w korkach. Cała droga spędzona na cudownych pocałunkach. Choć z każdą minutą coraz bardziej zaczęło nam to nie wystarczać. Samochód zaparkował tuż pod naszymi drzwiami. Marco poprosił, żebym poczekała. Poszedł do domu wziąć jeden z kartonów który został po moich bibelotach, które już zdążyłam przytargać. Co prawda nie przyniosłam tu zbyt wielu swoich rzeczy ale to tylko dla tego, że mój mąż wpadł na przygłupi pomysł wyposażenia mi całej garderoby. Zadaniował do tego Yvonne, Cathy i Lisę. Zostawiłam to bez komentarza, bo oparły mi ręce na widok przepełnionych półek. Rzeczy wszystkie były przepiękne i aż paliłam się, żeby je nosić jednak ich ceny… Było to kolejne co wolałam przemilczeć niż niepotrzebnie się kłócić, a i tak wyszłoby na jego czyli na łóżko. Typowe.

-Już wszystko przepakowałem. Chodź tu do mnie. –powiedział czule gładząc mnie po policzku. Wystawiłam na dróżkę nogi i wychyliłam się przyjmując rękę Marco.

-Kwiaty?-zapytałam poprawiając tren
-Niestety w kartonach. Nie mamy tylu wazonów.
-Zasuszą się do naszego powrotu. Może i dobrze. Kupię tekturę i zrobię jakiś ładny obrazek z nich. Może Yvonne mi pomoże.
-Jak tylko będziesz chciała. –cmoknął mnie w usta a po chwili złapał mnie w pasie i podniósł przez próg naszego domu. –Witaj w domu, pani Reus.
-Witam, panie Reus. Jestem zainteresowana pańskimi obietnicami.
-Doprawdy? Ja zawszę ich dotrzymuję, nie obawiaj się o to.-zaśmiał się cały czas niosąc mnie po schodach na górę. Przeszliśmy razem przez korytarz, a Marco postawił mnie na podłodze. 
Wszedł do sypialni jako pierwszy otwierając mi na oścież drzwi. Rozpłynęłam się, kiedy zobaczyłam na białej pościeli porozrzucane czerwone płatki róż i pełno palących się świeczek poustawianych na parapecie i komodzie.

-Marco..-powiedziałam wzruszona. Spojrzałam na niego z po chwili podeszłam i mocno go przytuliłam. –Dziękuję. –szepnęłam w jego rozchylone wargi i delikatnie je musnęłam. Marco przesunął dłonie na zakończenie gorsetu i spróbował po omacku rozpracować jak go można rozwiązać.
-To jednoczęściowa suknia, musisz szukać..-powiedziałam jednak nie dokończyłam, kiedy delikatnie przygryzł moją wargę.
-Poradzę sobie.-uśmiechnął się zwycięsko a po chwili już miał w dłoni dwie tasiemki, których błyskawicznie pozbył się z mojego gorsetu. Delikatnie rozchylił gorset sukienki i pociągnął go w dół. Oparłam się o jego bark wychodząc z sukienki. Marco cały czas kucając spojrzał się na mnie do góry z zamglonym wzrokiem. Jego dłonie sunęły po moich nogach w górę aż do podwiązek.

-Doprowadzasz mnie do szaleństwa, kochanie. –powiedział niskim, ochrypniętym głosem a ja po chwili pisnęłam zaskoczona, kiedy podniósł mnie oplatając ręce za moje uda i wręcz rzucił mną na łóżko. Wyciągnęłam do niego rękę, żeby znalazł się tuż koło mnie. Nie musiałam długo na to czekać. Rozplątałam jego muszkę i rzuciłam gdzieś obok. Wpadliśmy w wir uczuć i pocałunków. To nie była nasza pierwsza noc tu, jednak swoją wyjątkowością dorównywała naszej pierwszej wspólnej nocy. Była naszą pierwszą jako małżeństwo. Marco jak zwykle sprawił, że czułam się cudownie. Pewnie, kobieco, czułam się najpiękniejsza i kochana. Dotrzymał swojej obietnicy, ponieważ ta noc była niesamowita. Może nawet zemdlałam? Czasami nie umiałam sobie przypomnieć pewnych momentów kiedy osiągaliśmy spełnienie. Zasnęliśmy wtuleni w siebie dopiero nad ranem. Na zegarze dochodziła już siódma. Przeraził mnie czas spędzony w sypialni ale nie żałowałam ani sekundy. Byłam naprawdę wyczerpana i nie miałam nawet siły ruszyć palcem. Leżałam na torsie Marco niczym żaba. On tylko się uśmiechnął słabo i musnął ustami moje czoło. Pewnie też padał z nóg. Przeczesał palcami moje włosy i położył ręce na moich plecach. Zasypiając przyszła mi na myśl jeszcze jedna rzecz, jednak stwierdziłam, że nie mam na to teraz głowy, a przede wszystkim siły, żeby się na to porwać.


***


-Inga..-mruknął Marco lekko otwierając zaspane oczy. –Gdzie idziesz?
-Muszę do łazienki. –szepnęłam wyplątując się z jego uścisku. –Zaraz wrócę.
-Tylko się nie ubieraj.
-Dla własnego komfortu psychicznego pójdę tam w szlafroku. Śpij, bo dopiero dziewiąta.
-Poczekam na ciebie. –powiedział przymykając oczy. Włożyłam jedwabny szlafroczek sięgający mi lekko za pośladki. Wyszłam z sypialni i zbiegłam na dół, gdzie znajdowały się wszystkie prezenty. Moja ciekawość czasem nie znała granic. Znalazłam w końcu białą paczkę i wzięłam ją niepewnie w dłonie. Może i Ann z Yvonne zrobiły to dla śmiechu, lecz ja chyba po prostu to poczułam. Zbyt wiele rzeczy do tego pasowało. 


Kiedy wróciłam do sypialni myślałam, że mój mąż śpi jednak kiedy zdejmowałam szlafrok usłyszałam ciche mruknięcie z łóżka. Odwróciłam się z uśmiechem i weszłam pod kołdrę. Marco przyciągnął mnie do siebie silnym ramieniem i pocałował w kark.

-W porządku? Wiesz, że mamy własną łazienkę w sypialni?
-Zapomniałam. To z przyzwyczajenia. –wyjaśniłam kładąc głowę na jego piersi
-Wszystko dobrze?
-Tak. Wymęczyłeś mnie do upadłego.
-Więc śpij. O dwunastej mam nastawiony budzik, żeby zdążyć na samolot. Tam też możemy pospać bo czeka nas długa podróż.
-Nie mogę się doczekać.-uśmiechnęłam się zaciągając jego kojącym zapachem skóry. Zasnęłam głęboko bardzo szczęśliwa mając go przy sobie. Mojego najukochańszego męża.










~~~



No to mamy ślub:) ...a z nim..początek roku szkolnego.(mniej fajnie)
Ci co czytają przez komputer i widzą terminarz rozdziałów.. 17.09 to nie żart..niestety, choć ja na razie wolę o tym nie myśleć.
Powodzenia w nowym roku, samych dobrych ocen:)) Pamiętajcie 293 dni do wakacji!!!:)
Do następnego - kolejny za tydzień!
Buziaki:*

sobota, 27 sierpnia 2016

Siedemdziesiąt jeden.


Czas płynął nieubłaganie szybko. Koniec przerwy zimowej, wiosna i Wielkanoc, którą wreszcie spędziłam z tą prawdziwą, biologiczną rodziną choć bez brata. Może to i dobrze. Mama taty, czyli babcia, choć nie potrafiłam się do niej tak zwrócić była naprawdę miłą osobą, choć różniła się diametralnie od tej, która mnie wychowała. Tak jak tata mi opowiadał, uwielbiała wszystkich faszerować swoimi wypiekami. Były przepyszne, nie można było zaprzeczyć jednak tyle samo co pyszne były też kaloryczne. Siostry taty były mną zachwycone. Były bardzo miłe, jak to określiły-mojemu tacie chociaż coś się w życiu udało, bo małżeństwo też spierniczył. Choć nie do końca. W połowie maja informując mnie uprzednio zaprosił Ullę na oficjalną randkę. Wrócił z uśmiechem na twarzy niczym nastolatek. Aż go nie poznawałam. Kiedy wszedł do domu stanęłam mu na drodze, a ten jedynie uśmiechnięty pocałował mnie w policzek i poszedł wziąć prysznic na górę. Nie mogłam z niego nic wyciągnąć poza tym, że był w kinie i na spacerze. Cieszyłam się ogromnie z tego, że mu się układa. Moje relacje z Ullą były raczej w porządku. Nie byłyśmy sobie obojętne, jednak też nie byłyśmy przyjaciółkami a ja nie umiałam jej wciąż nazwać mamą. Nie wiedziałam, po czym mogłam poznać, że była dla mnie jak matka, że zachowywała się jak matka. Skąd mogłam wiedzieć. Poza tym ona też chciała trzymać się z dystansem, bo bała się, że zrobi coś nie tak i nie chciała psuć tego co może między nami już zaczęło powstawać.

Ostatniego dnia maja oczywiście przypadały urodziny Marco. Z uwagi na to, że dzień później przypadał mecz, więc nie mogliśmy urządzić większej imprezy. Marco razem z Mario i Łukaszem postanowili zrobić wspólną imprezę urodzinową trzeciego czerwca, kiedy przypadały święta wspomnianej dwójki.
Urodziny Marco spędziliśmy tak jak chciał. Co może wymagać Marco? Kolacja w naszym domu w ogrodzie i łóżko. No i może do tego łóżko i łóżko. 
W prezencie dałam mu nowy zegarek. W prawdzie w wyborze pomógł mi Mario, który wiedział dokładnie nad którymi modelami mój narzeczony ostatnimi czasy wzdychał. Z dwójki, które mu się podobały wybrałam ten, który mnie bardziej przypadł do gustu. Kazałam jeszcze na jego spodzie wygrawerować pierwsze litery naszych imion. Ucieszył się. Nie zdejmował go przez cały wieczór nawet na atrakcję zaraz po kolacji.  
Kolejnego dnia siedziałam za ławką rezerwowych koło całego sztabu. Był to dokładnie mecz ćwierćfinałowy w Pucharze Niemiec. Marco przyczynił się do gola Auby w pierwszej połowie, jednak tata zdjął go już na samym początku drugiej połowy dając szansę Mario. Było już to od początku ustalone, żeby nie przeciążyć ich na kolejne mecze. Posłał mi buziaka kiedy zajmował swoje miejsce na ławce. Uśmiechnęłam się i sama zaczęłam go obserwować jak mówi coś do Kuby i upija wodę z butelki. Ocucił mnie kolejny gol tym razem mojego ulubionego Pączusia.

Kolejnego dnia po odpoczynku razem z Marco, Mario i Łukaszem szykowaliśmy przyjęcie w Cocaine, zaprzyjaźnionym klubie, którego udało się nam wynająć. Był duży tort z imionami naszych trzech jubilatów. Sama ubrałam beżową sukienkę i wysokie, czarne czółenka. Dobrałam do tego śliczną biżuterię z ciemnymi kamieniami, którą z resztą podarował mi blondyn, jak to określił po prostu bez okazji. Była piękna ale naprawdę nie potrzebowałam tak drogich prezentów od niego „bez okazji”. Przetańczyłam całą noc. Większość piosenek z Marco, jednak równie dużo z Kubą, Łukaszem, Aubą i oczywiście Mario, który chciał mnie wręcz podrzucać pod niebo za prezent, który mu sprawiłam. Już widziałam jak go używa. Był to bowiem dmuchany zamek do skakania. Cóż. Jedni marzą o zegarku inni o zamkach. Chociaż, kiedy zobaczyła go reszta zawodników już zaczęli umawiać się z Mario na wspólne „Jumprezy”. Mój narzeczony również, choć on stwierdził, że będzie miał vipowski karnet.

A propo niego. Zaręczyny w naszej relacji wcale nie znaczyły porzucenia umawiania się na randki. Wręcz przeciwnie, bo było ich teraz jeszcze więcej. Byliśmy w sobie z każdym dniem mocniej zakochani, choć też byliśmy dla siebie jak najlepsi przyjaciele. Urządzaliśmy wspólne filmowe przyjacielskie maratony, podczas których rzucaliśmy się popcornem albo wcinaliśmy żelki. Zwykle takie seanse nie miały finiszu przyjacielskiego, wręcz czysto miłosny jednak tak, udawało nam się utrzymywać przyjaźń podczas oglądania filmów.

Media dzwoniły do menagera Marco z pytaniami, czy nie chcemy udzielić wspólnego wywiadu bądź czy ja sama nie chciałabym opowiedzieć o życiu kobiety w świecie męskiego sportu. Były też koncerny kosmetyczne, które proponowały mi, bym została twarzą ich produktu. Oczywiście wszystkie spotkały się z odmową. Tylko w jednym wywiadzie z Marco była mowa o naszym związku, który oficjalnie potwierdził. Był to wywiad z Nobbym, dziennikarzem Borussii, który pojawił się w sieci przed meczem półfinałowym. Wtedy też ogłoszono, że Marco zostanie kapitanem od przyszłego sezonu. Z racji tego, że pokój, w którym są nagrywane są wywiady był w tym samym skrzydle co mój gabinet pozwoliłam sobie stanąć z boku, kiedy uporałam się ze wszystkimi papierami u siebie i zobaczyć jak i co wygląda od kuchni. Sam Marco mnie zachęcał, żebym była od początku ale musiałam najpierw zająć się pracą, żeby potem mieć więcej czasu wolnego. Kiedy weszłam cicho zamykając za sobą drzwi Marco akurat odpowiadał o aspiracjach Borussii na zakończenie sezonu. Spojrzał na mnie ukradkiem i uśmiechnął się. Odpowiedziałam tym samym, choć może już tego nie zauważył. Oparłam się w rogu pokoju i obserwowałam co się dzieje.

-Jeśli już zakładasz wygraną Borussii to co dalej?-zapytał Nobby. Puścił do mnie ukradkiem oczko. Był naprawdę sympatycznym i wesołym człowiekiem. Miałam okazję poznać go już dobry czas temu.
-Masz na myśli wakacje czy kolejny sezon?-zapytał Marco śmiejąc się
-Tu i tu się spotykamy. Wakacje?
-Ymm… Wakacje. No plany są. –powiedział uśmiechając się z błyskiem w oku.
-Może zacznijmy tak. Bo inni nie wiedzą o co chodzi, a my wiemy.
-Okej.
-Są zdjęcia w sieci.
-Są.
-I wiele, wiele spekulacji, ciekawych historii… Czytałeś?
-Mario Götze czyta. Jest ich pasjonatem. –roześmiali się oboje. Ja również. To prawda. Mario wykupywał wszystkie gazety i czytał ciekawy co dzieje się w naszym związku, a potem miał do nas wyrzuty, że o niczym mu nie powiedzieliśmy. Przygotowania do ślubu szły pełną parą. Marco miał już kupiony garnitur, ja wybrałam bukiet i dekoracje, choć suknia cały czas była jednym wielkim znakiem zapytania.
-Okej, powymieniam się zdaniem z Mario jak tu przyjdzie na kanapę ale fakt. Zazwyczaj pytam o plany na wakacje, więc typowo rutynowe pytanie, lecz nierutynowa odpowiedź. Więc! Twoje plany na wakacje.
-Na pewno dwa tygodnie urlopu. Nie powiem jeszcze gdzie, żeby nie zdradzać niespodzianki.
-Dla kogo?
-Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli to dla mojej żony.
-Dajmy teraz fankom minutę na uspokojenie, łyk wody, skoczenie z mostu…
-Nie, nie przesadzajmy. Ostatnie lepiej nie.
-No dobra, prosimy nie skakać z mostu. Mamy więc oficjalne potwierdzenie-Marco Reus ma dziewczynę.
-Narzeczoną.-poprawił go uśmiechnięty.
-Przepraszam!-zakrył usta i podniósł ręce w geście poddania Nobby.
-A więc masz narzeczoną.
-Jeszcze.
-Myślisz, że będziesz miał fory u trenera? Chodzą takie plotki.
-Gdybym je miał, miałbym już teraz. W pracy mamy relację czysto zawodową.
-Ze swoją narzeczoną też?
-Można nie wierzyć ale tak. Inga jest profesjonalistką w swoim fachu i mimo, że gdzieś tam ma mniejsze czy większe przyjaźnie z zawodnikami… Chyba na początku wszyscy mieliśmy obawę jak to wyjdzie, efekty są lepsze niż się spodziewaliśmy. Musimy teraz coś wymyślić, bo chce nas rzucić dla młodszych. –roześmiał się Marco. Zaangażowanie i pasja, z którą o mnie opowiadał była urocza. Słyszałam w tych słowach wielkie uczucie. Może inni tego nie usłyszą, ja rozumiałam to doskonale.
-Coś ci zaczął humor dopisywać.
-Grunt to dobre towarzystwo. –stwierdził a potem znów przeniósł wzrok na mnie i słodko się do mnie uśmiechnął. Jak zwykle na ten uśmiech musiały się pode mną uginać nogi.
-I masz na myśli oczywiście mnie.
-Oczywiście.
-Dobra. Kończmy! Ostatnia gra. Oglądamy kawałki filmów i mówimy czy będzie gol czy żadnego.

Oboje skupili się na obstawianiu goli. Mój narzeczony wygrał jednym punktem. Podziękował za wywiad a kiedy wyłączyły się kamery wstali oboje z kanapy, żeby się ze mną przywitać.

-Możecie jeszcze słuchać o ślubie? –zapytał ze śmiechem Nobby widząc Marco przyciągającego mnie do siebie.
-Ja tak, dla Ingi słowo „suknia ślubna” wywołuje wściekliznę.
-Bo żadna nie jest odpowiednia. W jednej wyglądam jak zombie, w innej jak piankowy potwór z Pogromców Duchów, w jeszcze innej jak Cruella Demon. Brakuje mi jedynie dwukolorowych włosów.
-Widzisz?-zaśmiał się Marco spoglądając na mnie z czułością.
-Zmieńmy temat!-zaśmiał się –Albo jeszcze jedno. Bo jestem ciekawy. Czemu chcieliście potwierdzić wiadomość o ślubie? I to przed a nie po fakcie. Nie boicie się nalotu mediów?
-Do ślubu ponad miesiąc. Kiedy nadejdzie ten dzień już nie wszyscy będą pamiętać.
-Coś w tym jest. Mats z Cathy też mieli pełno fotografów choć nie zamawiali.
-Tak to już jest. Nic się nie stanie, jeśli będą media na naszym ślubie ale byłoby lepiej gdyby ich było jak najmniej. Poza tym wynajmujemy firmę ochroniarską. Dwudziestu ośmiu ochroniarzy będzie stało dookoła katedry i przed.
-Słucham?-zdziwiłam się na jego słowa –Nic mi nie mówiłeś.
-Teraz ci mówię.
-Przystojni chociaż?
-Udaję, że nie słyszałem.
Pożegnaliśmy się z Nobbym. Mieliśmy się zobaczyć za trzy dni na meczu, którego strasznie nie mogłam się doczekać.




***



Mecz sam w sobie był ekscytujący. Po pierwszej połowie wynik był już przesądzony, nie pozostawiliśmy na Wolfsburgu suchej nitki. Mój narzeczony strzelił piątą bramkę w czterdziestej siódmej minucie. Przebiegł przez boisko i posłał do mnie całusa co wywołało radosne okrzyki wśród kibiców. Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam mu tym samym i pomachałam mu. Niestety niedługo po golu Marco padł strzał prosto do naszej siatki, jednak można było zrozumieć, że zamiast zera będzie honorowa jedynka w wyniku.
Była już siedemdziesiąta minuta, kiedy podszedł do mnie asystent Watzke.

-Pani Ingo. Pani telefon dzwoni już od pięciu minut co chwila…
-Kto dzwoni?
-Nie wyjmowałem z torebki.-powiedział podając mi moją torbę, którą zostawiłam w swoim gabinecie.
-Dzięki. –wyjęłam telefon i przemknęłam do tunelu, gdzie było trochę ciszej i odebrałam połączenie.


-Inga. Dobrze, że odebrałaś. Tak bardzo cię przepraszam. Okłamałam ciebie, wszystkich… Boję się.
-Kochana, proszę cię. Uspokój się.-powiedziałam słysząc jej panikę i urywany głos. –Powiedz mi co się stało i jak ci mogę pomóc.
-Ja… Wcale nie jestem w Hiszpanii. Już nie.
-Więc gdzie jesteś?
-W Kolonii. Aaaał-krzyknęła
-Ann, jesteś tam?
-Inga, ja chyba rodzę. Mam skurcze. Nie wiem co mam robić. –płakała w panice do telefonu. Dopiero po chwili zrozumiałam co modelka do mnie powiedziała. Była w ciąży.
-Jest ktoś z tobą?
-Nie. Inga, nie rozumiesz. To za wcześnie. Mam termin dopiero za dwa tygodnie.
-Posłuchaj. Rozłącz się i dzwoń po karetkę. Postaraj się uspokoić i oddychaj głęboko.
-Przyjedziesz? Nie chcę być sama.
-Mogę nie zdążyć ale zaraz wsiadam w samochód, będę najszybciej jak się da.. Mam.. Mario jest ojcem? Mam mu powiedzieć? Mam kogokolwiek powiadomić?
-Nie mów. Lepiej jak nie będzie wiedział. Potrzebuję twojego wsparcia.. Chyba wody mi odeszły…
-Dzwoń po karetkę. Zaraz wyjdę z meczu i do ciebie pojadę. Trzymaj się. Jak zadzwonisz po karetkę do możesz znów do mnie zadzwonić. Masz wyprawkę dla dziecka?
-Tak, muszę ją wziąć. Wezwę i zadzwonię.
-Dasz sobie radę, jesteś dzielna. –rozłączyłam się  i wróciłam szybko na stadion. Podbiegłam do taty szarpiąc go za ramię. Prawie podskoczył przestraszony.


-Inga, co się dzieje?
-Słuchaj. Powiedz Marco jak tylko zejdzie z boiska, że ma wziąć Mario i jak najszybciej mają jechać do Kolonii. Podkoloryzuj coś żeby naprawdę się pospieszył. I ma do mnie zadzwonić.
-Nie wiem co ty znowu wymyśliłaś ale przekażę.
-Dziękuję. –powiedziałam i wybiegłam z boiska. Przebiegłam przez tunel a następnie przez resztę 
stadionu wymijając dziennikarzy i ochronę. Wsiadłam w swój samochód i ruszyłam z piskiem opon. 

Kilka minut później wjechałam na autostradę. Odebrałam przez głośnik telefon od Ann. Była już trochę spokojniejsza. Powiedziała, że za pięć minut będzie karetka i ma przygotowaną wyprawkę w torbie. Rozmawiałam z nią ten czas dopóki nie przyjechało pod jej mieszkanie pogotowie. Może z dziesięć minut później zadzwonił do mnie Marco.

-Inga, widziałem jak wybiegasz ze stadionu. Co się dzieje? Mam zadzwonić i jechać do Kolonii bo inaczej z nami koniec?
-Tata miał podkoloryzować. –roześmiałam się. Tego się akurat nie spodziewałam. –A jedziesz?
-Tak. Właśnie wsiedliśmy z Mario do samochodu.
-Jedź jak najszybciej. Masz mnie na głośniku?
-Tak.
-Mario uwielbiam cię ale Marco musi przełączyć się na słuchawkę.
-Wiesz ty co.. –usłyszałam nadąsany głos Götze a po chwili lekki szmer. Marco musiał zakładać słuchawkę.
-Jesteś?
-Tak. To wyjaśnisz mi o co chodzi? Nawet się nie przebraliśmy.
-No to niezły zryw. I dobrze. Jedziesz ostrożnie? Ta wiadomość może cię zwalić z nóg.
-Siedzę, kochanie. Możesz mówić.
-Mario będzie ojcem.
-Dobra, a teraz na poważnie?­-roześmiał się po drugiej stronie. Przewróciłam oczami i westchnęłam ciężko.
-Marco. Ja jestem poważna. Ann zadzwoniła do mnie spanikowana, odeszły jej wody, właśnie pojechała do szpitala. Mieszkała w Kolonii przez ten czas.
-Jesteś pewna, że to..no wiesz.
-Tak, to jego dziecko. Ann nie chciała mu mówić, żeby mu nie zepsuć życia. Zrozum mnie. Kocham ich oboje. Może Mario nie jest gotowy na dziecko, przygotowany. Ale Mario ją kocha. A ona jego. Nie mogę pozwolić, że Mario nie pozna prawdy. To nie fair, że tak zrobiłam. To nie fair, że się wtrącam w ich życie.. Ale nie pozwolę, żeby to dziecko nie znało ojca, nie miało oboje rodziców. Wiem, że Mario będzie dobrym ojcem, będzie się starał, żeby być najlepszym. Zbyt się rozgadałam?
-Masz rację. Dobrze zrobiłaś, na twoim miejscu zrobiłabym to samo. Za ile będziesz u.. celu?
-Jestem na autostradzie. Pół godziny. Nie wiem co zastanę w szpitalu. Czy cesarka.. Poród naturalny też może trwać kilka godzin..albo bardzo krótko.
-Będziesz trochę wcześniej. Nie wiem jak to powiedzieć..
-Może na miejscu?
-Chyba tak będzie najlepiej. Jak dojedziesz napisz mi smsa. I jedź przede wszystkim ostrożnie.
-Dobrze. Do zobaczenia na miejscu.



Po pół godzinie wjechałam do Kolonii. Na mieście niestety były jeszcze korki, więc musiałam uzbroić się w cierpliwość. Zaparkowałam pod szpitalem i podeszłam do recepcji. Dowiedziałam się, że porodówka jest na trzecim piętrze. Napisałam smsa do Marco i sama udałam się na odpowiednie piętro. Zaczęłam szukać lekarza. Jak w końcu jakiegoś znalazłam dowiedziałam się, że Ann urodziła kilka minut temu. Zanim weszłam do sali, gdzie leżała świeżo upieczona mama usiadłam na chwilę i wzięłam głęboki oddech. Mój kochany braciszek właśnie został tatą. Dziecko ma dziecko. Zapukałam do pokoju. Usłyszałam ciche „proszę”. Weszłam do śnieżnobiałego pomieszczenia. Było tam ustawione tylko jedno łóżko, na którym leżała wyczerpana przyjaciółka. Cała blada, bez żadnego makijażu.

-Inga. –szepnęła i wyciągnęła do mnie rękę. Podeszłam uśmiechając się. Ustawiłam krzesło obok jej łóżka i złapałam ją za rękę. –Już po wszystkim.
-Jestem z ciebie dumna. Bardzo. Jesteś silna.
-Mam córkę. –powiedziała cicho a po chwili rozpłakała się. Uśmiechnęłam się i zaczęłam głaskać ją po włosach.
-Na pewno jest śliczna jak ty.
-Nie rozumiesz.. Nie poradzę sobie. Macierzyństwo to nie dla mnie. Może… Może ty z Marco się nią zaopiekujecie? Stworzycie dom? Będziecie dla niej lepszymi rodzicami niż ja. Dam wam pieniądze.. Co ze mnie za matka…
-Ann. Będziesz dobrą mamą. Wiem, że ją kochasz. Jesteś w szoku. Tak czasem jest. Wiele kobiet ma szok poporodowy. To mija.
-Nie wiem, Inga..
-A jak ty się czujesz?
-Wszystko mnie boli. Lepsza jest adopcja. Bezbolesna, bezstresowa.
-Kochana..-uśmiechnęłam się i delikatnie ją objęłam. Do drzwi zapukała pielęgniarka. Wychyliła głowę, a po chwili szerzej otworzyła drzwi i wprowadziła do sali plastikowe łóżeczko na kółkach.

-Pani Brömmel, to pani córeczka.-uśmiechnęła się radośnie i podwiozła łóżeczko bliżej nas. –Chce pani ją wziąć na ręce?-zapytała. W oczach Ann zobaczyłam panikę. Przecząco pokiwała głowę.
-Później.
-Oczywiście. Za godzinkę można ją nakarmić. Na razie jest rozbudzona. Z wynikami wszystko w porządku, dziesięć punktów. Śliczna, zdrowa, ksieżniczka.
-Dziękuję. –kiwnęła głową Ann i spojrzała za okno. Pielęgniarka się wycofała. Podniosłam się i zajrzałam do łóżeczka. Mała śliczna dziewczynka leżała i rozglądała się swoimi dużymi, niebieskimi oczami. Po Ann. Po swoim tacie była za to pyzata. I miała jego uśmiech.

-Jest cudowna. Nie chcesz jej wziąć na ręce?-zapytałam Ann głaszcząc małą po malutkiej rączce.
-A jeśli coś jej zrobię? Nie chcę. Lepiej nie.
-Mam ją wziąć i ci podać?
-Weź ją i usiądź koło mnie. –kiwnęła głową i patrzyła na moje ruchy. Podniosłam małą podtrzymując za główkę. Ann przesunęła się kawałek robiąc miejsce gdzie mogłam usiąść. Chciałam ją jej podać ale cofnęła się bardziej.

-Nic jej nie zrobisz.. –powiedziałam. Malutka miała już króciutkie, ciemne włosy.
-Potrzymaj ją trochę.-poleciła obserwując noworodka.
-Jak ma na imię?
-Liliana. –powiedziała wreszcie lekko się uśmiechając.
-Lili. Ale śliczne masz imię. –zwróciłam się do dziecka i pogilgotałam ją po brzuszku. Uśmiechnęła się szeroko pokazując swoje dziąsła bez zębów. Wyglądała naprawdę uroczo. Do tego te żółte śpioszki w pszczółki i kwiatki. W ułamku sekundy drzwiami wpadł zdyszany Mario. Stanął w bezruchu próbując zrozumieć całą sytuację. Za nim wszedł Marco ze spokojem przeczesując włosy. Uśmiechnął się widząc mnie z dzieckiem na rękach.

-Mario..-szepnęła cicho Ann. Widziałam w jej oczach łzy.
-Dlaczego nic nie powiedziałaś? –powiedział z trwogą podchodząc do łóżka
-Nie chciałam ci niszczyć kariery.. To wyszło tak nagle.
-Do jasnej cholery, Ann. Mamy dziecko. Czy to miałoby mi zniszczyć karierę?
-Nie wiedziałam, Mario. Chciałam usunąć, ale… Nie mogłam. Nie potrafiłabym.
-Dobrze, że tego nie zrobiłaś. Czemu nie mogłaś zadzwonić, kiedy się dowiedziałaś? Może byłbym… będę cholernie beznadziejnym ojcem ale będę!
-Mario, ciszej..-wtrąciłam się widząc niepokój małej. Mario się otrząsnął i podszedł do mnie. A właściwie do swojej córki.
-Masz rację. Weź ją, ja nie dam rady.. Nie umiem być mamą.
-Ann. –spojrzałam na nią. –Już ją jesteś. Twoja córka się już o to postarała, że właśnie dzisiaj nią zostałaś. I się nie wykręcisz. Ona ma krew Götze, z nią nie wygrasz.-uśmiechnęłam się do niej. Ann wyciągnęła dłoń i pogłaskała ją po główce.
-Dziewczynka?-zapytał wzruszony Mario. Kiwnęłam głową.
-Chodź, usiądź na moim miejscu i ci ją podam. –zwróciłam się do bruneta. Wstałam z jego córeczką na rękach i poczekałam aż Mario usiądzie. Podałam mu ją w ramiona. Na początku bał się jej dotknąć, jednak po chwili podniósł ją opierając jej główkę na piersi i ucałował ją w środek dłoni. Odsunęłam się kilka kroków wpadając w objęcia Marco, który ucałował mnie w głowę i przytulił do siebie. Obserwowaliśmy razem piękny obrazek.

-Cześć kruszynko. Jestem twoim tatą. Bardzo cię kocham. –powiedział. Z moich oczu zaczęły płynąć łzy. Jak spojrzałam na Ann zobaczyłam, że jest w tym samym stanie co ja. Kiedy spojrzała na mnie i zauważyła, że też płaczę zaśmiała się i wyciągnęła do mnie rękę. Podeszłam z drugiej strony łóżka, usiadłam i przytuliłyśmy się do siebie.  –Bardzo kocham ciebie i twoją mamę. –dodał Mario patrząc czule na Ann-Kathirn. –Twoją mamę chrzestną też kocham. No i jest jeszcze twój trochę przygłupi tata chrzestny. Też go kocham, twoja mama chrzestna też, więc chyba nie jest taki zły, bo twoja mama chrzestna jest bardzo mądra i wie co robi. Biorą ślub za kilka tygodni, będziemy na nim. Widzisz? Obie ryczą jak bobry. Mama nawet mi nie powiedziała jak masz na imię. O ile masz!
-Liliana. –powiedziała Ann łamiącym się głosem.
-Liliana Inga Götze. –powiedział dumnie do dziewczynki. Schowałam twarz w ramieniu Ann i zaczęłam mocniej płakać. Ann zaśmiała się przez łzy i objęła mnie dłońmi
-To dobry wybór. –przyznała i pocałowała mnie w policzek.
-Ann, posłuchaj. –zaczął Mario. –Damy radę, razem. Masz we mnie wsparcie. Będę wstawał do niej po nocach. Wprowadzicie się do mnie. Możesz nawet spać w osobnej sypialni. Gościnny przerobi się pokój dla Liliany.
-Dobrze, dziękuję. –odpowiedziała. Nagle mała zaczęła płakać w ramionach Mario.
-Co się dzieje?-zapytał zaniepokojony i zaczął ją kołysać. To jednak nic nie pomagało.
-Jest głodna. –powiedziała Ann. –Podaj mi ją.
Uśmiechnęłam się widząc ją biorącą maluszka w ramiona. Ucałowała ją i pogłaskała po policzku. 

Otarłam łzy i poszłam do Marco przytulić się. Blondyn otarł moje zaschnięte łzy i wpił mi się w usta.
-Śmierdzisz. –zaśmiałam się opierając policzek o jego ramię.
-Mam chociaż swoją bluzę. Mario zmienił w samochodzie buty i koszulkę a ja…-zaśmiał się delikatnie mnie od siebie odpychając. Zobaczyłam, że jest w piłkarskim trykocie i swoich korkach. Roześmiałam się i pokiwałam z niedowierzaniem głową.
-Tata dał ci niezły bonusik do informacji. Uwierzyłeś?
-Myślałem, że coś nie tak, że ktoś może ci grozić ale odebrałaś telefon.

Oparłam się o jego ramię. Ciszę przerwał cichy odgłos ciamkania mleka przez najmłodszego członka rodziny Götze. Marco uśmiechnął się widząc dziecko pijące z apetytem. Mario siedział jak oczarowany patrząc na dwie najważniejsze kobiety jego życia.

-Uważaj Ann, bo mała ma apetyt po ojcu, to niebezpieczne. –zaśmiał się Marco podchodząc go Götze i poklepał go po plecach. –Będziemy się zbierać. 
-Nie zostaniecie?-zapytała Ann
-Nie wyganiamy was, możecie wziąć pokój w hotelu…
-Spędźcie trochę czasu razem. –powiedziałam opierając dłonie na barkach mojego kochanego braciszka
-W porządku. Zostawicie jakiś samochód, żebyśmy wrócili?-zapytał Mario szczerząc się do Marco.
-Aston? Zapomnij. Weź samochód Ingi.
-Halo, halo! Ja tu się nie liczę?
-Ja mam samochód. –zaśmiała się Ann i popatrzyła czule na zasypiającą córkę. Mario zabrał swoją córeczkę na ręce pomagając Ann i wstał. Wzięłam pieluszkę i położyłam mu na ramię w razie jakby coś się jej ulało. Ucałowałam dziewczynkę w główkę a potem Mario w policzek. Ann przytuliła mnie mocno.

-Dziękuję za wszystko co dla mnie zrobiłaś.
-Wierzysz już, że dasz radę?
-Zaczynam. Też będziesz wspaniałą mamą. Masz podejście do dzieci. Powinniście się z Marco postarać o potomstwo. Liliana by się miała z kim bawić. Pomyślcie.
-Dobra, dobra. –zaśmiałam się –Trzymaj się kochana. Zadzwoń jak ci się będzie nudzić i będziesz miała dość tęczy płynącej od Mario.
-Jasne. A co z sukienką..
-Nic nie mów.
-Idź do projektantki. Wyjdzie taniej i to, co będziesz chciała.
-A skąd mam wiedzieć co chcę?
-Zobaczysz szkice, może trafisz na taki, w którym się zakochasz.
-Masz jakiś adres? Nie wiem gdzie mam iść.
-Ja wszystko mam. Wyślę ci smsem.
-A kiedy mam cię prosić, żebyś przymierzyła suknię druhny?
-Serio?-zapytała a jej oczy aż radośnie zabłyszczały. Kiwnęłam głową a ta pisnęła szczęśliwa i rzuciła się na mnie. Że miała siły?
-Mario ma zostać świadkiem Marco ale myślę, że wasi rodzice zaopiekują się małą.
-Moi tak, mam nadzieję, że rodzice Mario jakoś to przyjmą i ją pokochają.
-Możesz być o to spokojna.
-Wybierzemy sukienkę dla mnie za tydzień, dobrze? Wezmę może ze sobą Lili w wózku.
-Czekam. Może zabierzemy jeszcze siostrę Marco. Będzie drugą druhną.
-Yvonne?
-Tak.
-Świetnie! Jest bardzo miła. A..wieczór panieński?
-Co powiesz na cały dzień w spa?
-Cały?
-Yhym.
-Wchodzę w to!-uśmiechnęła się szeroko.- To do zobaczenia. Czekam na wiadomość od siebie.
-Pa. Odpoczywaj.




Kiedy wyszliśmy ze szpitala czule się objęliśmy. Oboje byliśmy szczęśliwi z pojawienia się tego małego, ślicznego człowieczka. Wiedzieliśmy, że to dla nich oboje skok na głęboką wodę, dziecko nie raz da im popalić ale dadzą radę, są razem silni.

-Wracamy do domu.
-Tak. I tak, będę jechać ostrożnie.
-Grzeczna dziewczynka.-uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło. –Mówiłem ci już, że moja mama oprawiła w ramkę zaproszenie na ślub?
-Serio?-zapytałam a widząc jego poważną minę roześmiałam się.
-Zdradzisz mi chociaż jaki będziesz miała bukiet?
-Może tak, może nie…
-Muszę mieć taki sam kwiat do garnituru także…
-Nawiązuje do mojego tatuażu.
-Ty nie masz tatuażu…-stwierdził a po chwili zmarszczył brwi zastanawiając się.-Masz tatuaż?
-Ty masz mój tatuaż. –uśmiechnęłam się podciągając rękaw jego bluzy. Położyłam dłoń na przedramieniu jego prawej ręki i pogłaskałam kontury jego ozdoby. Zjechałam na jego dłoń łapiąc ją i podciągnęłam do góry przed niego. –A tu. –położyłam opuszek palca na jego serdecznym palcu. –Tu będzie piękna, złota obrączka.
-I tu też. –ujął moją dłoń i pocałował w jej wierzch.






~~~
Dziękuję za wszystkie komentarze! <3 Czytałam je wszystkie z ogromną przyjemnością. Nawet zastanawiałam się czy to nie lepsze niż pisanie rozdziałów... Tak łatwo nie ma ;D
Tylko tak napomknę, że zbliżamy się do końca tejże historii. Tak żebyście wiedziały i nie było zbyt wielkiego zaskoczenia. Zmniejszmy liczbę zawałów do minimum;)
Za tydzień kolejny! <3
Całuję !<3